Dodaj do ulubionych

Krew mnie zalała

16.11.11, 11:10
Zacznę od tego, co napisała lashgueen w wątku o trendach w kuchni :
"We Włoszech (a tym samym u mnie) bardzo modne jest ostatnio hasło "a km zero". Odnosi się ono do produktów pochodzących z jak najbliżej położonych upraw, lokalnych producentów, jako te najwartościowsze pod względem odżywczym, najświeższe, a nie transportowane nie wiadomo skąd. Wiąże się to też ściśle ze wspieraniem lokalnych firm, a tym samym ekonomii regionu. Włosi w ogóle mają bzika na wynoszenie na piedestał tego, co regionalne, co lokalne. Dotyczy to też kuchni. Na co dzień najczęściej gotuje się potrawy z własnego regionu: Swoje cenimy, cudzego nie wychwalmy. Sama w ciągu ostatniego roku bardzo dobrze zaznajomiłam się z kuchnią mojego regionu i coraz częściej przyrządzam te potrawy".
W związku z tym przypomniało mi się co powiedział światły, światowy juror Kozyra w ostatnim szole "Mam talent". Otóż wychwalając jednego z uczestników powiedział coś w tym guście, że żyjemy ( na szczęście ) w kraju w którym suszi zastępuje schabowego. Miało to jednoznaczny kontekst - Polska powoli się cywilizuje i zaściankowego, prostackiego z definicji schaboszczaka zastąpimy światowym i oświeconym suszi.
Normalnie szlag mnie trafił. I nie chodzi mi wcale o to, że schabowy jest z natury swojej najlepszy na świecie, ani o to, że jeśli ktoś woli surową rybę po japońsku od panierowanego kotleta wieprzowego ten jest zaprzańcem i heretykiem. Idzie mi jedynie o to, że "elyty" (mam nadzieję, że nie elity) zakładają z góry, że wszystko co innostranne automatycznie nas nobilituje i podnosi o szczebelek wyżej w rozwoju cywilizacyjnym.
-
BETTER MOTORHEAD THAN DEAD
Obserwuj wątek
    • linn_linn Re: Krew mnie zalała 16.11.11, 11:17
      Tak reagujesz na wszystkie odmienne od Twoich opinie? Co ja mam powiedziec: nawet nie wiem kto to jest ten juror. Chyba nie zasne dzis wieczorem.
      • 363636r Re: Krew mnie zalała 16.11.11, 11:34
        Linn linn, to kim jest pan Kozyra w tym akurat kontekście nie ma żadnego znaczenia (też nie bardzo wiem kto zacz), chodzi o to, że moim zdaniem, społeczeństwa które wstydzą się tego co własne i uważają, że wszystko co obce jest lepsze, doskonalsze, bardziej cywilizowane popełniają wielki błąd. Może muszą dorosnąć.
        Tak jak pisze Lashqueen, Włosi nade wszystko cenią, rzeczy lokalne, swojskie. Nie wstydzą się ich i je promują. To samo widzę w wielu programach kulinarnych produkowanych przez BBC - promujemy swoje, angielskie, nawet bliższe, tutejsze, ze swojego hrabstwa, z własnej wsi. To jeden z przejawów patriotyzmu.
        • linn_linn Re: Krew mnie zalała 16.11.11, 12:14
          Wlosi dotarli do tego wczesniej, gdyz to wynika z ich realiow, a nawet historii. Wlochami czuja sie wobez swiata zewnetrznego, we Wloszech okreslaja siebie uzywajac najpierw nazwy miejscowosci i regionu. Wlochy sa panstwem od niedawna, wiec nic w tym dziwnego. To samo danie regionalne inaczej robi sie tu, gdzie mieszkam, a inaczej w miejscowosci odleglej o 14 km. Oprocz tego sa dania, ktorych w pobliskiej miejscowosci w ogole nie ma / a to rzut beretem /. Dla Wlochow jest to naturalne, mozna powiedziec wyssane z mlekiem matki. Trudno im wytlumaczyc, ze moze byc inaczej.
          Jeszcze jedno: we Wloszech istnieje wiele gatunkow warzyw czy owocow, ktore sa uprawiane tylko w jednej miejscowosci / np. papryka z Senise, seler z Werony, nasz poczciwy korzeniow /. Nie znaczy to, ze Wlosi zamykaja sie na inne smaki: przyklad klasyczny kiwi. Sprobowali i stali sie drugim producentem na swiecie.
          Na koniec: latwo jest byc milosnikiem wlasnej kuchni majac taki bagaz kulinarny jak Wlosi. Holendrom nigdy sie to nie uda.
          • jacek1f ojtam ojtam, nigdzie takiego zielonego sledzia 16.11.11, 13:19
            nie ma jak w Holandii :-)))
      • konrad_dk Re: Krew mnie zalała 21.11.11, 01:20
        linn_linn napisała:

        > Tak reagujesz na wszystkie odmienne od Twoich opinie?

        Nic dodać, nic ująć. Przecież w dzisiejszej dobie dostępu do mediów, człowiek jest konfrontowany z multum różnych opinii. Czytam forum i widzę ileś tam postów, z którymi niekoniecznie się zgadzam. Może inicjatorce / inicjatorowi wątku braku trochę tolerancji.
        Nie ma co dramatyzować.


        .
    • jacek1f przeprazam Raf, ale nic nie rozumiem... 16.11.11, 11:34
      czy czepiasz sie Lashqueen?! watpie raczej, bo slusznie prawi o lokalnosci i regionalizmie i modzie na 0 km.
      czy czepiasz sie jakiegos Kozyry?! I slusznie, bo kretyn.
      Ale jak juz krew zetrzesz z twarzy, to jeszcze raz napisz o co chodzi, pls:-)

      • jacek1f pisalismy dubla, juz rozumiem.... po 2 wpisie:-) 16.11.11, 11:38
        Nie wiem czym sie przejmujesz, pan Kozyra jest nikim, wiec o co chodzi. Nawet nie elyta.

        Na wsiach i regionach poza miejskich jest od dawna lokalny trend, czy to z powodu ekonomicznego czy innego...
        W miastach srednich - Biedronka rzadzi, musi sie przepilowac.
        W wiekszych - bazarki wracaja do lask, choc duze miasta mja przegwizdane w dostarczaniu "bliskich" produktow.
        Ale idzie na lepsze na pewno - widac to po restauracjach, barach itp - moim zdaniem. Stawiaja na jakosc lokalna, sa dumni z poslkich produktow itp....
        Bedzie dobrze.

        A krew... najlepsza w kaszance:-)
      • 363636r Re: przeprazam Raf, ale nic nie rozumiem... 16.11.11, 11:42
        Jacku, czy ja gdzieś napisałem coś naprzeciw temu co stwierdziła lashqueen? Moze trochę niejasno się wyraziłem, ale właśnie to stwierdzenie o lokalnym patriotyzmie miało być przeciwwagą dla idiotyzmu pana jurora.
        :0)
    • Gość: senin bedac mloda lekarka na rubiezy... IP: *.dyn.iinet.net.au 16.11.11, 11:43
      no wlasnie, mloda lekarka nie jestem, ale mam podobne spostrzezenia - choc sama propaguje kuchnie 'zagraniczne' to do glowy by mi nie przyszlo by dyskryminowac polskie potrawy, (nie pisuje o nich, bo wiem ze sa tu znakomici specjalisci, ktorzy zrobia to lepiej)ebie denerwuje mnie maniera podkreslania "lepszosci" zamiast"innosci" kuchni obcych


      ja osobiscie przepadam za kuchnia indyjska i dalekowschosdnia i probouje/probowalam je propagowac, ( w formie dosc ortodoksyjanej, przyznam sie) . ale nie rozumiem dezauowania kuchni polskiej, tej naprostszej i najsmaczniejszej


      choc salatki warstwowe z wszystkimi puszkami z supermarketu i majonezem mnie do szewskiej pasji doprowadzaja, bo ani z dobra kuchnia polska nie maja nic wspolnego ani z zadna inna dobra kuchnia, wiec tepie to pseudo polskie, pseudo eleganckie badziewie

      wkrotce pewnie zapiekanki tepic zaczne bo tez jakies super skomplikowane, super tlusto smietanoweo/serowe sa

      kuchnia polska od wloskiej czy japonskiej gorsza nie jest
      sama ogladalam z zachwytem kiedys odcinek japonskiego "IRON CHEF'a" z tematem glownym "kapusta", gdzie przyrzadzane byly najzwyklejsze polskie lazanki i zachwycily jurorow

      zdecydowanie tak! wszelkie proby ponizania, naszego dorobku kulturalnego wkurzaja mnie niesamowicie (nawet jesli mialby byc to bigos lub schabowy, bo w koncu sa najlepsze na swiecie) - sushi , choc dobre jako urozmaicenie. smakowo nie umywa sie do schabowego....no moze troche zdrowsze jest

      ale najzdrowiej jest ponoc totalne niejedzenie
      • Gość: senin dezawuowac..itd - NT IP: *.dyn.iinet.net.au 16.11.11, 11:53
    • Gość: miki202 Re: dezawuowac..itd - NT IP: *.nat0.sta.nsm.pl 16.11.11, 16:53
      Ale sushi w wydaniu polskim to najczęściej łosoś z najbliższej hodowli, więc się miejscowych popiera. A jeśli ktoś zjada kilkudniowego albo mrożonego tuńczyka, to naprawdę jego wybór. Więcej w tym szpanu niż kulinarnego znawstwa. Widziałam ten program, chyba z Kanady?, gdzie parę rodzin żywiło się wyłącznie miejscowymi produktami. Było to lekkie przegięcie, bo nie można zabronić produktów, które na danym terenie zwyczajnie nie rosną np. kawy. Ale już jabłka albo marchewka, że o tysiącu innych nie wspomnę mogłyby być lokalne.
    • pinkink3 dobrze mowisz, Rafale 16.11.11, 17:15
      Rafale, masz moje bezwzgledne poparcie.
      Co do caloksztaltu i co do stanowiska wyrazonego w tym poscie.

      Ale cos mi sie zdaje, ze to walka z wiatrakami. Polacy, jako narod ciekawy /ciekawski, zachlystuja sie wszystkim co nieznane, obce, do niedawna niedostepne, 'wielkoswiatowe'. I staraja sie nasladowac: jesc jak 'oni', byc jak 'oni'.
      Zjawisko jest pozytywne choc czasem przybiera groteskowe formy. To nasza cecha narodowa, czy tego chcemy, czy nie.

      Kiedys propagator wysmienitej kuchni polskiej z Galerii Potraw, p. Krzysztof Wandelt powiedzial/napisal, ze pochwaly za swoje pyszne prezentacje dostaje glownie od Polakow z zagranicy, od Polonusow. Dla nich/nas, to 'raj utracony';))
      Krajowcy nie podzielaja szczegolnie jego pasji do gotowania 'po polsku'.
      Cos w tym jest.
      Popatrz, od kogo dostales odzew;))


      • Gość: genny Re: dobrze mowisz, Rafale IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 16.11.11, 18:18
        To chyba niezupełnie jest tak, jak piszesz, Pinki. Fakt, zachłysnęliśmy się światem i Europą, także w kuchni. Zaczęliśmy gotować "po" włosku, tajsku, arabsku etc. I to chyba dobrze. Próbowaliśmy różnych kuchni/przypraw/smaków, no bo to, co nieznane nęci. I niektórzy w tym się odnaleźli, inni tylko czasem, a są i tacy, którzy w ogóle nie zaakceptowali inności. Kuchennych, żeby nie było. Tutaj, na forum piszą, chyba, głównie ludzie młodzi, wykształceni, znający dobrze angielski i poruszający się nie tylko po Europie. Ale w tych zwyczajnych domach, wielkomiejskich i wiejskich, gotuje się nadal po polsku. Ale i ta kuchnia jest nieco inna, nie tak tłusta, bardziej urozmaicona, bardziej warzywna, z nutą innych kuchni, najczęściej włoskiej. No są sałatki z puszek, prawda, ale i na nie przyjdzie kres, zaczniemy sięgać po nowe, zdrowsze, lepsze. Ale pewnie zawsze będziemy wracać do naszej poczciwej jarzynowej. A jest dom, gdzie nie gotuje się pomidorowej?
        A Rafał też sięga do kuchni czeskiej czy węgierskiej i robi to super. Myślę, że to oszołomienie powoli mija.
        • pinkink3 Genny, 16.11.11, 19:23
          Masz racje, Genny, przy czym chybasmy sie do konca nie zrozumialy.
          Piszemy przeciez o tym samym.

          Pozwol, ze zacytuje sama siebie:
          "Zjawisko (zapozyczen, nasladownictwa) jest pozytywne choc czasem przybiera groteskowe formy.
          Jedna z nich jest dla mnie motto jednej z forumowiczek o jedzeniu kotleta jako czynnosci, ktorej nalezy sie wstydzic: "jedz to w domu po kryjomu".
          To juz jest dosc nieciekawe przegiecie i o tym chyba m. in. Rafal pisze. - Nie musimy sie wstydzic 'polskiej kuchni'.
          Otwarcie na kulinarny swiat jest OK.
          Potepianie i wysmiewanie rodzimej kuchni nie jest niczym pozytywnym.
          Amen.

          • Gość: genny Re: Genny, IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 16.11.11, 19:45
            W sumie masz rację, Pinky. Skupiłam sie na tych przeięciach. Pozdrawiam
    • godiva1 Re: Krew mnie zalała 16.11.11, 19:52
      Hmm, nie gniewajcie sie, ale Japonczycy zyje dluzej niz Polacy i naja nizszy odsetek chorob ukladu krwionosnego bo ryba i ryz sa zdrowsze niz schabowy z kapusta.

      U mnie w Stanach widze, ze sie powoli odchodzi od ruchu locavores, w koncu wolowina z Nowej Zelandii ma nizszy wplyw na CO2 niz wolowina z Ohio, nawet dla konsumenta z Ohio. I nie wszystko rosnie w wiekszosci klimatow, gdyby jesc tylko to co rosnie w Polsce to nasze bylaby to bardzo uboga kuchnia.
      • Gość: genny Re: Krew mnie zalała IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 16.11.11, 21:03
        Ależ polska kuchnia to nie schabowy i kapusta! Nie tylko. Może być i zdrowa i urozmaicona, choć, oczywiście, dodatek różnych niepolskich warzyw i owoców ją wzbogaca.
        • qubraq Re: Krew mnie zalała 17.11.11, 16:24
          genny napisała:

          > Ależ polska kuchnia to nie schabowy i kapusta! Nie tylko.

          A propos kapusty... robie kapuste z grzybami i bigos ale tak sie nagle spostrzeglem, że juz nie pamietam jaka to jest ta "kapusta do kotleta" ... czy to jest kwasna kapusta czy slodka a moze mieszana... napisz - G - cos na ten temat bo sie chyba pogubiłem ;-)
          • beata_ A mogę ja? :-) 17.11.11, 21:37
            Do schabowego gotuję "gołą" kapustę zasmażaną - bez żadnych dodatków mięsnych czy wędzonych, bez grzybka - sama kwaszona kapusta, surowa cebula w ksoteczkę, smalec, pieprz w kulkach, ziele i listek laurowy. Córka lubi jeszcze kminek - ja nie mam nic przeciwko smakowi, ale "pestki" mnie nieco drażnią :-)
            Kapustę odciskam, zostawiam sok na wszelki wypadek, kroję (żeby się nie ciągnęła) i najpierw obgotowuję krótko bez niczego. Odlewam wodę, dokładam to, co wyżej napisałam, solę i gotuję. Wodę oczywiście nową wlewam, nie zapominam! :-) W trakcie sprawdzam skam - jeśli za mało kwaśna, na sam koniec dolewam tego soku, co mi został. Robię zasmażkę, ale taką bardziej rumianą niż do marchewki np. i to wszystko. Ciekawostka, że taka kapustka ma posmak grzybowy, mimo że grzybów nie daję. Pierwszą podejrzaną o ten posmaczek jest podrumieniona zasmażka, ale mogę się mylić :-)

            O! A latem zamiast kwaszonej robie młodą kapustę zasmażaną, ewentualnie podprawiam pomidorami, ale niekoniecznie.
            • qubraq Re: A mogę ja? :-) 18.11.11, 09:40
              beata_ napisała:

              > Do schabowego gotuję "gołą" kapustę zasmażaną - bez żadnych dodatków mięsnych c
              > zy wędzonych, bez grzybka - sama kwaszona kapusta, surowa cebula w ksoteczkę, s
              > malec, pieprz w kulkach, ziele i listek laurowy. Córka lubi jeszcze kminek - ja
              > nie mam nic przeciwko smakowi, ale "pestki" mnie nieco drażnią :-)

              Ja do kapusty dodaje cały kminek ale w kuchni uzywam rowniez kminek własnorecznie mielony
              Serdeczne dzieki Beato za dobre serce i podpowiedź :-)

              > O! A latem zamiast kwaszonej robie młodą kapustę zasmażaną, ewentualnie podprawiam
              > pomidorami, ale niekoniecznie.

              ja mlodą tez robie, na cebulce podsmazonej na masle ale tylko z koprem i bez zasmazki
              • beata_ Re: A mogę ja? :-) 18.11.11, 13:19
                Cebulkę zawsze dodaję do kapusty surową... Tylko do kapusty z grochem podsmażoną + skwareczki na koniec.
                A zasmażkę - zawsze lekką - do każdej (prawie) jarzyny gotowanej - nie lubię jak mi takie wyraźne kawałki czegoś latają po talerzu wypływa spod nich przezroczysty płyn - dla mnie muszą mieć delikatne "spoiwo" :-)
                Nie zasmażam fasolki szparagowej, kalafiora czy brokułów - one dostają polewkę z rumianej bułeczki na maśle.
                • qubraq Re: A mogę ja? :-) 18.11.11, 15:28
                  Moze to śmieszne ale ja sie po prostu nie nauczyłem jedzenia przysmaków z zasmazką stąd jakos mi nie brak jej w żarełku... :-) nigdy nie lubiłem zamulonych potraw, zup czy warzyw
                  "na garni" ale moze wreszczie czas spróbować jak to smakuje... :-)
                  • beata_ Re: A mogę ja? :-) 18.11.11, 21:02
                    One (te potrawy) nie mają być zamulone, tylko hmmm... aksamitne (?), nie-szkliste (?) - nie wiem sama jak to nazwać :-)
                    Nie daję np mąki pod żadną postacią do zup... no, może z wyjątkiem zalewajki - tam trochę tej mąki jest z żurku (zakwasu). Czysty żurek, na białej kiełbasie np i do ziemniaków podawanych osobno robię już niemal zupełnie bez mąki - pilnuję, żeby mąka została na spodzie naczynia.
                    No i sosy - ale sosy, to już inna bajka... Nie uznaję "wodnistych", ale zakitowane mąką na sztywno też są do niczego :-)
                    Tylko że do sosów, to już nie zasmażka idzie :-)
                    • qubraq Re: A mogę ja? :-) 19.11.11, 10:40
                      beata_ napisała:

                      > One (te potrawy) nie mają być zamulone, tylko hmmm... aksamitne (?), nie-szkliste (?) - nie
                      > wiem sama jak to nazwać :-)
                      > Nie daję np mąki pod żadną postacią do zup... no, może z wyjątkiem zalewajki -

                      Skoro tak zachwalasz te zasmażki to moze dam sie namówic i ktoregos dnia spróbuje taką zrobic do zupy ale tak miedzy nami to z czego mam tę zasmażke zrobic jesli nie z mąki - naucz mnie proszę... :-)

                      ...a co do działania w kuchni to ja myslę, ze z tym jest tak jak z ogródkiem, jedni sie lubia babrac w ziemi a inni mowia ze nie sa kurami i nie będą w ziemi grzebać; kuchnia to jest takie fajne miejsce do ktorego sie po prostu przychodzi choćby pocieszyć oczy samym jej widokiem, zapachem, szumem grzejącej sie wody czy pracujacej lodowki, można usiąść przy stole i napic sie świezej herbaty osobiscie skomponowanej ze swoich skarbów, zajrzec do przypraw, sprawdzic czy juz garnki i talerze ociekly na suszarce i czy mozna je schowac do szafki, mozna sprawdzic czy tzw. "spong" kuchenki gazowej jest czysty i ewentualni przemyc zachlapania; kuchnia to takie fajne miejsce - takie troche jak ogrod choc w kuchni nie ma nisko wiszacych gałęzi jalowców tuj cyprysikow sosen cisów czy kaliny zeby sie mozna bylo o nie otrzeć i na nich zostawic swoje zle ladunki elektrostatyczne... jakie to fajne uczucie pojsc toples do ogrodu i dac sie podrapac sosnom i jałowcom :-) ... i tak jest z kuchnią, do kuchni sie po prostu wchodzi zeby poczuc sie jakos fajnie... no ale fakt ze paleta odczuć pro- i kontra-kuchennych jest na pewno ogromna i pewnie wiele pań mnie nie zrozumie; dla mnie kuchnia jest troche jak usmiech dziecka :-)
                      • beata_ Re: A mogę ja? :-) 19.11.11, 15:43
                        Pięknie o tej "swojej" kuchni piszesz :-) Dla mnie kuchnia też zawsze była ważnym miejscem w domu, choć może nie tak magicznym, jak to przedstawiasz... ale coś w tym jest...

                        Jeśli chodzi o zasmażki, to do zup NIE daję! :-) Czekaj, tak jeszcze gorączkowo myślę... ale nie... Nooo, chyba że flaki nazwiemy zupą, to owszem - daję nie-gęstą zasmażkę robioną na maśle.

                        Oczywiście, że podstawa zasmażki to mąka i tłuszcz - do niektórych potraw (za duże słowo) robię zasmażkę na maśle, do innych na smalcu i to wszystko. Stopień zarumienienia i gęstości jest też różny, ale nie jakoś diametralnie.
                        Samażkę robię do gotowanych na tzw. "jarzynę" warzyw - kapusta (kwaśna lub słodka - bez dodatków mięsnych), marchewka (ew. z groszkiem), groszek (rzadko robię i wymiennie - albo z zasmażką, albo częściej - z bułeczką tartą zrumienioną i masłem), buraczki i szpinak. Do kapust - zasmażka zawsze na smalcu, do kwaszonej - bardziej rumiana (ale nie brązowa! lekko złotawa), do pozostałych wymiennie - jak chcę mieć bardziej wyraźny smak, to na smalcu (czasem nawet ze skwarkami drobnymi, jak mnie najdzie), ale nie rumienię prawie wcale - zdejmuję z ognia natychmiast, jak widzę że ma ochotę zmienić kolor. Zasmażka na maśle też w takiej nierumianej postaci.
                        Oprócz jarzyn, z zasmażką tylko flaki (o czym wyżej) i czasem sos chrzanowy, jeśli nie mam rosołu akurat - wtedy całą zabawę zaczynam od zasmażki na maśle i chrzanu, a dalej uzupełniam stopniowo wodą (mieszając, żeby się kluchy nie zrobiły), doprawiam śmietaną, sól, cukier, cytryna i na koniec jeszcze chrzan, bo się jego ostrość wygotowuje.

                        Ufff, to chyba wszystko...
                        Mam nadzieję, że zostanie mi wybaczona ta zasmażkowa dygresja :-)

                        ps
                        tak na wszelki wypadek dodam, choć może niepotrzebnie - zasmażka zawsze do potrawy gorącej, od razu mieszamy, żeby nie było "klusek" (przy rzadkiej zasmażce, a taką robię zdarza się rzadko, ale pamiętać warto) i chwilę jeszcze gotujemy, żeby się mąka rozkleiła (czuć to na smak)
                        • qubraq Re: A mogę ja? :-) 19.11.11, 16:00
                          beata_ napisała:

                          > Pięknie o tej "swojej" kuchni piszesz :-) Dla mnie kuchnia też zawsze była ważnym
                          > miejscem w domu, choć może nie tak magicznym, jak to przedstawiasz... ale coś w tym
                          > jest...

                          wiesz, ja sobie dopiero potem uświadomiłem że to może nie miejsce by tak sie jakos duchowo
                          wywewnętrzniać - to w koncu forum kulinarne a nie fettiniowe kuchenne pogaduszki... no ale trudno - poszlo w świat i cześć...

                          > Mam nadzieję, że zostanie mi wybaczona ta zasmażkowa dygresja :-)

                          dzieki za naukę! :-)
                          • Gość: Gosc987 Re: A mogę ja? :-) IP: *.pools.arcor-ip.net 19.11.11, 16:10
                            qubraq jaka najbardziej te forum jest miejscem nawet i do takiej dyskusji, by przypomnieć wielu że zwyczaje, nacjonalna kuchnia, tradycja, ... są identyfikacją narodu, że nie powinno się tego zaniedbywać. Tak jak Austrię identyfikuje się z wieloma potrawami, dla przykładu Kaiserschmarrn, Polaków i Polskę np. z bigosem, Włochów dla przykładu z pastą, Schwabenland (Niemcy - Baden-Württemberg) z Linsen mit Spätzle und Saitenwürstchen, itd.
                          • beata_ Re: A mogę ja? :-) 19.11.11, 16:10
                            Mogę się mylić, ale tak sobie myślę, że odrobina "ducha" na formum kulinarnym nie powinna być czymś nagannym...
                            Przecież gotowanie, to nie tylko obróbka termiczna zebranych w odpowiednich proporcjach składników :-)
                      • coralin Re: A mogę ja? :-) 19.11.11, 16:27
                        Piękny wpis.
      • kooreczka Re: Krew mnie zalała 16.11.11, 21:09
        Ale sypią do tych ryb tyle soli, że od lat są w czołówce raków układu pokarmowego.
      • Gość: Gosc987 Re: Krew mnie zalała IP: *.pools.arcor-ip.net 18.11.11, 23:49
        godiva1 napisała:

        > Hmm, nie gniewajcie sie, ale Japonczycy zyje dluzej niz Polacy i naja nizszy od
        > setek chorob ukladu krwionosnego bo ryba i ryz sa zdrowsze niz schabowy z kapus
        > ta.
        ---------------------------------------------------------------
        A co ty wiesz o kapuście?
        Ja osobiście skoro miałabym do wyboru Sushi albo kapustę, wybrała bym z zamkniętymi oczyma kapustę z względu jej wielkie wartości odżywcze jak i zdrowotne.
    • Gość: ola_p Re: Krew mnie zalała IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 16.11.11, 21:14
      Trend, o którym pisze Autor(ka) wątku to nic nowego. Bodaj z Kanady wywodzi się i jest tam popularny ruch Buy local, eat local. Przemawia do mnie ta idea i kiedy tylko mogę, staram się wcielać ją w życie. Kupuję jak najwięcej produktów lokalnych. Np.kupując kefir wybieram produkowany w mleczarni nieopodal, mimo, że jest on droższy niż jogurt z Krasnegostawu, Zott, Danona itp.
      Motywacja? Kupując lokalnie wspieram lokalny biznes, a więc część tych pieniędzy wróci do mnie - ponieważ też pracuję w tym regionie i ktoś kupi moje usługi.
      Po drugie - eliminuje to niepotrzebny transport, a więc zmniejsza zatrucie środowiska. Po co ów jogurt wieźć z Krasnegostawu (jakieś 400km) - nie widzę sensu.

      Z drugiej strony cholera mnie bierze, gdy widzę w Tesco starannie opisane i oczyszczone ziemniaki z Niemiec, w cenie polskich brudasów pastewnych -autentyk. Jak to możliwe, że im się opłaca, a naszym nie? W takich wypadkach moja miłość do lokalności jest poddawana nielichej próbie;) Bo myślę sobie - co polskich farmerów zmusi do poprawy jakości produkcji, jeśli nie brak nabywców?

      Jest jeszcze jeden aspekt zagadnienia : otóż mit "lokalności" towarów z okolicznego bazaru/targu. Tak naprawdę niewiele jest tam lokalnych produktów, spora część to Holandia, i nie mam na myśli egzotyków typu bakłażany, ale całkiem podstawowe warzywa jak np.kapusta. W moim regionie polska kapusta jest niedostępna - wszystko holenderski import.
      Szkoda.
      • pluskotka Re: Krew mnie zalała 16.11.11, 21:16
        Miałam wrażenie, że Kozyra wtrącił tam słowo "niestety", ale trzeba by chyba powtórnie obejrzeć odcinek, żeby to sprawdzić.
    • coralin Re: Krew mnie zalała 16.11.11, 21:18
      Wydaje mi się, że Francuzi i Włosi są mocno przywiązani do swego, co owocuje też niechęcią do poznawania obcego. Polacy są bardziej otwarci. U mnie poszukiwania kulinarne wiązały się z tym, że część dań polskich tradycyjnych była dla mnie po prostu zbyt czaso- i pracochłonna. Dla części (dla mnie nie) te dania mogą być za ciężkie, za tłuste.
      Są to jednak smaki genialne. I ludzie te smaki jednak lubią o czym świadczą np. liczne pierogarnie.
      Lubie oliwę z południa, ale z zapałem szukałam po sklepach oleju rzepakowego regionalnego producenta z tłoczenia na zimno. Ucieszyłam się, że dostawca wody z regionu ożył. Nigdy nie rozumiałam zachwytu nabiałem znanej mleczarni na tym forum i dziwiłam się, że ktoś nie może znalezć śmietany, mleka, twarogu regionalnego producenta.
      • Gość: miu Re: Krew mnie zalała IP: *.centertel.pl 17.11.11, 20:14
        Co do Francuzow, to mylisz sie. To najbardziej ciekawski narod na swiecie. Bardzo chetnie poznaja nowe smaki, swoje podroze zawsze wiaza sie z kosztowaniem specjalow danego kraju, co oczywiscie nie wyklucza wielkiej dumy z wlasnej kuchni i swiadomosci wkladu swojego narodu w dorobek kulinarny swiata.
        • coralin Re: Krew mnie zalała 17.11.11, 21:08
          Bardzo odważna opinia. Każdy opiera swoją na własnych obserwacjach. Mieszkałam we Francji, mam znajomych Francuzów, teraz jestem tam dość często. Owszem spróbują poczęstowani, zjedzą, ale są przywiązani do swego. Owszem nauczą się angielskiego, ale mówić w tym języku nie chcą (bo to mit, że go nie znają). Na wyciągnięcie ręki mają potrawy arabskie (duża społeczność z Afryki we Francji), ale jakoś entuzjazmu wobec tej kuchni Francuz nie ma. Najbardziej otwarci wydaja się w tej kwestii Amerykanie i Anglicy- to też moja subiektywna opinia. Polacy też byli poddatni na wpływy sąsiedzkie i otwarci kulinarnie. Generalizując chłoną nowości w kuchni ci, którzy nie mają w swoim kraju zbyt wysoko rozwiniętej kultury kulinarnej (chyba dlatego w Anglii tak popularne stały się potrawy z Indii). Polska kultura kulinarna była wysoka, acz z obcymi wpływami. Trochę podupadła w PRL i do dziś np. mimo,że pijemy bardzo dużo herbaty nie ma kultury jej picia (to forum nie jest miarodajne wiec nie piszcie, że "ja parzę porządnie"). Miarodajne są knajpy, bo to one odpowiadają na zapotrzebowanie rynku.
          Wielu Polaków chciałoby powrócić do wspaniałej tradycji, ale pracochłonność niektórych dań (zarówno kuchni chłopskiej jak i szlacheckiej) jest zaporowa, wiec może i z tego powodu szukamy bardziej niż inne nacje.
          • Gość: miu Re: Krew mnie zalała IP: *.centertel.pl 17.11.11, 23:14
            Widocznie obracasz sie w innym srodowisku niz ja. "Moi" Francuzi wlasnie w ubieglym tygodniu jedli couscous na swiecie swojej bardzo francuskiej asocjacji, w ktorej nie ma ani jednego Araba (tak dla jasnosci). Zamawiaja go u tretera niemal co roku (po polsku : "catering").

            Inni umieja wlasnorecznie ugotowac barszcz, a jeszcze inni robia fantastyczne spaghetti bolognese, caneloni czy tiramisu, itd, zas lokalna nieprzyzwoicie wielka restauracja sushi peka w szwach i rezerwacja jest baaardzo wskazana.

            A najfajniejsze jest to ze najlepszy polski kompot wigilijny z suszu pilam wlasnie we Francji. Zrobiono go na swieta z racji podejmowania polskich gosci i... ku swojemu wlasnemu zaskoczeniu wzielam przepis ;) Od tej pory robie go wg przepisu przesympatycznej Francuzki, bo ten smakuje mi o wiele bardziej niz "domowy".

            Kazdy element powyzszej opowiastki to inni ludzie, inne rodziny i inne miejsca. Moglabym je mnozyc. Zatem: masz racje kazdy ma swoje obserwacje ;) :)

            PS. Przypuszczam ze masz do czynienia z Poludniem. Zgadlam?
          • Gość: Gosc987 Re: Krew mnie zalała IP: *.pools.arcor-ip.net 19.11.11, 00:30
            coralin napisała:
            > Wielu Polaków chciałoby powrócić do wspaniałej tradycji, ale pracochłonność nie
            > których dań (zarówno kuchni chłopskiej jak i szlacheckiej) jest zaporowa, wiec
            > może i z tego powodu szukamy bardziej niż inne nacje.
            --------------------------
            Tu masz całkowitą racje, polska kuchnia jest praco- jak i czasochłonna, w dzisiejszych czasach w tym zapędzeniu na to nie można sobie w tygodniu pozwolić. Wybiera się lekką kuchnię po prostu inspiracje, co można w krótkim czasie, małym kosztem wysiłku, energii jak i pieniędzy przyrządzić by zawsze mieć coś świeżego na talerzu. W okresie zimowym, w tygodniu królują u mnie mrożone warzywa w kuchni, w sobotę i niedziele praco chłonniejsze jak i wykwintniejsze potrawy na bazie surowców z regionu zakupionych nie w supermarkecie ale w sklepiku rolnika by wesprzeć i motywować regionalnych producentów. Mieszkam poza Polską, moja kuchnia jest moją kuchnią, kuchnią własnych inspiracji, inspiracji zaciąganych z międzynarodowy kuchni, nawet z tego forum. Moim zdaniem ta międzynarodowa różnorakość ma pozytywny wpływ na nowe inspiracje kreatywnych ludzi, na powstawanie nowych potraw bez przynależności narodowej.
            Nie jestem snobką i nie znoszę snobizmu jak i szpanowania.
            • Gość: miu Re: Krew mnie zalała IP: *.centertel.pl 19.11.11, 11:58
              Tak sie zastanawiam czy polska kuchnia jest bardziej pracochlonna niz np. czeska, wloska, francuska czy angielska lub hiszpanska? A moze to mit?
              • bobralus Re: Krew mnie zalała 19.11.11, 12:21
                Czytam ten wątek od paru dni i mam mieszane uczucia - z jednej strony się zgadzam, że nie należy nie doceniać rodzimej kuchni, tradycji i składników, ale z drugiej - "polski" schabowy do w większości przypadków średniej jakości mięso z supermarketu, podane bez fantazji zawsze w tym samym zestawie. Smaczny może i jest, ale ani to żadna wielka tradycja, ani faktycznie nie do końca nasza. Najważniejsze są dobre produkty - wielki świat na zasadzie "tydzień francuski w Lidlu" nie kusi mnie tak samo jak rodzime kotleciarstwo.
                Cenię ludzi, ktorzy chcą próbować nowych rzeczy, choćby w neofickim zachwycie gloryfikowali sushi, które, co by nie mówić, prezentuje wyższy poziom kunsztu niż świnina w panierce. Gorąco polecam Ci Rafale więcej ciekawości świata, choć dobrze wiesz, że wysoko cenię Twój talent i wiedzę. Ja spróbowałam różnych kuchni i szczerze przyznam, że akurat do schabowego już nie wracam.
                • eeela Re: Krew mnie zalała 21.11.11, 14:08
                  w neofickim zachwycie g
                  > loryfikowali sushi, które, co by nie mówić, prezentuje wyższy poziom kunsztu ni
                  > ż świnina w panierce.

                  Możesz mi wyjaśnić, bo nie za bardzo pojmuję, co jest bardziej kunsztownego w rybie obklejonej ryżem od świniny w panierce? ;-)
                  • bobralus Re: Krew mnie zalała 21.11.11, 19:30
                    Cóż, zdarzało mi się jadać nieco lepsze i ciekawsze wydanie sushi niż ryba oklejona ryżem, polecam, myślę, że warto spróbować.
                    • eeela Re: Krew mnie zalała 21.11.11, 21:34
                      Ale świninę w panierce też można przyrządzić dobrze i ciekawie. To, że z twojej perspektywy sushi jest ciekawsze, bo mniej znane i spowszedniałe, nie znaczy automatycznie, że jest bardziej kunsztowne.
              • Gość: Gosc987 Re: Krew mnie zalała IP: *.pools.arcor-ip.net 19.11.11, 12:30
                Gość portalu: miu napisał(a):

                > Tak sie zastanawiam czy polska kuchnia jest bardziej pracochlonna niz np. czesk
                > a, wloska, francuska czy angielska lub hiszpanska? A moze to mit?
                ------------------------------
                Nie jest to mitem, polska kuchnia jest bardzo pracochłonna pożerająca masę energii, czasu a w dodatku bardzo ciężka (dla żołądka, jak i tuszy - z pełnym żołądkiem nie można iść do łózka), na która nie mogą sobie pozwolić osoby pracujące przychodzące wieczorem do domu.
                • coralin Re: Krew mnie zalała 19.11.11, 13:15
                  Np. porównajmy słynne sałatki, które zrobiły światową karierę: caprese, nicejska lub grecka z popularną w Polsce warzywną pod względem praco- i czasochłonności. Albo z czerwonej kapusty, buraczków.
                  • Gość: miu Re: Krew mnie zalała IP: *.centertel.pl 20.11.11, 18:33
                    OK. A teraz obiad wloskiej mammy i polski?
                    Albo angielska pieczen i... polska pieczen?
                    Schabowy i Wiener Schnitzel.
                    Ossobuco Milanese i np. potrawke z kurczaka.
                    Bigos i paelle?
                    Myslisz ze u nas jest naprawde bardziej pracochlonnie?
                    • coralin Re: Krew mnie zalała 20.11.11, 19:22
                      Tak, myślę, że polskie tradycyjne dania są mocno pracochłonne i nie chcę tu porównywać włoskiej mammy i polskiej gospodyni pracującej tylko w domu, bo przecież pisałam , że i włoska i francuska kuchnia mają pracochłonne dania. Jak każda kuchnia. Włoska oprócz tych pracochłonnych ma masę tych 15 minutowych. Paella w porównaniu z bigosem jest niczym pod względem czasu. W polskiej tradycji do tych dań nie dochodzi tylko jeden składnik, ale i pracochłonna surówka i o tym też pisałam.
                      • Gość: miu Re: Krew mnie zalała IP: *.centertel.pl 21.11.11, 13:10
                        Coz, jednak moim zdaniem procochlonnosc polskiej kuchni to mit i ze nie jest jakos szczegolnie bardziej pracochlonna niz kuchnie innych narodow.

                        A o salatce jarzynowej czytalam :) We Francji jest przeciez podobna do tej istniejacej we Wloszech, nazywa sie macedonska.

              • coralin Re: Krew mnie zalała 19.11.11, 12:59
                Zakładając np. że sporo w polskiej kuchni jadło się kapusty zwróć uwagę, że większość dan na jej bazie jest pracochłonna. Tak przynajmniej było w moim domu, te dania były dopieszczone i trudno porównywać łazanki z kapustą z makaronem z prostym sosem. ze względu na czas przygotowania czy pracę. Kolejna rzecz to trzyelementowe drugie danie z pracochłonnymi surówkami. Oczywiście, że i w kuchni włoskiej czy francuskiej są bardzo praco-i czasochłonne dania, ale nacje te w środku dnia jedzą proste makarony (Włosi) lub kawałek mięsa i do tego fura gotowanych warzyw czyli posiłki, które robi się 15 minut. A nie ravioli.
                Wśród moich znajomych bardzo lubiana jest kuchnia polska, ale staje się ona świąteczna (np. pierogi robi się w wolne dni). Sałatki podawane na przystawkę we Włoszech czy Francji to głównie sałata, pomidor, ogórek. W polskiej kuchni nie ma tego zwyczaju, jest surówka lub sałatka do obiadu. Przepyszne, ale pracochłonne.
                • anthonyb Re: Krew mnie zalała 19.11.11, 14:52
                  Chcialabym uswiadomic Was, ze we wloszech salatka nazywana insalata russa jest baaaardzo popularna salatka i jest to nic innego jak salatka jarzynowa w majonezie. Na pewno z paroma roznicami w skladzie. Np. nie dodaje sie selera i pietruszki w korzeniu, nie dodaje sie ogorkow kiszonych czy konserwowych, cebuli, musztardy. Podstawowymi skladnikami to ugotowana marchew i ziemniaki. Groszek. Cukinia (tylko ta czesc ze skorka), seler naciowy (tylko lodyga bez lisci). nie wiem czy jest mniej pracochlonna zwazywszy, ze przewaznie warzywa sa krojone na surowo i osobno gotowane (jako, ze seler czy cukinia gotuja sie szybciej niz np. ziemniaki). Przyznam, ze w Neapolu gdzie mieszkam robi sie ja zazwyczaj raz do roku. Na wigilie Bozego Narodzenia. Oprocz tego uzywa sie jej do przekladania chleba typu tostowego, jako danie na bufet - tramezzini.

                  Obale tu mity. Potrawy wloskie wcale nie sa takie lekkie jak sie Wam to moze zdawac.
                  Wlosi jedza po wlosku, zgodnie z regionem w jakim mieszkaja lub z jakiego pochodza. Nie interesuja sie za bardzo nowinkami kulinarnymi i uwazaja, ze ich kuchnia jest najlepsza na swiecie.
                  • coralin Re: Krew mnie zalała 19.11.11, 15:22
                    Wiem o tej sałatce, warzywna w Polsce ze względu na pracochłonność też staje się świąteczna. Nigdzie nie pisałam o lekkości włoskiej kuchni, raczej o szybkości tej codziennej i właśnie o upodobaniu do swojskości Włochów i Francuzów. Część Polaków zaczęła poszukiwania czegoś innego ze względu na czas i smak. Spora część ze względu na kaloryczność i pokutuje być może mit lekkości. Jeszcze większość Polaków nie zna smaku prawdziwego risotta i nazywa tak ryż z warzywami ugotowany na sucho. Kuchnia Bretanii i Normandii jest o wiele cięższa niż polska zważywszy zamiłowanie do serów, przy których polskie twarogi są dietetyczne. Część tych szybkich włoskich dan to bomby kaloryczne, ale jak pisałam mnie to i w kuchni polskiej i włoskiej nie przeszkadza.
                    • Gość: Gosc987 Re: Krew mnie zalała IP: *.pools.arcor-ip.net 19.11.11, 16:00
                      coralin napisała:
                      Częś
                      > ć Polaków zaczęła poszukiwania czegoś innego ze względu na czas i smak. Spora
                      > część ze względu na kaloryczność i pokutuje być może mit lekkości.
                      ------------------------
                      pozwól że dodam, cześć Polaków chciała być na czasie modna, zaczęła rzucać na prawo i lewo angielszczyzną czy jeszcze innymi wyznaniami snobizmu, zapominając o własnym środowisku.
                      • coralin Re: Krew mnie zalała 19.11.11, 16:23
                        Owocem tego, co piszesz są np. sałatki "greckie" z składnikami pokrojonymi w drobną kostkę i sosem czosnkowym czy owe sosy czosnkowe do pizzy. Większość Polaków ucieka od swojskości, ale jednak nie zje surowej ryby w sushi tylko wędzonego łososia. Nie doceni zwykłej pizzy tylko z mnóstwem dodatków i sosem czosnkowym. Nazywa risottem ryż ugotowany na sucho, wymieszany z mięsem lub warzywami.
                        • coralin Re: poprawka 19.11.11, 16:48
                          coralin napisała:

                          > [b]Większość [/
                          > b] tych Polaków, którzy uciekają od swojskości
                    • Gość: anthonyb Re: Krew mnie zalała IP: 2.159.202.* 19.11.11, 16:43
                      coralin ja nie pisalam zupelnie z odniesieniem do Ciebie:-) tylko tak ogolnie, jako glos w dyskusji.
                  • Gość: miu Re: Krew mnie zalała IP: *.centertel.pl 20.11.11, 18:49
                    Ciesze sie, ze Anthonyb zabral glos w sprawie kuchni wloskiej. Niestety, my Polacy mamy wciaz malo do czynienia z wloskim jedzeniem w prawdziwych wloskich restauracjach czy tratoriach, dlatego pokutuje przekonanie, ze wloskie jedzenie to pasta i... basta ;) (no, jeszcze pizza). Tymczasem gdy ktos zamowi we Wloszech sam makaron i wino, to raczej spotka sie z dosc niechetnym spojrzeniem obslugi, bo to jakby w Polsce poprosil o zupe i wino. To dopiero poczatek jedzenia! Wloska kuchnia jest nieprawdopodobnie bogata i bardzo pracochlonna, u nas tak naprawde niemal wcale nieznana, bo znamy tylko "ichnie" zupy, a wydaje nam sie ze to kuchnia wloska.

                    Nawiasem mowiac podobnie jest z kuchnia japonska, gdy tymczasem sushi to raptem jedna potrawa przy niewiarygodnym bogactwie tamtejszej kuchni, bo kraj ciagnie sie przez wszystkie najwazniejsze strefy klimatyczne. Wypowiadanie sie o "kuchni japonskiej" gdy ktos jadl tylko sushi i to w dodatku w Europie czy w USA jest nieporozumieniem.

                    W mojej ocenie kuchnia polska jest o wiele prostsza i nieporownywalnie mniej pracochlonna od kuchni francuskiej, wloskiej, chinskiej, hinduskiej i japonskiej. Porownywalna z czeska, rosyjska, szwedzka i niemiecka oraz angielska tradycyjna, bo wspolczesna czerpie pelnym garsciami np. z francuskiej.
                    • bobralus Re: Krew mnie zalała 20.11.11, 19:32
                      Tradycyjna kuchnia polska jest nieprawdopodobnie pracochłonna. To co chyba tutaj nazywa się kuchnią polską to tak naprawdę typowy polski powszedni obiad. Gdyby chcieć wyprawić ucztę w staropolskim stylu, trzeba by zacząć parę dni wcześniej - mięsa są rozmaicie marynowane, nadziewane, szpikowane słoniną, okładane, rolowane, pieczone itd. Dzikie ptactwo, dziki, sarnina, ryby faszerowane. Do tego sosy, jarzyny. Tak samo zupy robione od podstaw - żur czy barszcz wymagają myślenia na kilkanaście dni do przodu. Bigos - typowa śmieciówka poświąteczna z jakiegoś względu stała się sztandarowym polskim daniem. Oczywiście jest to wspaniałe, "inteligentnie" utylizujące resztki danie, ale nie ma nic wspólnego z tym, czym dawniej się chwalono. Choć nawet on jest imho trudniejszy do wykonania, bo szatkowanie kapusty, mrożenie, odgrzewania przez kilka dni, dodawanie kolejnych składników jest czynnością dużo bardziej absorbującą niż wrzucenie na patelnię mięsa, warzyw i ryżu, zalanie tego bulionem i poczekanie kilkudziesięciu minut na gotowe danie. Kuchnia czeska jest imho o wiele uboższa od naszej - brak Czechom fantazji na wykorzystanie warzyw, my mamy wspaniałe dania z warzyw w zasadzie wszelakich i też byliśmy zawsze podatni na wszelakie wpływy. Ktoś tu kiedyś dał linka do wywiadu z historykiem, który mówił, że dawna kuchnia polska bardzo przypominała kuchnię południowoazjatycką - była pełna korzennych przypraw, słodkokwaśnych smaków, pikantności. W zasadzie nie do poznania w porównaniu z dzisiejszym kanonem "polskości". Nic dziwnego, że Polaków ciągnie do nowinek, skoro w genach mają taki smakowy rodowód. Wspaniale, że ożywa regionalna inicjatywa - korycińskie sery, gęsina, łącka śliwowica. Tylko że dla mnie nie ma równych ser koryciński podany z suszonymi pomidorami, genialne w smaku!
                      • Gość: miu Re: Krew mnie zalała IP: *.centertel.pl 21.11.11, 13:20
                        Ale podobnie jest we Francji, we Wloszech, w Hiszpanii - tam tez zrobienie dobrego tradycyjnego obiadu jest masakrycznie pracochlonne. A czeskie sztandarowe knedliczki tez wymagaja sporo wysilku. Na tym tle polskie zmiemniaki jako codzienny dodatek do obiadu to bulka z maslem.

                        Co do artykulu o ktorym piszesz, to wszystko fajne, tez go czytalam. Tylko co z tego skoro nigdy w zyciu nie jadlam takich dan? Jaka to "tradycyjna kuchnia" skoro jej nie znamy? Gdy Francuzi w XVII czy XVI wieku wymyslili bita smietane, to jadamy ja do dzis, podobnie z setkami innych dan francuskich czy wloskich.

                        Tak sobie mysle ze ow artykul opowiadal o owczesnej... MODZIE. Polacy podbijali wtedy swiat i, co jest zgodne z naszym charakterem narodowym, przywozili rozne nowinki, ktorymi zachwycano sie na dworach, wiec sypano te przyprawy bez pamieci. Potem moda orientalna sie skonczyla, przyszla moda na Francje. A potem byly zabory i... Sami wiecie co bylo dalej.
                        A polscy chlopi tradycyjnie przez wieki jedli kasze z omasta, chleb z bialym serem, popjali mlekiem i juz.
                        • coralin Re: Krew mnie zalała 21.11.11, 16:48
                          Gość portalu: miu napisał(a):

                          Jaka to "tradycyjna kuchnia" s
                          > koro jej nie znamy?

                          Właśnie może rzecz w tym, że daleko nam do Włochów czy Francuzów w kultywowaniu tradycji kulinarnej?
                          Teraz trudno nam to pojąć, ale wieki temu Polska była jak obecny Nowy Jork;)- tygiel kulturowy. Wszystko mieszało się, przenikało. Widać to nawet po daniach wigilijnych- co dom to inny zestaw. Zawirowania historyczne sprawiają, że mieszkańcy Wrocławia czy Szczecina jedzą i po niemiecku i po kresowemu. Duży wpływ na polską kuchnię mieli Żydzi.
                          • Gość: miu Re: Krew mnie zalała IP: *.centertel.pl 22.11.11, 13:44
                            Fajnego uzylas porownania "Polska byla jak Nowy Jork" :))) To prawda. Zydzi, Ukraincy, Bialorusini, mieszczanstwo niemieckie i czeskie, na polnocy Holendrzy, na dworach Francuzi i Wlosi. Teraz jestesmy pozbawieni tej roznorodnosci, chociaz coraz bardziej widac Azjatow.

                            Jesli natomiast chodzi o dania swiateczne, a dokladnie wigilijne, wydaje mi sie, ze jestesmy wprost nieprawdopodobnie przywiazani do tradycji. Zjedzenie karpia w panierce, ktory nie ma wiele wspolnego z tradycja przedwojenna, traktujemy jak dogmat. Tymczasem jest to najbardziej pospolita i tania ryba jaka mozna znalezc w sklepach. Niestamowite, ze ludzie na ten jedyny dzien w roku nie kupia przedwojennego sandacza czy tak szlachetnych ryb jak turbot, ktore w koncu po polwieczu sa znowu dostepne. Ze starsi sa przywiazani do PRLu, to rozumiem, ale mlodzi ktorzy chca cos zmienic sa osadzani od czci i wiary nawet na tym forum.
                            • coralin Re: Krew mnie zalała 22.11.11, 15:26
                              Myślę że jedynym elementem wspólnym tradycji wigilijnej są postne dania.
                              Z dzieciństwa nie pamiętam karpia na wigilii. Był w domu mojej babci (tej, która nie utrzymywała ze mną w dzieciństwie kontaktu, wiec jej Wigilię znam tylko z opowieści mamy, która kilka lat mieszkała z nią) w postaci karpia po żydowsku. Z dzieciństwa pamiętam barszcz biały z grzybami, ale kiedy zaczęłam chodzić na wigilię do cioci zastąpił go barszcz czerwony z uszkami (może wpływ wujka pochodzącego z domu o innych tradycjach). Takich różnic w polskich domach jest mnóstwo, bo każdy wyniósł co innego. I nie każdy tego karpia:)
                              Ja sama szanuję to trzymanie się karpia, choć go nie jem w Wigilię. Nie przepadam za kompotem z suszu, ale być u mnie musi. Nie chcę tego zmieniać, tak jak ci przywiązani do karpia nie chcą innej ryby w Wigilię.
                              • eeela Re: Krew mnie zalała 22.11.11, 17:23
                                Ja tam pamiętam, że niemal co roku pojawiaja się na forum dyskusje o karpiu, w których część forumowiczów odsądza od czci i wiary tych, którzy z karpia rezygnują ;-) Podobnie dzieje się z kwestią podawania alkoholu na kolacji wigilijnej.
                                • coralin Re: Krew mnie zalała 22.11.11, 17:55
                                  Nie każdy musi znać inne tradycje. Może ci obrońcy karpia na wigilii są przekonani, że to faktycznie tradycja powszechna. Internet daje możliwość poznania tradycji u innych. Ja akurat jestem ciekawa tych różnic w domach, więc podpytuję znajomych i okazuje się, że nawet w mojej miejscowości te różnice w zależności od domu są. Utrwalone tradycją u mnie: pierogi z kapustą, kompot z suszu i jednak barszcz czerwony czysty z uszkami (mój kolega nadal w domu ma barszcz biały z grzybami). Myślę, że gdybym więcej tych wigilii z białym barszczem z grzybami miała to stałoby się to danie elementem niezbędnym. Od kilku lat moim wkładem jest ryba w galarecie (ale nie karp).
                                  • beata_ Re: Krew mnie zalała 22.11.11, 18:55
                                    A powiedz mi, proszę... ten barszcz z grzybami, to on jest biały kolorystycznie? Pytam, bo u mnie w domu w Wigilię króluje braszcz grzybowy podprawiony żurkiem i ciekawam, czy to to samo czy tylko podobne, z przesunięciem "środka ciężkości" :-)
                                    Nasz barszcz jest brązowy, czysty (niczym nie zabielany) z drobno siekanymi grzybkami, no i żurkiem oczywiście...
                                    A przy okazji, ciekawi mnie region... bo z tego, co się zorientowałam, ten który robimy jest barszczem wędrującym :-)
                                    • coralin Re: Krew mnie zalała 22.11.11, 19:26
                                      Jako dziecię 7-10 letnie pamiętam, że był biały z grzybami. Nie wiem czy te grzyby były gotowane osobno (ogromne kawałki) możliwe, że tak, bo barszcz był kolorystycznie biały i na pewno zabielany. Smaku nie pamiętam. Region mogę podać, ale to nie będzie miarodajne chyba, bo w moim regionie je się i barszcz czerwony czysty z uszkami i z grzybami i barszcz biały z grzybami.
                                      • beata_ Re: Krew mnie zalała 22.11.11, 19:56
                                        Czyli z "przesunięciem środka ciężkości" ten barszcz :-))
                                        Też ciekawie... może spróbuję w tym roku, bo mi córcia na grzybowy z żurkiem nosem kręci :-) Specyficzny on jest bardzo... W drugą stronę może jej podpasuje, bo żurek jako taki i wszystko inne co na żurku uwielbia.
                                        Niemniej region byłby interesujący - może być na priv, żeby tu nie robić zamieszania :-)

                                        "Mój" barszcz trzyma się chyba Mazowsza, ale albo tu przywędrował, albo stąd wywędrował w rejony Olsztyna np. :-) W samej Warszawie jest mało znany, o ile wiem - może to być spowodowane powojennymi przetasowaniami mieszkańców...
      • jolunia01 Re: Krew mnie zalała 18.11.11, 11:36
        coralin napisała:

        > ... Nigdy nie rozumiałam zachwytu nabiałem znanej mleczarni na tym fo
        > rum i dziwiłam się, że ktoś nie może znalezć śmietany, mleka, twarogu regional
        > nego producenta.

        Tych zachwytów to ja też nie rozumiem, ale produktów z mojej miejscowej mleczarni nie kupuję od wielu lat, tzn. od czasu jak mam mozliwość wybierania spośród produktów kilkunastu producentów. Jeden ma lepsze masło, inny smietane, inny jogurty, inny sery....
        Swoja drogą nie wiem, czym sie teraz krowy karmi, że np. w smietanach jest żelatyna, guma arabska czy inne świństwa.
    • Gość: HydroK Re: Krew mnie zalała IP: 188.123.252.* 17.11.11, 05:12
      To nie jest kwestia "elyt" tylko gustu i smaku.
      Ja wolę sushi od schabowego.
      Sałatkę: surowy szpinak, pomidory, mozarella i winegret zamiast tradycyjnej warzywnej z majonezem.
      Zupę-krem z cukinii (gotowaną bez mięsa) od rosołu.
      Kawałek mięsa z rusztu od bitek w sosie.
      To nie ma nic wspólnego z żadnym trendem.
      • thiessa Re: Krew mnie zalała 18.11.11, 21:40
        Otoz to! Kwestia gustu i upodoban kulinarnych a nie jakis szpan, czy inne widzimisie.
    • cipcipkurka Re: Krew mnie zalała 17.11.11, 09:21
      Rafale, chciałam tylko zasugerować, że zdrowiej jest nie oglądać telewizyjnej papki. Ciśnienie nie skacze, krew nie zalewa, samo zdrowie :)
      A tak poważniej i krótko: nareszcie mamy możliwość poznania innych światów, także tych kulinarnych. Kto mądry, podejdzie do tego rozsądnie i poznawczo. A kto nie, będzie wygłaszał kazania o niższości schabowego.
      • pani.serwusowa Re: Krew mnie zalała 17.11.11, 10:28
        To samo chcialam napisac. Polskiej TV nie ogladam od ponad 5 lat, z TV ostatecznie rozstalam sie we wrzesniu i chyba mam sie lepiej z tego powodu. ;)

        Natomiast jesli chodzi o to co powiedzial Pan Kozyra, to wychodza z niego zwykle kompleksy. Musze powiedziec, ze generalnie jako narod jestesmy zakompleksieni i wydaje mi sie, ze takie teksty o tym wlasnie swiadcza.

        Ale rozumiem Twoje zdenerwowanie, ja tez tak mam. ;) Pozdrowienia Rafale, a flaki po polsku zostawie sobie na jakis samotny wieczor (zamrozilam czesc porcji), bo luby ma traume z dziecinstwa. ;)
        • Gość: miu Re: Krew mnie zalała IP: *.centertel.pl 20.11.11, 19:16
          Zastanawiam sie czy mozna sie zgodzic sie z opinia ze jestesmy narodem zakompleksionym a moze jednak wrecz przeciwnie przekonanym o wlasnej wielkosci (powszechne wypowiedzi z gatunku: "polska kuchnia jest najlepsza na swiecie"). A moze jedno i drugie, i wynikajaca z tego frustracja?

          Znam np. spora gromade Szwedow. Jesli chodzi o poziom podboju swiata swoimi narodowymi daniami mamy podobne osiagniecia. Nigdy nie slyszalam Szweda wyrazajacego opinie, ze szwedzka kuchnia jest najlepsza na swiecie. Za to slyszalam z ich ust, ze ich kuchnia jest prosta, pozywna, nieskomplikowana, ze jest duzo ziemniakow, ze duzo ryb, itp.. Czy zatem Szwedzi nie maja kompleksow i nie udowadniaja sobie i swiatu, ale przede wszystkim sobie, ze maja swietna kuchnie? Czy Szwed ktory zachwyca sie kuchnia np. hiszpanska jest pietnowany i wywoluje ozywione dyskusje na forach???
          • coralin Re: Krew mnie zalała 20.11.11, 19:29
            Gość portalu: miu napisał(a):

            . Nigdy nie slyszalam Szweda wyrazajace
            > go opinie, ze szwedzka kuchnia jest najlepsza na swiecie.

            Czy autor wątku pisze tak? Albo ktokolwiek z piszących lubiących polską kuchnię? Ten Szwed docenia w jakiś sposób ją i korzysta z dobrodziejstw. Wielu Polaków nie docenia np. leśnych dóbr i zostało pochłoniętych przez pieczarki.
            • Gość: miu Re: Krew mnie zalała IP: *.centertel.pl 21.11.11, 13:22
              Nie autor, tyko Pani Serwusowa, do ktorej postu sie odnioslam.
    • houhou Re: Krew mnie zalała 17.11.11, 12:42
      Wyciąłeś wypowiedź z kontekstu, przez co zupełnie zmieniła sens!
      Oglądałam ten program. Komentując tańczące uczestniczki, Kozyra powiedział, że skoro żyjemy w kraju, gdzie sushi zastępuje schabowego, może i taniec brzucha przyjmie się jako taniec narodowy.
      Był to komplement dla tancerek, dla naszego kraju cudnego niekoniecznie.

      ---------------
      "Bo Czesio śpiewa sobie w środku. W Czesiu."
      • Gość: miu Re: Krew mnie zalała IP: *.centertel.pl 17.11.11, 20:18
        Poniewaz powyzszy post wyjasnia sens wypowiedzi Kozyry, pozostaje tylko dodac, ze schabowy z kapusta jest dorobkiem kulinarnym Niemiec i Austrii przyjetym przez nas zapewne pod zaborami, zatem sushi ma zdecydowana przewage zdrowotna oraz pozytywny wplyw na linie ;))
        • Gość: miki202 Re: Krew mnie zalała IP: *.nat0.sta.nsm.pl 17.11.11, 20:38
          A tak na zupełnym marginesie, gdybyśmy mieli tyle km wybrzeża morskiego co Japończycy, Włosi albo Francuzi to też byśmy frygali na okrągło krewetki, przegrzebki albo surowe ryby. Mieliśmy tymczasem ziemię, gdzie najlepiej udawały się kartofle, którymi świniaki karmiono i kapusta. Bardzo słusznie rzucamy się na nowinki, coś się przyjmie, coś się nie przyjmie, a w ogólnym rozrachunku kuchnie się bogacą. Popatrzcie, w każdym większym sklepie półki chińskie, tajskie, japońskie, meksykańskie. I bardzo dobrze.
          • Gość: miu Re: Krew mnie zalała IP: *.centertel.pl 17.11.11, 22:36
            Z tym ze to ostatnie nie ma szczegolnego zwiazku z Polska i Polakami, a jest wynikiem globalizacji, ktora nabrala zawrotnego tempa w ostatnich dwudziestu latach. Teraz w kazdym panstwie w hipermarketach sa polki z calym swiatem. Swiat sie zmienia...

            (Nawiasem mowiac, moim zdaniem zyjemy w czasach rewolucji w przeplywie informacji i dobr porownywalnymi z rewolucja przemyslowa - bedzie o tym w podrecznikach historii, bez wzgledu na to jaka forme przyjma)
    • krysia2000 Trochę umiaru... 20.11.11, 12:02
      ... bo się i śmieszno i straszno porobiło.

      Po co popadać w gomułkowszczyznę, skoro każdy na wpoły rozgarnięty konsument dobrze wie, że na tym oparty jest handel, rynek i cała gospodarka, żeby powymieniać się dobrami, których w inny, dogodniejszy sposób zdobyć nie można. Co to byłby za kupiec, co piach sprzedawałby na Saharze?

      Które dobra schodzą najszybciej i popyt na nie jest stały i wiecznie niezaspokojony? No szama chyba.

      Lokalność lokalnością i bardzo dobrze, żeby wspierać najpierw miejscową społeczność, a potem zamorskie kompanie, ale koniec końców prawie już nikt z nas kur nie hoduje i poletka nie uprawia, więc to, co do gara włoży i tak zależy od tego, co na półkach sklepowych, tudzież deskach bazarów będzie. Czy to będzie warzywniok pana Kalarepy i synów za rogiem, założony jeszcze wtedy, kiedy obowiązywała pisownia "doktór", czy też przebrana za staropolskie targowisko sekcja jarzynowa francusko-brytyjsko-miemieckiego gigasamu tuż przy węźle autostradowym i multikinie na rogatkach, to większego znaczenia nie ma - obydwie te placówki zaopatrują się na giełdzie w towar sprowadzany z Holandii i "dawnych" kolonii białego człowieka. I tak będzie, już się o to Lidl z Aldim zatroszczą.

      Nie po to Kartagińczycy pół ówczesnego świata przepływali w te i wew te, żeby teraz odmawiać nam swojskości przywleczonemu z Indii pieprzowi, a dalekowschodniej egzotyczności zawleczonemu z Grecji sosowi rybnemu.

      Nie po to Kolumb sadzonki trzciny cukrowej z Indii do "Indii" brał, żeby teraz cukrzyca była jakąś endemiczną zarazą dziesiątkującą ludność miejscowości, których nazw nie potrafimy wymówić.

      Nie po to się całe stada bizonów trzebiło, Indian tym samym zapędzając do rezerwatów i kasyn, na ich miejsce wstawiając opracowane w Hiszpanii rancza longhornów, żeby dziś długonosy turysta z bladymi girami wystającymi z szortów z głodu miał na dalekiej wyprawie umrzeć, nie znalazłszy za rogiem makdonalda.

      I nie po to se Brytole perłę w koronie wstawili, żeby im teraz czekan tyka na sali odmawiać. I też mają powód, żeby na starość masowo wybywać do Hiszpanii, by zatłoczyć tamtejsze plaże i tam stare gnaty suszyć, przy okazji gołocąc okolice z bekonu i jaj.

      A co by całymi dniami Marokańczycy robili, gdyby im liście chińskiej kamelii zabrać? Za kawą oni nie bardzo - z Włochami im się kojarzy, a Włosi z Berluskonim, ślicznymi a kiepskimi autami i Ciocią Liną, o Roko Sztywnfredim nie wspomnę. Pewnie by wodę pili... z francuskich ruczajów. "Wejdź tu do mnie, mon ami, właśnie przegotowałem dla Ciebie pyszną wodę. Trzykrotnie! Ile łyżeczek piasku Ci posypać?"

      A w tym kontekście zaprzęganie do dyskusji koników polskości... No dajcie spokój! Ruszcie zasiedziałe odwłoki, pospacerujcie trochę po szerokim świecie między parkanami, a przekonacie się, że wszędzie jest podobnie, tylko się trochę inaczej na kurczaka mówi. I nie dajcie się nabrać na to, co w programach podróżniczo-kulinarnych pokazują - taki już ich egoztyzujący format, że jakby chcieli to by Wasz duży pokój nakręcili tak, że do złudzenia przypominałby mostek kapitański statku inwazyjnego kosmitów. A Wy, rozłożeni niedbale na kanapce przed tv robilibyście za Wielki Mózg, który jednym naciśnięciem guzika pilota gasi słońca i zmienia orbity planet.

      The world's your oyster! Just take it and fecking eat it!
      • coralin Re: Trochę umiaru... 20.11.11, 12:52
        No właśnie umiar. Z tego tekstu wynika chyba, że nieco próbujesz wmówić popadanie w skrajność, a tak nie jest. Może nie najlepszy przykład podam, bo nie jestem entuzjastką owoców. Nikt nie dziwi się cytrusom zimą, bo jest na nie sezon. Co prawda nie u nas, ale bez przesady. W pełni sezonu truskawkowego podanie mango i ananasa w puszce już może razić niektórych (mnie na przykład).
        • krysia2000 Re: Trochę umiaru... 20.11.11, 17:00
          coralin napisała:

          > No właśnie umiar. Z tego tekstu wynika chyba, że nieco próbujesz wmówić popadan
          > ie w skrajność, a tak nie jest.

          Próbuję chyba, ale tylko nieco. ;o) Tak samo, jak Rafał, którego krew niby zalała, ale przecież nie zalała. Co najwyżej nabluzgał na telewizor, tylko nie za głośno, żeby sąsiedzi za awanturnika nie wzięli. A potem zasiadł przed komputerem i po kilku linijkach tekstu trochę mu ulżyło. Albo i nie ulżyło, tylko pobudziło do dalszych linijek. I sześćdziesiąt innych przypadków, wliczając w to mnie, i to nawet dwukrotnie.

          (Strasznie mi przykro, że muszę się wychylić zza roli, ale chyba nieco zastrzec powinnam, że to jest tylko taka zgrywa - jak w Top Gear.)

          > Może nie najlepszy przykład podam, bo nie jeste
          > m entuzjastką owoców.

          Po ostatnich ich występach również u mnie spadły ich notowania.

          > W pełni sezonu truskawkowego podanie mang
          > o i ananasa w puszce już może razić niektórych (mnie na przykład).

          Tam razić! Wystarczy założyć różowe okulary ściemniające i po problemie. O wiele większe jest niebezpieczeństwo poranienia się takimi. Opuncja rozbierana gołymi rękoma to pikuś przy zwisającym na krawiącym strzępku skóry palcu tego, co się nie mógł powstrzymać przed wygrzebaniem ostatniego ananasowego plastra przyssanego do denka.
          • konrad_dk Re: Trochę umiaru... 21.11.11, 01:29
            Wszystko ma swoej plusy i minusy. Myślę, że np Dr Rusłam, który propaguje tradycyjną Kuchnię Polską, jest faktycznie archaiczny. Lansuje ciężkie i niezdrowe żarcie.
            Ale według mnie nawet " To Niezdrowe", można sobie nieraz zjeść, o ile nie jest to za często i oile na trawienie przy tym jest kilka kieliszków Averny, Ramazotti, albo kilka szklanek zimnego piwa, które pomogą w trawieniu.
            Na codzień polska tradycyjna kuchnia jest według mnie No-go. No chyba, że ktoś jest kolekcjonerem cholesterolu w swoim organiźmie:))
            • anthonyb Re: Trochę umiaru... 21.11.11, 02:14
              No wlasnie taka lekka salatka caprese, czyli mozzarella z bufalicy, pomidor i oliwa. Czy wiecie ile kalorii ma 100 g takiej mozzarelli ??? Prawie 300. W swoim skladzie ma ponad 50 % tluszczu co pewnie nie wplynie pozytywnie na poziom cholesterolu.
              A taka salatka to tylko przystawka, ewentualnie drugie danie na lekki letni obiad czy kolacje. wczesniej wciagnelismy juz conajmniej 80 - 100 g makaronu z sosem i po tym jemy warzywa smazone lub suto zakrapiane oliwa.
              Wszystko jedzone obowiazkowo z chlebem, bo na wloskim stole chleb jada sie do wszystkiego i szklaneczka wina.
              Calosc przepyszna, taka niezwykle prosta kolacja tylko.... zeby tak jesc na codzien to naprawde trzeba miec bardzo sprawny metabolizm.
              • krysia2000 Re: Trochę umiaru... 21.11.11, 08:03
                Antosiu, Antosiu, niech się Antosia nie terroryzuje tym kalorymetrem, bo ma on tyle wspólnego z ludzkim metabolizmem, co komputer z myśleniem abstrakcyjnym.

                Wystarczy wszędzie łazić na piechotę i miejsce się jeszcze na tiramisu znajdzie, panacottą popijane.*
                • Gość: anthonyb Re: Trochę umiaru... IP: 2.159.238.* 21.11.11, 09:15
                  ot wlasnie. W lecie przejezdzam srednio 2 razy w tygodniu przez zaglebie kampanskiej mozzarelli z bufalicy i jakos tudno mi kolo tych sklepikow przejechac obojetnie. 200 g bocconcino na obiad nie powiem, ze mnie zapycha. Chyba te 100 km zaczne pokonywac na piechote zeby to jakos zrownowazyc. :-)))
                • yellow_door Krysieńko, 21.11.11, 11:42
                  super znów cię czytać :)
    • Gość: miu Re: Krew mnie zalała IP: *.centertel.pl 26.11.11, 12:37
      Postawiona przez Ciebie teza jest dyskusyjna i moze podlegac wielogodzinnym rozwazaniom ;)
      Jedno jest pewne: w staropolskiej kuchni wieprzowina byla miesem pogardzanym i wlasciwie jej nie jadano.

      PS. Jakze zabawnie zatem brzmi "szynka staropolska" :DDD
      • coralin Re: Krew mnie zalała 26.11.11, 13:11
        Ale sprecyzuj, co masz na myśli pisząc: staropolska kuchnia. Czy piszesz o stołach magnatów czy średniozamożnej szlachty czy chłopów.
        • Gość: miu Re: Krew mnie zalała IP: 31.61.43.* 26.11.11, 14:07
          Bogata szlachta wzorowala sie na magnatach, biedna jadla jak chlopi. Chlopow natomiast nie bylo stac na mieso. Wieprzowina byla najgorszym gatunkiem miesa, pogardzanym przez wszystkich kogo bylo stac na cos innego.


          Tu fajny opis:
          Żywienie XVII-wiecznego chłopa:
          Chłopi, wbrew pozorom, odżywiali się wystarczająco, co nie oznacza, że dobrze. Otrzymywali dziennie przynajmniej 3200-3500 kilokalorii, co jest dawką energii prawidłową dla osoby pracującej fizycznie. Jednak niewielka statystyka pozwoli zobaczyć nam, że polskiemu chłopowi brakowało przede wszystkim zwierzęcego białka oraz tłuszczów. Otóż, rocznie spożywano w chłopskiej chacie, na osobę, około 100 litrów mleka i jaj, z czego niewiele było mlecznymi przetworami (takimi jak masło, ser, śmietana, maślanka, czy serwatka), aż 160 kilogramów przetworów zbożowych (mąka, kasza), a tylko 10 kilogramów mięsa. Jak pisał Haur: „Chłopi prawie tylko nabiałami, a polem żyją, sztuki mięsa rzadko widzi albo nigdy”. Niedobór białka zwierzęcego starano zaspokoić się grzybami, ponieważ ich białko, w niektórych wypadkach (borowiki, pieczarki, kurki) jest bardzo podobne strukturalnie do białka zawartego w mięsie. Objawy złego żywienia nasilały się szczególnie w okresach postów (przypominam ze posty w tamtejszej Polsce obejmowaly ok. polowe roku), kiedy to religijne chłopstwo częstokroć jadało nadgniłe jarzyny, lub grube kluski, popijając je samą wodą. Stąd brało się wiele chorób układu pokarmowego, które mogły prowadzić nawet do śmierci. Tylko zamożniejsi kmiecie mogli sobie pozwolić na zjedzenie kaszy omaszczonej słoniną, a na regularne spożywanie mięsa stać było tylko wymienionych już młynarzy i karczmarzy. Dieta chłopska, w oparciu o powyższą statystykę, składała się przede wszystkim z dań zbożowych, a także roślinnych. Jedzono mnogość korzonków, których według relacji Irlandczyka O’Connora „(...) mają oni bardzo dużo, a są one bardzo dobre.”. Spośród innych roślin spożywano wiele jarzyn, a przede wszystkim kapustę, marchew, groch, brukiew, rzepę i buraki. Stan żywieniowy chłopstwa znacznie pogorszył się po Potopie i choć nieco poprawił się za Sasów, to nigdy nie osiągnął już takiego dobrobytu, jak na przełomie wieku XVI i XVII.

          Z kolei żywienie żołnierzy zależało przede wszystkim od stopnia. Szeregowi jedli przeważnie po chłopsku: jarzyny, pieczywo i niewielkie ilości mięsa (przede wszystkim koninę, w trakcie długich pochodów). Żołnierze jazdy mogli poszczycić się nieco większymi racjami mięsa, a także miodem i gorzałką. Oficerowie jadali jak bogate mieszczaństwo i szlachta.

          Żywienie mieszczaństwa:
          Niezamożne grupy mieszczan żywiły się niewiele lepiej, niż chłopi, choć w ich jadłospisie pojawiały się już tłuszcze i nieco więcej białka zwierzęcego. Do okraszania potraw używano masła, słoniny, sadła, oleju lnianego i konopnego, a później też rzepakowego (zwłaszcza podczas postów). W przeciwieństwie do chłopstwa, mieszczanie pijali także ok. 100 litrów piwa rocznie na osobę, a czasem na stole pojawiało się nawet wino. Częste wojny, pacyfikacje i nieurodzaje najczęściej odbijały się jednak właśnie na nich i na miejskiej biedocie, który, jak pisze Zbigniew Kuchowicz „nieraz przymierał głodem, a nierzadko gotowanej strawy przez kilka dni z rzędu nie widział”. Sytuacja ludzi wolnonajemnych oraz żebraków i innych ludzi marginesu była w opłakanym stanie. Często mieli problemy z zapewnieniem sobie regularnego i dostatecznego pożywienia.

          Zupełnie inaczej wyglądała sytuacja służby dworskiej, bogatszego mieszczaństwa i uczniów szkół szlacheckich (których to pozwoliłem sobie podciągnąć pod stan mieszczański). Otóż służba dworska jadała na obiady barszcze, czasem nawet rosół, a na drugie danie dostawała dwie potrawy, składające się głównie z grochu i innych jarzyn (prawdopodobnie kapusty, marchwi i rzepy). W niedzielę i czwartek otrzymywali zamiast grochu sztukę mięsa. Na kolację składały się kasze, jarzyny oraz raz w tygodniu śledzie. W szkołach szlacheckich jadano podobnie do domów bogatego mieszczaństwa. Na śniadanie spożywano, podobnie jak szlachta, polewkę, zwykle piwną, z serem lub jajami. Koncentrowano się jednak przede wszystkim na obfitym obiedzie i kolacji. W południe jadano polewkę mięsną lub rosół, zamiennie z krupnikiem i grochówką. Jako danie podstawowe służyła sztuka mięsa, pieczenie i zrazy. Z potraw zbożowych spożywano przy stole kluski, pierogi oraz naleśniki. Czasem pojawiały się też kasze i jarzyny. Na kolacje składały się dania mięsne, jaja, pieczywo i duże ilości piwa. Zdarzało się, że kolacja była drugim obiadem i w jej skład wchodziło kilka dań, takich jak zupy, resztki mięs z obiadu oraz czasami bigos. Na zakończenie podawano ciasta. Pomiędzy obiadem i wieczerzą jadano podwieczorki. Bywały one rozmaite; najczęściej jedzono wtedy pieczywo z masłem i wędliną, lub powidłami. W jednej z umów szlacheckich o wyżywienie uczniów szlacheckich określono, że na podwieczorek ma być albo chleb z masłem, albo pieczona kiełbasa, albo bigos smażony.

          Szlachta:
          Dieta szlachecka była niepomiernie bardziej kompletna, niż dieta chłopów, czy ubogich mieszczan. Opierała się ona przede wszystkim na mięsie, którego spożywano około 150 kilogramów rocznie, na osobę. Na śniadania, jadane wczesnym rankiem, bądź w ogóle, składały się: polewka piwna (w wieku XVIII zastąpiona pieczywem i kawą), ser i jaja, pieczywo oraz miód i szafran. Centralnym punktem dnia był suto zastawiony stół do obiadu, rozpoczynającego się zwykle w południe. Składał się on zwykle z 5-6 dań. Jedzono: żurki, rosoły, barszcze, krupniki lub polewki mięsne na początek, następnie kiszoną kapustę ze słoniną, kaszę jaglaną lub kluski. Dalej na stół wjeżdżały mięsiwa, a mianowicie wołowina, cielęcina, drób i dzikie ptactwo. Po nich następowała przerwa na bigos (z kapusty, grochu i słoniny), a następnie spożywano pieczony drób (zwłaszcza gęsi i indyki), zrazy oraz pieczenie. Jednym z ostatnich dań były zbożowe produkty, takie jak kluski, pierogi, naleśniki, kasza, a także jarzyny. Na sam koniec serwowano owoce, konfitury, wety mleczne, sery, galaretki, ciasta i torty; z owoców podawano jabłka, gruszki, orzechy, pomarańcze, kasztany, daktyle i migdały. Suty obiad kończono na artykułach słodkich i owocach. Jeszcze przed kolacją podawano podwieczorek, w postaci podobnej do bogatego mieszczaństwa. Wieczerza była czasami kontynuacją obiadu, więc jadano podczas niej właściwie to samo, tylko w mniejszych ilościach (choć nie zawsze).

          Na stoły luksusowe, czyli w co bogatszych dworach, a nawet na dworze królewskim podawano specyjały wyborne, do których możemy zaliczyć, między innymi: bażanty, kwiczoły i głuszce; łososie, jesiotry, pstrągi i karpie; wiśnie, gruszki, pomarańcze, cytryny, figi, ananasy i morele; wszelakie owoce moczone w gorzałce; francuskie pasztety, szwajcarskie sery, niemieckie wędliny; przedniejsze piwa, angielskie portery, orszady, lemoniady, przednie węgrzyny, reńskie, burgundy, likiery i szampany; ostrygi, ślimaki, żaby, żółwie, granele (jądra młodym jagniętom i ciołkom wyrzynane), kurze grzebienie i nóżki kuropatwie. Takie to delikatesy u króla Sobieskiego na stole zobaczyć mogliśmy.

          Zrodlo: valkiria.net/index.php?type=special&area=8&p=articles&id=12694
          • pani.cogito Re: Krew mnie zalała 26.11.11, 15:43
            Zdecydowanie wolę tę dietę chłopską - kasze, strączkowe i warzywa. Przejadanie się białkiem i tłuszczami pochodzenia zwierzęcego w wersji szlacheckiej nie jest zdrowe. Jedynie orzechy wzięłabym od szlachty no i może trochę owoców od czasu do czasu ;-)
          • coralin Re: Krew mnie zalała 26.11.11, 16:32
            Zajrzałam do Kitowicza i faktycznie co prawda pisze o wieprzowinie i prosiakach, ale eksponuje inne mięsa. Lemnis i Vitry piszą sporo o wieprzowinie. O słoninie piszą wszyscy, łącznie z autorami z Twojego artykułu.


            www.historia.org.pl/index.php/publikacje/publikacje/czasy-nowoytne/559-przy-polskim-stole-mieszczaskim-oraz-szlacheckim-w-xvii-i-xviii-wieku-czyli-krotka-rzecz-o-tym-co-spoywano.html
            • Gość: miu Re: Krew mnie zalała IP: *.centertel.pl 26.11.11, 21:51
              Bardzo bym chciala, zeby to byl moj artykul ;)) Wieprzowina pojawila sie w Polsce w XIX wieku, wiec niedawno. Moze stamtego okresu czerpal Tadeusz Żakiej do swoich ksiazek kucharskich? Dla ur w 1915 Żakieja XIX byla to kuchnia niemal mu wspolczesna, mlodsza niz dla nas PRL, a biorac pod uwage tempo przeplywy informacji to w ogole wlasciwie taka na jakiej sie wychowal w domu rodzinnym.
              PS. Dla jasnosci dodam jeszcze: przywolani przez Ciebie autorzy "Lemnis i Vity" to tak naprawde jedna osoba -Tadeusz Żakiej.
    • linn_linn Re: "Zycie od kuchni" 27.11.11, 20:32
      wyborcza.pl/1,75480,10703018,Wojciech_Modest_Amaro__Zycie_od_kuchni.html
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka