Za ścianą naszego wynajętego domku piętrzyła się sterta wszystkiego. Czego tam nie było! Potłuczone płytki ścienne, kawałki cegieł, gruzu, papy, tynku, potargane reklamówki, sznurki, potrzaskane szkło, jakieś zardzewiałe elementy... wszystko wymieszane z piachem, porośnięte chwastami i poprzerastane pędami zdziczałego bzu.
Umyśliłam zrobić tam skalniak.
Taki stan osiągnęłam rok temu (tu już po wykonaniu najcięższej roboty - wykopaniu bzu i zrzucaniu gruzu w jedno miejsce jako bazy-drenażu pod skalniak)
Dalsza część ogrodu była zarośnięta trawą i rdestem sachalińskim...
Jeśli ktoś miał to świństwo w ogrodzie, wie, co znaczy walka z nim. Ja się nie patyczkowałam, użyłam broni chemicznej (roundup), ale nadal cholerstwo wypuszcza nowe odrosty.
Tę walkę rozpoczęłam już w tym roku, bo tak sobie umyśliłam, że do ślubu muszę mieć gotową tę część ogrodu. A dodam, że w tej kwestii mogłam liczyć tylko na własne siły, bo Rumcajs z prac ogrodowych uznawał tylko zachwycanie się gotowcem

No i koszenie trawnika, żeby nie było. I tak bardzo mi pomógł, wykopując, wycinając i wyrywając z ziemi ten cholerny zdziczały bez. Ale ile się musiałam naprosić...
No i w efekcie mój skalniak tuż przed ślubem wyglądał tak:
Wygląda płasko, ale jest całkiem sporą górką. Obecnie rośliny troszkę się rozrosły, ale daleko im jeszcze do pełni piękna i zamierzonego efektu.
Dalsza część, ta niegdyś porośnięta rdestem, teraz prezentuje się tak:
Czasem pojawiają się dodatkowe elementy dekoracyjne:
I teraz muszę oddać sprawiedliwość Rumcajsowi, który na koniec załapał ogrodowego bakcyla i zdecydował o wprowadzeniu ogrodowej architektury. Nie tylko zresztą zdecydował, ale własnoręcznie ją wprowadził.
Żeby nie było, że spoczęłam na laurach, już biorę się za kolejny zaniedbany fragment ogrodu:
Tu będą kolorowe krzewy (kwitnące i niekwitnące) oraz duże byliny - irysy, piwonie, orliki i co mi tam jeszcze do głowy przyjdzie.
A na koniec coś, z czego jestem szczególnie dumna - moja naparstnica.
Znalazłam ją w zeszłym roku jako maleńką roślinkę, wegetującą w szczelinie między chodnikiem a murem, w pełnym słońcu. Wykopałam ją (znaczy się wyrwałam) i przyniosłam do siebie. Posadziłam ją w cienistym miejscu. W tym roku zakwitła... i to jak!
Na tym ostatnim zdjęciu ma ponad dwa metry wysokości. I jeszcze portret kwiatów:
Jak mi się to rozsieje, to rady sobie nie dam