W piatek mialem przyjemnosc bycia obecnym na koncercie King's Singers.
Szczegolnie pierwsza polowa koncertu byla zrodlem milych przezyc, i to mimo
tradycyjnej obecnosci kawalkow zaliczanych do tzw. muzyki wspolczesnej
(takzwanosc odnosi sie do pojecia "muzyka", a nie do pojecia "wspolczesna"
W rzeczonym wypadku kompozytoremn wspolczesnym byl Geoffrey Poole. A jego
utwory nawet nie za bardzo gryzly sie z rama w postacyi Byrda i Poulenca.
Czesc druga zaczela sie od motet Durufle (najmniej udane wykonanie tego
wieczoru - niestety Ubi caritas), a po tym poszla komercja
Wykonanie na wlasciwym dla King's Singers najwyzszym poziomie. Jednakze
porownujac to z koncertami na starym skladzie (ktorych sluchalem na poczatku
lat dziewiedziesiatych) kontestuje pewne braki w zgraniu. Niektore wejscia
robia wrazenie nie na 100 % pewnych; jakby czekali na siebie nawzajem, zamiast
walic na pewniaka z zamknietymi oczami.
Poza tym bas nie byl IMHO w najlepszej formie, a sama interpretacja niektorych
utworow (szczegolnie Ubi caritas) pozostawiala do zyczenia.
Zaznaczam, ze to jest gderanie na wysokim poziomie i legiony muzykow dalyby
sobie conieco uciac, aby moc tak spiewac w sekstecie.
MfG
C.