Edukacja finansowa

28.09.09, 09:14
Mam żal do rodziców, szkoły i do samej siebie, że nie dali mi podstaw edukacji finansowej. Nie mówię o wiedzy rozróżniania różnych spółek itd czego uczy się na podstawach przedsiębiorczości ale o prostym budżetowaniu. Nie nauczono mnie jak bronić się przed sztuczkami marketingowymi, jak planować budżet, szukać różnych rozwiązań, czym się różni kredytowanie A od B. Nie przekazano mi podstawowej wiedzy o mechanizmach finansowych i rynkowych. Od jakiegoś roku sama dokształcam się na różnych polach w tej dziedzinie, mój stan wiedzy bardzo się poprawił a to z kolei wpłynęło na jakość życia i kilka innych rzeczy tyle, że gdyby nie kryzys pewnie nie dowiedziałabym się wielu rzeczy. Przed kryzysem spotykałam się na rozmowach o finansach z osobami, które podstawy miały dawno opanowane a mi przekazywały wiedzę z wyższego poziomu. Wiedzę bardzo przydatną ale niezbyt użyteczną gdy nie miałam tych zwykłych podstaw.
Dopiero teraz dokładnie się budżetuję, wyszukuję różne możliwości oszczędzania i zarabiania. Inaczej patrzę na różne wydatki, wprowadzam sobie większą dyscyplinę finansową i to przynosi efekty. Tylko dlaczego nikt nie nauczył mnie tych podstaw np w szkole podstawowej (gimnazjum). Nie wskazał takich banałów jak np efekt kawy (drobne codzienne wydatki, które uciekają naszej świadomości powodując niekontrolowany wypływ gotówki) czy procent składany. Oczywiście mieliśmy na matematyce obliczanie procentów ale nie powiedziano nam jak to stosować w praktyce - w jakich konkretnych sytuacjach to wykorzystać. Wiem, że moje dzieciństwo to początek lat 90-tych i wiele nowych rzeczy, które się wtedy pojawiły nie były jeszcze w Polsce zbyt dobrze znane ale moja 8 klasa szkoły podstawowej to już koniec lat 90-tych, wtedy chociaż godzina czy dwie wychowawczej mogły zostać poświęcone podstawom. Na PP w LO zamiast udawać, że coś robimy mogliśmy zobaczyć konkretne mechanizmy jakie rządzą portfelem. Straciliśmy bardzo dużo a wiem że w innych liceach w Lublinie też nie było lepiej. Trochę na fali kryzysu zaczęto zwracać uwagę na podstawy i dzięki temu również ja mogłam do edukować się w tej dziedzinie ale jak wyglądałyby moje finanse gdybym tą samą wiedzę miała na zakończenie liceum? Po liceum wiedziałam, że jeśli nie ma kasy to trzeba ją zarobić. Tyle, że po zarobieniu nikt mi nie mówił jak rozsądnie ją wydawać. Jak układać wydatki itd. Moje podejście było bardzo bieżące choć wiedziałam, że jest inna droga i jej szukałam. I jest mi niesamowicie przykro, że dopiero kryzys finansowy pokazał, że błąd tkwił w podstawach (ich braku) i tych podstaw w wieku 24 lat dopiero się uczę.
    • urkye Re: Edukacja finansowa 28.09.09, 10:14
      Jestem od Ciebie trochę młodsza (2 lata, więc dosłownie tylko trochę;)), a u mnie w liceum sytuacja wyglądała zupełnie inaczej. Na matematyce przerabialiśmy dokładnie rożne typy oprocentowania, przeliczyliśmy mnóstwo zadań, nauczycielka tłumaczyła czym się różnią poszczególne typy lokat, na co warto zwracać uwagę jak chcemy brać kredyt/odłożyć pieniądze, gdzie w zapisach czają się kruczki;) Przynosiła nam również dodatkowe, trudniejsze zadania, których program szkolny nie przewidywał. Chodziłam do klasy mat-fiz, a (nieskromnie mówiąc) szkoła była z tych lepszych, więc całkiem możliwe, że poziom nauczania był wyższy niż w innych szkołach i przerabialiśmy więcej (taaa, słynne-te łatwe zadania liczycie w domu sami, my zacznijmy od zadania z jedną gwiazdką;P).
      Na PP nauczycielka nauczyła nas wielu przydatnych rzeczy-typu pisania CV, budżetów, jak się zakłada firmę i jakie są typy firm, pisaliśmy również plan przedsiębiorstw (czy coś w tym stylu, nie pamiętam już dokładnie nazwy).

      Mój tata i narzeczony uwielbiają wszystko, co związane z lokatami/giełdą, więc cierpię na nadmiar tego typu rozmów w domu i poza nim:P Tata założył mi konto jak miałam ok. 13-14 lat, zachęcał do zakładania lokat i kont oszczędnościowych, nauczył odkładania pieniędzy.
      • wariamiktoria Re: Edukacja finansowa 28.09.09, 18:22
        Czyli jest nadzieja :) Chociaż przyznam, że miałaś farta. Rozmawiałam już trochę
        z ludźmi w twoim wieku (studiujemy razem bo miałam dwuletnią przerwę) po różnych
        szkołach ale głównie w rankingu z pierwszej piątki i oni też zauważają brak
        podstaw. Może na rzeczy jest to, że większość jest z klas humanistycznych. Moje
        i ich PP to też było pisanie CV (na odwal, według schematu), rozróżnianie firm,
        niby zakładanie ale jak ja dopytywałam to nauczycielka plątała się w zeznaniach.
        Plan przedsiębiorstwa nawet pomagałam jednej licealistce pisać w ubiegłym
        semestrze ale trzeba było go przystosować do realiów szkolnych i też nie bardzo
        ma się do rzeczywistości.
        • yaga7 Re: Edukacja finansowa 28.09.09, 19:13
          I tak mieliście lepiej, bo ja nie miałam w szkołach żadnej przedsiębiorczości ;)

          Ale w sumie może dlatego uczyłam się sama i wiedziałam, że mogę liczyć tylko na
          siebie w tym względzie (i rodziców).
    • pitupitu10 Re: Edukacja finansowa 28.09.09, 10:15
      Zgadzam się w 100%! Ja co prawda miałam w LO zajęcia pt. "Przedsiębiorczość",
      ale tylko przez rok i nie mogę powiedzieć, że czuję się wyedukowana w temacie. :/

      Kończe studia, niedługo pewnie pierwsza praca, czas pomyśleć o emeryturze.
      próbowałam się czegoś dowiedzieć z Internetu. Internetu! I co? 98% stron dotyczy
      reformy emerytalnej która była niewiadomo ile lat temu. Niestety nie udało mi
      się znaleźć tego, co chciałam, tzn. na co trzeba zwracać uwagę przy wyborze
      funduszu emerytalnego.


      Wg mnie taką wiedzę wynosi się z domu. Jak rodzice nie ogarniają budżetowania,
      ulegają reklamom namawiającym do kupowania wszystkiego na kredyt, itd. to i
      dzieci tak będą żyły. Niestety znaczna część społeczeństwa wychowała się w
      ustroju bez kredytów, banków, za to z jakimś pokrzywionym modelem ekonomii.

      Mam propozycję: wklejajcie tu linki do stron o (domowych) finansach, ale takich
      dla laików, żeby szary Kowalski mógł zrozumieć.
      • agnesp76 Re: Edukacja finansowa 28.09.09, 10:23
        To wklejam kilka linków - przyznaję nie wszystko czytam, ale wiele rzeczy się
        przydaje.

        mojepieniadze.blox.pl/html
        frugal.blox.pl/html
        www.profity.com.pl/
      • szarsz Re: Edukacja finansowa 28.09.09, 10:34
        Pitupitu, są świetne blogi dotyczące finansów domowych. Oczywiście
        autor każdego z nich pisze mocno subiektywnie (od tego są blogi w
        końcu) i wszystko trzeba sobie porządnie przefiltrować :)

        Co do wyboru funduszu emerytalnego, to odpowiedź jest łatwa - wybór
        drugiego filaru nie powinien Ci spędzać snu z powiek. Nie jesteśmy w
        stanie przewidzieć, co będzie za dziesięć, dwadzieścia czy
        trzydzieści lat. Nie wiemy, czy ZUS będzie jeszcze istniał, nie
        wiemy, czy któryś z przyszłych rządów nie zrobi "skoku" na naszą
        kasę (już się do tego niejednokrotnie przymierzano). A nawet
        pomijając czarne scenariusze, zarządzający funduszami zmieniają się
        i nawet jeśli wybierzesz fundusz najlepszy w swojej klasie, to nie
        masz gwarancji, że i za 10 lat będzie on w czołówce.
        Tu możesz sobie poczytać 2grosze: dwagrosze.blogspot.com/
        Znajdziesz tam naprawdę solidną krytykę naszego systemu emerytalnego
        i jego przyszłości. Polecam szczególnie antyporadnik emerytalny.


        Natomiast jeśli chcemy żyć godnie na emeryturze to nie ma cudów,
        trzeba oszczędzać samodzielnie. Jak to robić, od drobiazgów, po
        różnego rodzaju inwestycje:
        finansedomowe.blogspot.com/
        frugal.blox.pl/
        frugalistka.blox.pl/
        mojepieniadze.blox.pl/html
        Przegląd najlepszych lokat i kont oszczędnościowych na rynku:
        konto.blox.pl/html
        A tu, bardziej jako ciekawostka niż poważne rady (choć gdyby ideę
        pasywnego dochodu udało się zrealizować choć w części....)
        oszczedzanie.net/
        • wariamiktoria Re: Edukacja finansowa 28.09.09, 18:28
          Dorzucam jeszcze www.nbportal.pl/pl/np oraz oszczędnie ale przede wszystkim ekologicznie (da się) zielonastrona.blox.pl
        • kizombalover Re: Edukacja finansowa 29.09.09, 01:34
          No i co najlepszego koleżanka nabroiła?
          Jest godzina 1.34, zamiast chudnąć w czasie snu zastanawiam się, jak zabrać się
          za inwestowanie w złoto
          :-DDD
          • magdalaena1977 Re: Edukacja finansowa 29.09.09, 10:30
            kizombalover napisała:


            > Jest godzina 1.34, zamiast chudnąć w czasie snu zastanawiam się,
            > jak zabrać się za inwestowanie w złoto
            Po lekturze dwóch groszy, ja też zaczęłam marzyć o tych złotych krugerandach -
            jak miło było mieć takie monety, a nie tylko suchy zapis na koncie.
            • kizombalover Albo w bieliki -tak patriotyczniej :-) 29.09.09, 14:10
              Jest tylko jeden szkopuł - gdzie te monety przechowywać??? Sejfu nie mam, a
              mieszkanie, mimo zamków itp. raczej do super bezpiecznych miejsc nie należy...
              Złożenie jako depozyt w banku chyba też nie ma sensu - zapewne jest odpłatne, a
              w razie jakiegoś mega-kryzysu bank zarekwiruje....
              To w co inwestować???
              I czy w ogóle? Jak patrzę na niewdzięczność mojego dziecka, w której rozwój
              fizyczny (sporty) jak i intelektualny (język obcy) inwestuję, to się
              zastanawiam, czy nie sensowniej jest po prostu sobie wyjechać, pozwiedzać, kupić
              ładne rzeczy... bo poświęcenia, żeby jej opłacić np. obóz sportowy, i tak nie
              doceni.
              • wariamiktoria Re: Albo w bieliki -tak patriotyczniej :-) 30.09.09, 08:38
                Może teraz nie docenia ale gdy już dojrzeje zrozumie. Poza tym ułatw mu
                docenienie tego. Pokaż jak trzeba oszczędzać aby wystarczyło na te ekstra
                rzeczy. Możesz np dawać kieszonkowe i jeśli zdecyduje się zdeponować jego część
                u ciebie uzyska oprocentowanie a tym samym jego pieniądze będą się pomnażać.
                Pokaż mu co może zyskać a nie dawaj bo "mamo daj". Rozmawiaj z nim o pieniądzach
                itd, tak aby potem nie miało do ciebie żalu jak ja mam do swoich rodziców. Tu
                znalazłam kilka porad które jak chcesz możesz wprowadzić w życie
                frugalistka.blox.pl/2009/09/Czym-skorupka-za-mlodu94.html
                • kizombalover Re: Albo w bieliki -tak patriotyczniej :-) 30.09.09, 09:47
                  Zajrzałam do linkowanego bloga i stwierdziłam, że właściwie wiele z tych rad od
                  dawna stosuję, z lepszym lub gorszym skutkiem.
                  Moja córka ma 10 lat, od kilku już robi robi drobne zakupy, wie, ile reszty
                  powinna dostać z jakiej kwoty, porównuje produkty przed kupnem, myślę, że w
                  dużej mierze przyczynił się do tego sklepik szkolny, gdzie można dostać bułkę za
                  3 złote i cukierka za 5 groszy.

                  Założyłam jej też konto podczepione do mojego, żeby mogła oszczędzać. Tylko, że
                  oprocentowanie na jej koncie (przy kilkudziesięciozłotowych oszczędnościach)
                  jest tak nędzne, że praktycznie niezauważalne. Ten pomysł o "oprocentowanym
                  banku mamy i taty" wydaje mi się całkiem fajny - może ktoś próbował? Przy okazji
                  trochę matematyki, żeby sobie sama obliczyła, ile zyska :-))
                  Poza tym, mam problem z pokazaniem jej sensownego celu oszczędzania - na coś
                  dużego nie uzbiera (typu rower), bo potrzebna jest zbyt duża kwota. Z kolei
                  oszczędzanie na kolejną lalkę, w jej wieku, chyba nie ma celu. Na ciuchy - może
                  dałoby radę, ale zanim uzbiera, upatrzonej bluzki już nie będzie. Na co składają
                  Wasze dzieci?
                  • wariamiktoria Re: Albo w bieliki -tak patriotyczniej :-) 30.09.09, 10:27
                    A czemu nie na rower? Możesz jej obiecać, że jak uzyska jakiś konkretny procent
                    wartości roweru to wy dołożycie resztę. Można oszczędzać krócej na np nową grę,
                    książkę, program, kuferek kosmetyków czy piękną sukienkę. Może też np odkładać
                    na naukę czegoś co ją interesuje a w wakacje może z tego skorzystać (np kurs
                    jazdy konnej, kurs tańca, sztalugi czy gitara). Porozmawiaj z nią co ją
                    interesuje, co chciałaby a wie, że teraz jest zbyt kosztowne a jeśli się
                    zaplanuje wspólnie to można to osiągnąć.
                    • kizombalover Re: Albo w bieliki -tak patriotyczniej :-) 30.09.09, 13:35
                      Na rower nie, bo tatuś maniak rowerowy co 2 lata z przyjemnością składa jej nowy
                      :-), a ona i tak nie jeździ - woli rolki. Które zresztą kupiłam w tym roku, i
                      trochę posłużą.
                      Ona po prostu ma wszystko, co potrzebne. Gra na instrumencie jej nie ciągnie
                      (kurczę, ja się uczyłam na gitarze pożyczonej, po 2 latach dostałam swoją, jak
                      już rodzice widzieli, że coś umiem - sama się nauczyłam grać akordami, bo na
                      lekcje nie było kasy), kurs tańca nie interesuje, na basen chodzi bo nam zależy
                      (ale to chociaż lubi), konie pewnie chętnie, ale ja się boję pozwolić jej na
                      jazdę (kuzynkę mały kucyk poniósł :-((), gry ją nie interesują, książki
                      wypożycza, no naprawdę nie wiem... Problem w tym, że trochę pooszczędza, a potem
                      wydaje na (moim zdaniem) głupoty typu kolejne kolczyki (których nie nosi),
                      kolejny pluszak lub pet-shopek(zbierają kurz) lub słodycze, i kasa się rozpływa.
                      Jak tylko ma w ręce, to ją świerzbi, żeby wydać, i to chciałabym jakoś "wyleczyć".
                  • szarsz Re: Albo w bieliki -tak patriotyczniej :-) 30.09.09, 11:58
                    Ja miałam umowę, że składam na połowę czegoś. I rodzice dokładali
                    drugą. Jak mniejsze dziecko, to można wymagany próg obniżyć :)

                    To było fajne, bo byłam z siebie okropnie dumna, że się udało a z
                    drugiej strony miałam też pomoc rodziców.
                    • kizombalover Re: Albo w bieliki -tak patriotyczniej :-) 30.09.09, 13:39
                      Właściwie to tak zrobiliśmy z jej laptopem - zbierała przez rok (łącznie z
                      pieniędzmi z komunii), uzbierała 1500, ja dołożyłam 500 i ma swój. Nie wiem, czy
                      jest dumna z siebie, muszę zapytać :-D.
        • magdalaena1977 Re: Edukacja finansowa 29.09.09, 10:26
          szarsz napisała:

          > Pitupitu, są świetne blogi dotyczące finansów domowych. Oczywiście
          > autor każdego z nich pisze mocno subiektywnie (od tego są blogi w
          > końcu) i wszystko trzeba sobie porządnie przefiltrować :)
          Szczególnie polecam to filtrowanie, bo według mnie niektóre pomysły są mocno
          księżycowe.

          Tu masz forum oszczędzanie:
          forum.gazeta.pl/forum/f,20012,Oszczedzamy_.html
          A tu mój temat z krytyką idei wolności finansowej
          forum.gazeta.pl/forum/w,20012,100019799,100019799,strategia_alternatywna_dla_wolnosci_finansowej_.html
          Generalnie problem z blogami polega często na tym, że prowadzą je ludzie
          zawodowo zajmujący się finansami. I nie zawsze jest możliwość przełożenia ich
          wrażeń na sytuację osoby pracującej w innym zawodzie. Szczególnie denerwujące
          jest częste traktowanie zarządzania dużymi własnymi pieniędzmi jako przyjemności
          i nieobiektywne podkreślanie zalet prowadzenia firmy w stosunku do etatu.
          • szarsz Re: Edukacja finansowa 29.09.09, 19:09
            magdalaena1977 napisała:
            > A tu mój temat z krytyką idei wolności finansowej

            A czytawszy, czytawszy :)

            Dla mnie ideal wolności finansowej jest fajną mrzonką. Nie sądzę,
            aby którykolwiek z milionerów żył z odsetek, nie pracując i nie
            pomnażając majątku. Poza wszystkim wydaje mi się to mocno
            destrukcyjne. Człowiek imho MUSI waczyć o byt.
            • wariamiktoria Re: Edukacja finansowa 30.09.09, 06:19
              Z reguły jesteśmy myśliwymi i wojownikami i ta walka o przetrwanie ciągnie nas
              do pracy nawet gdybyśmy mogli mieć komfort niepracowania. Do tego zawsze jest
              tak, że dobrze jest mieć więcej, żyć na wyższym poziomie itd - dlatego ciężko
              jest zrealizować ideę wolności finansowej. Ale można sprawić, że będziemy mogli
              podejmować większe ryzyko, łatwiej realizować nasze plany, potrzeby a to już
              bardzo dużo.
      • magdalaena1977 Re: Edukacja finansowa 28.09.09, 19:32
        pitupitu10 napisała:

        > na co trzeba zwracać uwagę przy wyborze funduszu emerytalnego.
        Znajdź sobie jakiś ranking OFE i wybierz pierwszy. IMHO wybór konkretnego OFE
        nie ma większego znaczenia, zwłaszcza dla osoby młodej.
        Jedno co wiem na pewno o systemie świadczeń w okresie Twojej starości, to że
        będzie zupełnie inny od obecnego. Także w koszyku świadczeń.
        Bazując na mojej wiedzy w zakresie ubezpieczeń społecznych przewiduję tylko
        wzrost i elastyczność wieku emerytalnego.
        Także nastaw się na satysfakcjonującą pracę powiedzmy do 70 ;-)
      • jolunia01 Re: Edukacja finansowa 29.09.09, 11:33
        pitupitu10 napisała:

        > ... Niestety znaczna część społeczeństwa wychowała się w ustroju
        > bez kredytów, banków, za to z jakimś pokrzywionym modelem
        > ekonomii....

        Pewnie jestem starsza niż rodzice niektórych forumowiczek, ale
        sklerozy jeszcze nie mam i miniony ustrój pamietam doskonale. Otóż
        wtedy też były kredyty, sprzedaż ratalna i inne wynalazki. Model
        ekonomii rzeczywiście był spaczony, ale raczej w skali globalnej niż
        jednostkowego gospodarstwa domowego. Za pokrzywiony uważam raczej
        model współczesny - "musisz to mieć", "kredyt na 110% wartości
        inwestycji" itp. Kredyty są dla ludzi (no, firm też, ale tego tu
        chyba nie rozważamy), tyle że nie można finansować swojego życia
        wyłacznie4 kredytami.
        • joankb Re: Edukacja finansowa 29.09.09, 18:07
          Jolunia ma rację.... Zawsze mnie zadziwia u dwudziestoparolatków to traktowanie
          czasów sprzed 1990 jak średniowiecza.
          Były banki, były kredyty, były konta, lokaty, były konta walutowe,plus różne
          takie, np. kasy zapomogowo - pożyczkowe. W spiralę długów wpadało się równie
          łatwo, budżet rodzinny był tak samo istotny jak teraz. I równie trudny do
          domknięcia czasem :)) Może pokus było ciut mniej i nastawienie ciut inne.
          Faktycznie - mniej było tego "muszę". Ale zastaw się, a postaw się nie wzięło
          się znikąd.
          Budżetowania - miesięcznego i w dłuższej perspektywie nauczyłam się od rodziców
          (zeszyciki, zeszyciki i kolumny do sumowania, kalkulatory były później).
          Odkładania, porównywania ofert, liczenia procentów - takoż. Książeczki
          oszczędnościowe, potem konta miałam od tak dawna, że już nawet nie pamiętam.
          • pitupitu10 Re: Edukacja finansowa 29.09.09, 18:56
            Odszczekuję i przepraszam za paplanie głupot. :)
        • magdalaena1977 Re: Edukacja finansowa 30.09.09, 17:38
          jolunia01 napisała:

          > Pewnie jestem starsza niż rodzice niektórych forumowiczek, ale
          > sklerozy jeszcze nie mam i miniony ustrój pamietam doskonale. Otóż
          > wtedy też były kredyty, sprzedaż ratalna i inne wynalazki.
          Nie zgodzę się. Co prawda w okresie PRL byłam dzieckiem, ale pamiętam, że nie było:
          - kredytów mieszkaniowych - mieszkania się "dostawało" i mieszkało się jako
          spółdzielca a nie jako właściciel
          - kart kredytowych
          Nie było też możliwości inwestycji
          - giełdy
          - funduszy i innych wyrafinowanych instrumentów finansowych
          Jak ktoś miał nadwyżki, to kupował złoto albo dolary i uważał, że jego pieniądze
          nie tracą na wartości.
          • joankb Re: Edukacja finansowa 30.09.09, 20:41
            W większości spółdzielni płaciło się wkład, a potem spłacało kredyt zaciągnięty
            przez spółdzielnię.
            To, budżetowo, były zupełnie inne obciążenia niż dziś, ale były.
            No i najpierw trzeba było przydział "wychodzić", ewentualnie kupić mieszkanie za
            dolary.
            Pierwsze karty płatnicze o marnej, bo marnej, ale funkcji kredytowej pojawiły
            się jakoś w latach osiemdziesiątych. Jeszcze w siedemdziesiątych nawet w USA
            były mało rozpowszechnione, Amerykanie płacili czekami, robią to zresztą nadal.
            Giełda i fundusze - zgadzam się.
            Ale inwestowano: w ziemię, w dzieła sztuki, w złoto i waluty. Niektóre z tych
            sposobów rozsądni ludzie polecają i dziś.
    • chocochoco Re: Edukacja finansowa 28.09.09, 19:00
      A ja mam wiedzę, ale i tak jej nie wykorzystuje, pieniądze przelatują mi przez
      palce jak przez sito z wielkimi dziurami i nic na to nie poradzę, taki już mój
      charakter :-)))
    • pitupitu10 Budżet domowy 29.09.09, 10:16
      Prowadzicie budżet domowy? Czy możecie polecić jakieś programy, szabony, etc.?
      • magdalaena1977 Re: Budżet domowy 29.09.09, 10:20
        IMHO najlepiej zaprojektować i rozwijać własny w excelu. Tylko Ty wiesz, jakie
        masz potrzeby, jaką strukturę wydatków ...
        • pitupitu10 Re: Budżet domowy 29.09.09, 10:46
          Próbowałam już dwa razy, i za każdym razem nie starczało mi cierpliwości.
          Dlatego chciałabym spróbować "gotowca".
          • stary_dywanik Re: Budżet domowy 29.09.09, 11:52
            Ja używam tego programu:

            www.dobreprogramy.pl/Interesik,Program,Windows,11611.html
            Kategorie dochodów i wydatków sobie stworzysz według potrzeb. Możesz
            zrobić automatyczne dodawanie stałych pozycji w wydatkach, jest
            mozliwość zarządzania kilkoma kontami.

            Statystyki działają niestety tylko dla kont prowadzonych w
            złotówkach, przy kontach walutowych próbuje dzielić przez zero
            (czyli ilość złotówek na danym koncie) :)
    • bathilda Re: Edukacja finansowa 29.09.09, 13:23
      Ja jestem stuknięta na punkcie budżetowania, oszczędzania i świadomości
      finansowej. Od 6 lat czyli odkąd żyję na własny rachunek mam odnotowany każdy
      wydatek, w podziale na główne kategorie. Wiem ile 3 lata temu wydałam na ciuchy
      a ile w zeszłym roku na jedzenie. IMHO kluczowe znaczenie ma:

      1. Jak najwięcej wydatków kartą, bo wtedy nie ucieka kiedy, ile i na co wydajemy.

      2. Regularna "inwentaryzacja gotówki". To pomaga zapanować nad efektem kawy -
      jak po miesiącu okazuje się, że 1-go miałam 2000 zł a na koniec 500 zł to trzeba
      się zastanowić gdzie ta kasa się rozeszła ...
      • stary_dywanik Re: Edukacja finansowa 29.09.09, 13:49
        Ja zbieram bez wyjątku wszystkie paragony, wrzucam do pudełeczka i
        raz na kilka-kilkanaście dni wprowadzam. Wydatki bez pargagonu
        wprowadzam albo od razu albo dopisuje na tych paragonach, które mam,
        żeby nie mnożyć notatek. Przy takim systemie to w zasadzie można
        budżetowanie raz w miesiącu robić i nic nie ginie bo wszystko jest
        albo w pudełku albo na wyciągu z konta.
        A taką codzienną kawę to trzeba sobie po prostu uczciwie ustawić
        jako stałą codzinną pozycję w wydatkach.
        • bathilda Re: Edukacja finansowa 29.09.09, 14:47
          Tak, tak, u nas też zbieranie paragonów to podstawa. Pod koniec miesiaca mam ich
          w portfelu gruby pliczek ;)

          A w dodatku to bardzo prospołeczna postawa bo żądając paragonu motywujecie
          sprzedawcę to użycia (czasem bardzo zakurzonej) kasy fiskalnej.
          • wariamiktoria Re: Edukacja finansowa 30.09.09, 06:32
            Ja każdego wieczora wrzucam dane do excela, nie chciałoby mi się robić tego pod
            koniec miesiąca. Już przy bardzo długich marketowych rachunkach miewam dość bo
            moje wpisy są bardzo dokładne: rodzaj i marka produktu, waga/objętość. Jeśli na
            rachunku jest np tylko żwirek dla kota to ta wiadomość jest dla mnie średnio
            użyteczna. Gdy wiem jaki to konkretnie i jaką ma objętość wtedy mogę zobaczyć na
            jak długo starcza. To mi podsunęło, że powinnam jeszcze dodawać datę zakupu
            (przy benzynie już tak robię). Powyższe sprawia, że zaglądam jeszcze raz do
            zakupów aby wiedzieć jaką mają np wagę czy nazwę.
            Na razie wyłapałam część rzeczy, na resztę przyjdzie jeszcze czas (chemia
            kupowana co kilka miesięcy, od listopada nowe pozycje ze względu na dziecko) ale
            już łatwiej mi określić co jest potrzebne. Znacznie szybciej robię listę zakupów
            bo wystarczy spojrzeć jakie produkty były mi potrzebne w poprzednim miesiącu,
            jaki ich zapas pozostał i określić czy kolejne będą potrzebne czy np nie
            sprawdziły się.
            Co do paragonu to jeśli mi nie wydrukują mówię o bardzo konkretnej karze
            finansowej za takie coś (znajoma z dawnej pracy dostała). Skuteczniej działa niż
            tylko powiedzenie: a gdzie paragon?
            • magdalaena1977 Re: Edukacja finansowa 30.09.09, 07:23
              wariamiktoria napisała:


              > Co do paragonu to jeśli mi nie wydrukują mówię o bardzo konkretnej karze
              > finansowej za takie coś (znajoma z dawnej pracy dostała).
              > Skuteczniej działa niż tylko powiedzenie: a gdzie paragon?
              A ja mam wielokrotnie do czynienia z sytuacjami, kiedy robię małe zakupy
              (gazeta, cola), sprzedawca nabija cenę, drukuje paragon i natychmiast go zgniata
              i wyrzuca. Kioskarkę koło pracy już wytresowałam, a gdzie indziej zwykle udaje
              mi się dostać ten paragon, tyle, że zgnieciony. Ale dlaczego muszę walczyć o
              coś co mi się należy ?
              • wariamiktoria Re: Edukacja finansowa 30.09.09, 08:33
                Bo niestety ale większość społeczeństwa nie korzysta z tego co się należy czyli
                tego paragonu. Sprzedawcy odruchowo zwijają i wtedy mówię im o tej karze (300zł
                dla ekspedientki bo sprzedała bułkę bez paragonu). Taka wizja na nich działa
                przynajmniej na jakiś czas. A jeśli po zakupie zamiast dać paragon zwiną go
                zapytaj czy poinformować US o ich niekompetencji. Lepiej dla nich zostać
                ostrzeżonym i nawet patrzeć spode łba na klientkę niż zapłacić karę.
    • mmm-mm Precz paragonom i dokladnym kontrolom wydatkow:D 30.09.09, 10:55
      Uwaga: dlugie.
      Odkad zaczelam pracowac nie jestem tak dokladna w moich wydatkach i wcale nie
      przez to ze naplyw gotowki jest wiekszy. Bankructwo mi nie grozi, nie uzywam
      karty do przesady. Nie akceptuje wyklocania sie o 5 centow, to tylko psuje moje
      nerwy i nie prowadzi do mojego zbiednienia lub wzbogacenia. 5 centow mozna na
      ulicy znalezc, 5 centow tez moze wypasc z kieszeni niewiadomo kiedy. Mi to lata
      kolo mojego chudego tylka:D A oto dlaczego nie kolekcjonuje paragonow (oprocz
      tych za ciuchy jak cos moze jest do zwrotu) i dlaczego stracilam ochote na
      odnotowywanie kazdego wydanego dolara:
      Zaluje ze nie jestem na tyle dokladna by wylapac kazda zla cene jak mam klienta
      przy kasie w pracy. Na to trzeba by robota chyba albo geniusza. Dzisiaj mnie
      rodaczka opierniczyla ze ciastka sie jej zeskanowaly 50 dolarow zamiast 3 (to
      nie byl moj blad, nalepka byle zle zakodowana, zeby o tyle za duzo to sie
      pierwszy raz zdarzylo), a ja skanujac jej 150 rzeczy i majac ludzi kazdy tez ze
      150 rzeczami w kolejce nie zauwazylam tego. Mimo wszystko superniania nie jestem
      i klient jesli zauwazy cos nie tak (staram sie, ale nikt nie jest w stanie
      wylapac wszystkiego), to nie jest niemowleciem (dzieci niemal wcale nie kupuja,
      a jesli juz to pod kontrola rodzicow lub jakies cukierki za dolara), buzie ma i
      sie odezwie (jak nie moze mowic to da znac gestami ze cos nie tak) i szybciutko
      sie naprawi, a ja jestem bardzo wdzieczna i przepraszam za klopot. Nikt nie
      podrozuje godzine do tego sklepu, ani nigdy nie bylo problemu z odzyskaniem
      pieniedzy za towar nawet bez rachunku. Czy to ja taka obojetna jestem, czy to
      rzeczywiscie tragedia byla? No i mowi do mnie klientka, ze jakby starsza pani
      byla to by zaplacila, bo by sie nie kapnela... He he, yhy juz widze starsza
      kobiete, ktora by sie nie kapnela. Ta opcja odpada. Starsi ludzie nie maja
      oporow przed zaprotestowaniem, ani zadnych problemow z dopatrzeniem sie
      wszystkiego, dokladnie pytaja o ceny itd. (Mamy oprocz anglojezycznych rowniez
      polsko (no ja na przyklad:D)- i hiszpanskojezycznych pracownikow, a nawet jedna
      Hinduske, klienta mowiacego tylko po tajsku czy rosyjsku jeszcze nie bylo, wiec
      i to odpada). Ludzie na emeryturze sa bardzo uwazni, maja wiecej czasu, nie zyja
      w pospiechu. Nie spotkalam tez w zyciu osoby, ktora nie zorientowalaby sie ze
      cos jest nie tak, nie w tym kraju. Ja sie nie zorientowalam, bo to nie lezy w
      moim interesie analizowanie co kto kupuje. Nie wyobrazam sobie tego: (zmyslony
      przyklad) klientka kupuje 8 opakowan tanich tamponow a ja: "O, pani robi
      zapasy,czy taki okres obfity ze trzeba szukac oszczednosci?" To jest delikatnie
      mowiac bardzo nietaktowne. Jakby ktos kupil 50kg masla po 10 dolarow za
      polkilowa kostke masla (jeslibysmy mieli takie) to nie mrugnelabym okiem,
      widocznie klient ma jakis w tym cel. Ot, taki mam charakter. Poza tym czasem sie
      zdarzaja niepozorne i drogie rzeczy: na przyklad sos w malutkim sloiku za 18
      dolarow, ktory pierwszy raz widzialam na oczy. Nie pamietam z czego byl. Dlatego
      tez nie zauwazylam ze za duzo jest naliczone. Wykasowalam to i mowie do klientki
      ze teraz musze wpisac cene 3 dolary pod kategoria pieczywo za te ciastka (to
      jest kategoria w komputerze zarowno dla bulek i chlebow, jak i dla ciastek).
      Spakowalam reszte zakupow, daje rachunek i reszte. Ale pani dalej miala zly
      humor, powtorzyla jeszcze trzy razy co powiedziala przedtem i patrzy i analizuje
      ten rachunek. Mowi mi: A co to jest to pieczywo? Rece mi opadly. Mowie: to sa te
      ciastka. Ona: A czemu tego tyle, przeciez kupilam ich piec, a widze wiecej
      produktow pod ta sama nazwa i cena? Mi zoladek podskoczyl, bo pomyslalam ze cos
      zle zrobilam. Licze je na rachunku, pokazujac jej dokladnie palcem. Jest piec,
      ufff.... Ja chce skanowac rzeczy nastepnego klienta, a ona dalej sterczy nad tym
      rachunkiem i mine ma jakby mnie zabic chciala. Pytam sie grzecznie i spokojnie:
      Czy wszystko w porzadku i wogole (nic wiecej nie miala zle policzone, na 100%, a
      ja chcialam byc mila i poza tym tez glupio mi bylo). A ta wrednym tonem: No
      zobaczymy, bede liczyc. Grrrrr..... Albo calkiem niedawno Amerykanka sie darla
      na mnie. Miala do zaplacenia 11 dolarow i iles tam centow. Daje mi 10 dolarow i
      iles tam centow, a ja jej pokazuje to 10 dolarow i mowie ze ma zaplacic 11 iles
      tam. Ta mi daje dolara. Ja daje rachunek. Ona do mnie: Przeciez ci dalam 21
      dolarow! Ja: Nie, dalas mi dokladna sume, wiec nie ma reszty. Mowie do mojej
      menadzerki co jest nie tak, ona przeliczyla mi kase i mowi do niej i do mnie ze
      mam dokladnie tyle ile powinno byc. Ja nawet pamietalam ta jej zakichana
      dziesiatke dokladnie. Wylazla wk... i ze ona nie miala w portfelu 10 dolarow
      tylko 20. Wlazi z powrotem z rachunkiem z innego sklepu na ktorym wyraznie pisze
      ze kupila przedtem cos za 9 dolarow, dala 20 i wydano jej reszty 11 dolarow. To
      mial byc dowod ze ona nie miala zadnej 10-tki w swoim niemal pustym portfelu
      tylko 20-tke. No wlasnie to byl dowod na to ze pozbyla sie 20-tki...Jeszcze
      nazwala mnie glupkiem, mi stanely lzy w oczach, staram sie opanowac, malzenstwo,
      ktore bylo akurat przy mojej kasie pociesza mnie i do tej pory zastanawiam sie
      skad sie takie malpy biora. No skad?? Wiem jedno- ja sie w sklepie nie nadaje na
      nic innego jak na wlascicielke. Wtedy mialabym kontrole nad sytuacja. Swoja
      droga nie wiedzialam ze w Polsce nie zawsze sie drukuje paragon albo sie go
      wyrzuca, nie zdarzylo mi sie to nigdy. Bylam kiedys bardziej skrupulatna, teraz
      paragony sa tylko niepotrzebna kupka papieru, ktora chce opanowac moj portfel
      jak ich nie pozbywam sie na biezaco. Nie dam rady liczyc wszystkich moich
      wydatkow, juz nie. Nie pracujcie w supermarkecie, zwlaszcza w mlodym wieku, jak
      nie chcecie miec tego samego urazu:)
      • wariamiktoria Re: Precz paragonom i dokladnym kontrolom wydatko 30.09.09, 13:24
        Też kiedyś pracowałam na kasie tyle, że markecie osiedlowym i raz klient wkręcił
        mi, że zapłacił o te 10zł więcej. Wiedziałam, że nie ale nie miałam siły się
        kłócić, właściciel stał obok i żeby nie przeciągać sytuacji ze łzami za takie
        wymuszenie naddałam mu. Po zakończeniu utargu gdy okazało się, że miałam rację
        (w. przyśpieszał żeby nie blokować kasy) to w. mnie przeprosił (pracowałam tam
        pierwszy miesiąc) i nie musiałam oddawać ze swoich. Ale niesmak do tego został.
        Raz zdarzyło się, że kelnerka nie zanotowała, że zapłaciliśmy za obiad a
        ponieważ to znajoma knajpka i właściciel jest moim dobrym znajomym to
        zapłaciliśmy a przy następnej wizycie właściciel nam oddał i przeprosił za
        roztargnienie kelnerki. Także takie akcje mogą chodzić w dwie strony.
        W markecie gdy różnica w cenie między półką a kasą występuje to zwracam
        spokojnie uwagę i aby nie blokować ruchu idę do obsługi klienta i stamtąd idą na
        halę i sprawdzają. Kasjerka wie, że wystąpił problem więc gdy ją zapytają
        potwierdzi a nie traci czas na szukanie gdzie nastąpił błąd. Obsługa klienta
        może pójść i poprawić kody a kasjerka nie, ona w tym czasie ma inną pracę. I
        wiem, że różnica w cenie przy skanowaniu nie wynika z niekompetencji kasującego
        ale z celowej lub nie pomyłki marketu (w carefourze jest to z reguły celowa
        pomyłka i dlatego tam nie kupuję, nawet po zwróceniu uwagi nie poprawiają cen).
        A niechęć do paragonów jestem w stanie zrozumieć, po nocach mi się śniło
        siedzenie na kasie. Tyle, że uważne obserwowanie wydatków pomaga się
        zdyscyplinować a paragony i szybkie ich wrzucenie w np excela bardzo w tym
        pomaga. To jak wieczorna toaleta - sprawdzam maila po powrocie (robię to i tak)i
        od razu zapisuję dzienne wydatki w dokumentach w google.
        A co do 5 centów, jak ekspedientka nie ma wydać to machnę ręką ale jak znajdę na
        ulicy to wezmę, gdy mogę zaoszczędzić to też wezmę. Ale u mnie wynikało to ze
        skrajnie ograniczonych finansów i zbierania groszy aby np kupić bilet. Ogromnie
        się wstydziłam gdy płaciłam tymi 1,2, 5groszami bo nie miałam większych
        nominałów a te jedyne monety to były skrupulatnie zbierane groszaki.
        No i wychodzę z założenia że mieć 1zł a nie mieć to już 2zł.
    • kuchenna_ignorantka Re: Edukacja finansowa 03.10.09, 14:16
      Sama nie mogę uwierzyć: udało mi się zrobić ten cholerny szablon w excelu.
      • pitupitu10 Re: Edukacja finansowa 03.10.09, 15:33
        To byłam ja.
        • normalna_ja Dziewczyny, a jak nauczyć się oszczędzać? 03.10.09, 18:08
          bardzo bym chciała, bo nie umiem oszczędzać wcale! ile mam, tyle
          wydam, a nawet więcej, bo debet na koncie jest wykorzystany miesiąc
          w miesiąc :(. jak Wy to robicie? może rzeczywiście wyjściem jest
          arkusz wydatków...
          • pitupitu10 Re: Dziewczyny, a jak nauczyć się oszczędzać? 03.10.09, 18:35
            Mam ten sam problem. Podobno są ludzie, których pieniądze palą w ręce, i ja się
            chyba do nich zaliczam. Jak już coś mam to czuję potrzebę wydawania. Zastanawiam
            się nad otworzeniem konta oszczędnościowego, albo najlepiej lokaty - z niej nie
            można podejmować pieniędzy.
            • wariamiktoria Re: Dziewczyny, a jak nauczyć się oszczędzać? 05.10.09, 09:27
              Powiem jak to zrobiłam/robię może coś was zainspiruje.
              1 Zaczęłam zapisywać absolutnie każdy wydatek.
              2 Nie robię tego na kartce tylko w google docs w excelu gdzie automatycznie
              podliczam sobie kwoty - najpierw suma była na końcu listy ale to mniej motywuje
              - teraz mam zrobione tak, że najpierw nazwa grupy: chemia/inne, spożywka,
              rachunki, benzyna/komunikacja, razem - obok każdej nazwy podsumowanie (w google
              robi się to: wstaw, formuła, suma i zaznacza obszar jaki ma być sumowany a potem
              wciskamy enter i już) aby wiedzieć ile już w tym miesiącu na to poszło. Wpisanie
              tego do google zajmuje mi 1-2 minuty dziennie i robię to przy okazji sprawdzania
              maila oraz jeśli są jakieś większe zakupy to po wróceniu z nich. Poszczególne
              zakupy oznaczam dodatkowo kolorami aby wiedzieć czy była to kategoria
              przyjemności (czerwony, do ewentualnego ograniczenia), kocie rzeczy (żwirek,
              karma, zabawki, wet), ciąża/dziecko (bo tu jest to bardzo zmienne dopóki młode
              nie wyjdzie na świat, potem będzie bardziej przewidywalne). Zapisuję również
              jakie to były objętości/waga/marka.
              3 Zupy robię na mięsie w kostce a potem wyławiam i z mięska robię sos. Jest to
              obiad na kilka dni, część zupy po przestygnięciu zamrażam aby mieć za kilka dni
              i aby mi się nie zepsuła. Myślę o tym aby mrozić sam wywar a potem robić zupkę
              jaka nam pasuje na jego postawie ale bardzo lubimy mocno warzywne a je lepiej
              zrobić od razu w całości. Jednego dnia jemy zupę, kolejnego drugie (wtedy sos z
              mięskiem+kasza/ryż/ziemniaki/makaron/placki ziemniaczane/kopytka/frytki+surówka
              w proporcjach 1/4 mięsko, 1/4 węglowodany, 1/2 sałatka) kolejność bez znaczenia,
              ważne żeby się nie znudziło, jak wyszło za dużo to zamrozić a nie łudzić się że
              się zje albo przejadać bo się zepsuje. To na początku tygodnia, po 2 dniach
              szaleństwo gastronomiczne - coś na co mamy wyjątkowo ochotę, w tym tygodniu
              będzie to dorsz z frytkami i sałatką, potem albo zupkę albo wersję z drugim
              zależnie co jest w zamrażalniku i na co jest większa ochota, później znów
              szaleństwo (np rewelacyjne brokuły w sosie jogurtowym z boczkiem). Weekend to
              zawsze luz kulinarny bo jest czas na gotowanie dla przyjemności (tygodniowy
              jadłospis to również oszczędność czasu), czasem obiad u teściowej, czasem pizza
              robiona przez męża (o wiele smaczniejsza od kupnej i z tym co lubimy w ilości
              jaką lubimy) a że mąż lubi i potrafi świetnie gotować to jest to bardzo
              przyjemna część tygodnia. Dodatkowo ten weekend dla fantazji sprawia, że nie
              czujemy się ograniczeni kulinarnie do typowych rzeczy i nie nudzi nas jedzenie,
              nie mamy ochoty rzucić jadłospisu w diabły. Dzień luzu w tygodniu też się
              przydaje bo nie lubimy sobie narzucać co musimy jeść. A zamrażalnik to w ogóle
              wybawienie dla osób których ulubione potrawy się nie pokrywają (moja zupa
              pomidorowa, męża żurek). Ważne aby cenić swój czas i nie tracić go na
              niepotrzebne zakupy oraz zastanawianie się długie co zjeść/zrobić - odróżniam to
              od buszowania w sieci w poszukiwaniu fajnych i ciekawych przepisów (ostatnio
              odkryte przeze mnie www.smakimprezy.pl/ ) gdzie napawamy się sztuką
              kulinarną i szukamy inspiracji do szaleństw. No i gdy mam dany składnik z którym
              nie wiem co zrobić (dostanę 2kg sera białego itd) to używam foodle.pl gdzie
              błyskawicznie wyszukuje mi świetne przepisy na blogach.
              4 Patrzę na promocje, nawet bardzo uważnie, robię to przez 10 - 20minut w
              tygodniu - wertuję w sieci gazetki promocyjne i zastanawiam się czy to jest
              opłacalne/potrzebne. Dzięki takim mykom oszczędzam tygodniowo 10-50zł. Kupuję
              daną sprawdzoną rzecz, która ma dłuższy termin przydatności w większej ilości
              (rozsądnie większej bo nie ma sensu używać na siłę bo się zepsuje, dzięki
              zapiskom wydatków z poprzedniego miesiąca wiem ile wypijamy mleka, jemy
              jogurtów, zużywamy papieru itd). Gdy mam promocję na drugim końcu miasta
              zastanawiam się czy suma oszczędności sprawi, że warto będzie tam pojechać (z
              reguły nie warto i wtedy odpuszczam) a jeśli oszczędność jest niewielka to kupię
              tam tylko jeśli będę przy okazji czegoś pamiętając, że może warto zajrzeć ale
              nie ma co na siłę się tam kierować.
              5 Energooszczędne żarówki tam gdzie warto (dłużej pali się światło)
              6 Robienie zakupów raz w tygodniu albo i rzadziej (mniej rzeczy impulsywnie się
              kupuje)
              7 Nastawienie się do oszczędzania pozytywnie, nie karanie się gdy nie wyjdzie
              tylko stwierdzenie - ok, teraz się nie udało ale w następnym miesiącu będę o tym
              pamiętać i poradzę sobie.
              8 Gdy już wiemy jak kształtują się nasze wydatki i ile miesięcznie możemy
              odłożyć to na początek możemy przelać przewidywaną całość na oddzielny rachunek
              oszczędnościowy albo przelać połowę kwoty a resztę starać się zwiększyć do końca
              miesiąca ale bez noża na gardle (zawsze może coś wyskoczyć, typu bażant na
              drodze urywający i kradnący tablicę rejestracyjną - taki ekstras miałam we
              wrześniu). Jeśli udało się zaoszczędzić więcej to super, jeśli mniej to nie
              myśleć że nie potrafimy tylko spokojnie dalej próbować.
              9 Przyjrzeć się niezawużalnemu: kosztowi prowadzenia konta, dodatkom do
              abonamentu itd i zobaczyć czy nie warto z czegoś zrezygnować albo skorzystać.
              Dodatkowy pakiet tv z którego nie korzystamy to zmarnowana kasa.
              10 Patrzeć na pieniądze w skali rocznej, całościowej. Nie ten tv kosztuje tylko
              kefir dziennie ale kosztuje dokładnie Xzł. Nie wydaję na kawę z automatu średnio
              tylko 1zł dziennie ale wydaję rocznie 365zł na kawę. Podczas studiów wydajemy na
              kawę z automatu średnio 1000-2000zł. O wiele sensowniej mieć ze sobą mały termos
              z ulubionym płynem (kawą, herbatą, sokiem, wodą). Jeśli wiemy, że ta kawa jest
              super a koszt ekspresu+eksploatacja wyniesie nas więcej niż zysk wtedy kawa z
              automatu jest rozsądniejszym wyjściem.
              11 Szanujemy siebie, swój czas, zdrowie, środki. pracę (nie jako miejsce ale
              jako nasz wysiłek). Zamiast maniakalnie objadać się a potem odchudzać spróbujmy
              zbilansować dietę. Żywmy się zdrowo aby mniej wydawać na leki, jedzmy spokojniej
              aby cieszyć się posiłkiem a nie martwić później wrzodami i tym, że nawet nie
              wiemy czy zjedliśmy śniadanie. Włączmy tv gdy jest coś co nas naprawdę
              interesuje a nie tylko jako zapychacz czasu. Rozwijajmy się w dziedzinie, która
              nas kręci (choćby miało by to być wykonywanie koszyków z papieru). Spędźmy czas
              z tymi których lubimy, spędźmy czas ze sobą samymi.
              • jul-kaa Re: Dziewczyny, a jak nauczyć się oszczędzać? 05.10.09, 11:11
                Żarówki energooszczędne warto mieć wszędzie - to ściema, że zapalając je i
                gasząc zuzywa sie więcej prądu.

                Sugestia z zamrażarką jest swietna - moim wielkim marzeniem jest wielka zmrażara
                w jakiejś komórce czy innej piwnicy (których nie posiadam...) i mrożenie owoców,
                warzyw, włoszczyzny, które teraz kosztują grosze, a w zimie będą warte majątek.
                Niestety - miejsce w lodówkowej zamrażarce już sie dawno skończyło i nie ma jak
                upchnąć nawet kostek lodu :((
                • szarsz Re: Dziewczyny, a jak nauczyć się oszczędzać? 05.10.09, 11:48
                  jul-kaa napisała:
                  > Żarówki energooszczędne warto mieć wszędzie - to ściema, że
                  > zapalając je i gasząc zuzywa sie więcej prądu.

                  No chyba że ktoś organicznie nie znosi światła żarówek
                  energooszczędnych :)
                  • jul-kaa Re: Dziewczyny, a jak nauczyć się oszczędzać? 05.10.09, 11:52
                    szarsz napisała:

                    > No chyba że ktoś organicznie nie znosi światła żarówek
                    > energooszczędnych :)

                    Zawsze lepiej spróbować żarówek innej firmy - może światło jest za ciepłe lub za
                    zimne. I lepsze też są droższe, bo tańsze potrafią mrugać - my tego nie widzimy,
                    ale nasz mózg owszem i się wścieka :)
                    • szarsz Re: Dziewczyny, a jak nauczyć się oszczędzać? 05.10.09, 14:33
                      Możliwe całkiem, że masz rację. Ale jakoś moje oczy się zaparły i
                      tyle. Ciemno i męcząco. Mój mąż ma tak samo. Kiedyś kupiliśmy nawet
                      jakieś potwornie drogie świetlówki, co to miały dawać tyle światła
                      co 150V tradycyjna żarówka. A figę :(
                • prostokvashino Zarowki energooszczedne 05.10.09, 11:50
                  Jul-kaa,
                  A mogła byś napisać dlaczego to nie jest prawdą? Bo pamiętam, ze kiedyś czytałam uzasdnienie dlaczego zuzywają więcej prądu na włącznie się - i wyglądało logicznie i sensownie.
                  • jul-kaa Re: Zarowki energooszczedne 05.10.09, 11:56
                    To jest prawda, że odrobinę więcej zużywa się na włączanie, ale jest to tak
                    nikła ilość, że się tę wartość pomija. To by było istotne, gdyby włączać i
                    wyłączać żarówkę w odstępach sekundowych przez dłuższy czas.
                    Ktoś robił nawet eksperyment :) i wyszło na to, że jeśli mamy zostawić włączone
                    światło nawet na pół minuty, to lepiej je zgasić i po pół minuty ponownie zapalić.

                    Włączanie i wyłączanie było istotne przy starych jarzeniówkach i starych
                    modelach świetlówek. Na pewno tak nie jest przy energooszczędnych, bo mają
                    elektroniczne zapłony.
                  • joankb Re: Zarowki energooszczedne 05.10.09, 13:15
                    Halogeny, LED-y.
                    Mimo pokrycia wewnątrz bańki lepszymi luminoforami niż to niegdyś bywało - nie
                    unikniesz migotania.
                    W wielu specjalistycznych instalacjach - nie polecane (wszędzie tam gdzie dużo
                    części wirujących).
                    Przy wielu schorzeniach oczu - nie polecane. Nawet przy niektórych schorzeniach
                    dermatologicznych - nie.
                    To schyłkowa technologia, pomału i tak będzie zastępowana nowocześniejszymi.
                    • szarsz Re: Zarowki energooszczedne 05.10.09, 14:31
                      joankb napisała:
                      > Halogeny, LED-y.

                      Ja właśnie używam halogenów. To zupełnie inne światło, dużo bardziej
                      przyjazne dla moich oczu (czy mózgu?)

                      > Mimo pokrycia wewnątrz bańki lepszymi luminoforami niż to niegdyś
                      > bywało - nie unikniesz migotania.

                      Ja nawet nie widzę migotania, ale mi ciemno i męcza mi się oczy. I
                      to próbowałam żarówek przeróżnych, od takich z supermarketu za 5
                      złotych, po firmowe za 20 (philipsy chyba). Szkoda mi kasy i oczu na
                      dalsze eksperymenty.

                      Tym bardziej, że świetlówki energooszczędne to chyba nie bardzo dla
                      środowiska, co?
                      • jul-kaa Re: Zarowki energooszczedne 05.10.09, 18:59
                        szarsz napisała:
                        > Tym bardziej, że świetlówki energooszczędne to chyba nie bardzo dla
                        > środowiska, co?

                        Ale w jakim sensie? Zużywają mniej prądu, dłużej żyją, więc mniej ich zużywamy i
                        ponoć 90% zużytej świetlówki nadaje się do recyclingu i wyprodukowania nowej
                        świetlówki.
                        • joankb Re: Zarowki energooszczedne 05.10.09, 19:28
                          Ale zawierają rtęć. Jeśli nie będą zwracane do sklepów i utylizowane przez
                          producentów, będą dla środowiska groźne.
                          • jul-kaa Re: Zarowki energooszczedne 05.10.09, 21:12
                            joankb napisała:

                            > Ale zawierają rtęć. Jeśli nie będą zwracane do sklepów i utylizowane przez
                            > producentów, będą dla środowiska groźne.

                            Ale chyba liczymy prawidłowe wyrzucanie, a nie gdzie popadnie - jeśli bierzemy
                            pod uwagę szkodliwość rzeczy źle składowanych/przetwarzanych/wyrzucanych, to
                            chyba nie ma o czym mówić...
                • ankh_morkpork A co z żywotnością żarówki energooszczędnej? 05.10.09, 18:14
                  Bo ja słyszałam, że częste zapalanie i gaszenie żarówki energooszczędnej skraca jej żywotność, że szybciej się wtedy przepali. I to dlatego powinno się jej używać tam, gdzie pali się światło "w długich odcinkach czasu", że tak powiem. Np. w pokoju, w którym spędzamy cały wieczór. Raz zapalam i pali się długo, nawet kilka godzin. A np. w łazience nie ma to sensu, bo tam wchodzi się często i na krótko, czyli w kółko zapala i gasi, zapala i gasi.

                  To jak to jest? Ktoś wie? Jeżeli to prawda, to co jest droższe, jeżeli mam w łazience żarówkę energooszczedną:
                  - częste jej zapalanie i gaszenie, szybsze zużycie i konieczność kupienia następnej żarówki?
                  - palenie w łazience światła nawet gdy jest pusta (np. całymi popołudniami i wieczorami) i zużycie na to "ileśtam" prądu?
                  • jul-kaa Re: A co z żywotnością żarówki energooszczędnej? 05.10.09, 19:17
                    Podobno to prawda, że zapalanie i gaszenie żarówki energooszczędnej skraca jej
                    żywotność.
                    Szukałam dokładnych danych, ale są one ze sobą sprzeczne - z jednej strony jest
                    info, że np. Philipsy mają 15 lat gwarancji, a z drugiej, że żarówka ma cykl
                    7000 cykli włączenia-wyłączenia. To bez sensu - bo przy takich wartościach można
                    by włączać żarówkę 1 (jeden) raz dziennie (a dokładniej 1,28 raza). Chyba, ze
                    taki długo żyjący Philips ma tych cykli po prostu więcej. Tak by było logicznie,
                    nie?

                    Na opakowaniu żarówki Osram jest napisane, że ma trwałość 6 lat, ALE przy
                    świeceniu 2,7h dziennie. Z tego wynika, że jeśli będzie się świecić dłużej, to
                    jej trwałość będzie mniejsza - czyli - opłaca się ją zapalać i gasić.

                    Gdzieś znalazłam info, że trzeba wyłączać żarówki, jeśli nie będziemy używać
                    światła przez następny kwadrans.
                    I jeszcze przeczytałam, że włącznie światła zużywa tyla prądu, ile świecąc przez
                    maksymalnie 15 sekund świecenia.

                    Ech, gdyby taki zwykły człowiek miał dostęp do porządnych danych, to by sobie
                    policzył iluletnią żarówkę z iloma cyklami wł-wył opłaca mu się kupić :))

                    Z własnego doświadczenia powiem tyle, że mam w łazience świetlówkę od 2 lat,
                    pracuję w domu, więc często korzystam z łazienki, a ona jak świeciła, tak świeci :)
              • magdalaena1977 Re: Dziewczyny, a jak nauczyć się oszczędzać? 05.10.09, 18:59
                wariamiktoria napisała:

                > Wpisanie tego do google zajmuje mi 1-2 minuty dziennie i robię
                > to przy okazji sprawdzania maila oraz jeśli są jakieś większe
                > zakupy to po wróceniu z nich.
                Naprawdę ?
                Właśnie zmierzyłam czas i wpisanie do arkuszu w Calcu wydatków z dnia
                dzisiejszego zajęło mi 7 minut. W tym porównanie z wyciągiem z karty na stronie
                mBanku i sprawdzenie jaką mam średnią w kolejnych kategoriach.
                A ja wpisuję jedzenie jako jedną pozycję (w tym miesiącu zaczęłam rozbijać na
                kupowanie jedzenia i restauracje), bo spędziłabym z pół godziny notując, że
                pomidorów było 3 kg i kosztowały po 4 zł.



                > 4 Patrzę na promocje, nawet bardzo uważnie, robię to przez 10 -
                > 20 minut w tygodniu - wertuję w sieci gazetki promocyjne
                Też to robię. Często jako przerywnik w pracy - zasysam je ze stron marketów i
                sprawdzam, co dziś przecenili.

                > 6 Robienie zakupów raz w tygodniu albo i rzadziej
                Jak radzisz sobie z mięsem i warzywami ? Ja najchętniej jeździłabym do marketu
                raz w tygodniu, ale wiem, że nie ma tam dobrych warzyw, a ładne pomidory z
                bazarku przetrwają 2 - 3 dni.

                > 10 Patrzeć na pieniądze w skali rocznej, całościowej. Nie ten tv kosztuje tylko
                > kefir dziennie ale kosztuje dokładnie Xzł. Nie wydaję na kawę z automatu średni
                > o
                > tylko 1zł dziennie ale wydaję rocznie 365zł na kawę.
                Myślę, że najwyżej 238 zł = średnio 22 dni robocze w miesiącu - urlop.

                > O wiele sensowniej mieć ze sobą mały termos z ulubionym płynem
                Przykro mi, że tak napiszę, ale dla mnie to totalna bzdura - termos (nawet mały)
                jest ciężki i niewygodny, może się wylać do torebki, a picie z niego na uczelni
                wygląda jak dno nędzy - no bo jeśli kogoś nie stać nawet na kawę z automatu za 1
                zł ?
                IMHO ma sens kupowanie wody mineralnej 0,5 l czy 0,33 l i zabieranie jej z domu
                zamiast kupowania za dwa razy tyle na mieście.
                • jul-kaa Re: Dziewczyny, a jak nauczyć się oszczędzać? 05.10.09, 19:23
                  magdalaena1977 napisała:
                  > Przykro mi, że tak napiszę, ale dla mnie to totalna bzdura - termos (nawet mały
                  > )
                  > jest ciężki i niewygodny, może się wylać do torebki, a picie z niego na uczelni
                  > wygląda jak dno nędzy - no bo jeśli kogoś nie stać nawet na kawę z automatu za
                  1 zł?

                  Ojej, a gdzie ludzie tak reagują na termosy? Ja zawsze zazdrościłam tym, którym
                  rano chciało się zrobić coś i wlać do termosu. I zawsze marzyłam o swoim
                  termosie z czymś pysznym i domowym, a nie lurowatym i paskudnym. Może moje
                  wydziały były inne, ale ja bym prędzej powiedziała, że był szpan na termos, niż
                  stwierdzenie, że to dziadowanie...
                  • magdalaena1977 Re: Dziewczyny, a jak nauczyć się oszczędzać? 05.10.09, 19:49
                    jul-kaa napisała:

                    > I zawsze marzyłam o swoim termosie z czymś pysznym i domowym,
                    > a nie lurowatym i paskudnym.
                    Ja już na studiach namierzyłam miejsce (Pałac Kazimierzowski), gdzie był
                    porządny ekspres ciśnieniowy i wolałam dać więcej za dobrą kawę.
                    Fakt, że mieszkałam wtedy z rodzicami i całe moje stypendium szło na moje
                    przyjemności.

                    Co do oszczędności - nie znałam nikogo z termosem. Znałam jedną koleżankę (z
                    innego wydziału), która miała w słoiczku wymieszaną kawę + śmietankę + cukier i
                    kupowała wrzątek jak w schronisku.
                    • kasiamat00 Re: Dziewczyny, a jak nauczyć się oszczędzać? 05.10.09, 20:07
                      No dobra, ale w normalnym automacie (a takie są w większości miejsc) jest kawa
                      rozpuszczalna. Paskudztwo nadające się do wypicia tylko w przypadku wybitnego
                      zapotrzebowania na kofeinę. Ja bym się bała, że gdybym przyniosła do pracy
                      termos z dobrą kawą z dobrego ekspresu ciśnieniowego, to musiałabym go chować,
                      żeby mi jej nie wysępili ;) Niestety, w obecnej pracy ekspresu ciśnieniowego
                      brak :(

                      Podobnie było z obiadami w poprzedniej - sensownego miejsca na obiady przez
                      półtora roku nie udało nam się namierzyć, dobrego cateringu też nie, więc własne
                      dobre jedzenie było powodem zazdrości. Kumpel zupełnie poważnie proponował, że
                      jeśli ktoś za parenaście złotych będzie mu przynosić dodatkową porcję, to on na
                      to idzie od razu.
                    • wariamiktoria Re: Dziewczyny, a jak nauczyć się oszczędzać? 05.10.09, 20:39
                      Wyliczenie 365 wynika z tego, że czasem ma się ochotę na coś smaczniejszego (droższego niż kawa za 1zł), większe zapotrzebowanie na kofeinę itd. Za porządną kawę płacę bardzo chętnie ale ta z automatów to z reguły syf i bardziej opłacalne jest wziąć termos. Czy termos jest obciachowy? To może jeszcze jeżdżenie komunikacją miejską jest obciachowe bo powinno się taksówkami? Patrzenie na kogoś z góry z tego powodu, że chce mu się zrobić kawę, kanapkę i zabrać ze sobą to dla mnie obciach. Może to, że swoje wydatki podczas studiów opierałaś na rodzicach pozwala ci patrzeć tak na to - ja na swoim utrzymaniu musiałam być od początku studiów dziennych wymagających wiele pracy i czasu.
                      Wpisanie dziennych wydatków zajmuje mi 1-2 minuty (wpisanie biletów, czegoś co zjadło się na mieście, szybkich zakupów), te tygodniowe i ponad tygodniowe zajmują trochę więcej - to moja metoda i jak napisałam - może zainspiruje, nie każę ci robić tak samo jak ja.
                      Mięso gdy kupię wrzucam do zamrażarki chyba, że zaraz lub następnego dnia coś z nim zrobię to do lodówki. Wędlinę na kanapki maksymalnie raz na tydzień, wolimy ser żółty, pasty itd. Warzywa spokojnie wytrzymują tydzień a sporo i dłużej. I nie pisz mi od razu, że nie wiadomo czym zasyfione bo mam sprawdzone źródło i wiem, że żadnych nawozów nie podsypują, część warzyw mam wyhodowanych przez męża na naszej działeczce (roczna dzierżawa 50zł a dodatkowo relaks dla niego - mnie uprawa nie bawi) i widzę ile czasu są naturalnie świeże. To, że pomidory wytrzymują ci tylko 2-3 dni wynika albo z tego że już długo leżały albo z rodzaju odmiany (moje ulubione po zerwaniu z krzaka dają radę tylko 1 dobę więc trzeba się spieszyć z sałatką czy gazpacho).
                      Twoja odpowiedź zalatuje mi agresywnym tonem, może jestem przeczulona ale oszczędzanie i w ogóle finanse to delikatna sprawa i poprosiłabym o nieco łagodniejsze traktowanie. Przykro czytać, że jeśli kogoś nie stać na kawę z automatu to dno nędzy. Mnie często nie było stać bo trzeba było tak organizować kasę aby na wszystko starczyło. Wolę zaoszczędzić i mieć łatwiej pod koniec semestru gdy trzeba skupić się bardziej na nauce niż na pracy.
                      • magdalaena1977 Re: Dziewczyny, a jak nauczyć się oszczędzać? 05.10.09, 22:34
                        wariamiktoria napisała:
                        > Czy termos jest obciachowy? To może jeszcze jeżdżenie
                        > komunikacją miejską jest obciachowe bo powinno się taksówkami?
                        > Patrzenie na kogoś z góry z tego powodu, że chce mu się zrobić
                        > kawę, kanapkę i zabrać ze sobą to dla mnie obciach.
                        A czy nie uważasz, że osoba, która nie ma pieniędzy na nic czuje się głupio ?
                        Jeśli wszystkich stać na na kawę z automatu, na opłatę za toaletę i inne drobiazgi ?
                        IMHO jeśli ktoś nie jest naprawdę ubogi, to nie ma sensu stwarzanie takich
                        sytuacji, alienowanie się od grupy innych studentów.
                        A Ty podawałaś pomysł z termosem, nie jako rozwiązanie dla osoby naprawdę
                        biednej, której tak czy owak na tę kawę nie stać czy jako sposób smakosza na
                        pyszną domową kawę poza domem - tylko jako sposób ograniczenia wydatków dla
                        osoby która ma sensowne środki na życie i chce je lepiej wykorzystać.
                        Przynajmniej takie założenia wypływały z innych punktów Twoich sugestii.

                        Uważam, że jeśli weźmiemy pod uwagę rzeczywisty koszt kawy w termosie +
                        uciążliwość noszenia go ze sobą + alienowanie się od grupy, to ewentualne
                        oszczędności nie są warte tych wyrzeczeń. Zwłaszcza, że wyrzeczenia byłyby
                        codziennie, a zysk, który przytoczyłaś tylko raz w roku.

                        > Może to, że swoje wydatki podczas studiów opierałaś na rodzicach
                        > pozwala ci patrzeć tak na to - ja na swoim utrzymaniu musiałam
                        > być od początku studiów dziennych wymagających wiele pracy i
                        > czasu.

                        Wielokrotnie spotkałam się z takim podejściem, że osoby, które nie miały
                        szczęścia wychowywać się w pełnej, chociażby umiarkowanie zamożnej rodzinie i
                        nie mogły liczyć na pomoc rodziców, uważają, że są lepsze od tych do których los
                        się uśmiechnął. Nie mówię o Tobie, ale takie sytuacje naprawdę mi się zdarzały i
                        były bardzo niesympatyczne.

                        > Twoja odpowiedź zalatuje mi agresywnym tonem, może jestem
                        > przeczulona ale oszczędzanie i w ogóle finanse to delikatna
                        > sprawa i poprosiłabym o nieco łagodniejsze traktowanie.
                        Starałam się być w miarę delikatna, ale musisz zdawać sobie sprawę z tego, że
                        pewne zachowania oszczędnościowe mogą być różnie postrzegane przez różne osoby.
                        I część ludzi pomyśli "X jest strasznie skąpy - zarabia tyle co my, a nigdy nie
                        pójdzie z nami na kawę czy lancz, bo trzęsie się nad każdą złotówką", ale nic
                        nie powiedzą X-owi w oczy.
                        • turzyca Re: Dziewczyny, a jak nauczyć się oszczędzać? 06.10.09, 14:22
                          > A czy nie uważasz, że osoba, która nie ma pieniędzy na nic czuje się głupio ?
                          > Jeśli wszystkich stać na na kawę z automatu, na opłatę za toaletę i inne drobia
                          > zgi ?
                          > IMHO jeśli ktoś nie jest naprawdę ubogi, to nie ma sensu stwarzanie takich
                          > sytuacji, alienowanie się od grupy innych studentów.

                          W sumie to samo mozna powiedziec o ludziach niepalacych papierosow. Bo zamiast solidarnie cmic fajki na mrozie, to sie alienuja, bo im szkoda kasy (albo zdrowia czyli kasy na leczenie czyli kasy ;]). I tu dochodzimy do dyplomacji - tak jak spokojnie mozna z kacika palaczy zrobic kacik nalogowca i pic z palaczami swoja kawunie (robilam tak przez pol studiow i ludziom sie zakodowalo, ze jak sie idzie "na fajka" to mi sie tez proponuje), tak mozna, zamiast mowic "oszczedzam, nie kupuje kawy w automacie" co faktycznie sprawia wrazenie dziadowania, mowic "ja jednak oprocz kofeiny chcialabym miec przyjemnosc picia kawy, ta jest taka jak lubie z brazowym cukrem i mlekiem laciatym, po prostu pycha, chcesz sprobowac?" I spokojnie mozna isc z ludzmi do automatu, siasc sobie na schodkach przyautomatowych z cala reszta i pic sobie te swoja kawe w grupce automatowej. A po dwoch tygodniach grupka sie dzieli pol na pol i polowa nosi termosiki, a druga co rano sobie obiecuje, ze zmadrzeje. ;)


                          Aha i co innego wyjscie na kawe w postaci pojscia gdzies, do jakiegos lokalu, zamowienia kawy i ciacha i spedzania godziny na plotkach, bo te kase wpisuje sie w koszty utrzymywania kontaktow towarzyskich, a co innego codzienne uzupelnianie poziomu kofeiny za pomoca lury z automatu. To drugie mozna spokojnie zracjonalizowac.
                          • szarsz Re: Dziewczyny, a jak nauczyć się oszczędzać? 06.10.09, 14:32
                            turzyca napisała:
                            > robilam tak przez pol studiow i ludziom sie zakodowalo, ze jak sie
                            > idzie "na fajka" to mi sie tez proponuje,

                            no popatrz, ja też chodziłam "na fajkę" :) Przykrym kosztem było
                            jedynie to, że włosy później śmierdziały. Ale na piwo też chadzam,
                            choć koszt podobny. Trudno :)

                            > Aha i co innego wyjscie na kawe w postaci pojscia gdzies, do
                            > jakiegos lokalu, zamowienia kawy i ciacha i spedzania godziny na
                            > plotkach, bo te kase wpisuje sie w koszty utrzymywania kontaktow
                            > towarzyskich,

                            Zgadzam się całkowicie. Na kosztach utrzymywania kontaktów
                            towarzyskich powinno się oszczędzać w (przed)ostatniej kolejności.
                    • jul-kaa Re: Dziewczyny, a jak nauczyć się oszczędzać? 05.10.09, 21:15
                      magdalaena1977 napisała:
                      > Ja już na studiach namierzyłam miejsce (Pałac Kazimierzowski), gdzie był
                      > porządny ekspres ciśnieniowy i wolałam dać więcej za dobrą kawę.
                      > Fakt, że mieszkałam wtedy z rodzicami i całe moje stypendium szło na moje
                      > przyjemności.
                      >
                      > Co do oszczędności - nie znałam nikogo z termosem. Znałam jedną koleżankę (z
                      > innego wydziału), która miała w słoiczku wymieszaną kawę + śmietankę + cukier i
                      > kupowała wrzątek jak w schronisku.

                      Ale to jest wątek o oszczędzaniu (i gospodarności), więc pisanie w takim tonie o
                      czyjejś zaradności jest moim zdaniem nie na miejscu (uwaga o "dnie nędzy" czy
                      "jak w schronisku").

                      U mnie na wydziale była woda w dystrybutorze (gorąca i zimna) - wiele osób
                      nosiło kubeczki i torebki z herbatą/kawą. Nikt na nikogo krzywo by nie spojrzał
                      - a nawet jesli - obśmiano by go.
                      • magdalaena1977 Re: Dziewczyny, a jak nauczyć się oszczędzać? 05.10.09, 22:08
                        jul-kaa napisała:

                        > Ale to jest wątek o oszczędzaniu (i gospodarności), więc pisanie > w takim
                        tonie o czyjejś zaradności jest moim zdaniem nie na
                        > miejscu (uwaga o "dnie nędzy" czy "jak w schronisku").
                        A co niewłaściwego widzisz w określeniu "jak w schronisku" ?
                        z praktyką sprzedawania samego wrzątku spotkałam się tylko w schroniskach
                        górskich i taki pomysł tak mi się kojarzy.
                        • jul-kaa Re: Dziewczyny, a jak naucmagdazyć się oszczędzać? 05.10.09, 22:57
                          magdalaena1977 napisała:

                          > A co niewłaściwego widzisz w określeniu "jak w schronisku" ?

                          Przyznam, że w kontekście Twoich poprzednich wypowiedzi zabrzmiało to
                          nieprzyjemnie. Schronisko to pewnego rodzaju prowizorka i sytuacja wyjątkowa,
                          dlatego potraktowałam to jak kpinę. jeśli niesłusznie - przepraszam.

                          To, co piszesz do wariimiktorii o alienowaniu się - przyznam, że brzmi to dla
                          mnie co najmniej absurdalnie - alienowanie się przez niepicie kawy z automatu?
                          Jak ja studiowałam, alienować się można było tylko przez niepalenie papierosów z
                          tłumem.

                          > Wielokrotnie spotkałam się z takim podejściem, że osoby, które nie miały
                          > szczęścia wychowywać się w pełnej, chociażby umiarkowanie zamożnej rodzinie i
                          > nie mogły liczyć na pomoc rodziców, uważają, że są lepsze od tych do których lo
                          > s
                          > się uśmiechnął.

                          To prawda, że zdarzają się ludzie porównujący się z zamożniejszymi, epatujący
                          kiepską sytuacją finansową. Ale gorsi znacznie są ci, do których - jak piszesz -
                          los się uśmiechnął i przez to nie widzą reszty świata i uważają innych (mniej
                          zamożnych) za wydziwiających. Że jak? nie dasz 20 zł. na prezent dla Franka?
                          Nosisz kawę w termosie? Jesz kanapki zamiast kupować w bufecie? Kupujesz w
                          lumpeksie? Obciach!
                          To nie mniej zamożni wytwarzają przepaść między grupami, a zamożniejsi. Przykro
                          mi, że tak jeszcze jest, choć muszę powiedzieć, że na moich studiach (i tych
                          lekko snobujących i tych zupełnie niesnobistycznych) takich postaw nie było. I
                          dobrze, bo choć należałam wtedy do grupy "szczęściarzy", to bym tego nie zniosła.
                          • magdalaena1977 Re: Dziewczyny, a jak naucmagdazyć się oszczędzać 05.10.09, 23:25
                            jul-kaa napisała:

                            > Ale gorsi znacznie są ci, do których - jak piszesz -
                            > los się uśmiechnął i przez to nie widzą reszty świata i uważają
                            > innych (mniej zamożnych) za wydziwiających.
                            > Że jak? nie dasz 20 zł. na prezent dla Franka?
                            > Nosisz kawę w termosie? Jesz kanapki zamiast kupować w bufecie?
                            > Kupujesz w lumpeksie? Obciach!
                            U mnie w szkole i na studiach w takich sytuacjach wszyscy bardzo uważali, żeby
                            tej różnicy nie zauważać i nie podkreślać - także przez niewybieranie zbyt
                            kosztownych wspólnych rozrywek. Chociaż pamiętam problemy z kupowaniem
                            prezentów, bo za drogi jest krępujący dla osoby, która nie może się zrewanżować,
                            a za małą sumę ciężko coś fajnego kupić.

                            Wtedy ta różnica nie zależała od mniej zamożnego kolegi tylko od sytuacji jego
                            rodziców.

                            Ale te zachowania, o których piszesz zupełnie inaczej wyglądają u kogoś, kto
                            zarabia tyle co inni, a np. żałuje składki na prezent.
                            • jul-kaa Re: Dziewczyny, a jak naucmagdazyć się oszczędzać 05.10.09, 23:37
                              magdalaena1977 napisała:

                              > Ale te zachowania, o których piszesz zupełnie inaczej wyglądają u kogoś, kto
                              > zarabia tyle co inni, a np. żałuje składki na prezent.

                              Ja wolę wtedy myśleć, że ta osoba ma jakiś powód - może chorą
                              matkę/żonę/dziecko/męża, może zbiera na fantastyczne wakacje (a ja wierzę, że
                              odkładając takie niby małe i nic nie znaczące sumy można zaoszczędzić część
                              pieniędzy na fajny wyjazd), może w rodzinie ktoś stracił pracę i trzeba mu pomóc
                              - powodów może być kilka(set?), a nam żaden z nich nie przyjdzie do głowy.
                              Tak offtopując, to mnie zawsze przeraża w pracowaniu w firmach - ocenianie przez
                              innych ludzi, przymus składek, wyjść itp. I dlatego praca w domu, o której
                              piszemy w innym wątku, jest zbawienna.
                              • wariamiktoria Re: Dziewczyny, a jak naucmagdazyć się oszczędzać 06.10.09, 07:53
                                Magdaleno, w odmawianiu sobie kawy padło dokładnie "Mnie często nie było stać bo
                                trzeba było tak organizować kasę aby na wszystko starczyło", które sugeruje
                                raczej, że jeśli kupiłabym kawę nie miałabym na coś innego. Racjonalne
                                gospodarowanie różni się od chorej oszczędności a taką i/lub skrajne ubóstwo
                                próbujesz tu zarzucić na moje pomysły. Jeśli nie podobają ci się pomysły podaj
                                inne, które według ciebie działają, sprawdzają się u ciebie, zainspiruj nas
                                zamiast krytykować. A i nie wiem jaką przyjmujesz granicę sensownej kwoty na
                                siebie bo np kumpel miesięcznie po opłaceniu rachunków ma 3000zł na siebie ale
                                woli kawę z termosu bo planuje własną działalność i zamiast w aktualnej pracy
                                spędzać 2 lata woli szybciej rozstać się z nią i pójść na swoje. I codziennie na
                                tej kawie oszczędza złotówkę co w skali roku daje mu konkretną kwotę ale
                                wypływającą z codziennych działań.
                                Idea składkowych prezentów w pracy/szkole jest dla mnie chora, jeśli chcesz
                                komuś kogo lubisz zrobić prezent to go zrób ale nie wymuszaj na innych. Jeśli
                                jest was kilkoro prezent może być wspólny ale nie jest przecież problemem gdy
                                zamiast jednej rzeczy dostanie kilka drobiazgów. Poza tym jest też grupa, która
                                nie uznaje świętowania urodzin i ich też nie ma co zmuszać (nie z powodu
                                poprawności politycznej ale ze zwykłego szacunku do drugiej osoby).
                                Co do pełnej, szczęśliwej rodziny to znam ich bardzo niewiele, tych z
                                niepełnych, nieszczęśliwych za to bardzo dużo. Żadna z grup nie stara się
                                wywyższać z tego powodu, znajdują inne :) Szlachectwo, inteligencję, urodę,
                                humor itd Nie uważają się za lepsze bo wychował je jeden rodzic, mogą się uważać
                                za lepsze gdy cechy które dla nich są ważne ustawiają ich powyżej średniej. To
                                ich sposób na budowę poczucia własnej wartości która nie mogła zostać wcześniej
                                zbudowana.
                                "I część ludzi pomyśli "X jest strasznie skąpy - zarabia tyle co my, a nigdy nie
                                pójdzie z nami na kawę czy lancz, bo trzęsie się nad każdą złotówką", ale nic
                                nie powiedzą X-owi w oczy." Co z tego, że tak pomyślą? Nie mówią to nie ma
                                problemu, jakoś jeszcze nie ma wglądu do ludzkich myśli. Gdy powiedzą to mogą
                                mieć problem bo:
                                -X jest w trakcie leczenia pochłaniającego tysiące złotych miesięcznie, przyzna
                                się będzie im głupio, naściemnia a dowiedzą się przypadkiem będzie jeszcze gorzej
                                -X pomaga komuś (człowiekowi, zwierzęciu, ekosystemowi)
                                -X ma uraz do miejsca lunchu/ kawy albo mu nie smakuje
                                -X ma już dosyć tych obłudnych spojrzeń, wkurzającego szefa i chce zmienić pracę
                                ale przygotowuje sobie zaplecze finansowe
                                -X się żeni/wychodzi za mąż i nie chce brać kredytu
                                -X chce wyjechać na pół roku Hawaje i zostać mistrzem windsurfingu
                                -X was nie lubi i nie ma ochoty tracić z wami czasu
                                -X uwielbia zakupy i woli nie zjeść a kupić sobie coś wystrzałowego
                                Może być 1000 powodów i nawet jeśli inni będą krzywo patrzeć to dobrze jest to
                                olać a nie dać się zmuszać do zachowań, które są dla nas niekorzystne.
                • bebe.lapin Re: Dziewczyny, a jak nauczyć się oszczędzać? 06.10.09, 12:34
                  > > O wiele sensowniej mieć ze sobą mały termos z ulubionym płynem
                  > Przykro mi, że tak napiszę, ale dla mnie to totalna bzdura - termos (nawet mały
                  > )
                  > jest ciężki i niewygodny, może się wylać do torebki, a picie z niego na uczelni
                  > wygląda jak dno nędzy - no bo jeśli kogoś nie stać nawet na kawę z automatu za
                  > 1
                  > zł ?
                  > IMHO ma sens kupowanie wody mineralnej 0,5 l czy 0,33 l i zabieranie jej z domu
                  > zamiast kupowania za dwa razy tyle na mieście.

                  Wybacz, ale jak pisaly dziewczyny, to podejscie jest zenujace. Raz, ze ktos moze
                  chciec i ma zupelne prawo oszczedzac (u mnie taka kawa potrafila kosztowac
                  1.5zl!, za takie byle co) i nic nikomu do tego.
                  Dwa, ze moze ktos woli wlasny napoj z domu? A co z tymi, ktorzy kawy nie pija,
                  wola herbate, a takowej juz w ogole nie mozna dostac w automacie?
                  Trzy, ze wbrew pozorom termos jest praktyczniejszy - mozesz oszacowac, ile
                  pijesz w ciagu dnia i kupujesz sobie taki termos (ja np pije duzo, musialabym w
                  tym automacie zostawiac 10 zl dziennie prawie), nie ma strachu, ze ktos wpadnie
                  na ciebie przeciskajaca sie z goracym, nieporzcznym kubeczkiem przez tlum na
                  korytarzu, teraz robi sie male, zgrabne,lekkie termosy, pol kilo wiecej w torbie
                  to nie jest taki problem.
                  Jesli chodzi o kupowanie malych buteleczek wody, to jest to strasznie
                  nieekonomiczne, ale przede wszystkim nieekologoczne; mozna kupic raz butelke o
                  odpowiedniej objetosci (0.5l, 0.7l, 1l) i w domu uzupelniac wode codziennie z
                  duzej butli albo z kranu, jest nadaje sie do picia bez przegotowania.

                  Co do szczedzenia, to moge Ci powiedziec, ze u mnie ludzie potrafili miec ze
                  soba termos, z ktorego pili kawe np podczas wykladu i nie przeszkadzalo im to
                  kupic na przerwie miedzy zajeciami kawy w bufecie (prawdziwej, z automatu, w
                  filizance) - nie chodzilo im o oszczedzanie lub nie, ale o wygode z jednej
                  strony i zycie towarzyskie w drugim przypadku; tak wiec zastanow sie, zanim
                  nastepnym razem pomyslisz zle o czlowieku z termosem :p

                  A konczac, moge ci tylko powiedziec, ze to nie tylko "polskie bidoki" nosza
                  termos, ale na uniwerku we Francji studenci niektorzy tez mieli termosy, i to
                  glownie panie starsze od przecietnej, robiace studia w ramach rozwoju zawodowego
                  (studia dzienne to byly), czyli chyba osoby, ktore mialy w zyciu dosc okazji do
                  przekoannia sie, jakie rozwiazanie jest lepsze?
                  • szarsz Re: Dziewczyny, a jak nauczyć się oszczędzać? 06.10.09, 13:51
                    Ja tylko w sprawie termosa (merytorycznie zresztą).
                    Na studiach brakowało mi zawsze kasy na porządny termos (znaczy się
                    lekki i niecieknący), a bardzo chciałam brać ze sobą moje ulubione
                    gotowane ziołowo-owocowe herbaty i gotowaną z przyprawami kawę.
                    Szczególnie w czasie przedwiośnia, gdy jeszcze byłam alergikiem.

                    Czasem chadzałam więc ze wszystkimi do klubu studenckiego,
                    sumarycznie wydając pewnie wielokrotność sumy potrzenej na termos,
                    ale nigdy nie miałam jej w zasięgu na raz... zawsze były
                    poważniejsze wydatki.
                  • juannita Re: Dziewczyny, a jak nauczyć się oszczędzać? 06.10.09, 22:56
                    > A konczac, moge ci tylko powiedziec, ze to nie tylko "polskie bidoki" nosza
                    > termos, ale na uniwerku we Francji studenci niektorzy tez mieli termosy, i to
                    > glownie panie starsze od przecietnej, robiace studia w ramach rozwoju zawodoweg
                    > o
                    > (studia dzienne to byly), czyli chyba osoby, ktore mialy w zyciu dosc okazji do
                    > przekoannia sie, jakie rozwiazanie jest lepsze?

                    Potwierdzam.
                    Pisalam doktorat we Francji, a chodzilam go pisac do tamtejszej biblioteki narodowej. Tam mniej wiecej 50% ludzie przychodzilo z termosem, bo ceny kawy byly po prostu chore (zwykle lurowate expresso z automatu 1 euro).

                    Przynoszenie kawy czy herbaty w termosie bylo oznaka, ze jest sie stalym bywalcem tego szacownego przybytku.
    • wariamiktoria Odkrycie biletowe 07.10.09, 06:52
      Odkrycie wydawałoby się oczywistością, dotyczy Lublina ale może w innych
      miastach jest podobnie. Byłam ze znajomymi po bilet okresowy MPK, z racji mojego
      stanu skusiłam się tylko na 30 dniowy a oni chcieli kupić 90 dniowy. Gdy
      uświadomiłam im, że bardziej opłaca się bilet 150 dniowy zrobili wielkie oczy,
      że jest taki (mąż tak samo - jakoś nikt nie czytał uważnie cennika) a drugą
      "rewelacją" było uświadomienie, że jeśli kupimy bilet na 1 linię to na
      pokrywającej się trasie możemy przemieścić się innymi numerami. Dopytaliśmy
      jeszcze w kasie biletowej i wszystko się zgadza. Obydwoje zaoszczędzili na
      kupieniu dłużej ważnego biletu, koleżanka dodatkowo zamiast na wszystkie
      wykupiła na 1 linię co dało jej 64zł zysku co na kieszeń studenta ma swoje
      konkretne przełożenie.
      W Lublinie jest jeszcze zróżnicowanie na komunikację prywatną i miejską ale już
      od stycznia bilet miejski ma obowiązywać w obydwu także ci, którym pasują tylko
      prywatne albo nie lubią czekać na państwowe również będą mogli zaoszczędzić
      kupując sieciówkę.
Inne wątki na temat:
Pełna wersja