Przeszło u nas gradobicie. Chmura szła, szła, mruczała, pokropiła i jak nie sypnie gradem!!! Koty nie zdążyły zwiać do domu. Rumcajs oberwał po głowie a jak pobiegł zamykać samochód, to mimo grubej kurtki został przeraźliwie zmłócony. Już po nawałnicy płaczącą wniebogłosy Amurkę zdjęłam spod daszku altanki, Dymek wrócił z magla, gdzie skrył się w ostatniej chwili. Najbiedniejsza była Fraszka, która przeczekała gradobicie pod samochodem (chyba) - wyobrażacie sobie ten hałas, jaki tam panował? Wróciła kompletnie mokra i bez protestów pozwoliła się wytrzeć ręcznikiem. Tylko Duszka od początku siedziała w domu.
Ogród wyglądał tak:
Strzaskało mi groszek pachnący i sporo innych roślin. Grrrr. I znowu coś idzie od południa.