Dodaj do ulubionych

Próby wiary

27.07.09, 21:50
www.opoka.org.pl/biblioteka/T/TS/rozwaz_wiara_06.html

Próby wiary



Aby wiara stała się mocna, musi być wypróbowana, musi przejść przez tygiel
doświadczeń, przez wiele prób i burz. Wiara powierzchowna, oparta jedynie na
wychowaniu, uczuciu i pewnych przyzwyczajeniach, w obliczu trudności załamuje
się. Bóg chce, by człowiek wierzący został w wyniku prób wiary ogołocony z
tego, co stanowiło jedynie podpórki wiary; co nie było autentycznym
przylgnięciem do Chrystusa, oparciem się na Nim i powierzeniem się Jemu.

Wiara autentyczna to wiara pozbawiona wszelkich podpórek naturalnych, takich
jak zrozumienie, odczucie, doświadczenie zmysłowe czy wyobrażeniowe; to
oparcie się jedynie na Bogu i Jego słowie. Bóg nie godzi się na to, byś
zawierzał sile swych praktyk, swojemu uczuciu czy doświadczeniu. Dopuszcza
więc próby wiary, których zróżnicowanie zależy od tego, na czym - poza Bogiem
- swoją wiarę opierasz. Jeśli opierasz ją na naturalnym rozumieniu, muszą
zniknąć wszelkie światła rozumu i w pewnym momencie to, w co wierzyłeś,
zacznie wydawać ci się bez sensu. Jeśli opierałeś swoją wiarę na pewnych
ludziach, świeckich czy duchownych, na ich postępowaniu, to w pewnym momencie
i to musi się zachwiać czy zawalić. Jeśli opierałeś ją na uczuciu, na
zadowoleniu i doświadczeniu radości płynącej z modlitwy czy praktyk
religijnych, to nie możesz się dziwić, że przyjdzie czas na oschłość i niechęć
do tych praktyk. Musisz przejść przez te bolesne oczyszczenia, abyś mógł dojść
do wiary czystej, prawdziwej, a z czasem do prawdziwej kontemplacji.
Obserwuj wątek
    • kaczy.i.indyczy Oczekiwanie na Boga 27.07.09, 21:52
      www.opoka.org.pl/biblioteka/T/TS/rozwaz_wiara_06.html
      Oczekiwanie na Boga


      Bóg stawiając człowieka w sytuacjach trudnych, prowokuje go do aktu wiary.
      Sytuacje takie poprzez uświadomienie nam naszej niemocy mogą pogłębiać naszą
      tęsknotę za Bogiem. Bóg nie chce przychodzić do nas nie proszony. Miłość chce
      być oczekiwana, jeżeli nie jest oczekiwana, jest miłością wzgardzoną. W tym
      sensie wiara jest oczekiwaniem. Stopień oczekiwania na Pana jest świadectwem
      wiary w Jego moc i Jego miłość. Nigdy nie dość naszego oczekiwania na Boga.
      Oczekiwanie na Tego, który chce do ciebie przyjść i chce być przez ciebie
      przyjęty, powinno stale wzrastać. Dokonuje się to dzięki podejmowanym przez
      ciebie próbom oczekiwania, ale przede wszystkim dzięki Jego łasce, która
      sprawia, że twoja tęsknota za Nim może wzrastać i pogłębiać się. Pan Bóg ma
      swoje sposoby, by ożywić twoje oczekiwanie na Jego przyjście i na Jego dalsze łaski.

      Są dwie specyficzne kategorie tych Bożych sposobów. Może On wzbudzić w naszych
      sercach pragnienie Jego przyjścia, np. poprzez jakiś twórczy niepokój czy bardzo
      silną potrzebę. Wtedy wiara będzie wyrażała się potrzebą Boga, a jej wzrost
      wzrastającym oczekiwaniem i głodem Boga. Kiedy indziej zaś może dopuścić czy
      sprawić, że będziesz przechodził trudne próby wiary i że nie będziesz wtedy
      dawał sobie rady ze sobą, ze swoimi problemami. To mogą być problemy na tle
      moralnym, na przykład grzechy, w które wpadasz, problemy rodzinne - rozpadające
      się małżeństwo, problem syna, który się upija czy nie ma ślubu kościelnego albo
      jest niewierzący. Mogą to być też problemy ze zdrowiem, którego nagle zaczyna
      brakować tobie albo komuś z twoich bliskich. Doświadczenie niemożności dania
      sobie rady z czymś i rodzące się wtedy twoje zagubienie sprawia, że stajesz się
      bardziej skłonny pragnąć i oczekiwać Jego przyjścia. Jest to szansa wzrostu i
      pogłębienia się twojej wiary. Te wszystkie trudności i problemy, które Pan Bóg
      dopuszcza w twoim życiu albo je nawet powoduje, mają wzbudzić w tobie głód Boga,
      są próbami wiary. Patrząc w świetle wiary, poznasz tak zwaną duchowość wydarzeń,
      która mówi, że każde wydarzenie jest przejściem Boga i że pewne Jego przejścia
      są ukierunkowane na wzbudzenie w tobie pragnienia Jego obecności, Jego pomocy,
      Jego zbawczej interwencji. Im bardziej czujesz się chory, tym bardziej odczuwasz
      potrzebę lekarza. Im bardziej czujesz się bezradny i przygnieciony różnorodnymi
      trudnościami, tym bardziej wzrasta w tobie pragnienie przyjścia Tego, który może
      ci pomóc, który obejmuje łaską Odkupienia wszystkie twoje problemy i może cię
      zbawić. Trzeba tylko, byś uwierzył, że On chce dać ci wszystko, czego
      potrzebujesz, byś uwierzył w Jego moc i nieskończoną miłość.

      Kiedy Bóg chce, byś dosięgnął głębi wiary, może poddać cię bardzo trudnym
      próbom, może ci wiele zabrać, a nawet bardzo ogołocić. Pan Bóg może chcieć
      twojego wykorzenienia, byś - nie mając ludzkich zabezpieczeń - oczekiwał
      zbawczej pomocy jedynie od Niego.
      • kaczy.i.indyczy Wiara Abrahama 27.07.09, 21:54
        Wiara Abrahama

        Patronem naszego oczekiwania na Boga jest ojciec naszej wiary - Abraham. Co Pan
        Bóg zrobił, żeby Abraham Go oczekiwał? - Otóż Pan Bóg wykorzenił go. Pierwsze
        Boże wezwanie w ramach biblijnego objawienia brzmi: "Wyjdź z twojej ziemi
        rodzinnej i z domu twojego ojca do kraju, który ci ukażę" (Rdz 12, 1). I
        Abraham, zakorzeniony w swym ojczystym Charanie, niedaleko Ur chaldejskiego,
        posłuchał Boga. A kiedy wyruszy ze swoich ojczystych stron, kiedy zostanie
        ogołocony i nie będzie już miał oparcia, będzie zmuszony wsłuchiwać się w Słowo
        Boże. Tym samym będzie wzrastała jego wiara, bo Abraham zacznie coraz bardziej
        opierać się na woli Boga, zacznie pytać o to, czego On od niego oczekuje. W taki
        sposób rodzi się w historii ludzkości nowe zjawisko - zjawisko wiary
        chrześcijańskiej; zjawisko zaistniałe w wyniku osobowego wezwania Boga i
        egzystencjalnego ogołocenia człowieka. Na bazie wykorzenienia i przeżywanej
        przez Abrahama niepewności rodzi się jego wiara i zawierzenie Bogu, rodzi się i
        dojrzewa człowiek wiary. Nasze rodzenie się do wiary też nie będzie łatwe. Ono
        również będzie dokonywało się w wyniku prób i trudności, w wyniku ogołocenia, w
        sytuacjach zagrożeń i braku oparcia.

        Bóg jest Bogiem obietnicy i błogosławieństwa. Abraham otrzymał obietnicę kraju,
        potomstwa i szczególnego Bożego błogosławieństwa. Nie była to jednak obietnica
        wyraźna, była ona okryta pewną formą ciemności. Bóg mówi: "Wyjdź [�] do kraju,
        który ci ukażę", ale Abraham tego kraju nigdy nie widział, bo kraju wolnego czy
        oczekującego na jego przybycie nie ma. Abraham nie wie, w jaki sposób spełni się
        Boża obietnica, ale zawierza to swemu Panu. I to jest wielkość wiary Abrahama.
        Niejasna i mglista jest też sprawa potomstwa, bo jest on przecież człowiekiem
        starym. Z ludzkiego punktu widzenia wszystko to wygląda raczej nierealnie.
        Abraham musiał uwierzyć w coś, co po ludzku wydawało się niemożliwe.

        Im bardziej Boża obietnica pozbawiona jest cech realności, tym więcej Bóg od nas
        wymaga i oczekuje, ale tym większa też będzie zasługa naszej ufnej odpowiedzi.
        Obietnica dana Abrahamowi była tak mało prawdopodobna, iż musiał on uwierzyć, że
        Bóg jest Bogiem rzeczy niemożliwych i nieprawdopodobnych. Będzie to dla niego
        długi proces nieustannego wzrastania w wierze. Kiedy Abraham dotrze do
        obiecanego mu kraju, to przecież nie otrzyma go na własność. Będzie ciągle
        przybyszem. Największe jednak pogłębienie jego wiary przyjdzie dopiero w
        warunkach dramatycznych, kiedy Bóg zażąda od niego ofiary z syna, a więc ofiary
        z kogoś, kto był mu najdroższy, kto od strony czysto ludzkiej musiał być dla
        niego największym skarbem i najwyższą wartością. Sytuacja była nieprawdopodobnie
        trudna. Abraham musiał więc oczekiwać, że Bóg tę sytuację przerażającego nakazu
        jakoś rozwiąże, musiał podjąć decyzję, by bezgranicznie zaufać. Wymagania Boga w
        stosunku do Abrahama, uderzające w jego uczucia ojcowskie, w jego największą
        miłość do jedynego i umiłowanego syna, uderzały jednocześnie w same podstawy
        dotychczasowej jego wiary. Abraham przecież uwierzył, że z tego właśnie syna
        zrodzi się wielkie potomstwo. Tym bardziej więc wszystko, czego Bóg od niego
        żądał, mogło wydać się absurdalne. Ten, z którego ma się narodzić liczne
        obiecane potomstwo, ma być teraz zabity. Bóg żądał od Abrahama tak wiele,
        ponieważ chciał go obdarzyć czymś niezwykłym, chciał wynieść jego zawierzenie na
        szczyt. Próba wiary Abrahama nie była testem, Bóg z góry wiedział, jak Abraham
        postąpi. Była ona sprowokowaniem go do decyzji, aby w szczególny sposób
        zawierzył w ciemnościach Bogu i w ten sposób posunął się naprzód ku Niemu w
        swojej pielgrzymce wiary. Sytuacje najtrudniejsze są szczególnie
        uprzywilejowane, ponieważ wymagają głębokich decyzji. A wiara rozwija się
        poprzez decyzje, w których człowiek oddaje się Bogu przez "posłuszeństwo wiary"
        (por. KO 5).

        Tak będzie i w twoim życiu, ponieważ Bóg, kochając ciebie, będzie chciał
        postawić cię nieraz w sytuacji trudnej. Dozwoli czy spowoduje, że będzie ci z
        czymś bardzo źle, bardzo trudno, że nie będziesz sobie z czymś radził - żebyś
        zaczął oczekiwać Jego przyjścia, żebyś Go pragnął. Uniemożliwi ci to trwanie w
        marazmie religijnym. Próba wiary, z którą się wtedy zetkniesz, zmusi cię do
        polaryzacji - albo nie odpowiesz na oczekiwania Boga i zaczniesz się cofać w
        wierze, albo jak Abraham podejmiesz decyzję o pójściu za Nim w ciemnościach
        zawierzenia i wtedy wzrośnie w tobie wiara, wzrośnie w tobie głód Chrystusa i
        Jego Odkupienia, głód łaski. Na miarę tego głodu Duch Święty będzie mógł
        zstępować do twojego serca.
        • kaczy.i.indyczy Próby wiary w życiu Maryi 27.07.09, 21:57
          Próby wiary w życiu Maryi

          Kościół rozpoczyna świecki rok kalendarzowy dniem poświęconym Matce Bożej. W
          Nowy Rok ukazuje nam postać Tej, która "szła naprzód w pielgrzymce wiary" (KK
          58). W życiu Maryi z dnia na dzień urzeczywistniało się błogosławieństwo
          wypowiedziane do Niej przez św. Elżbietę: "Błogosławiona jesteś, któraś
          uwierzyła" (Łk 1, 45). Kościół więc widzi w Maryi najpełniejszy wzór naszej wiary.

          Maryja uprzedza nas, idzie przed nami "w pielgrzymce wiary", jakby antycypując
          nasze kroki i jest na naszej drodze wiary blisko nas. W myśli soborowej Matka
          Boża została ukazana jako ta, która zajmuje w Kościele miejsce najwyższe, ale
          jednocześnie najbliższe nam. Można by powiedzieć, że wyrządzamy krzywdę Matce
          Bożej, jeżeli mówimy tylko o Jej zaszczytach i wyniesieniu, tworząc w ten sposób
          dystans między Nią a nami. Za dużo mówi się o Jej godnościach, a za mało o tym,
          że Ona jest w ramach chrystocentryzmu naszą drogą. Maryja jest naszą drogą w tym
          sensie, że nas wyprzedza i wskazuje drogę wiary, że to wszystko, co nas spotyka,
          Ona już kiedyś przeżyła. Patrząc na Jej życie, powinniśmy znajdować odpowiedzi
          na nasze problemy.

          Kiedy mówimy tylko o godnościach i wyniesieniu Matki Bożej, postępujemy z Nią
          tak, jak niejednokrotnie postępowali hagiografowie ze świętymi. Ktoś powiedział,
          że święci najwięcej wycierpieli nie od swoich prześladowców, a od hagiografów,
          którzy, usuwając z ich biografii wszelki margines ludzki, zrobili z nich
          postacie cukierkowe, bez życia. Nie wystarczy oddawać Maryi cześć, wielbić Ją,
          kłaść Jej korony na głowę. To są tak zwane środki bogate, których Ona nigdy w
          swoim życiu nie używała. Kochać Maryję to znaczy naśladować Ją, iść za Nią, bo
          Ona jest tą, która nas wyprzedza, która jest dla nas wzorem wiary.

          Jeżeli Pan Bóg przekreśla nasze plany i prowadzi nas inną drogą, niż myśmy to
          sobie wyobrażali, to było tak również w życiu Matki Bożej. Ona też inaczej
          wyobrażała sobie swoją świętość, swoją drogę i swoją misję. Ta, która
          zrezygnowała z macierzyństwa, została powołana do macierzyństwa niebywałego.
          Powołanie to przekreślało wszystkie Jej plany. Maryja, wypowiadając w momencie
          zwiastowania swoje - "tak", nie wiedziała w pełni, na co się zgadza. To jednak
          nie umniejszało wartości Jej zgody, którą Ona później swoim nieustannym - "tak"
          przez całe życie potwierdzała. Bóg tak kochał Maryję, że wybrał właśnie taki,
          bardzo twardy sposób traktowania Jej. Wiemy, że On tak traktuje swoich
          przyjaciół. To jest najlepszy sposób, który pozwala na kształtowanie człowieka
          na obraz Syna Bożego.

          Popatrzmy, jak Bóg kształtował wiarę Maryi, jakie "huragany" przeszły przez Jej
          życie i jak trudne były Jej próby. Oto wkrótce po tym pierwszym "fiat", kiedy
          zwiastowano Jej, że pocznie i porodzi Syna Bożego, okazało się, że nic nie wie o
          tym św. Józef. Była to pierwsza tragedia tych dwojga osób. Maryja i Józef nie
          wiedzą, jak postąpić i bardzo cierpią z tego powodu. Dla Józefa musiało to być
          wstrząsające, gdy zorientował się, że Maryja jest brzemienna, i dla Niej też
          było to męką. A przecież Panu Bogu nie trudno było wyjaśnić Józefowi, o co
          chodzi. W tym czasie Maryja zapewne musiała ciągle stawiać sobie pytanie: co mam
          robić - to był dla Niej okres trudny i pełen ciemności.

          Wiara nie usuwa ciemności, wręcz przeciwnie, ona je zakłada. W tym kryje się jej
          sens. Matka Boża, żyjąc wiarą, żyła równocześnie w wielkich ciemnościach, była
          więc poddawana próbom wiary, nieraz niezwykle trudnym. Taką próbą było
          narodzenie Pana Jezusa w Betlejem. Moment i miejsce urodzenia dziecka to czuły
          punkt dla każdej matki. Matka chce urodzić dziecko w przyzwoitym miejscu i w
          ludzkich warunkach, i jest to jej podstawowe prawo. Czy Maryja nie pragnęła
          tego? A jednak nie było Jej to dane. Jeżeli Jezus musiał narodzić się w
          Betlejem, to czy nie prościej byłoby, żeby Józef po prostu dowiedział się o tym.
          Otrzymywał on przecież wskazania we śnie, mógł więc i w tym przypadku otrzymać
          wskazanie: Idź do Betlejem, bo tam narodzi się Dziecię. Tymczasem Pan Bóg
          decyduje inaczej. Dziecię narodzi się w Betlejem, ale w wyniku specjalnej
          sytuacji, jaką był spis ludności. To w wyniku tej sytuacji Jezus narodzi się w
          takich okolicznościach, że nie będzie zabezpieczeń. Z powodu tłumu przybyszów
          trudno będzie znaleźć jakiekolwiek miejsce - tak łatwo wtedy poddać się pokusie
          niepewności i lęku. I w tym trudnym kontekście próby wiary miało narodzić się
          Dziecię. Anioł przyszedł do Maryi tylko w momencie zwiastowania, a później nie
          było już żadnego innego przekazu, żadnego orędzia czy posłannictwa. Przy
          narodzeniu Jezusa aniołowie ukazali się jedynie pasterzom przy stadach, a nie
          Maryi. Wkrótce potem, wraz z przyjściem Mędrców, następne "trzęsienie ziemi" -
          prześladowanie Heroda. Trudna próba wiary, gdy mogło rodzić się pytanie:
          dlaczego Bóg milczy, dlaczego nie interweniuje w obronie swego Syna, dlaczego
          zdaje się być bezsilnym wobec tyranii Heroda? I konieczność ucieczki do
          nieznanego kraju, gdzie nie było żadnego ludzkiego oparcia.

          Kolejna, bardzo trudna próba wiary nadeszła, gdy dorastający Jezus został w
          świątyni, nie uprzedzając o tym swoich Rodziców. Ewangelia mówi, że Oni nie
          rozumieli tych słów, jakie do nich skierował, gdy Go odnaleźli, że Maryja tylko
          zachowywała je w swoim sercu. Tak więc w dalszym ciągu były w Jej życiu
          ciemności. Dlaczego Jezus nie chciał Jej niczego wyjaśnić? Ona, Matka Boga,
          musiała uczyć się właściwego odczytywania wydarzeń, musiała uczyć się duchowości
          wydarzeń. Pan Bóg niczego Jej nie ułatwiał, wszystko było w Jej życiu ciągle
          takie trudne.

          "Tak" przy zwiastowaniu wydaje się czymś radosnym i łatwym w porównaniu z tym
          ostatnim "tak", wypowiedzianym pod krzyżem. Człowiek o wysokim poziomie życia
          duchowego jest zwykle gotów ofiarować się i poświęcić samego siebie. Znacznie
          trudniej jest zgodzić się na cierpienia osób bliskich, tych, których bardzo
          kochamy. Maryja, stojąc pod krzyżem, wypowiada jakby zdwojone "tak" - niech się
          tak stanie nam - Jemu i mnie. Jeżeli mój Syn umiłowany ma cierpieć i być
          torturowany, to niech tak będzie. Zgodzenie się na to było największą ofiarą. To
          "fiat" Maryi pod krzyżem spowodowało, że stała się Matką Kościoła, Matką nas
          wszystkich. Macierzyństwo duchowe Maryi ma swoje źródło w tym najtrudniejszym
          "tak". Jeżeli jesteś zdruzgotany czy bardzo czymś przygnieciony, to pomyśl, że
          jesteś wówczas blisko Tej, której życie było tak trudne. Bóg kochał Maryję w
          sposób szczególny i wyjątkowy, a przecież w Jej życiu było tyle cierpienia. Bóg
          tak właśnie traktuje swoich przyjaciół.

          Jest to szczególna forma miłości i zaufania, kiedy Pan Bóg chce, byśmy nie
          żądali od Niego okazywania nam swoich uczuć, żeby On mógł być wolny. Wyobraźmy
          sobie idealne małżeństwo w sytuacji, kiedy mąż jest bardzo zajęty jakąś pracą.
          Żona, kochając go, nie chce mu wtedy w niczym przeszkadzać, sama odnajduje
          potrzebne mu materiały, starając się pomóc mu tak, jak potrafi. Myśli tylko o
          nim. To jest ta miłość idealna, kiedy człowiek myśląc o drugiej osobie
          przekreśla siebie, kiedy nie szuka nawet zainteresowania sobą. Jest to niezwykle
          trudna miłość. Takiej miłości żądał Chrystus od swojej Matki.

          Mówi o tym ewangeliczna scena niedoszłego spotkania Jezusa z Maryją i Jego
          najbliższą rodziną. Powiedziano Mu: "Oto Twoja Matka i Twoi bracia stoją na
          dworze i chcą mówić z Tobą" (Mt 12, 47). Jezus potraktował wtedy swoją Matkę
          tak, jak mógł potraktować tylko osobę bardzo umiłowaną, wobec której miał
          najwyższe zaufanie. Zdawał się Jej odmawiać: "Któż jest moją matką i którzy są
          moimi braćmi?" (Mt 12, 48). Z pozoru mogłoby się wydawać, że Chrystus był bardzo
          surowy wobec swojej Matki, ale to były właśnie Jej próby wiary, próby Jej
          całkowitego oddania Bogu. Dla Maryi takie twarde traktowanie było wyrazem
          najwyższego zaufania Jej Syna wobec Niej. Ona wiedziała, że Chrystus liczy na
          Nią i nie musi się Nią zajmować. Maryja nigdy nie przeszkodziła Jezusowi w Jego
          • kaczy.i.indyczy Re: Próby wiary w życiu Maryi 27.07.09, 21:57
            Jeżeli czasem okaże się taki twardy wobec ciebie, będzie to znaczyło, że bardzo
            cię kocha, że ufa, iż nie zawiedziesz Go i nie odejdziesz. Chrystus wciąż
            ogołacał swoją Matkę, a Ona wciąż mówiła Mu - "tak" i coraz bardziej upodobniała
            się do boskiego wzoru swego Syna.

            Czy o takim życiu można mówić, że jest ono bardzo trudne? - I tak, i nie. Ta
            ambiwalencja wynika stąd, że dla człowieka, który kocha Boga i jest z Nim
            zjednoczony, ogołocenia mogą stawać się radością i szczęściem, bo są one okazją
            wyznania Bogu miłości i okazania Mu wierności.

            Jeśli będzie ci źle i trudno, a On będzie milczał, pamiętaj, że to milczenie
            jest tylko inną formą Jego słowa, a Jego nieobecność tylko inną formą
            ogarniającej cię nieustannie Obecności. Milczenie czy nieobecność Jezusa są
            zawsze tylko pozorne. Powiedział przecież do św. Teresy z Avila: "Kiedy ci się
            wydawało, że jesteś sama, byłem najbliżej ciebie". Właśnie wtedy, gdy czujesz
            się bardzo samotny, kiedy jest ci bardzo trudno, gdy przeżywasz jakieś
            ogołocenie, On jest najbliżej ciebie. Nie daje ci jednak znaku, bo pragnie, byś
            jeszcze bardziej Mu zawierzył. Takie milczenie i taka pozorna nieobecność jest
            dla Niego ryzykiem. Niektórzy wtedy odchodzą. Kiedyś odeszły całe rzesze
            słuchaczy, bo wydawało się im, że Jezus za dużo od nich zażądał. To odchodzenie
            od Jezusa w wyniku prób wiary wciąż się powtarza. Jedni wychodzą z prób
            umocnieni w swym zawierzeniu Bogu, inni od Niego odchodzą.

            Postawa Maryi w obliczu tak trudnych prób wiary jest dla nas wyrzutem sumienia.
            Przecież w Jej życiu wszystkie próby wiary kończyły się pogłębieniem
            zawierzenia. Ona, choć przechodziła przez tak liczne doświadczenia, nigdy Boga
            nie zawiodła. W Niej nie było rozbieżności między wzorem a realizacją. Ideał
            Boży zrealizował się w Jej życiu w całej pełni, tak że stała się arcydziełem
            Boga, najdoskonalszym wcieleniem Jego planów. My zaś tworzymy stale rozdźwięk
            między wiarą i życiem, między naszymi słowami i faktami, między ideałem a jego
            realizacją. W wyniku prób wiary cofamy się albo wręcz odchodzimy. W tym właśnie
            sensie Maryja staje się dla nas wyrzutem sumienia.

            Maryję, która jest dla nas wzorem zawierzenia, można by nazwać Matką Bożą
            Akceptacji, Matką Zawierzenia, ponieważ Ona wciąż mówiła Bogu: "niech się tak
            stanie, jak Ty chcesz". Najważniejsze wydarzenie w dziejach świata dokonało się
            w ciemności nocy w Getsemani. Tym wydarzeniem było Chrystusowe - "tak"
            wypowiedziane do Ojca. Najważniejsze wydarzenia twojego życia dokonują się
            wtedy, gdy tak jak Maryja wybierasz drogę przyzwolenia. U Niej przyzwolenie
            rozciągało się na całe życie, podobnie ma być i u ciebie. Twoje życie składa się
            z nieustannych zwiastowań, rozumianych jako wezwania łaski i jako próby wiary.
            Czas jest bezcenny, bo jest obecnością Boga. Chwila obecna jest kierowanym do
            nas wezwaniem i próbą wiary, jest ze strony Boga oczekiwaniem - "czy powiesz Mi
            Ťtakť"? Nasze życie wiarą sprowadza się do tego - "tak". Istota chrześcijaństwa
            to ustawiczne mówienie Bogu: "bądź wola Twoja". Matka Boża wciąż powtarzała Bogu
            te słowa - czy można kochać więcej?

            Maryja była stale pełna łaski, a jednocześnie wciąż w niej wzrastała. Przez
            wierność i zawierzenie ta niezwykła dusza ludzka stała się jakby pojemnością,
            która chociaż wciąż pełna łaski mogła stale otrzymywać jej więcej. Czy to nie
            paradoks? Bóg jakby nieustannie poszerzał Jej serce i każda nowa próba wiary,
            każde Jej "tak" przyczyniało się do Jej wzrastania w łasce. Życie Matki Bożej,
            bardzo zwyczajne i szare, było uświęcane tym nieustannym fiat.

            Dystans między Maryją a nami powstaje zawsze z naszej winy, to my czynimy Ją
            niedosięgłą i daleką. I to właśnie ten dystans oskarża nas o miernotę,
            przeciętność, kompromis, o lęk przed pójściem za łaską do końca. Wygodniej jest
            powiedzieć: Ona była Niepokalanie Poczęta, była Matką Boga, była inna. Ja nie
            mogę Jej naśladować. A przecież jest to tylko wymówka i stawianie barier
            naglącemu wołaniu łaski, by iść Jej śladami.

            Moglibyśmy pytać, dlaczego Jezusowi tak zależy, byśmy szli Jej śladami, byśmy
            szli ku Niemu drogą Maryjną. Jedną z odpowiedzi na to pytanie jest radykalizm
            Matki Bożej, radykalizm oddania się Bogu, który umożliwia oddanie się Boga nam.
            Jezus umiłował Maryję w sposób niezwykły i wyjątkowy. Przecież żadnego ze
            stworzeń nie ukochał tak jak Ją, a stało się to dlatego, że Ona potrafiła oddać
            Mu wszystko. Ona, która wybrała dziewictwo, realizowała je nie tylko w sensie
            zachowania czystości w bezżeństwie, ale również w sensie całkowitego oddania się
            Bogu z miłości - bo na tym polega urzeczywistnione przez Maryję dziewictwo
            ewangeliczne. Polega ono na stanowczej woli życia w czystości, by móc całkowicie
            oddać się Bogu i żyć dla Niego. Ta, która od pierwszej chwili swego istnienia
            przylgnęła całą siłą swej woli i miłości do Słowa Przedwiecznego,
            urzeczywistniła w swoim życiu najwyższy ideał dziewictwa. Maryja, oddając się
            Bogu bez zastrzeżeń, w sposób doskonały, stała się najpierw Oblubienicą, a
            później Matką Słowa.

            Bóg oddaje się duszy w miarę, jak ona oddaje się Jemu. Jak bardzo więc Słowo
            musiało oddawać się Maryi, skoro Ona tak całkowicie stała się darem dla Niego.
            Maryja to typ duszy, którą Jezus ukochał za Jej pełne oddanie. Jezus chce, byśmy
            szli drogą Maryjną, ponieważ chce, byśmy realizowali się w tym typie duszy,
            którą On tak kocha za pełne oddanie. Jego gorącym pragnieniem jest, by znajdować
            dusze podobne do Niej, które poszłyby za Nim do końca, by mógł przelewać na nie
            nieskończone zdroje swojej miłości i swoich łask. Pragnienie znajdowania takich
            dusz jest Jego "głodem", który pozostaje w Nim ciągle niezaspokojony. On
            powołuje cię na drogę Maryjną, by ci ukazać wielkość swych pragnień wobec ciebie.

            Jeśli będziesz naśladował Maryję, jeśli będziesz stawał się coraz bardziej do
            Niej podobny, wówczas Jezus będzie mógł na miarę twojego oddania ukochać cię
            taką miłością, jaką Ją ukochał. Maryja, która ukazuje ci się jako typ duszy
            oddanej Bogu do końca, jest dla ciebie wezwaniem do realizowania ideału
            radykalizmu wiary.
            • kaczy.i.indyczy Życiowe burze 27.07.09, 22:01
              Życiowe burze

              Czasem szczególnie uprzywilejowanym dla rozwoju wiary są nasze życiowe burze.
              Opisana w Ewangelii burza na morzu jest pewnym symbolem również naszej sytuacji,
              gdy podczas trudnych prób wiary, w momentach mniejszej czy większej burzy wydaje
              się nam, że Jezus nas opuścił, że jest nieobecny. Nasze burze mogą być różne:
              burze pokus, burze skrupułów, niepokojów o przyszłość, o zdrowie, o pracę, burze
              związane z rozdźwiękiem w małżeństwie. W obliczu burzy ujawniają się dwie
              kategorie postaw - lęk, jak w przypadku przerażonych Apostołów, i spokój,
              usymbolizowany w postaci uśpionego w łodzi Jezusa. Jezus śpi w sytuacji po
              ludzku tragicznej, w łodzi szarpanej falami i narażonej w każdej chwili na
              zatonięcie. Musiał być bardzo zmęczony, ale czy tylko zmęczony? Jezus spał w
              łodzi Apostołów, a im wydawało się, że już wszystko stracone. Stąd ta ich
              panika, stres, trwoga w chwili, kiedy budzą Jezusa. W czasie tej burzy ujawniły
              się te dwie postawy. Z jednej strony wykrzywione strachem twarze Apostołów, z
              drugiej - spokój na twarzy Jezusa, który śpi. Postawa Chrystusa wydawała się tak
              dziwna, że pada ze strony Apostołów zarzut: "Nauczycielu, nic Cię to nie
              obchodzi, że giniemy?" (Mk 4, 38).

              Każda burza ma swój sens, jest przejściem Boga, które ma przynieść jakąś wielką
              łaskę, przede wszystkim łaskę zawierzenia. W sytuacji burzy powinieneś skierować
              swój wzrok wiary na spokojną twarz Chrystusa. Można tu mówić o "teologii" snu
              Boga. W czasie naszych burz Bóg wydaje się spać. Objawienie biblijne to nie
              tylko słowa Boga, ale również Jego gesty. Jakże pełnym treści jest ten właśnie
              gest snu Jezusa w momencie dramatycznego zagrożenia. Oczywiście, nie znaczy to,
              że w sytuacji zagrożenia należy nic nie robić. Kwietyzm jest sprzeczny z nauką
              Kościoła. Pan Jezus nie robi wyrzutu Apostołom z tego powodu, że starali się
              ratować łódź. On zarzuca im brak postawy wiary, który spowodował, że ulegli
              pokusie lęku, a nawet paniki. Tym swoim gestem, tą postawą snu chciał im
              powiedzieć: "Przecież Ja jestem z wami, powinniście być spokojni, bo łódce, w
              której Ja jestem, nic nie może się stać".

              Postawa wiary jest jednocześnie modlitwą wiary. Wyraża się ona spokojem w
              obliczu zagrożenia, spokojem w sferze duchowej, bo na sferę psychofizyczną nie
              mamy bezpośredniego wpływu. Tam niejednokrotnie będą targały nami niepokoje, i
              to nie jest ważne. Ważne jest, żeby lęk rodzący się w sferze emocjonalnej i
              psychicznej nie opanowywał naszej sfery duchowej, by nie powodował zmiany naszej
              postawy, naszych czynów, myśli, pragnień. Nasza wiara w to, że On jest przy nas
              obecny, sprawia, że wbrew stanom emocjonalnym będziemy spokojni. Jego obecność
              przecież to obecność nieskończonej mocy i nieskończonej miłości.

              Gdy przyjdą burze w twoim życiu, wewnętrzne czy zewnętrzne, popatrz na spokojną
              twarz Jezusa. Wtedy zrozumiesz, że nie jesteś sam i że On w każdej sytuacji
              jakby chciał ci powiedzieć: "ta burza minie, przecież musi minąć".

              W momentach burzy i prób naszej wiary nie możemy też nigdy zapomnieć o
              nieustannej obecności przy nas Tej, która jest Matką naszego zawierzenia. Prośmy
              Ją, by udzielała nam swojego zawierzenia, żebyśmy przestali zawierzać sobie,
              rzeczom czy ludziom i dostrzegli stałą obecność przy nas Jej Syna, który jest
              naszym jedynym zabezpieczeniem. Prośmy Maryję, byśmy za Jej przykładem
              zawierzali wyłącznie Panu: "Matko Wielkiego Zawierzenia, oddaję się Tobie bez
              zastrzeżeń, do końca".
              • kaczy.i.indyczy Niepokój płynący z braku wiary 27.07.09, 22:01
                Niepokój płynący z braku wiary

                Skutkiem prób wiary nie zawsze jest jej umocnienie i zdynamizowanie. Jeśli
                bowiem bronisz się przed związanym z próbami wiary ogołoceniem, wówczas cofasz
                się w swoim zawierzeniu Bogu. Twoja wiara w obliczu trudności zacznie się
                załamywać, a twoje życie zdominuje niepokój, pośpiech i stres - symptomy jej
                niedojrzałości lub braku, zaprzeczające życiu wiarą.

                Kiedy w obliczu prób wiary, a więc jakiegoś zagrożenia czy trudności, ulegasz
                pośpiechowi, niepokojom i stresom, ranisz miłość Jezusa. Bierzesz wtedy te
                trudne sprawy we własne ręce i chcesz je rozwiązywać sam, po prostu liczysz na
                siebie, i wówczas nie ma już miejsca na wiarę. Wiara to przecież liczenie na
                Jego moc i na Jego miłość nieskończoną. W momencie, kiedy pozwalasz, by ogarnął
                cię niepokój, pośpiech czy stres, tak jakbyś usuwał Jezusa na bok, tak jakbyś
                mówił Mu: "teraz nie mogę na Ciebie liczyć, ja muszę sam wziąć tę sprawę w swoje
                ręce".

                Oczywiście, należy odróżniać istniejące w człowieku dwie sfery - sferę
                psychofizyczną i sferę duchową. W obliczu trudności i zagrożeń pośpiech,
                niepokój i stres ogarniają najpierw sferę psychofizyczną, sferę twoich odczuć.
                Dopóki to pewne napięcie, skłaniające cię do pośpiechu czy niepokoju, pozostaje
                w sferze psychofizycznej, nie ranisz Jezusa. Dopiero w momencie, kiedy
                pozwolisz, aby ta psychicznie trudna dla ciebie sytuacja i związany z tym
                niepokój czy pośpiech ogarnęły twoje władze duchowe, a więc twoje myśli i twoją
                wolę, wtedy już można mówić o niewierności, o braku wiary. Nie chodzi więc o to,
                aby usunąć lęk, pośpiech czy niepokój ze sfery psychofizycznej, bo to jest
                często niemożliwe. Chodzi o to, by w twojej postawie, a więc w sferze duchowej,
                która tę postawę dyktuje i formuje, nie było paniki, żeby panował w niej płynący
                z wiary pokój.

                Zachowanie postawy pokoju nie jest rzeczą łatwą. Wiemy, że również święci często
                musieli zmagać się z tego rodzaju trudnościami. Święty Maksymilian na przykład
                miał wrzody żołądka, co sugeruje, że musiał przeżywać napięcia nerwowe. Był w
                jego życiu okres, kiedy wręcz nakazywał sobie spokój w obliczu zagrożeń; musiał
                więc walczyć o swoją wiarę.

                Cnota męstwa nie polega na tym, by nie odczuwać lęku czy niepokoju w sferze
                psychofizycznej, ale na tym, żeby temu lękowi nie ulegać, by wierzyć, że nigdy
                nie jesteśmy sami, że stale jest przy nas Ktoś, kto kocha nas i od kogo wszystko
                zależy. Trudne łaski prób wiary, łączące się często z cierpieniem, powinniśmy
                przyjmować ze świadomością bliskości Chrystusa i wiarą, że On zwycięży; że po
                Wielkim Piątku przyjdzie Niedziela Zmartwychwstania. Winna być w nas
                niezachwiana wiara w to, że Ten, który jest pokojem, mocą, radością i
                zmartwychwstaniem, jest z nami w chwilach prób i cierpienia w sposób szczególny.

                Dynamizm wiary i nasza walka z pokusami niepokoju, pośpiechu, stresu wyrażają
                się życiem chwilą obecną i uświęcaniem tej chwili jako chwili łaski. "Oddaj się
                cały w ręce Miłosiernej Opatrzności, to jest Niepokalanej, i bądź spokojny" -
                pisze do jednego z braci św. Maksymilian (K. Strzelecka, Maksymilian Maria
                Kolbe). Żyj tak, jakby to był dzień ostatni. Jutro niepewne, wczoraj nie do
                ciebie należy, dziś tylko jest twoje. Pan Bóg nie chce, żebyś oglądał się
                wstecz, ponieważ wtedy najczęściej ulegasz tym pokusom. "Ktokolwiek przykłada
                rękę do pługa, a wstecz się ogląda, nie nadaje się do królestwa Bożego" (Łk 9,
                62). Bóg nie chce, byś martwił się o przyszłość. W Kazaniu na Górze Jezus
                wyraźnie mówi: "Dosyć ma dzień swojej biedy" (Mt 6, 34). Jeżeli odwracasz się ku
                przeszłości czy ku przyszłości, nie żyjesz chwilą obecną, tracisz łaski chwili,
                jakich On ci wtedy pragnie udzielać.

                Można to sobie wyobrazić w postaci pewnego fikcyjnego obrazu, jakby pewnej
                przypowieści: Oto stoisz przy przystanku małej kolejki i przed tobą przejeżdża
                nieustannie pociąg z małymi wagonikami, a ty masz załadowywać na przejeżdżające
                wagoniki leżące koło ciebie pakunki. Może być jednak tak, że zaczynasz oglądać
                się za wagonikami, które odeszły, i wtedy z przerażeniem spostrzegasz, że tyle
                wagoników zostało niezaładowanych, a potem patrzysz znowu na te, które
                nadjeżdżają, i znów przerażasz się, że tyle jeszcze wagoników zostało ci do
                załadowania. Tymczasem zaś kolejny wagonik przejechał niezaładowany.

                Nękające cię niepokoje dotyczące przeszłości czy przyszłości to też próba wiary.
                Bóg oczekuje, że wszystko to złożysz w Jego ręce, byś tym bardziej mógł oddać
                się Jemu i Jemu całkowicie zawierzyć.
                • kaczy.i.indyczy Pokój płynący z wiary 27.07.09, 22:03
                  Pokój płynący z wiary

                  Jeżeli próby wiary umocnią twoje zawierzenie Jezusowi, przylgnięcie do Niego i
                  oparcie się na Nim, pojawi się w twoim życiu Jego pokój. Słowa "pokój wam", po
                  hebrajsku "szalom", to bardzo intymne pozdrowienie. Jest to pozdrowienie, które
                  życzy pokoju płynącego z intymnej komunii z Bogiem. Tak było ono rozumiane w
                  Starym Testamencie. Chrystus pozdrawia swoich uczniów tym właśnie wezwaniem -
                  "szalom". Podczas Ostatniej Wieczerzy powiedział do nich: "Pokój zostawiam wam,
                  pokój mój daję wam. Nie tak jak daje świat, Ja wam daję" (J 14, 27).

                  Świat też chce nam dać pokój, ten ludzki pokój. Są bowiem dwa rodzaje pokoju,
                  tak jak są dwa rodzaje radości. Jest ludzki pokój i ludzka radość, które
                  charakteryzują się krótkotrwałością i tymczasowością. I jest pokój Chrystusowy i
                  Chrystusowa radość, które rodzą się w nas jako coś trwałego, opartego na wierze.
                  - Czym jest ten ludzki pokój i ludzka radość? Jest to coś, co uzyskujemy od
                  ludzi. Nasz ludzki pokój jest jakby wyżebrany od drugiego człowieka. Bo
                  faktycznie, szukając takiego pokoju i radości, szukamy ochłapów i żebraniny. Ta
                  szczypta uznania ludzkiego, ten drobiazg pochwały, komplementu czy czyjegoś
                  jasnego spojrzenia to przecież ochłap, i my z tego chcemy budować nasz pokój. I
                  bywa tak, że komuś się udaje, że ma uznanie, ma sukces, ma te zwykłe ludzkie
                  ochłapy, które dają mu zadowolenie. Jest to wtedy ten ludzki pokój, ten
                  wyżebrany, który daje świat. Jakżeż taki pokój jest nietrwały. Wystarczy jakiś
                  incydent, wystarczy, że spotyka nas czyjaś niegrzeczność, złośliwość, jakieś
                  podejrzliwe spojrzenie, i pokój pryska, radość znika. Nie ma już w nas pokoju,
                  bo zostały zabrane nam te wyżebrane ochłapy.

                  Kiedy zabraknie nam tego ludzkiego pokoju, pojawia się jego odwrotność - lęk,
                  który jest chorobogenny, rodzi nerwicę. Lęk rodzi się z szukania ludzkiego
                  pokoju; jest skutkiem utraty tych wyżebranych cząstek naszego pokoju, które
                  zostały nam zabrane, a kiedy indziej skutkiem obawy, żeby nie utracić czyjegoś
                  uznania, tego ludzkiego spojrzenia, tej odrobiny zgody na to, co robimy, tego
                  ludzkiego uśmiechu. I tak stajemy się zdani na ludzkie kaprysy i humory, na to,
                  co przynosi nam dzień i co daje nam świat.

                  Ten drugi pokój, pokój Chrystusowy, płynie z Jego obecności. Jest Jego darem.
                  "Pokój mój daję wam" - mówi Chrystus. To On jest naszym pokojem, danym nam przez
                  wiarę (por. Ef 2, 14). Przyjąć przez wia-rę pokój od Chrystusa, to przyjąć Jego
                  osobę, to otworzyć na oścież drzwi naszego serca dla Niego.

                  Niepokój i smutek jest zawsze zły, zawsze płynie z miłości własnej, ale pokój i
                  radość nie zawsze płyną od Chrystusa. Nie każdy pokój jest dobry, tak jak nie
                  każda radość jest dobra. Jeżeli cieszę się, że coś mnie się udało, to jest to
                  ludzka, bardzo nietrwała radość, taki właśnie ochłap. Jeżeli gonimy za taką
                  radością, za takim pokojem, to będzie to ciągle domek z kart, zdmuchiwany z byle
                  powodu, bo nasz Pan nie godzi się, by ten ludzki pokój, pokój tego świata był
                  czymś trwałym w naszym życiu.

                  Prawdziwy pokój to owoc życia wewnętrznego, owoc wiary pogłębionej w wyniku
                  prób, który uzyskujemy nie w punkcie wyjścia, ale w punkcie dojścia. Jest on nie
                  tyle wyrazem zdobycia czegoś, co raczej rezultatem wyboru. Jeżeli w twoim życiu
                  są bożki, krępujące cię więzy i zniewolenia, nie będzie pokoju. Kiedy między
                  tobą a Bogiem staje ktoś czy coś, nie możesz wówczas w pełni przylgnąć do Boga w
                  sensie wiary, nie będzie też w tobie pokoju i szkoda wynikającego stąd twojego
                  cierpienia.

                  Pokój Chrystusa to wynik procesu wybierania Jego osoby. Ważny jest tu ten wybór
                  zasadniczy, ta opcja fundamentalna. - Czy naprawdę Chrystus jest dla ciebie
                  wartością najwyższą? On odkupił cię na krzyżu i zmartwychwstał, dając ci możność
                  zdobycia prawdziwego pokoju i prawdziwej radości. Taki pokój i związana z nim
                  trwała radość są niejako w zasięgu twojej ręki - dzięki krzyżowi i dzięki
                  zmartwychwstaniu. Ty jednak musisz dokonać wyboru, musisz, korzystając z owoców
                  krzyża i zmartwychwstania, wybrać Chrystusa z Jego pokojem. To ma być proces
                  twojej akceptacji Chrystusa. Nie możesz jednak wybrać pokoju i radości, jeżeli
                  nie wybrałeś Chrystusa, ponieważ to On sam pomaga ci w tym wyborze, zabierając
                  ci to, co cię krępuje i zniewala. On obala twoje bożki. Gdy to zaakceptujesz,
                  będzie to twój wybór, twoje opowiedzenie się za pokojem, radością i wolnością,
                  będzie to wybór twojej wiary.

                  Jeżeli jest w twoim życiu nerwica, może nawet narastająca, to może oznaczać, że
                  ciągle za mało w tobie życia wewnętrznego, za mało wyboru Chrystusa. Może to
                  oznaczać, że ciągle jeszcze nie wybierasz swojego Boskiego Przyjaciela, że
                  ciągle za mało w tobie wiary, rodzącej pokój. Musisz nauczyć się akceptacji,
                  która jest stałym wybieraniem Chrystusa. Akceptując Jego wolę, wybierasz i
                  akceptujesz Jego miłość.

                  U podstaw takiego wyboru musi być jednak coś, co ostatecznie jest najważniejsze,
                  wiara w miłość. Czego Jezus ode mnie oczekuje, czego chce? - On chce, żebyś,
                  kochając Jego wolę, chciał dla siebie dobra. Chrystus niczego nie potrzebuje dla
                  siebie. Jeżeli czegoś od ciebie chce, to zawsze twojego dobra. On chce ciebie
                  kochać i chce, żebyś przyjął to Jego pragnienie, czyli Jego miłość. Ty jesteś
                  jak małe dziecko, które nie wie, co jest dla niego dobre. Małe dziecko trzeba
                  zmuszać, żeby uczyło się, żeby jadło, żeby się ubierało, ponieważ dziecko nie
                  potrafi kochać siebie. To mama i tata kochają je, troszczą się o nie. Dziecko
                  nie potrafi samo siebie kochać i troszczyć się o siebie. Tak też jest z nami. My
                  nie wiemy, co jest dla nas dobre, nie potrafimy siebie kochać. Kochamy siebie w
                  sposób czysty i bezinteresowny, kochając Jego wolę, Jego miłość i troskę o nas.

                  Chrystus to Ktoś, kto czegoś od ciebie oczekuje, to przede wszystkim wola, która
                  się nam objawia. Wierzyć i kochać Chrystusa to kochać to, czego On chce, kochać
                  Jego wolę. Mamy wybierać Go właśnie w taki sposób - kochając to, co On kocha.
                  Dopiero umiłowanie woli Chrystusa, potwierdzone naszymi wyborami w sytuacjach
                  prób wiary, przynosi pokój i prawdziwą radość, której nic nam nie może odebrać.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka