Jeff Beck to tak zwana legenda rocka. Wsławił się, występując w The
Yardbirds, potem w The Faces, a potem rozpoczął działalność na własny
rachunek, grając praktycznie ze wszystkimi znanymi postaciami sceny rockowej.
W przeciwieństwie do swoich kolegów Beck nie jest stetryczałą gwiazdą,
odcinającą kupony od własnej sławy, tylko stara się być na bieżąco z muzyką.
W odróżnieniu jednak od niektórych starszych wykonawców, którzy robią cuda,
by przypodobać się młodszej publiczności, Beck nie ogląda się na innych i
robi swoje. Od kilku lat zafascynowany jest brzmieniami elektronicznymi,
czego efektem jest seria albumów, z których najnowszy, „Jeff” miałem właśnie
przyjemność odsłuchać.
Kto zna i lubi płyty takie jak „Who Else” czy „You Had It Coming”, nie będzie
zawiedziony, ponieważ „Jeff” jest ich kontynuacją. Kontynuacją, rzecz jasna,
udaną. Riff „So What” z zapętloną perkusją i dość oryginalną, nieco
orientalizującą melodią zapowiada szaleństwo dźwięków, jakie ma miejsce na
płycie. Partie łkającej gitary są wspaniale uzupełnione przez elektroniczne,
ale bardzo żywiołowe dźwięki syntezatorów. W teoretycznie bezduszne brzmienia
Beckowi udało się tchnąć życie i wydobyć zupełnie nową jakość z, na pierwszy
rzut oka/ucha, ogranych już nieco patentów. Zresztą, wściekły łomot wcale nie
pojawia się we wszystkich utworach, bo np. w takim „Plan B” owszem, jest
elektronicznie, ale i nastrojowo. Beck, grając na gitarze, używa różnych
technik i trików, co powoduje, że album jest bardzo różnorodny i nie nudzi.
Są utwory nastrojowe, wolne, w których gitara wyczarowuje osobliwy klimat,
takie jak „Pork-U-Pine” lub cudowny „JB’s Blues”, są też kompozycje
dynamiczne, wściekłe („Trouble Man”

, w których Jeff Beck oddaje się
całkowitemu szaleństwu, kontrolowanemu jednak do tego stopnia, że nie tworzy
chaotycznych plam dźwiękowych, a konkretne brzmienia, zagrane z pełną kulturą
wykonawczą. W niektórych kawałkach nastroje się mieszają (np. „Seasons”
czy „Line Dancing”

, ale ku ogólnemu zdumieniu ma to wszystko ręce i nogi. Po
prostu artysta ma wyraźną koncepcję swoich płyt i konsekwentnie ją realizuje,
za co mu chwała.
Album, jak poprzednie z elektronicznej serii, jest całkowicie
instrumentalny; gdzieniegdzie odzywają się jakieś głosy, np. w „Grease
Monkey” czy „Hot Rod Honeymoon” (świetny pastisz rockandrolla z lat 50/60 w
nowoczesnej oprawie), ale pełnią one wyłącznie funkcje ozdobników i nie
wykonują jakichś konkretnych partii, tylko wydają pojedyncze dźwięki bądź
mówią kilka zdań. Jedyną gwiazdą na tej płycie jest sam Jeff Beck i jego
gitara.
Kilku „wielkich” zmierzyło się z elektroniką i polegli, np. Gary Moore na
żenującej płycie „A Different Beat” czy Eric Clapton, starający się na siłę
trafiać na młodzieżowe listy przebojów. Jeff Beck zademonstrował „elektronikę
z ludzką twarzą” i poskromił bezduszne automaty, które faktycznie mu służą, a
nie przeszkadzają, a przy tym nie ogląda się na nikogo i tworzy bez chamskich
kalkulacji typu „bo to się lepiej sprzeda, a to gorzej”. Wielkie brawa!