Dodaj do ulubionych

JEFF BECK "Jeff" - recenzja

11.01.04, 11:15
Jeff Beck to tak zwana legenda rocka. Wsławił się, występując w The
Yardbirds, potem w The Faces, a potem rozpoczął działalność na własny
rachunek, grając praktycznie ze wszystkimi znanymi postaciami sceny rockowej.
W przeciwieństwie do swoich kolegów Beck nie jest stetryczałą gwiazdą,
odcinającą kupony od własnej sławy, tylko stara się być na bieżąco z muzyką.
W odróżnieniu jednak od niektórych starszych wykonawców, którzy robią cuda,
by przypodobać się młodszej publiczności, Beck nie ogląda się na innych i
robi swoje. Od kilku lat zafascynowany jest brzmieniami elektronicznymi,
czego efektem jest seria albumów, z których najnowszy, „Jeff” miałem właśnie
przyjemność odsłuchać.

Kto zna i lubi płyty takie jak „Who Else” czy „You Had It Coming”, nie będzie
zawiedziony, ponieważ „Jeff” jest ich kontynuacją. Kontynuacją, rzecz jasna,
udaną. Riff „So What” z zapętloną perkusją i dość oryginalną, nieco
orientalizującą melodią zapowiada szaleństwo dźwięków, jakie ma miejsce na
płycie. Partie łkającej gitary są wspaniale uzupełnione przez elektroniczne,
ale bardzo żywiołowe dźwięki syntezatorów. W teoretycznie bezduszne brzmienia
Beckowi udało się tchnąć życie i wydobyć zupełnie nową jakość z, na pierwszy
rzut oka/ucha, ogranych już nieco patentów. Zresztą, wściekły łomot wcale nie
pojawia się we wszystkich utworach, bo np. w takim „Plan B” owszem, jest
elektronicznie, ale i nastrojowo. Beck, grając na gitarze, używa różnych
technik i trików, co powoduje, że album jest bardzo różnorodny i nie nudzi.
Są utwory nastrojowe, wolne, w których gitara wyczarowuje osobliwy klimat,
takie jak „Pork-U-Pine” lub cudowny „JB’s Blues”, są też kompozycje
dynamiczne, wściekłe („Trouble Man”wink, w których Jeff Beck oddaje się
całkowitemu szaleństwu, kontrolowanemu jednak do tego stopnia, że nie tworzy
chaotycznych plam dźwiękowych, a konkretne brzmienia, zagrane z pełną kulturą
wykonawczą. W niektórych kawałkach nastroje się mieszają (np. „Seasons”
czy „Line Dancing”wink, ale ku ogólnemu zdumieniu ma to wszystko ręce i nogi. Po
prostu artysta ma wyraźną koncepcję swoich płyt i konsekwentnie ją realizuje,
za co mu chwała.

Album, jak poprzednie z elektronicznej serii, jest całkowicie
instrumentalny; gdzieniegdzie odzywają się jakieś głosy, np. w „Grease
Monkey” czy „Hot Rod Honeymoon” (świetny pastisz rockandrolla z lat 50/60 w
nowoczesnej oprawie), ale pełnią one wyłącznie funkcje ozdobników i nie
wykonują jakichś konkretnych partii, tylko wydają pojedyncze dźwięki bądź
mówią kilka zdań. Jedyną gwiazdą na tej płycie jest sam Jeff Beck i jego
gitara.

Kilku „wielkich” zmierzyło się z elektroniką i polegli, np. Gary Moore na
żenującej płycie „A Different Beat” czy Eric Clapton, starający się na siłę
trafiać na młodzieżowe listy przebojów. Jeff Beck zademonstrował „elektronikę
z ludzką twarzą” i poskromił bezduszne automaty, które faktycznie mu służą, a
nie przeszkadzają, a przy tym nie ogląda się na nikogo i tworzy bez chamskich
kalkulacji typu „bo to się lepiej sprzeda, a to gorzej”. Wielkie brawa!
Obserwuj wątek
    • foxy21 Re: JEFF BECK "Jeff" - recenzja 12.01.04, 16:32
      Czyli jednym slowem polecasz?
      • vulture Polecam o ile lubisz 2 poprzednie płyty (n/t) 12.01.04, 16:43

        • Gość: Jacek Re: Polecam o ile lubisz 2 poprzednie płyty (n/t) IP: *.warszawa.cvx.ppp.tpnet.pl 12.01.04, 19:25
          Witam !
          Nawet 3, bo Jeff Beck's Guitar Shop to początek jego
          znakomitych "elektronicznych" płyt.
          Pzdr.
          • vulture Fuckt, skleroza 12.01.04, 19:39
            Zapomniałem, bo nie mam (jeszcze) tej płyty. Faktycznie, dzięki za
            przypomnienie. Pozdrawiam.
    • Gość: nadzieja Re: JEFF BECK "Jeff" - recenzja IP: *.chello.pl 14.02.04, 05:12
      przypadkiem wklepalam w wyszukiwarke Jeffa becka, ktory mi towarzyszy po
      skonczonym wlasnie martini, a tu zaskoczenie totalne...
      otoz recenzje mojego ukochanego ostatnio albumu napisal nie kto inny jak moj
      ukochany ostatnio (po stawianiu w jednym rzedzie wink) forumowicz...
      szkoda, ze recenzja spotkala sie z tak znikomym odzewem, bo plyta jest warta
      polecenia (kurcze vulture - juz w dwoch rzeczach sie zgadzamy - veto i beck,
      moglbys jeszcze stwierdzic, ze kelly i renata sa okropne i byloby supaaa).
      wczesniej becka nie sluchalam... to pierwsza plyta tego artysty (artysta ma tu
      brzmiec niebanalnie smile) ), ktora w pelni jest moja i ktorej poswiecilam juz
      kilka godzin... ciekawa i zarazem magiczne jest to, ze w moim discmanie siedzi
      ona na stale, a baterie sie jeszcze nie wyczerpaly...
      nie zgadzam sie jednak z tym, ze wokale maja znikome znaczenie na tym krazku...
      jest ich wprawdzie malo, ale wkomponowuja sie w calosc znakomicie... takiego
      pork-u-pine (z drzewem jezozwierzowym sie kojarzy) nie wyobrazam sobie bez "and
      if the voice don't say, the guitar will play"... wg mnie te wokale dodatkowo
      podkreslaja mistrzostwo Becka, ktory, co zauwazyl zreszta vulture, skutecznie
      broni sie przed starzeniem liftingiem w postaci ukochanej gitary... i na tej
      plycie slychac, ze to milosc odwzajemniona...
      utworu seasons tez nie wyobrazam sobie bez wokalu, ktory sprawia, ze muzyka
      becka jest bardziej swieza i nowoczesna... zreszta wokal podrasowany
      komputerowo...
      trouble man juz mniej do mnie trafia, ale stanowi subtelne przejscie do
      swietnego grease monkey... teksty skromne - czesto jednowersowe, co i w tym
      utworze widac, wypelniaja niejako przestrzen miedzy kolejnymi popisami becka...
      line dancing with monkeys to jak vulture zauwazyl pastisz z tym aaaaa, uuuu,
      aaa i honeymoon, honeymoon... wyobraznia becka, polaczona z wyczuciem
      muzycznym, sprawia, ze przy tym numerze nie sposob sie nie usmiechnac do siebie
      (tez tak miales vul?)...
      dla ciebie cudowny, dla mnie mniej JB's blues, to juz popis becka bez oprawy
      wokalnej...
      dla mnie cudowny, dla Ciebie moze mniej, jest numer 10 - pay me no mind... i
      pytanie: czy naprawde wyobrazasz sobie ten utwor bez wokalu??? oni chyba
      spiewaja w refrenie: understand, they, don't, understand, they, don't -
      fenomenalnie to brzmi i znow usmiecham sie do siebie... ten kawalek jest
      najbogatszy w warstwie wokalnej i dla mnie to numer jeden calej plyty: pogodny,
      cieply, do tupania noga i pstrykania palcami...
      i numer dwa z calej plyty, czyli my thing i wokal, ktory z poczatku to jedno
      wypowiada: my thing... a ja wyobrazam sobie, ze moj skromny egoizm rosnie w
      zatrwazajacym tempie i w koncu staje sie taki ogromny, ze wypowiada z podobnym
      zacieciem: MY THING... ale ten stan dlugo nie trwa, bo zaledwie jedna minute i
      jedenascie sekund, po czym nastepuje zwrot w postaci kolejnego wersu tekstu,
      ktory sie powtarza 3,5 raza (sugerujac co sie tak gapisz na moje wielkie JA),
      po czym kolejny zwrot (1:29), a od 1:46 ponownie moje ego rosnie i sytuacja od
      poczatku sie powtarza... konczy sie oczywiscie I, I, I, I, I thing...
      utwor kolejny - bulgaria - nastrojowy, romantyczny... jesli taka jest Bulgaria
      to z niecierpliwoscia czekam na wpisy w watku "po sasiedzku (prawie)" smile
      calosc konczy rownie subtelny kawalek why lord oh why? I rownie piekny...
      pozdrawiam








Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka