Iggy nareszcie nagrał przyzwoitą płytę. Przyzwoitą, oczywiście, dla tych,
którzy lubią Iggy’ego za dokonania starsze. Ostatnie jego propozycje,
np. „Avenue B”, wprowadzały mnie w lekkie zażenowanie i w zasadzie nie
oczekiwałem, delikatnie mówiąc, zbyt wiele po nowym albumie Popa, a tu
czekała na mnie dość miła niespodzianka. Trzeba tylko było pokonać wstręt
związany z okładką (dorównuje jej „Plastic Surgery Disasters” Dead Kennedys).
Już na początku jest żywiołowo, „Little Electric Chair” (jeden z kilku
utworów nagranych z The Stooges) wprawdzie daje pojęcie o niezbyt wielkich
możliwościach wokalnych Iggy’ego, ale za to nieźle nakręca na początek dość
długiego przecież (16 utworów) albumu. Jeszcze bardziej żywiołowe i nieco
archaicznie-punkowo brzmiące jest „Perverts In The Sun”. I tak dalej lecą
sobie kompozycje mniej lub bardziej ciekawe, ale zwykle dość żywe
(oprócz „Inferiority Complex” i „Till Wrong Feels Right”

. Zdarzają się,
niestety, nijakie pieśni, które znacznie obniżają dynamikę całej płyty, np.
utwór tytułowy – niby ostry i rytmiczny, a w rzeczywistości monotonny, czy
też „Whatever” – niezbyt ciekawy wypełniacz i dziwaczne „Rock Show”.
Wyróżniają się jeszcze pozytywnie dynamiczne, z hitowym refrenem „Little Know
It All” z udziałem Sum 41, „Private Hell”, „Here Comes The Sumer”,
dynamiczne „Motor Inn” z żeńskimi wokalami i końcowe „Blood On My Cool”,
połączone z „Nervous Exhaustion” w sposób osobliwy – dwie osobne piosenki
opisane są jako jeden utwór (i tak się wyświetlają podczas odtwarzania).
Na albumie pojawiają się współczesne gwiazdy, Peaches, Green Day i Sum 41.
Dla nich zapewne współpraca z Popem to zaszczyt, a dla samego
zainteresowanego możliwość dotarcia do młodszej publiczności, która Iggy’ego
Popa zna tylko z opowiadań pradziadków. Niektóre z gwiazd dość mocno
odcisnęły swoje piętno na kompozycjach (np. od razu słychać, że Green Day
goszczą w „Private Hell” i „Supermarket”

. Są też reaktywowani rok temu The
Stooges, którzy raz grają wspaniale (wspomniane „Little Electric Chair”

, raz
tak sobie („Loser”, „Dead Rock Star”

.
Nie jest to tak udane komercyjnie dzieło jak „Brick By Brick” ani
artystycznie jak „Raw Power”, ale na pewno „Skull Ring” nie jest płytą złą.
Polecam ją wszystkim, którzy poszukują niezbyt nachalnej, przebojowej,
przyzwoitej rockowej rozrywki, bo chyba w takich kategoriach można Popa
traktować. Widać, że Pop chciał nagrać płytę bardziej masową, mniej
osobistą, a bardziej rozrywkową, i to mu się udało, a czy młodzież „łyknie”…
tego już nie wiem.