Tytułem wstępu pragnę wyjaśnić, że na razie nie zamierzam opisywać całego
dorobku płytowego wokalistki, a jedynie ogólny całokształt. Mam zresztą
nadzieję, że i tak nie wyjdzie z tego kolejna epopeja narodowa- chociaż
bliski klimatami Usher chyba działa dłużej, więc Dzieczyna_Mickiewicza
mogłaby mnie pobić (choć mam nadzieje, że ona tak brutalnie nie eliminuje
konkurencyjnych recenzentów

). Ufam poza tym, że ten wątek zainteresuje
choć kilkorga z forumowiczów (nieomylny znak na zróżnicowany poziom gustów
muzycznych ).
Dość późno zaczęłam interesować się tą początkowa mulatką (tak, tak- matka
biała, ojciec czarny), dziś już pozbawionej charakterystycznych wytycznych
dla rasy (operacja zwężenia nozdrzy), bo dopiero od 93 roku, kiedy to młoda
artystka była już doświadczoną wokalistka na scenie.
Pierwsza płyta zwyczajnie zatytułowana personaliami Maryśki jest interesująca
z uwagi na debiutancki singiel „Vision of Love” wykonany radykalnie, z
niezwykłą brawurą i sprawnie. Wokalistka już na wstępie idzie jak Mojżesz
przez morze- wszystkie dźwięki wprost rozstępują się przed wejściem w każdą
partię wokalną, przechodzi po nich zwycięsko, nie potykając się o nic- a nie
będę ukrywać, że jej głos był tutaj we wczesnym stadium rozwoju i nie brzmiał
tak melodyjnie jak to ma miejsce na „Merry Christmas” czy „DayDream`ie”
Jednakże wokalistka ani na ‘Mariah Carey” ani na następnej „Emotions” nie
oszczędza na ekspresji (nie są to jeszcze interpretacje męczące i nużące dla
niekoneserów gatunku : ) ). Polega głównie na chórkach o zróżnicowanym
brzmieniu i barwie, wkomponowanych w aranżacje (niekoniecznie samych ballad),
na sekwencjach śpiewanych duetem (żaden alikwot ), oraz na swoim
wysokooktawowym głosie (świetne wykończenie kulminacyjnych punktów i
ubarwienie vocalbackground`ów), którego w początkach kariery wybitnie skąpi.
Jednym z lepszych przykładów na podważenie powyższego jest „Emotions”-
dynamiczny singiel gdzie wokalistka sięgnęła szczytów wykańczając utwór
taktem złożonym z łańcucha dźwięków rozpiętych w coraz wyższe partie wokalne-
ostatni ton śpiewany przez Carey jest ledwo słyszalny dla ucha (!!!). Na
początkowych płytach odkrywa więcej z talii swoich możliwości, jej kompozycje
mają wyraźne klimaty, współgrają z barwnym wokalem. Sam wokal artystki jest
drapieżny, zadziorny, brzmi w nim hardość i przekora (ubolewam nad późniejszą
zmianą techniki), uczucia wyrażane są bardziej konkretnie i czytelnie.
Potrafi nastroić go też bardziej zmysłowo, tutaj oddech jako walor
artystyczny tworzy intymny nastrój i wywołuje efekt żarliwości, który mile
pieści ucho.
Płytę „MucicBox” odważę się uznać za najlepszą w jej karierze, gdyż nie tylko
dzięki niej o artystce zaczęło być głośno na całym świecie, ale była
zapowiedzią dynamicznego rozwoju warsztatu Marysi. To uosobienie nie tylko
prestiżu jej głosu ale i klasy samej wokalistki. Niewątpliwie wpływ na to
miał jej wizerunek- pełen dziewczęcej prostoty i nieskrępowanej
naturalności. Swobodne loki, rozbrajający uśmiech i niewinne spojrzenie
spłoszonej sarny. Wokalistka rzadko dawała wizażystom pole do popisu. To
raczej oni, urzeczeni bezpośrednością jej uroku, nie śmieli naruszyć jej
urody. Skromny image w pełni rozmijał się z rozmachem jej głosu. Sama
artystka pozostała mu wierna aż do następnej płyty „MerryChristmas”, odkąd
płynnie i niepostrzeżenie przyjęła wizerunek prowokującej i nieco
pretensjonalnej, co w pełni wyszło na jaw po jej dwóch kolejnych płytach
(„DayDream” i ?Butterfly”

Od tej pory motyl stał się fikuśnym hologramem
takiegoż image`u artystki. Carey w ogóle zmienia kierunek natarcia, od
albumu „Butterfly” skupia się na utworach r`n`b i remix`ach śpiewanych
sacharynową barwą, balladach- w mniejszym stopniu, oraz na piosenkach rodem
jak z baśni. Te ostatnie w pełnej gamie na „Rainbow” (ostatni album, na jaki
usiłowałam się zdobyć) . Są w pełni magiczne, bo zatracające poczucie
rzeczywistości, których czas nie wyznacza żaden środek rytmiczny (czasem
bardzo znikomo), a pomimo to są spójne i współgrają . Są integralna częścią
klimatu płyty, a jednak oderwane od reszty, jakby artystka wyznaczyła sobie
czas na refleksję. Słuchając natomiast jej na wskroś r`n`b`-owskich piosenek
naprawdę warto zapomnieć, że jest to TA Mariah Carey ze swoim
wszechogarniającym głosem, bo zmiana repertuaru przy takich możliwościach
jest wręcz haniebna. Technika jaka posługuje się wszechmogąca zakrawa na
lakoniczność i zdawkowość- śpiewanie półgębkiem, a jednak na pełnym oddechu-
efekt przyjemny, lecz z czasem nużący. Artystka doszkala głos, czyściej łamie
dźwięki, na „Rainbow” dochodzi do apogeum zniekształcenia swojej naturalnej,
ciepłej barwy. Denerwujący jest jej wokal, pozornie bezbronny, ale pełen
niespodzianek, przejrzysty i świeży, bez matów- jak świst powietrza. Jej głos
chwilami bardzo miękki i pastelowy prowadzi grę ze słuchaczem- bez
drapieżności, łagodnie, ale by celowo drażnić. Lekkość i pozorna niedbałość z
jaką pokonuje kolejne frazy fascynuje i jednocześnie przeraża.
Kolejnym zwrotem na minus poczytałabym Maryśce kontakt wokalny z raperami,
których masywne, murzyńskie głosy intensyfikują wrażenie barwy wokalistki o
cesze niedojrzałej emocjonalnie nastolatki (zmiana techniki!) Przypomnę
jeszcze, że jej wrodzony walor to głos niski, głęboki jak najgłębsza toń
oceanu, kojący, którym zwykła udzielać wywiadów. Muszę podkreślić też to, w
czym Carey była niegdyś specjalistką- śpiewając wyższe niż przeciętne partie
wokalne jej głos nabiera jakichś pękniętych, rozdzierających tonów. Słuchając
jej aktualniejszych nagrań można się przykro rozczarować, kiedy usypiająca
wokaliza zostaje nagle bez powodu zastąpiona takim właśnie rozdzierającym
wybuchem. Sama Maryśka wygląda przy tym, jakby niezbyt dobrze czuła się tam
w górze. Pytanie tylko- dlaczego już nie śpiewa piosenek w niższych oktawach?
Ano z tego słynie, że potrafi wysoko wyciągać, toteż będzie się tego trzymać
do końca swoich dni, nawet jeśli na starość (uchroń ją Panie Boże) zatraci
naturalną umiejętność manipulacji głosu.
Ps: Pytanie – operacja nosa i jak się to ma do głosu?
Przypadkowo dowiedziałam się, dzięki nieocenionej pomocy Dyrygentki- że
ludzie o szerszych nosach mają większą możliwość zaczerpnięcia powietrza w
większej ilości, a to jest nie bez znaczenia na jakość śpiewu. Zadanie tylko
polega na tym, aby całe to powietrze wydmuchnąć z powrotem, ale nie przez
nos tym razem, ale dzięki przeponie przez gardło. W początkach Maryśka
posługiwała się jedynie tą techniką, w miarę rozwoju głosu (czyt. operacji
nosa) pogardziła tym sposobem, dzięki czemu jej głos jakby opustoszał, brzmi
już bez tej charakterystycznej trójwymiarowości . Jednym z lepszych
przykładów jest fakt , że murzyni są lepszymi wokalistami w zakresie soul`u,
(mają głosy głębsze niż ludzie wąskonosy) chodź nie tylko ( na przykład w
lekkoatletyce także, gdzie wielkość i szybkość oddechu jest podstawą w
kontrolowaniu reakcji ciała ) . Oprócz naturalnych wrodzonych predyspozycji
(niewątpliwie Marysia dzięki tatusiowi posiadała takowe) potrzeba jeszcze
kochać śpiewać i włożyć w to swoja duszę oraz świadomość tego co się robi.
Pomimo skorygowania tego pierwszego, to drugie wciąż pulsuje w jej
interpretacjach, a że nie brzmi to już z takim rozmachem jak drzewiej
bywało... Należy tylko westchnąć i z pokorą przyjąć to takim, jakim
łaskawie nas obdarowano.