Dodaj do ulubionych

FORUMOWA BIBLIOTEKA

    • hawkshaw TWILIGHT SINGERS "Blackberry Belle" - aislinn 10.10.03, 12:54
      Przesłuchałam tę płytę dopiero kilkanascie razy, więc ta moja próba (próba,
      podkreślam, to moja inicjacja w tym względzie) recenzji jest taka bardzo
      wstępna, jeśli tak można to określić. Wiadomo przecież, że niektóre
      płyty „odnajdujemy” dopiero po długim czasie. Niemniej jednak pokusiłam się o
      próbę spisania moich spostrzeżeń po tych kilkunastu razach.
      A, i proszę wziąć pod uwagę że to moja pierwsza recenzja w życiu i kulawa
      wyszła ona mocno, ale jakos tak chciałam ją napisać.... wink

      I tu Mieciu nie czytaj dalej ...... no bo jednak jest to płyta moim zdaniem
      gorsza od "Twilight As Played By....".
      Jest przede wszystkim inna - nie ma takiego fajnego klimatu, jest mniej
      refleksyjna, a bardziej przebojowa. Na pewno ma większą szansę zaistnieć w
      mediach, ale to nie jest to , co ma dla mnie jakieś znaczenie. Inaczej jest
      też zrealizowana, inaczej zagrana - na Twilight instumentarium jest dość
      pieczołowicie dobrane, instrumenty w pisenkach pojawiają się oszczędnie,
      tworząc szczególny klimat. A tutaj to po prostu zgrabnie zagrane i zgrabnie
      zaaranżowane piosenki, których miło się słucha, gdy płyta leci "w tle". Wielu
      osobom płyta może spodobać się bardziej od "Twilight...", bo jest bardziej
      przystępna, ponadto "Twilight..." korzystało w dużej mierze z
      muzyki...hmm...w sumie tanecznej, czy jak to tam nazwać - a tu w ogóle
      elektroniki jest jakby mniej (co jednak nie znaczy że płyta jest rockowa, bo
      nie jest), i nie ma też żadnych odniesień do "czarnych" brzmień, które ja na
      poprzedniej płycie widziałam (słyszałam) w wielu miejscach. Przede wszystkim
      jednak brak ten nieco ponurej (czy może raczej melancholijnej) zadumy,
      wszystko jest jakby radośniejsze – co nie znaczy , że jest to płyta wesoła i
      optymistyczna. Kompozycje są dobre, ale brak na płycie takich perełek jak na
      przykład "King Only" czy "Last Temptation" z "Twilight As played By...",
      któer mnie osobiście przyprawiająo dreszcze smile. Na razie żadna z piosenek
      nie została mi w pamięci - a szkoda, bo przecież Pan Dulli potrafi napisać
      melodie naprawdę magiczne. Tym razem są na płycie kawałki dobre, wpadające w
      ucho, przebojowe nawet, ale nic z magii w nich nie ma. Niemniej jednak i tak
      na pewno będę tej płyty słuchać często, jest mimo wszystko ładna. I na pewno
      mogę ją polecić, bo to jest jednak dobra płyta. Tyle, że moim zdaniem gorsza
      od poprzedniej, i mniej urokliwa. Ale kto wie, może za miesiąc odnajdę w niej
      magię albo drugie dno? Będę jej słuchać na pewno w drodze do pracy, ale
      prawdopodobnie także przy sprzątaniu – i o ile pierwsze miało być
      komplementem, o tyle drugie...no raczej nie smile

      To tyle. No ale to tylko moja subiektywna, wczesna opinia.
    • hawkshaw HELENA VONDRACKOVA "Platynowa Helena" - vulture 18.10.03, 15:16
      Helena Vondrackova to bogini muzyki środkowoeuropejskiej. Jej płyty cieszą
      się wielkim powodzeniem wśród publiczności w wieku różnym. Ostatnio
      Vondrackova stała się artystką niszową, gdyż jej płyty nie docierają do
      masowego odbiorcy tak, jak kiedyś, ale to jeszcze bardziej podnosi jej
      atrakcyjność.

      Helena Vondrackova wydała właśnie w Polsce album „Platynowa Helena”, będący
      kontynuacją „Złotej Heleny’ sprzed paru lat. Tamten album zawierał wielkie
      przeboje artystki, ten – nowsze kompozycje, głównie z lat 2001-2003.
      Podstawowy repertuar albumu to czternaście utworów, są też dwa bonusy.

      Po kolei:

      „Śmiej się ze swych lat” – zaśpiewana po polsku piosenka z tekstem
      niezawodnego Jacka Cygana. Autoironiczne podejście artystki do swojej
      kariery. Kawałek przyzwoitej muzyki, o jaką od dawna trudno w mediach.
      Selektywność brzmienia, wyrafinowana aranżacja i cudowny mezzosopran
      Vondrackovej, która śmieje się ze swych lat.

      „Długa noc” – oryginał hitu sprzed dwóch lat znajduje się na
      albumie „Vodopad”. Polskie słowa do tego świetnego tanecznego kawałka napisał
      Jacek Cygan. Jest to prawie tak fantastyczny numer, jak „Stron Enough” Cher.
      Wszystkim powinno się podobać.

      „Życie podrywa mnie” – znów polska wersja piosenki w oryginale
      zatytułowanej „Sundej kravatu”. Jacek Cygan po raz kolejny udowadnia, że w
      szczytowych momentach dorównuje nawet Beacie Kozidrak. Oto próbka:
      „Nie wiem, co zrobić mam, kochani,
      Co powiedzieć mam – tak czy nie,
      Jeśli powiem mu tak, przestanie
      O me względy tak starać się.”
      Dawno nikt tak subtelnie nie pisał o rozterkach uczuciowych – Jacek Cygan
      jest mistrzem pióra, co udowodnił już wielokrotnie w przeszłości i udowadnia
      nadal.

      „Kochaj ludzi” – w oryginale „Tvou vuni citim dal” – to wspaniały utwór, w
      którym główną rolę odgrywa liryczna gitara akustyczna. Jacek Cygan powala na
      kolana swymi metaforami: „Łąka jak kot przeciąga się”, „kochaj ludzi póki są
      w zasięgu serca”. Gdyby kręcono nowe odcinki „Szpitala na peryferiach”, ta
      piosenka mogłaby być jego leitmotivem.

      „To tehdy padal dest” otwiera przedostatni album Vondrackovej. Zdecydowane
      gitarowe brzmienie i mocna aranżacja czynią z tej piosenki arcydzieło,
      dorównujące drapieżnością nawet ostatnim propozycjom Maryli Rodowicz.

      „Karneval” sprzed dwóch lat jest rewelacyjnym kawałkiem do tańca. Latynoskie
      brzmienia i nowoczesna aranżacja poderwą do tańca nawet największych
      ponuraków.

      „Nebudete sedet doma” to jedna z tegorocznych propozycji Vondrackovej.
      Słyszymy tu znów rytmy latynoskie, sambę i cza-czę, ale wszystko podlane
      nowoczesnym sosem, a więc powinno się spodobać nie tylko rówieśnikom
      Vondrackovej, ale i młodzieży, która lubi wyszaleć się przy dobrej muzyce.
      Nebudemy sedet doma, a budem tancovat. Tak właśnie.

      „Hadej” jest na wskroś współczesnym utworem dance’owym, którego nie
      powstydziliby się mistrzowie techno, Scooter czy Mr. President. Ten utwór
      powinien stać się karnawałowym przebojem na całym świecie. Czekamy na
      teledysk Heleny z tańcem synchronicznym, do którego ta piosenka została
      stworzona.

      „Nekde jinde nekdy inny” to w oryginale „Kiss And Make-Up”; również wspaniały
      utwór do wyszalenia się na parkiecie. Aż dziwne, że nie został hitem na
      miarę „malovanego dzbanka”. Nogi same rwą się do tańca...

      „Vodopad”, tytułowy utwór z albumu milenijnego artystki, to przykład tego, że
      w Europie Środkowej R&B jest tak wiarygodne, jak na obu wybrzeżach Stanów
      Zjednoczonych. Helena z soulową manierą wyśpiewuje słowa tego pięknego
      utworu.

      „Zajem”, piosenka sprzed dwóch lat, stanowi doskonałą syntezę rytmów
      orientalnych i współczesnej rapowej rymowanki. Tu podziwiamy Helenę nieznaną –
      tajemniczą, ale i bardzo na czasie.

      „Zmamena” – doskonały utwór do dyskotek; gdyby Helena śpiewała po angielsku,
      nikt nie zorientowałby się, że powstał w tej części Europy. Elektroniczne
      intro na miarę Depeche Mode wspaniale rozwija się w kawałek, który mógłby się
      nie kończyć.

      „Sladke mameni 2001” – jak warto czasem odświeżyć starą piosenkę! Ta wersja
      nie dość, że przebija oryginał, to przyćmiewa kilka innych przebojów
      światowych, które pojawiły się w tym samym okresie.

      „Stin nas dvou” – czyli czeska wersja „My Heart Will Go On” z
      filmu „Titanic”. Przy tej wersji interpretacja Celine Dion staje się
      bezbarwna i bez polotu. Dopiero w zeszłorocznym wykonaniu Heleny Vondrackovej
      ta piosenka nabrała prawdziwych barw. Ten kawałek stanowi świetne zamknięcie
      podstawowej części składanki.

      Na tym jednak nie koniec: fani otrzymują w prezencie aż dwa unikalne bonusy!
      Jeden z nich jest starszy, sprzed ponad dwudziestu lat, i jest kowerem utworu
      Bee Gees „Rest your Love On Me”, który pod czeskim tytulem „Kazda trampota ma
      svou mez”, Helena nagrała w duecie z Jirim Kornem, prekursorem nu-metalu, od
      którego nazwiska wziął nazwę zespół Korn.
      Drugi bonus to czadowy kawałek z dęciakami, „Tak jdem”, nagrany rok temu z
      Karelem Gottem. Płyta CD zawiera dodatkowo teledysk do utworu „Vodopad”.



      Dla fanów dodam, iż polska wersja różni się znacznie od wydania czeskiego.
      Wierni wielbiciele artystki będą musieli się udać do kraju Żwirka i
      Muchomorka w celu nabycia tamtejszej wersji płyty, której repertuar wygląda
      następująco:
      Sundej kravatu - Déja vu - Neuč slunce hřát - Dlouhá noc - To tehdy padal
      déšť - Tam, kde jsi ty - Bulhaři - Sprint - Ještě světu šanci dej - Svaly -
      Je to malý svět - Vzhůru k výškám - To je štěstí - Každá trampota má svou
      mez - Tanečnice Kitty - Když zabloudíš, tak zavolej - Znala panna pána -
      Fanfán - Archiméde - Pátá - Směs písní:Rytmus, Kam zmizel ten starý song,
      Pátá, Archiméde, Málo mám lásky tvé, Lásko má, já stůňu, Růže kvetou dál,
      Múzy, Léto je léto, Sblížení, Rytmus. Szczegóły na stronie
      www.helenavondrackova.cz/albam4.html
      Miłego słuchania!
    • hawkshaw ENIGMA "Voyageur' - hawkshaw 18.10.03, 15:18
      Własnie miałem wątpliwą przyjemność posłuchać nowego wydawnictwa Cretu & Co.
      Jedyne słowo jakie mi się ciśnie na usta to BRYNDZA. Po pierwsze płyta jest
      cholernie krótka (cos koło 45 minut). Po drugie sprawia wrażenie jakby panu
      Crtu skończyły się pieniądze i pomysły. Pierwsze trzy płyty Enigmy, MCMXC
      a.d., The cross of changes i Le roi est mort vive le roi, nawet mi sie
      podobały. Tworzyły jakąś całość, zarówno każda płyta z osobna, jak i
      wszystkie razem. Każda nastepna była jakby kontynuacja, nawiązaniem do
      poprzedniej. Tym razem niestety nie udało się. Może pan Cretu stwierdził, że
      przydałoby sie podbić serca (i portfele) 13 letniej publiczności...
      Prawdę mówiąc ta płyta bardziej mi przypomina ostatnie dokonania Sary
      Brightman. Chociaż nie, własciwie to zbyt duzy komplement. Jedynie 2
      piosenki, Voyageur i Page of cups nadaja się do słuchania. O reszcie można
      smiało zapomnieć. Muzyka jest wtórna, przewidywalna. Pan Cretu chciał
      pokombinować. Nawet używał wokodera i innych zabawek, ale niestety zamiast
      czegoś ciekawego wyszła nędzna, nudna płyta. Byłbym zapomniał,
      kolejną "mocną" strona tego albumu są teksty. Najgłebszym z nich chyba
      jest "boom boom goes my heart...". Jeśli chodzi o mnie, to Voyageur będzie
      spełniać funkcje podstawki pod kwiatki. Do słuchania sie niestety nie
      nadaje...
      • Gość: Paweł Re: ENIGMA "Voyageur' - hawkshaw IP: *.adsl.inetia.pl 31.07.14, 23:04
        Najgorsza płyta Enigmy. Jednakże paradoksalnie właśnie na tej płycie jest najwspanialszy utwór, jaki kiedykolwiek w życiu Cretu popełnił - Following The Sun. Arcydzieło.
    • hawkshaw HEATHER NOVA "Oyster" - hawkshaw 18.10.03, 15:20
      Z nudów zebrało mi się na pisanie recenzji. W końcu co ma robić człowiek na
      chorobowym wink Ta płyta nie jest nowością, wyszła w roku 1995, ale myślę, że
      warto zwrócić na nią uwagę.


      Po pierwsze należy zwrócić uwagę przy prezentacji tej płyty, że nie jest ona
      utrzymana w klimacie promującego "Walk this world". Po drugie - i bardzo
      dobrze. Większość utworów jest znacznie wolniejsza, spokojniejsza i
      mniej "radiowa" niż wspomniane "Walk this world". Mozna powiedzieć, że album
      żyje głosem Heather. I to jakim głosem... silnym, pełnym ekspresji. Kiedy
      trzeba Heather sie wydrze, kiedy trzeba coś wyszepcze. Kolejna mocna stroną
      tej płyty sa teksty. Zazwyczaj smutne. Po pierwszym przesłuchaniu ma sie
      dziwne uczucie, jakby sie przeczytało czyjś pamiętnik. Mimo, że cały album
      przedstawia różne rodzaje, powiedzmy, miłości i związków Heather Nova nie
      przekazuje tego w stylu tak popularnym ostatnimi laty, czyli "ja cię kocham,
      ty mnie nie kochasz więc się chyba zabiję". Dzięki Bogu.

      Z ciekawszych utworów należy na pewno wymienić "Island". Piosenka
      przedstawiająca zwątpienie osoby przebywającej w tzw. toksycznym związku.
      Poza tym "Doubled up", ostatnia piosenka z płyty. Chyba najbardziej
      optymistyczna. Po prostu piosenka o miłości. Może nieco przypomina "Twinkle"
      Tori Amos z płyty "Boys for Pele".

      "Oyster" jest bardziej smutna, nastrojowa od późniejszych wydawnictw Heather
      Nova "Siern" i "South". Niektórzy moga mieć problem z przyswojeniem tej płyty
      po pierwszym przesłuchaniu. Nie szkodzi, to jeden z takich albumów, do
      których trzeba się przyzwyczaić. Po kilku razach na pewno uda sie docenić
      inteligentne teksty doprawione ciekawą mieszanką muzyki pop, rock i folk.
    • hawkshaw STING "Sacred love" - vulture 18.10.03, 15:21
      Trudno wypowiadać się na temat albumu muzyka, który po pierwsze jest uznanym
      wszem i wobec artystą. Trudno pisać o kimś, kto kiedyś stanowił przykład
      sprawnego muzyka i kompozytora, a kogo obecne dokonania stanowią przedmiot
      sporów i dysput.
      Przyznaję, że ostatnie nagrania Stinga wprawiały mnie mocno w zakłopotanie –
      mimo iż artystę tego wcześniej ceniłem i lubiłem – ale czas płynie i każdy
      szuka jakiejś drogi, jakichś rozwiązań, które pozwolą mu nie stać w miejscu.
      Być może nie wszystkim wybór Stinga odpowiada (np. autorowi tej recenzji),
      ale ostatecznie jest to jego wybór. Życie się toczy, płyta się kręci...

      Nie jest tak źle. Wręcz powiedziałbym, że jest zaskakująco przyzwoicie, ale
      przyzwoicie jak na Stinga AD 2003 – nie ma tu co oczekiwać rewelacji. Płyty
      nieźle się słucha po prostu w niektórych momentach. W innych nie.

      Pilotujący płytę singiel „Send Your Love” nie nastrajał optymistycznie, ale
      całość „Sacred Love” robi nieco lepsze wrażenie. Album otwiera nastrojowa
      kompozycja „Inside” z poważnym raczej tekstem. Sting śpiewa o rzeczach
      oczywistych, ale robi to w sposób, który naprawdę porusza. „Miłość jest
      dzieckiem niekończącej się wojny, miłość jest świeżą, otwartą raną...” –
      artysta nie ukrywa, że powstanie płyty zainspirowały wydarzenia z 11 września
      2001 oraz fakt, że na świecie toczą się nieustanne wojny. Sting śpiewa o
      miłości, której ludziom brakuje, która zagubiła się gdzieś we współczesnym
      świecie, pełnym agresji i innych negatywnych czynników. Podobne przesłanie ma
      znane już z singla „Send Your Love”, niestety niezbyt udane pod względem
      towarzyszącej słowom muzyki.
      „Whenever I Say Your Name” to duet z Mary J. Blige – niestety, artystka, mimo
      wspaniałego głosu, stara się śpiewać jak najmniej melodyjnie, co trochę psuje
      ten utwór.
      Kompozycja „Dead Man’s Rope” nieco się kojarzy ze starszymi kompozycjami
      Stinga, ale ewidentnie brakuje jej czegoś, co na dłużej przykuwałoby uwagę
      słuchaczy.
      „Never Coming Home”, utwór o kobiecie, opuszczającej mężczyznę, który ją
      zawiódł (opowiedziany z dwóch narracji), niestety, jest łupanką automatu
      perkusyjnego i jest raczej niestrawny w odbiorze -dopiero pod koniec, gdy
      odzywa się pianino, robi się nieco lepiej. Znacznie lepszy jest następny
      kawałek, „Stolen Car”, z rzeczywiście śliczną melodią i wyrafinowaną
      aranżacją. Chciałbym, żeby został wybrany na singiel, bo naprawdę przyjemnie
      się go słucha.
      „Forget About The Future” burzy nieco nastrój – mimo, że spokojne, niestety
      nie ma już ani ładnej melodii, ani pomysłowego opracowania. Pełni niechlubną
      funkcję wypełniacza, takie niby-jamowanie z bardzo syntetycznie brzmiącą
      perkusją. Za to znów następujący po nim „This War”, chyba najbardziej
      dynamiczny i rockowy na płycie, jest połączeniem udanej muzyki i tekstu -
      Sting zadaje na końcu zwrotki to samo pytanie: „And you may win this war
      that's coming but would you tolerate the peace?” na kilka różnych sposobów.
      Znowu zaangażowany tekst, trochę moralizatorski, ale bardzo prawdziwy.
      „The Book Of My Life” przynosi nagle wyciszenie; dźwięki orientalnych
      instrumentów rozpoczynają ten utwór o przemijaniu, stanowiący jakby
      podsumowanie czyjegoś życia. Bardzo smutny tekst i piękna melodia.
      Płytę „Sacred Love”, a raczej jej postawową część, zamyka utwór tytułowy,
      będący pochwałą miłości w warstwie tekstowej, a w warstwie instrumentalnej
      będący całkiem przyzwoitym kawałkiem, może nieco za monotonnym (trwa sześć
      minut, a niewiele się w nim dzieje).

      Tyle, jeśli chodzi o zawartość podstawowej części albumu. Niestety, albo
      artyście nie starczyło pomysłów na wypełnienie płyty, albo wytwórnia
      zażyczyła sobie większej ilości utworów... dość, że po „Sacred Love”, po
      którym już nic nie powinno nastąpić, rozlegają się dźwięki „Send Your Love” w
      paskudnym utanecznionym remiksie. Chyba gorszego zderzenia nastrojów nie
      można sobie było wyobrazić. Próbują jednak sytuację załagodzić takty
      nagranego na żywo „Shape Of My Heart” – i zagranego bardzo ładnie, to trzeba
      przyznać. Gorzej, że potem słychać utwór „Like A Beautiful Smile”, dość
      nijaki, z funkującymi klawiszami w podkładzie. Bez żalu można było się go
      pozbyć z tej płyty.

      Podsumowując: mogło być strasznie, jest całkiem, całkiem - czasem gorzej,
      czasem bardzo dobrze. Jedna sprawa: to nie jest płyta rockowa. Sting dawno
      swoje kontakty z rockiem pogrzebał i trudno, niech tylko nagrywa dobre
      kompozycje. Gdyby z tej płyty usunąć niektóre wypełniacze i rąbanki, byłaby
      na pewno o wiele lepsza, ale takie czasy...
    • mellodi Voivod "Dimension Hatross" - As 18.10.03, 17:09
      Ponieważ postanowiłem przesłuchiwać płyty w kolejności chronologicznej, po
      zapoznaniu się ze świetną najnowszą płytą sięgnąłem po "Dimension Hatross".
      Pierwsze parę przesłuchań nie zrobiło na mnie wrażenie - ot, drugoligowy
      thrash-metal z lat '80 o nieciekawym brzmieniu. Ale wkrótce zaczęły się
      wyłaniać ciekawe rzeczy. A to dziwne harmonie w których gra basista
      (Chaosmongers), a to zmiany rytmiczne bardziej zaskakujące niż to bywa w takim
      graniu, a to fajne kilkunastosekundowe przejścia pomiędzy utworami
      tworzące namiastkę klimatu. Gitary tu brzmią normalnie, dużo też "wywijackich"
      solówek jak to w traszu, ale np. linie melodyczne są kompletnie "od czapy"
      (Cosmic Drama), no i wokalista Snake śpiewa takim fajnym, pozornie beznamiętnym
      głosem. Perkusista gra fajnie i gęsto, ale ma chyba trochę zbyt lekką rękę, a
      może to wina brzmienia. No właśnie - brudne i nieprzejrzyste brzmienie też ma
      tu chyba swoją logikę. Jak na muzykę metalową, to sądzę że sporo tu awangardy,
      a ponoć na późniejszych płytach jest jej jeszcze więcej.
      Ogólnie to trochę mało melodyjna płyta i brak zapadających w pamięć utworów,
      dlatego najchętniej płyty słucham w całości. Najbardziej melodyjny jest utwór
      ostatni pt. "Batman" ale jak się można domyślać po tytule jest on jajem smile
      (zresztą jego tekst ogranicza się tylko do tego jednego słowa).
      Kiedyś też muszę się wczytać w teksty, coś mi się wydaje że znając moje
      zamiłowanie do science-fiction to mogą mi się spodobać smile, swoją drogą to
      fajnie że są zespoły metalowe wyłamujące się z żenującej diabelsko-
      satanistycznej konwencji ...
      Teraz będę się wsłuchiwał w "Nothingface". Czuję że zacząłem przygodę z
      ciekawym zespołem ...

      Wątek o Voivod: forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=78&w=5855519&v=2&s=0
    • mellodi Voivod "Nothingface" - As 18.10.03, 17:09
      W porównaniu z poprzednim albumem "Nothingface" to ZUPEŁNIE inny muzyczny
      świat. I bardzo dobrze, lubię zespoły zmieniające swoją formułę
      muzyczną. "Nothingface" to w zasadzie płyta hardrockowo-progresywna, o naprawdę
      profesjonalnym brzmieniu. Z thrash-metalem nie ma nic wspólnego. Ten album nie
      posiada dużego gitarowego ciężaru ale mimo to brzmi potężnie - mocna perkusja
      (charakterystyczne brzmienie werbla) i rządzący bas, gitary raczej "przycinają"
      ostrym dźwiękiem w wyższych rejestrach. No właśnie, to przy okazji brzmienia
      śmiem zauważyć że na tej płycie słychać sporą inspirację grupą Rush - właśnie
      te tnące gitarki np. w "Missing Sequences" są rodem wzięte z "Red Barchetta"
      lub "Yyz" Rusha. Ale również połamana rytmika utworów nosi piętno gry Neila
      Pearta. W grze gitarzysty d'Amour'a słychać chyba nawet jazzowe harmonie, więc
      może moje pytanie o jazzmetal które tu kiedyś zadałem nie było całkowiecie
      bezzasadne ??
      Płyta ma niesamowity klimat, pełno jest zaskakujących zmian tempa - podziały
      rytmiczne jakie wygrywa sekcja są po prostu niesamowite. Pierwszy utwór "The
      Unknown Knows" na początku sprawia wrażenie "zwykłej" przebojowej rockowej
      piosenki, ale mniej więcej od połowy zaczyna się w nim coś "psuć" smile) I bardzo
      dobrze, bo panowie starają się chronić swoją twórczość
      przed banałem. Fajny jest kower "Atronomy Domine" Pink Floyd, a ponieważ
      wczesnych Flojdów nie lubię więc nie muszę dodawać że voivodowa wersja podoba
      mi się znacznie bardziej. Są może ze dwa słabsze utwory - "Pre - Ignition"
      i "Sub - Effect", ale ogólne wrażenie całości bardzo pozytywne.
      Ktoś kiedyś niepochlebnie wypowiadał się o wokalu, a mi się wydaje że sposób
      śpiewania wokalisty Belangera idealnie pasuje do muzyki Voivod, ciekaw jestem
      jakie są późniejsze albumy Voivod nagrane z innym wokalem.
      Może komuś wydawać się dziwne że chce mi się recenzować stare płyty
      zapomnianego zespołu, ale po prostu już od dłuższego czasu nic na mnie nie
      zrobiło takiego wrażenia, znam 3 płyty tej grupy i wszystkie mi się baaaardzo
      podobają - przy moim malkontenckim nastawieniu do muzyki to naprawdę rzadkość.
      Może ktoś też się zainteresuje ?
      Następny w kolejności jest "Angel Rat", muszę sobie przegrać na kasetę do
      walkmana ...
      Aha, i takie jeszcze pytanie do Jaśka i Ugu żeby napisali którą płytę tej grupy
      lubią najbardziej - po prostu jestem ciekaw.

      Wątek o Voivod: forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=78&w=5855519&v=2&s=0
    • mellodi Voivod "Angel Rat" - As 18.10.03, 17:10
      Przyznam że z tym albumem miałem pewien problem. Przy pierwszym przesłuchaniu
      wydał mi się nudny, mdły i nieciekawy. Ale już jak słuchałem drugi raz to
      utwory wpadły mi w ucho, co przy znajomości poprzednich płyt mnie strasznie
      zdziwiło. Otóż okazało się, że panowie zmęczyli się eksperymentowaniem i
      nagrali płytę piosenkową, melodyjną, wręcz przebojową. Pewnym minusem jest
      trochę zbyt łagodne brzmienie, bliższe "zwykłego" rocka niż metalu. Ale można
      się przyzwyczaić. Jak już wspomniałem, płyta jest melodyjna i przebojowa, ale
      jednocześnie istotne elementy stylu Voivod zostały zachowane -
      specyficzne "dżezujące" brzmienie gitar, spora ilość psychodelii (chociażby w
      kawałku tytyłowym), istotna rola basu i nietypowe linie wokalne
      (refren "Panoramy" mnie kompletnie zaskoczył). Ciekawostką natomiast jest to,
      że gdy słuchałem po raz pierwszy to nie rozpoznałem od razu głosy wokalisty -
      brzmi on tu trochę inaczej, a np. w utworze "Golem" jest ewidentnie przez
      coś "przetworzony". Jeśli chodzi o warstwę aranżacyjną, to w niektórych
      utworach słychać nieśmiałe użycie instrumentów klawiszowych - np. w "The Prow"
      brzmią one w "kościelny" sposób co dodaje nieco gotyckiego klimatu (fani gotyku
      nie śmiać się smile). Także jeśli chodzi o teksty ta płyta odstaje od
      Voivodowej tematyki - zamiast science fiction jest to bardziej album w
      konwencji "fantasy", muzycy w jednym z wywiadów mówili że inspirowali się
      różnymi legendami i podaniami pisząc teksty na ten album i tak chyba faktycznie
      jest. Jest to trochę mniej "cybernetyczny" i zimny album niż poprzednie,
      ale za to ma taki fajny ponury, przygnębiający klimat, czego najlepszym
      przykładem utwór ostatni "None Of The Above". Najlepsze utwory to moim
      zdaniem "The Prow", "Angel Rat", "Golem" i "None Of The Above".
      Reasumując - kolejna bardzo udana płyta Voivod. Równie przyjemna w słuchaniu
      jak poprzednie, choć pewnie pod względen artystycznym troszkę mniej istotna ...
      Od jutra będę zgłębiał "The Outer Limits". Tak w ogóle to się zastanawiam, czy
      oni mają w swoim dorobku słabe płyty smile

      I jeszcze uwaga do Jaśka. Moim zdaniem twierdzenie że nowa płyta Voivod jest
      podobna do "Angel Rat" to nieporozumienie. "Angel Rat" jest płytą wygładzoną,
      dosyć spokojną i pozbawioną agresji, natomiast nowy album brzmi ciężko, i ma
      bardzo "brudne", przesterowane brzmienie, na pewno jest też mniej melodyjny. Ja
      te dwa albumy stawiam na przeciwległych biegunach smile
      Swoją drogą to dziwne że akurat "Angel Rat" słuchasz najczęściej, według moich
      szacunków to nie powinieneś w ogóle lubić tej płyty smile))

      Wątek o Voivod: forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=78&w=5855519&v=2&s=0
    • mellodi Voivod "The Outer Limits" - As 18.10.03, 17:11
      Płyta "The Outer Limits" z początku wydawała mi się dosyć monotonna. Ale
      ponieważ kilka osób mi ją poleciło, to postanowiłem podejść do jej słuchania w
      sposób niebanalny smile Będąc w wakacje na działce późnym wieczorem wziąłem
      walkmana, udałem się na starorzecze Pilicy, położyłem się na trawie
      i z oczami utkwionymi w rozgwieżdżone niebo (jak to poetycko zabrzmiałosmile)
      zacząłem słuchać. A był to okres występowania tzw. perseidów (deszczu
      meteorów) - co parę minut można było dostrzec spadającą gwiazdę. Trudno o
      lepszą oprawę do kosmiczej muzyki Voivod smile No i zadziałało, od tego
      pamiętnego przesłuchania płyta podobała mi się bardziej i bardziej.
      Dość zwierzeń osobistych, teraz troszkę o muzyce. Oczywiście pierwsze na co
      zwróciłem uwagę to brzmienie całości - sterylne i czyste, przypominające mi
      brzmienie grupy Therapy? (perkusja). Ogólnie bardzo fajne i mocne, uwypuklające
      gęstą grę perkusisty. Płyta nie zaczyna się "psychodelicznym" intro tak jak
      albumy poprzednie, tylko od razu słyszymy całą orkiestrę w akcji, co przyznam
      że jest miłą odmianą smile To chyba najbardziej dojrzała muzycznie i dopracowana
      aranżacyjnie płyta Voivod (z tych co znam). Wygląda na to, że nagrywając ten
      album panowie chcieli połączyć przebojowość i przystępność "Angel Rat" z
      ambitniejszą formą muzyczną znaną z "Nothingface" i myślę, że udało im się to w
      pełni. Jest to chyba najlepsza kompozycyjnie płyta Voivod, wszystkie wątki
      muzyczne logicznie wynikają z siebie i nic nie sprawia wrażenia tworzonego
      na siłę. Głos Snake'a w wielu miejscach jest poddany obróbce i przetworzeniu co
      przyznam, że brzmi intrygująco. W ogóle chyba dojrzał jako wokalista, np. w "Le
      Pont Noir" śpiewa niskim, nastrojowym głosem co brzmi bardzo fajnie.
      Najlepsze utwory moim zdaniem to "Le Pont Noir", "The Lost Machine" z ciekawym,
      psychodeliczno - rozmytym riffem gitary, "Wrong Way Street" i najszybciej
      wpadający w ucho, niewamowicie melodyjny "We Are Not Alone" który świetnie
      zamyka album (kapitalne zakończenie utworu z przechodzeniem słów "we're not
      alone" w "welcome aboard").
      Na osobne wyróżnienie zasługuje oczywiście siedemnastominutowa
      suita "Jack Luminous" w której nie brak szybkich, galopujących fragmentów,
      klimatycznych, nastrojowych momentów, artockowego przeciągania niektórych
      wątków melodycznych i zmiennych temp - jest to po prostu wyśmienity przykład
      progresywnego rocka. Jedynym drobnym zgrzytem jest tu dla mnie kolejny kower
      Pink FLoyd "The Nile Song" - wersja Voivoda nie odbiega specjalnie od
      oryginału, i nie przenosi go "w inny wymiar" jak to było z "Astronomy Domine" z
      albumu "Nothingface". W ogóle nie przepadam specjalnie za tym utworem.
      Po wysłuchaniu tej płyty nie mam wątpliwości że można Voivod zaliczyć do grona
      przedstawicieli nurtu progresywngo metalu, i to z tej najwyższej półki.
      Jeszcze słówko o tematyce płyty. W większości utworów dominuje science -
      fiction, są to takie opowieści o przybyszach z kosmosu widziane oczami prostych
      ludzi, zainspirowane starym serialem telewizyjnym o podobnej tematyce (nadał on
      zresztą tytuł płycie, jak przeczytałem w starym numerze Tylko Rocka sprzed 10
      lat gdzie znalazłem wywiad z gitarzystą formacji).
      Jednym słowem, kolejna bardzo udana płyta Voivod. Chyba najbardziej uniwersalna
      i najbardziej godna polecenia komuś kto nie zna twórczości grupy, i gdyby nie
      mój sentyment do "Nothingface" i "Dimension Hatröss" to nawet rzekłbym że
      najlepsza.
      Kolejną (i ostatnią) jaka mi została do przesłuchania jest "Negatron" i już
      jestem zaniepokojony, gdyż wiem że jest ona nagrana bez wokalisty Snake'a
      którego bardzo polubiłem za jego głos, zaś nowy wokalista ponoć preferuje
      wrzaskliwo - ryczany śpiew za którym niespecjalnie przepadam. No ale nie
      uprzedzajmy faktów ...

      Wątek o Voivod: forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=78&w=5855519&v=2&s=0
    • mellodi Catherine Wheel "Wishville" - mellodi 18.10.03, 17:11
      Płyta dość kontrowersyjna - kolejna próba odkrywania nowych muzycznych ścieżek
      przez weteranów brytyjskiej alternatywy. Krytycy zmieszali ją z błotem podczas
      gdy wśród ocen przeciętnych słuchaczy przeważa opinia iż jest to świetny
      rockowy album. Osobiście miałam ogromny problem z oceną "Wishville". Nie
      chciałam napisać przesiąkniętej jadem recenzji skupiającej się na samych
      słabych punktach. Nie pozwalało mi na to zarówno sumienie jak i parę bardzo
      przyjemnych momentów na tej płycie. Niestety, chcąc być obiektywną muszę
      stwierdzić iż płyta jest przygnębiająco średnia i z każdym słuchaniem nudzi
      coraz bardziej. Mocną jej stroną są piękne melodie w które można się
      zasłuchać. Mamy tu też oszczędne aranżacje i umiarkowane, wyważone użycie
      gitar wspomaganych przyjemnymi przeszkadzajkami typu skrzypce czy jakieś
      dzwoneczki. Mocną stroną jest wokal Roba Dickinsona - trochę rozmarzony i
      nostalgiczny, doskonale oddający atmosferę albumu i cudownie podkreślający
      lekkość melodii. Niestety płyta rozmywa się pośród mocno bezsensownych tekstów
      i monotonii brzmienia.

      Zaczyna się od mocniejszego akcentu energicznym utworem "Sparks Are Gonna
      Fly". Ostre (jak na taką płytę) gitary podkreślają dobrą melodię. Całość
      troszkę psują bezsensowne chórki wspomagające wokalistę w dość nieoczekiwanych
      momentach. Następny utwór "Gasoline" kojarzy mi się z Trójkowym Ekspresem
      gdzie się często pojawiał będąc zresztą ciekawym akcentem pośród innych
      sezonowych przebojów. I znowu kawałek bardzo chwytliwy ale z bezsensownym
      tekstem który psuje nastrój. I dalej płyta sobie tak płynie bez niespodzianek,
      łagodnie i konserwatywnie. Cały początkowy impet zanika gdzieś przy piosence
      numer 4 i potem są już jakby wariacje na temat jednego utworu. Chociaż
      podobają mi się zarówno utwór numer siedem "Mad Dog" jak i numer osiem "Ballad
      Of A Running Man" to ciągle przypominają one bardziej szkice niż skończone
      utwory. Zawsze gdy słucham tej płyty mam wrażenie że jako singiel każdy
      kawałek mógłby być przebojem. Zwłaszcza na współczesnej żałosnej scenie
      muzycznej gdzie zapomniano o melodii i śpiewie na rzecz stękania Catherine
      Wheel byliby rewelacją. Może nawet dałoby się muzykom zarzucić pewną
      przebojowość i schlebianie publice gdyby album był bardziej dopracowany.
      Piosenki, urocze podczas gdy słuchamy ich pojedyńczo, zestawione razem na
      płycie tracą swój unikatowy charakter i jak na dłoni widać ich słabe punkty.
      Przede wszystkim budowa utworów jest strasznie schematyczna tekstowo i
      muzycznie, przez co płyta sprawia wrażenie jakby cytowała samą siebie.
      Właściwie gdyby przysnąć słuchając "Wishville" po obudzeniu się myślelibyśmy
      że to ciągle ten sam utwór tylko tempo trochę się zmieniło. A już wielkim
      minusem jest ogromny ładunek emocjonalny zawarty w tekstach i sposobie
      kompozycji prowadzący do patosu i strasznego lukru. Teksty brną w typowo
      rockowe banały o miłości i poszukiwaniu własnej tożsamości co w najlepszym
      wypadku wywołuje uśmiech politowania. Spójrzmy tylko na fragment "All Of
      That": "And soon the time will come, When everybody's somebody, And nobody is
      anybody". Przykre dla ucha jest też powtarzanie w nieskończoność refrenów
      które zazwyczaj nie są zbyt sensowne i logiczne. Miernotę tekstową tej płyty
      bardzo dobrze podsumowują dwie linijki z "Gasoline": "I know it makes no
      sense, But here we go again". Nie chciałabym się przyczepiać do tego że płyta
      jest wtórna i nie nie ma tu żadnej rewolucji muzycznej. Za to bardzo
      przeszkadzają mi mielizny brzmieniowo-tekstowe które zaniżają poziom całego
      albumu. Płyta jest po prostu średnia - ani bardzo zła ani szczególnie dobra co
      też utrudnia jej ocenę i wpływa negatywnie na jej odbiór.

      "Wishville" brzmi tak jakby ktoś zasłuchał się w grunge a potem trochę
      niechcący nagrał britpopowy krążek. A przecież po zespole z takim stażem jak
      Catherine Wheel który już kilkakrotnie pokazywał że potrafi żonglować stylami
      spodziewamy się więcej niż tylko przyzwoitego albumu nieudolnie balansującego
      na granicy popu i rocka. W skali piczforkowej dałabym tej płycie 4.8 czyli ma
      więcej minusów niż plusów. Dobra płyta jeśli szuka się jakiegoś podkładu do
      pogaduszek ze znajomymi - przynajmniej wiadomo że nie zagaduje się nic
      ciekawego a w tle brzmi doskonale.

      Dyskusja o płycie:
      forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=78&w=8474881&a=8474881

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka