bene_gesserit
30.01.16, 22:02
Siecióweczka dla prawdziwego konesera jedzenia na mieście i jedzenia w ogóle to Bardzo Brzydkie Słowo. Korpozuo, brak indywidualności, urawniłowka i poziom poniżej pięciu metrów mułu. Dla mułów, którzy gdziekolwiek są, jedzą w fakdonaldzie. Żywym, zdaje się, dowodem takiego myślenia było zdezawuowanie susharni, o którą wychwalałam gdzies tu w sąsiednim wątku. 'Bo oni mają drugą kanajpę gdzieś tam, więc to sieciówka' - więc wcale dobrze być nie może.
Tymczasem sieciówki pękają w szwach. Prawdziwe interesy w kulinariach robią właśnie właściciele sieciówek. Ludzie najwyrażniej cenią powtarzalność, bezpieczeństwo i świadomość, że jeśli w pobliżu będzie ich ulubiona sieciówka, nei czekają ich niespodzianki, bo niespodzianek nie lubią, przeciwnie. Nie mówiąc o tym, że nie całkiem im zależy na tym, żeby nieproszony zarośnięty barista opisywał im pełnym wyższości tonem nuty czekolady i czarnej porzeczki w banalnym espresso, które zamówili - wolą rzeczowy, szybki kontakt niż namaszczenie i celebrację.
To złe są sieciówki czy dobre?