Dodaj do ulubionych

Dziki Zachód

11.12.12, 12:01
Wstępniak.

Historyjka jest dedykowana ciężko pracującym pracownikom Casto Lubin. Wszelkie prawdopodobieństwa do prawdziwych postaci i zdarzeń jest jak najbardziej nieprzypadkowe big_grin

WILD CASTOLAND

Działo się to dawno, dawno temu, kiedy wielki John O'Lella był prezydentem Casto-Republiki. John od samego początku rządził twardą ręką w swoim kraju. Najpierw jak przystało na nową miotłę zaczął robić porządek u samej góry. Stopniowo jednak schodził niżej, niżej... Natenczas w jednym z mało znaczących na mapie świata miasteczek rządy sprawował młody, nieokiełznany, ale niekoniecznie bystry szeryf O'Beer. Miasteczko znane było pod nazwą Lou Been. Znane w zasadzie było tylko i wyłącznie z bogatej na ten czas kopalni miedzi. Lud tutaj żył prosty, ale dosyć zamożny a miasteczko ładniało z dnia na dzień. Szeryf jednak nie radził sobie z obowiązkami, czasami ponosiło go z byle powodu. Stanowi włodarze podjęli w końcu decyzję o usunięciu młodego gniewnego i zastąpieniu go nowym szeryfem. Pewnego słonecznego dnia mieszkańcy miasteczka tłumnie wylegli na ulice miasta aby powitać nowego szeryfa. Został nim Jack Lee zwany tu i ówdzie „Liberatorem”. Były szeryf pobliskiej Le'Gnicy od początku wziął się za porządki. Na początek wsadził do więzienia głównego donosiciela w mieście, meksykanina z pochodzenia Molinę. Półświatek w mieście zapłakał. Następnie do Obilandu gdzieś na południu kraju zesłano dwóch ważnych do tej pory notabli: przodka holenderskich budowlańców Ver Nera i chińskiego malarza Mi-Ga-Cha. Tego było za wiele, w mieście zawrzało. Miejscowi notable tacy jak May O.H., Happy Man, Gingersky czy Bom Bell odgrażali się szeryfowi, ale Jack Lee twardym był. Rozhulał się do tego stopnia, że gajowemu Sowie kazał przesadzać drzewa w lesie bo podobno stały o metr za bardzo na zachód. Miał jednak słabość do płci przeciwnej i był stałym bywalcem miejscowego domu rozpusty, który prowadziła sławna w okolicy pani Edith. Złośliwi opowiadali nieraz, że swego czasu pani Edith wzięła się za łby z jedną ze swoich „dziewczynek”, bo podobno kazała jej pracować po godzinach na co ta druga plunęła jej w twarz. Świadkiem tego miał być sam Jack Lee, który lubił wiedzieć wszystko o wszystkich. Pod koniec którejś zimy mający na pieńku z Jackiem Lee Gingersky i Bom Bell zostali karnie przesunięci do czyszczenia podmiejskich latryn a w tak zwanym międzyczasie do pucowania koni w stajni. W mieście nikt już nie odważył się choćby pisnąć złego słówka na szeryfa. Jack Lee pełnym wigoru był i czasami wyjeżdżał na swym wiernym ogierze w podróż do kopalni aby tam poćwiczyć mięśnie. Rąbał kamienie, przerzucał beczki ze smołą, odpalał papierosy od lasek dynamitu, taki twardy był. Jednak kiedy wyjeżdżał to do najważniejszego saloonu w mieście o wdzięcznej nazwie „Paśnik” schodzili się notable i było tam wówczas wesoło i głośno. Kowbojskie country, tańce, hulanki i rozpusta zwłaszcza kiedy pani Edith podesłała jakąś „dziewczynkę”. Wystarczyło jednak żeby nowy wypatrywacz i drugi zastępca szeryfa Lucas dał znak, że Jack wraca to saloon pustoszał w mgnieniu oka a notable zbiegali po schodach parami. Latem jakoś po przewrocie w republice na nowego prezydenta wybrano Francuza z krwi i kości. Nazywano go Ten. Niektórzy złośliwcy twierdzili, że jest gejem, ale nikomu to jakoś specjalnie nie przeszkadzało. Obiecał wszystkim szeryfom, że odwiedzi ich w ciągu roku i słowa dotrzymał. Do Lou Been zapowiedział swój przyjazd jesienią. Ależ to było pospolite ruszenie! Szeryf kazał pomalować wszystkie domy na żółto lub niebiesko, zwłaszcza, że miasto miało dużo takiej farby w rezerwie. Lekko wyschniętą trawę kazał pomalować na zielono, ale tylko od strony, od której miał nadjechać nowy prezydent. Wszystkie bezpańskie psy i koty zostały wybite i zakopane na polecenie zastępcy Lucasa. Konie uczono francuskich słówek, ale tylko jedno „oui” dobrze sobie przyswoiły. To i tak więcej niż jeden z notabli, który z wrażenia pomylił języki i wykuł słówka „danke”, „jawohl” i „die marża ist gut”. Przygotowania szły pełną parą a z apteki wyprzedano wszystkie środki przeciw biegunce i inne medykamenty, wyprzedano nawet będący w nierotach środek nasenny dla koni. Nadszedł sądny dzień i wszyscy mieszkańcy miasteczka tłumnie zebrali się przy głównej ulicy miasta. Wszyscy mieli nowe niebiesko-żółte garnitury i sukienki, w rękach trzymali kwiaty, bombonierki a jeden nawet butelkę dobrej szkockiej whisky, którą w międzyczasie do połowy już wypił. W końcu na zakręcie za miastem w tumanie kurzu i wśród wściekłego rżenia koni pojawił się czarny dyliżans. Woźnica krzykami, pomagając sobie batem poganiał konie do szybszej jazdy. Wóz tylko przemknął przed kolorowym tłumem i przeleciał przez miasto niczym jakieś widmo. Pozostał po nim tylko unoszący się tuman kurzu, który powoli osiadał na mieszkańcach. Konsternacja, niedowierzanie, cichy szloch gdzieś w tylnym rzędzie, wyjący pies na wzgórzu. Łatwo sobie wyobrazić żal mieszkańców. Szeryf Jack Lee z miną wytrawnego pokerzysty strzepnął tylko kurz z garnituru i wolnym krokiem odszedł w stronę swojego biura. Powoli życie w mieście wracało do normy. Mieszkańcy szykowali się do ciężkiej zimy, przecież w styczniu mieli policzyć wszystko co znajduje się w mieście, każdą łyżkę, każdego colta, każdą psią budę, bo odwiedzić ich miał kolejny ważniak z rządu. Wszyscy drżeli na samą myśl o nim. Mówili na niego Ace Inventura.
Obserwuj wątek
Inne wątki na temat:

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka