bene_gesserit
08.07.15, 20:32
Znana blogerka udała się na 'wydarzenie kulinarne', organizowane przez niejakiego Aleksandra Barona i wyszła zniesmaczona. Organizatorzy są zdziwieni, opisują posiłek mniej-więcej tak:
Szczeżuja to małż o bardzo wyrazistym smaku (...). Jej pojawienie się na stole poprzedził zainicjowany przez senselierkę rytuał związania nadgarstków wstęgami zanurzonymi w pochodzącej z Iranu zielonej żywicy galbanum, której surowy, dymno-zielony zapach towarzyszył interakcji z jedzeniem i piciem (...).
Było to danie dość wyjątkowe ze względu na sposób podania. Na samym początku Marta Siembab przystawiła na nadgarstku każdego gościa ręcznie zwinięty stempel nasączony olejem cedrowym z gór Atlas. Następnie wyserwowane zostało danie. Każda z trzech osób podających potrawę miała swoją odrębną funkcję - jedna przemywała dłoń i nakładała na nią pianę ze słonecznika, druga nakładała plaster miodu, a trzecia nakładała na niego larwę trutni.
Mi akurat larwa by specjalnie nie przeszkadzała, ale to zadęcie i robienie nabożeństwa z żarcia pewnie by sprawiło, ze ryknęłabym homeryckim śmiechem. Przy 'ręcznie zwijanym stemplu' pewnie wylądowałabym pod stołem.
A wy co myślicie o takich kolacyjkach?