mister1
29.04.13, 13:04
Zanim zatrzymalismy sie nad Douglas River,to najpierw rozstawilismy sie nad stawikiem bydlowego rodzaju, stawikiem o wodzie koloru cegielnianej glinianki,ale po wypiciu chlodnego piwa, i kilku niepewnie sformulowanych zdaniach,nagle zza pobilskiej gorki pojawila sie na rajdowym motorze miejscowa ,dosyc mloda farmerka,podrozujaca w bezkaskowosci okolicznych drozek. Rajdowianka podjechala do nas z klasa motorowej Amazonki, i z przepieknym usmiechem wybitej, gornej czworki, powiedziala nam o lepszej,rzeczkowej kempingowosci.Chcielismy poczestowac Ja piwem,ale grzecznie odmowila,usmiechajac sie ujmujaco ta szczerbinkowoscia gornej szczeki. Suka szczekala przyjaznie,a my na nic nie nalegalismy, wiec odjechala spokojnie, nigdzie sie specjalnie nie spieszac.Zwinelismy to,co zostalo rozlozne, i po kilku minutach jazdy znalezlismy te okolice farmerskiej opisywalnosci.Rozbilismy oboz niedaleko mostu,mostu z poprzecznie ulozonych szyn kolejowych-zelastwa ukladanego w odleglosci jakichs 10 cm jedno od drugiego-zeby pewnie utrudnicw szelkim czworonogom przejscie sucha noga na druga strone tej obecnie plytkiej wody,ale,jak pozniej zauwazylismy,wszelkie zwierzeta przechodzily przez wode w poblizu mostku,i robily to chyba z wielka przyjemnoscia.Moze te szyny mialy zwiekszyc ciezar mostu i ochronic go przed wodno/porywalnoscia pory mokrej??? Uzbieralismy troche suchego drzewa z przy/rzecznych drzewek, z roznej wysokosci przeszlej,rzeczkowej potegi monsunowskiej pradowosci, i po malutenkiej kolacyjce-w bezkomarowosci-oddalismy sie ogniskowaniu i likierowaniu.Te male,moskitowe krwio/pijatka moga byc nocnym, cholernym utrapieniem,ale np w niektorych okolicach kontynentu afrykanskiego,moskitowosc trzyma rzesze ludzka w dalszej odleglosci od Narodowych Parkow,Parkow obfitujacych w malaryczne komarki,co automatycznie zapewnia nienaruszalna naturalnosc tych terenow. To jest chyba jedyna dobra rzecz,jaka ja moge powiedziec o moskitach malarycznego ukaszenia. My dalej rozwazamy mozliwosc spotkania yowie'go,ale raczej tego mniejszego osobnika,ktorego juz kilka razy z Erykiem -telepatycznie i werbalnie- zapraszalismy do wspolnego ogniskowania. Kilka razy-podczas naszych dwoch ostatnich wypraw-zostawialismy na stole nawet troche trunku,zeby moze w nocy- odwiedzajac nasz kemping-okoliczny yowie mogl poprobowac sobie ciutenke lekkiego likierku i miodowki z dalekich krajow. Z wiesci zaslyszanych i wyczytanych wynika,iz ten mniejszy yowie lubi krecic sie w okolicy ogniskowosci, i dosyc czesto byl widywany przy dogasajacych ogniskach, podwachujac i ogladajac wszystkie interesujace go rzeczy pozostawione na zewnatrz przez kempingowcow.Zjawial sie tez -podobno-przy ludziach dobrego usposobienia,wyczuwajac-a moze nawet i widzac- energie ogniskowych biesiadnikow.Przy nas sie nie zjawil,ale moze dlatego,iz wiedzial o tym,ze mamy w aucie ukryty karabin na agresywnosc dzikich swin. Zastanawialismy sie z Erykiem na tym malutenkim szkielecikiem-trzynasto/centymetrowego czlowieczka (sic!)-znalezionym jakies 10 lat temu na pustyni Atacama w Chile.Podobno po wieloletnich badaniach stwierdzono,ze ten kompletnie calosciowy, fantastycznie wysuszony szkielecik jakiegos 7/8 letniego czlowieczka nie pochodzi jednak z tego swiata,ale dalsze badania DNA sa dalej przeprowadzane i wszyscy zainteresowani sa niezmiernie ciekawi,co to tez za karliputki- i kiedy- biegaly sobie po tej pustyni chilijskiej,i po co??? Ogien,szczegolnie w cichosci Natury,ma przecudna moc relksowania ciala i mysli , i kiedy patrzy sie w ogien- w bliskosci lagodnie szumiacego strumienia-bez najmniejszej aktywnosci komarowej, i tej niebianskiej,niezliczonej gwiazdowosci,to nawet i ten gigantyczny yowie nie jest taki straszny.Z tego co obaj przecztalismy wynika,iz nikt z bialych-oprocz Aborygenow-jeszcze nie widzial tego olbrzymiego-ponad 3 metrowego-yowie'go w nocy.Jestesmy na pograniczu lasow tropikalnych,wodospadow,niezbyt wysokich gorek,terenow -prawde powiedziawszy- ogolnie niezbadanych,a przeciez o dosyc pokaznym gabarycie kilometraza kwadratowego,wiec mozliwosc spotkania jakiejs "dziwolagowatosci" australijskiego terenu jest tam zawsze mozliwa.Nic nas nie odwiedza,gdyz moze jest troszeczke za jasno w tej prawie pelnej przygotowywalnosci do pelni ksiezyca.Nic,jutro zamierzamy poszukac troche zlota w miejscowym strumieniu,ktory kusi nas swoja podwodna blyskotliwoscia.Eryk ma w samochodzie jeden nuggat wielkosci 3 glowek od szpilki,a schowany ladnie w przezroczystym, plastykowym pojemniczku z gwintowna nakretka.Za taka ociupinke zlota moglby dostac dolara,albo dwa,ale twierdzi,ze nic sprzedawac nie bedzie.Czeka na okazje znalezienia czegos wiekszego,co w Australii nie jest jakas rzadkoscia.
Buzia Zbyszek