Dodaj do ulubionych

[recenzja] Beta Band - Heroes to Zeroes

20.04.04, 00:54
Nowa płyta Beta Band należała do takiej dziwnej kategorii płyt, których
wydania nie mogłem się doczekać, ale jednocześnie i trochę się obawiałem. Jak
wszyscy wiedzą, BB wydała dotąd dwa LP i 3 EPki. To znaczy (co właśnie było
powodem mojego niepokoju) w odwrotnej kolejności - najpierw były EPki. Bo o
ile były one bez wyjątku (excuse moi) zajebiste, to i "Hot Shots II" i "Beta
Band" ciężko mnie rozczarowały. Nie były tak innowacyjne jak wcześniejsze
minialbumy, nie tak melodyjne, momentami wręcz nudnawe. Oczywiście, nie są to
złe płyty, ale BB raczej zjadali na nich swój niewielki ogonek, a nie posuwali
historii muzyki do przodu: oceniłbym je gdzieś tak na 6 w skali pitchforkowej.
Po nowej płycie można więc było spodziewać się wszystkiego - i że będzie to
przełom w karierze utalentowanego zespołu, album który wyniesie BB na szczyty,
ale i że będzie to kolejny krok na pochyłej równi prowadzącej prosto do
przegródki z napisem "od 30 lat dobrze się zapowiadamy". I byłby to krok
nieodwracalny - gdyby znowu nagrali coś takiego jak "Beta Band", to czwartej
szansy bym im nie dał.
Ale wiecie co ? Wystarczyło kilka pierwszych dźwięków, żebym poczuł się jak
Aleksandra Jakubowska po opuszczeniu ostatniego posiedzenia komisji śledczej.
Ulżyło mi po prostu. Heroes to Zeroes jest najlepszą płytą w dorobku Beta
Band, bardziej dojrzałą, bardziej kompletną niż pierwsze EPki, ale też o
wielkie niebo bardziej kreatywną niż poprzednie albumy. Mamy tu 12 rownych
kawałków (w sumie 42 minuty muzyki) - wlasciwie zaden z nich nie odstaje
jakością od pozostałych. "Rownych" wcale jednak nie znaczy podobnych - Beta
Band znowu uprawiają eklektyzm, jaki znamy z ich poprzednich płyt. Nie jest to
ani indie-pop, ani bardziej zapamiętała elektronika, ani psychodelia ani
brytyjski rock, ani awangarda, ani nic. To połączenie tego wszystkiego razem,
trochę jakby mieszanka Spiritualized, Air, Stereolab, The High Llamas,
American Analog Set, Snowpony/My Bloody Valentine, a bokami Radiohead. I
jeszcze tego, tfu, garage rock revival w najlepszym wydaniu. Jednocześnie
trafiają się też klimaty prawie folkowe, jakby z Simona i Garfunkela, a nawet
raz czy drugi harmonia niemal wczesnobeatlesowska. No, może tylko a la Belle
and Sebastian (co zresztą jest całkowicie wystarczające). Wszystko uzupełnione
charakterystycznym (acz szczęśliwie niezbyt zmanierowanym) głosem Stevena
Masona - czasem bardziej recytującego, czasem bardziej śpiewającego. I, co
najbardziej zaskakujące: jak na tyle banalnych podobieństw grają cholernie
oryginalnie. Nie jest to ani Stereolab, ani Radiohead, ani, tfu, garage rock
revival, ani (na szczęście) Belle and Sebastian. Aranżacje są bardzo bogate -
nie byłbym w stanie wymienić wszystkich użytych (i zsamplowanych)
instrumentów, melodie nieoczywiste - nawet banalna melodyjka w wydaniu BB robi
się interesująca, a rytmy zmienne. Jest tu i odrobina energii, i odrobina
melancholii i troszkę depresji. Po prostu BB postawili kropkę nad i, i zrobili
coś, co powinni byli zrobić już kilka lat temu.
Kończąc w/w ogólne zachwyty, chciałem wspomnieć o trzech kawałkach z Heroes to
Zeroes, które w szczególności rzuciły mnie na kolana. To, kolejno, oparty na
funkowym rytmie i prostym, chwytliwym refrenie numer 4 - "Easy", jego
przeciwieństwo: nieco senna, cokolwiek perwersyjna piosenka 5 - "Wonderful", i
absolutnie rewelacyjny kawałek 10, "Liquid Bird". Który jak nie będzie wielkim
przebojem to mi kaktus.

W sumie: jak komuś podobają się klimaty zespółów wymienionych, to niech się
zapozna. Dla przyjemności. A jak komuś się nie podobają, to też niech się
zapozna. Dla nauki. (A potem może wrócić do słuchania pudelmetalu czy tam
innych ulubionych zespołów których słucha dla przyjemności) Bo, zaprawdę
powiadam wam, ta płyta to będze wydarzenie.
Obserwuj wątek

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka