Mam taką załamkę że to się w głowie nie mieści

Ciągle chodzę i wyję
Wszystko zaczęło się ponad tydzień temu w sobotę, mały popsikiwał, czasem kaszlnął. Wezwałam lekarza, bardzo dobrego ponoć. Zbadał go, stwierdził że jest wszystko okej. No i było. W poniedziałek (tydzień temu) młodego karmiłam, ulał. No to idiotka sobie pomyśłałam, że mu dam dopić, żeby głodny nie był. Znowu to co dopił ulał. Położyłam go, po godzinie (akurat leżałam koło niego) zwymiotował mi się na rękę. Jak wytarłam zobaczyłam 2 pasemka krwi. Pojechałam do naszej pediatry, ona dała skierowanie do szpitala ale ja się nie zgodziłam na przyjęcie bo bałam się rotawirusa albo zapalenia płuc, bo tam w szpitalu to grasuje. A i tak tylko obserwować go chcieli. No nic. Do piątku było wszystko okej, właściwie do dzisiaj, tylko że w piątek przyszła położna, chciała go zobaczyć a ja jej mówię, że młody po nocy dopiero co wstał i musze mu pampersa przebrać. No i ściągam, patrzymy, a młody na siurku i mosznie miał jakby ropę. Nogi się pode mną ugięły. Położna kazała zrobić badanie moczu. Zrobiłam dopiero w niedzielę bo wcześniej nie miałam jak zajechać z tym ani nawet skąd pojemniczka wziąć. No i wynik wyszedł bardzo zły, leukocyty w moczu 500, erytrocyty w moczu 300, bakterie bardzo liczne. Byliśmy w szpitalu wczoraj, lekarka na dyżurze nam powiedziała że takie wyniki nie są powodem do przyjęcia do szpitala bo nie ma żadnych innych objawów i to mogły być wyniki że źle pobrane, że spod napletka i wogóle nie jest do przyjęcia. Wczoraj się nawet ucieszyłam, a dziś wstaję, patrzę młody jakiś ciepły. Poczekałam godzinę od obudzenia, mierzę temp, 37,5. I muszę jechać do przychodni bo nasza lekarka uznała ze nie ma co czekać bo to ewidentna infekcja.
Baby psychikę mam rozje@#ną

Boję się strasznie o niego

Trzymajcie kciuki, czarujcie coby wszystko było dobrze