mamadominika3
15.07.06, 11:39
Wczorajszy wieczór. Jadę samochodem po mieście, trochę szybciej niż dozwolone
50 km/h. Nagle obok mnie jedzie policyjny Wolkswagen Transporter i mruga
latarką, żebym zjechała. No to zjeżdżam. Policjant podchodzi, nie przedstawia
się, nie podaje powodu zatrzymania, prosi o dokumenty. Ok, podaję mu, a ten z
pytaniem, kiedy robiłam prawo jazdy. Mówię mu, że dawno. A jak uczyli na
kursie, jak szybko można jeździć po mieście. Odpowiadam. On mi na to, że
jechałam 90 km/h, a za to jest mandat 400 zł i 8 pkt. Czy przyjmuję mandat.
Mój mąż (po piwku, dlatego nie prowadził) odzywa się, że nie, i na jakiej
podstawie on mówi, że jechałam 90 km, skoro nie miał "suszarki". Na to pan
policjant mówi, że rozmawia z kierowcą i poprosił mnie do radiowozu. A tam
zaczął mnie umoralniać, że przecież wiozę dziecko, że przy takiej prędkości
jeśli jeż wszedłby mi na drogę, to nie opanowałabym samochodu, dziecko
wyskoczyłoby przez przednią szybę i się zabiło, a ja poszłabym do więzienia
(dodam, że dziecko - 3-latek siedział w foteliku, przypięty pasami). A
nerwowemu mężowi mam przekazać, że samochody policyjne mają prędkościomierze
z homologacją i na tej podstawie określają prędkość pojazdu przed nimi (nie
rozumiem, co chciał przez to powiedzieć). Nie dostałąm mandatu, tylko pan
policjant kazal mi się zastanowić nad tym, co mi powiedział.
I teraz pytam - czy jeśli mi nie udowodni, jak szybko jechałam, powinnam
przyjąć mandat? Czy ma prawo pytać :"czy pani nie zależy na dziecku?" - bo
takie dokładnie słowa padły, a że jestem wrażliwą kobitką, to bardzo mnie
zabolały. I chyba dobrze mi się wydaje, że powinien się przedstawić i podać
powód zatrzymania. W ogóle to wczoraj mieli chyba jakąś akcję, bo pełno ich
było wszędzie, a wieczorem, zaraz po mnie, w tym samym miejscu zatrzymali
jeszcze 2 samochody. I co wy na to?