mariner4 Podróż z rodziną. 13.06.16, 07:56 Wtedy była taka możliwość. Kiedy były wolne kabiny można było zabrać rodzinę za zwrot kosztów wyżywienia. Mój syn cierpiał na alergię. Na rękach tworzyły się rany. Nic nie pomagało. Lekarz powiedział, żebym go zagrał nad ciepłe morze, na przykład do Bułgarii. Zapytałem czy podróż morska by mu dobrze zrobiła. Powiedział, że to jeszcz lepsze rozwiązanie. No i popłynęliśmy na statku ?Tobruk? w rejs dookoła świata. Razem 158 dni. Z polskim węglem do Mizushima w Japonii, stamtąd w balaście do Vancvouver , na kanadyjskim wybrzeżu Pacyfiku i z solami potasowymi do Santos w Brazylii via Kanał Panamski i z rudą żelaza z Tubarao, tez w Bazylii do Gdańska. Byłem wtedy 2 oficerem na tym statku. I rzeczywiście po paru tygodniach wszystkie objawy choroby mojego dziecka ustąpiły. Powietrze morskie jest wolne od alergenów. Jest bardzo czyste i zawiera aerozol solny. Na statku był basen. Kąpiele w mocno zasolonej wodzie też mają właściwości lecznicze. Wszystko się pięknie wygoiło i chłopak miał na jakiś czas spokój. Kiedy wypłynęliśmy miał trochę ponad 4 lata. Oczywiście był pupilkiem załogi, która rozpuściła niczym dziadowski bicz. Po rejsie trzeba było włożyć dużo pracy, aby go sprowadzić na ziemię. Mój syn jest raczej nie pijący. Kiedy ktoś mu natrętnie proponuje alkohol, mówi, że rzucił picie w wieku 5 lat. A było to tak. W Santos poszliśmy do miasta. Ja, kapitan, St. Mechanik i mój syn. Zona trochę źle się czuła i została na statku. Szliśmy sobie szeroką plażą i dziecko zaczęło domagać się pić. Zobaczyliśmy na plaży pawilon i weszliśmy. Na dużej maszynie napędzanej ręcznie korbą, wyciskano cytrusy. Świeży sok z lodem to było dobre rozwiązanie. Ale była kolejka. Zmówiliśmy dla siebie po ?Cuba Libre? i czekaliśmy na ten sok. Kiedy wróciliśmy do stolika, moje dziecko kończyło już 2 szklankę drinka. Rum z Coką smakuje nieźle i alkohol trudna wyczuć. Temperatura powietrza była około 40 stopni C. Mały zwyczajnie się upił. Chodziliśmy po plaży szukając cienia, bo żona by mi łeb urwała, gdyby go zobaczyła w takim stanie. Potem miał regularnego kaca. I tak skończyła się jego historia z alkoholizmem. W podróży tej ?zarobiliśmy? jeden dotykowy dzień życia. Statek płynął na wschód. Co 15 stopni długości geograficznej trzeba było przesunąć zegary okretowe o jedną godzinę do przodu, dostosowując czas do strefowego. Kiedy osiągnęliśmy na Pacyfiku linię daty, czyli 180 południk, trzeba było oddać całą dobę. I dlatego mieliśmy 2 dni o tej samej dacie. Kapitan powiedział mojej żonie, że przez jeden dzień się nic, a nic nie postarzała! Za ?friko!?. Dostała nawet pięknie zrobiony certyfikat na ta okoliczność. Kiedy płynie się na zachód, jeden dzień wypada z życiorysu. Na przykład po 11 czerwca jest 13 tego miesiąca. Odpowiedz Link
mariner4 Windjammery 16.12.16, 10:02 "Połykacze wiatru. Największe żaglowce. Zwykle stalowe barki. Pływały do lat 30. Były większe od ówczesnych statków o napędzie mechanicznym i uprawiały żegluge nieregularna, czyli tramping oceaniczny. Dzisiaj ich następcami są duże masowce. Są coraz większe, bo to znacznie redukuje koszty przewozu. Na przykład statek 4 krotnie większy ma siłownie tylko o około połowę mocniejszą, więc i zużycie paliwa rośnie wolniej wraz z wielkością statku. Kiedyś wdałem sioe w mailowa polemiką z "Kapitanem" Baranowskim. Dla mnie to nieciekawa postać. Miałem okazję go kiedyś spotkać. Nie będę rozwijał tego wątku.... W każdym razie jest niechętnie nastawiony do zawodowych marynarzy. Poszło oto, że on związał z tradycją tych wielkich żaglowców ze współczesnymi jachtami, a ja upierałem się, ze ich spadkobiercami są wielkie masowce, właśnie włóczęgi oceanów. Ja mam także e-mail w którym przed @ jest "windjammer" i on to zakwestionował, bo nie pracowałem na żaglowcach. Żaglowce się nie wrócą. W dzisiejszej żegludze liczy się czas i przewidywalność, a wiatr tego nie gwarantuje. Niezależnie od tego, że nie wyobrażam sobie żaglowca o nośności 250 tys ton. Niebawem coś napiszę. Muszę tylko uporządkować archiwum. Jak bym sie powrtarzał, to proszę mnie zrugać. M. Odpowiedz Link
mariner4 "Cutty Sark" 20.12.16, 10:02 "Cutty Sark." W starym jezyku szkockim "Krótka koszulka". Skąd się ta troche dziwna nazwa sławnego klipra wzięła? Żaglowce miały na dziobie pod bukszprytem rzeźbioną figurę zwaną galionem. Figura ta symbolizowała nazwę statku. Zwykle wykonywano ją po nazwaniu statku, czy okrętu. W tym wypadku było odwrotnie. Pewien rzeźbiarz wykonał figurę szkockiej boginki Nanie, trochę bez przeznaczenia. Dziewczyna pokazywała się podobno wędrowcom na leśnych gościncach i wabiła ich za sobą. Szli za nią i słuch o nich ginął. Figura boginki była odziana w zbyt skąpo u dołu i u góry, aby coś zakrywać. I właśniecdo tej rzeźby dobrano nazwę statku. O tym statku najlepiej świadczy porównanie. Ta śliczna panienka miała około 900 ton BRT pojemności i 3000 m2 żagli. "Dar Pomorza" miał 1980 BRT i 2000 m2 żagli. Czyli była mocno przeżaglowana i musiała mieć bardzo wykwalifikowaną i sprawną załogę. Zwiedzałem ten statek. Stoi w suchym doku w Greenwich. Jest małe muzeum na pokładzie z pamiatkami związanymi ze statkiem i muzeum figur galionowych. Słynne klipry amerykańskie nie przetrwały. Były budowane z gorszych materiałów i były mnie trwałe. Szkoda. Były wspaniałe. Kilka lat temu był pożar. Na szczęście statek był przygotowany do remontu i większość już była zdemontowana. Teraz jest już odbudowany i nadal uwodzi turystów. Stoi niedaleko obserwatorium astronomicznego, gdzie przebiega południk zerowy. Era kliprów była bardzo krótka. Trwała mniej niż 20 lat. Właściwie po otwarciu Kanału Sueskiego się skończyła, bo kanał nie był dostępny dla żaglowców. Sprzedano statek. Trafiał w różne ręce. Zredukowano jej ożaglowanie, bo załoga jaką wymagała była zbyt kosztowna. Kiedyś po latach jeden z jej kapitanów, już emeryt patrzał sobie na statki płynące Tamizą. Wchodził brudny i obdrapany szkuner. Rozpoznał "Cutty". Odkupił statek, przywrócił do dawnego stanu i ofiarował jako statek szkolny Tamizkiej Szkole Nawigatorów. Niedługo tam służył. Był za trudny dla kadetów. ostatecznie został statkiem - muzeum. Wielki rywal, "Thermopilae" miał mniej szczęścia, ale miał przynamnie honorową śmierć i nie został rozebrany na opał, jak to było wtedy w zwyczaju. Został zatopiony z honorami strzałem artyleryjskim na redzie Gravesand. M. Odpowiedz Link
wydrwiwdowigrosz Re: "Cutty Sark" 24.12.16, 09:15 Ale masz gadane/pisane, czyta się jak Conrada ;) W nawiązaniu: s-media-cache-ak0.pinimg.com/originals/5b/a5/3f/5ba53f660927fdd0a2e88debfa87e103.jpg Odpowiedz Link
mariner4 Re: "Cutty Sark" 24.12.16, 10:47 Mam taką butelkę. Dostałem ją ze 30 lat temu. I stoi. Sam się sobie dziwię. M. Odpowiedz Link
mariner4 Huragan 13.06.16, 12:38 ?Ziemia Zamojska?, masowiec 26000 ton, głównie pływał do USA i Kanady. Miałem żonę na burcie. Była ze mną ponad 5 miesięcy. Szliśmy w balaście do Tampy po pasze sojowe. Otrzymywałem komunikaty meteo o zbliżającej się panience o imieniu ?Grace?. Starałem się uniknąć najgorszego. W pobliżu oka cyklonu wieją huraganowe wiatry. Komunikaty mówiło o 160 węzłach. Oko ma też prędkość postępową i się przesuwa. Komunikaty mówiły o prędkości oka wynoszącej ok. 30 węzłów. Jeżeli statek znajduje się w połówce sztormu niebezpiecznej , czyli na jego drodze, to wiatr wieje 160+30 węzłów, jeżeli w tzw. bezpiecznej, czyli za okiem, to 160-30 węzłów. Różnica, bagatela 60 węzłów. Czyli ponad 100 km/h! Na pełnym oceanie jest to możliwe. Nie zawsze jednak to się udaje. Wiatr wiał 12B, statkiem rzucało okropnie. I wtedy pech. Totalny ?Black out?. Silnik stanął sobie. Sterowanie silnika i cała automatyka była pneumatyczna. Prawdopodobnie ktoś spuścił sprężone powietrze z butli (a kto się przyzna). System musi mieć minimum 12 barów. Jak mniej to wszystko stop. Starszy mechanik wykluczył błąd ludzki. Ja go wtedy zapytałem, dlaczego gonił mechanika wachtowego krzycząc ?Ty ch?.?. Ale i ta się nie dowiedziałem prawdy. Oczywiście ja silnik stanął, a była to noc, natychmiast się obudziłem i pobiegłem na mostek. Statek bez napędu wariował. Przewrócenie nam nie groziło, bo masowiec w balaście ( w ogóle masowce) cierpi na nadmiar stateczności, ale bałem się demolki. I nagle załoga samorzutnie w kapokach pojawiła się na mostku. Moja żona zaklinowana w koi nie przyszła, bo ja jej wyjaśniłem, że nic nam nie grozi. Na statku był lekarz, który na zlecenie firmy prowadził badania krwi załogi, pod kątem lipidów, cholesterolu. Celem tych badan było zracjonalizowanie żywienia na statkach. Nazywali go ?Wampirek? bo gonił za załogą celem pobrania krwi. Doktorek przyszedł najpierw do mojej żony i zapytał dlaczego nie idzie do szalup. Żona się oczywiście nie ruszała. Po podłodze szalało moje biuro, butelki, i inne przedmioty. Doktorek był z walizką! Naiwniak nie wiedział że w takiej pogodzie nie da się użyć łodzi ratunkowych. To pewna śmierć. Były dwa potężne przechyły, ok. 45 stopni. Miałem stracha, ale nie mogłem dać tego po sobie poznać. Nie ma nic gorszego jak panika. Zacząłem więc opowiadać dowcipy. Doktorek wziął walizkę i schodząc z mostku powiedział mojej żonie: ?Chyba nic nam nie grozi, bo stary opowiada kawały? i poszedł. Po około 30 minutach kompresory naładowały butle. Silnik został odpalony ruszyliśmy dalej. Silniki okrętowe uruchamia się sprężonym powietrzem. W końcu ?Grace? sobie poszła i spokojne dotarliśmy do Tampy. M. Odpowiedz Link
mariner4 Cheryl 13.06.16, 13:21 Cheryl To nasza agentka. Agent pełni ważną funkcję. To łączność z władzami i kontrahentami w portach. Bez niego ani rusz. W różnych portach obowiązują inne systemy prawne i kapitan bez agenta jest bezradny. Cheryl, miła korpulentna osóbka była wyjątkowo operatywna. Statek czekał w Tampie około tydzień, na ładunek. Dziewczyna ponad standardowo starała się nam umilić postój. Obwoziła nas po okolicy swoim autem, organizowała rozrywki. W końcu zaprosiła mnie. St. Mechanika, i St. Oficera na kolację, do restauracji prowadzonej przez jej przyjaciółkę, Chinkę. Kolacja oczywiście była wyśmienita. Musiałem się zrewanżować. W poprzednim porcie, mój kolega, kapitan innego statku dał mi w prezencie wielki kosz z homarami i krabami. Bydlęta morskie jeszcze się ruszały. Kazałem zanieść kosz do -40, do chłodni. Miałem doskonałego kucharza, który to przyrządził fachowo. Homar, wielki, był tak zrobiony, że pancerz ogona był pokrywką, pod którą był znakomicie przyrządzony i tak dalej. Ja osobiście przygotowałem moją zupę rybną. To moja specjalność. Znajomi przychodząc do nas na party, zawsze mnie o nią proszę. Zainteresowanym służę przepisem. Przyszła Cheryl z tą Chinką. Miałem jeszcze skrzynkę znakomitego portugalskiego wia z Portugalii, gdzie zwyczajowo agent daje kapitanowi taki prezent. Wszystko pięknie się udaje. A najlepszą recenzją mojej zupy było to, że właścicielka dobrej chińskiej restauracji, poprosiła mnie o przepis i włączyła ją no swojego menu. Kiedyś Cheryl wzięła nas trzech, do swojego osiedlowego klubu, gdzie spotykali się miaszkańcy. Problem miał Chief Mechanik, bo prawie nie znał angielskiego. Bardzo go to irytowało, bo był gadułą. Cheryl nas przedstawiła i zaczęła się zabawa. Każdy z jej przyjaciół chciał się z nami napić. W pewnym momencie zauważyłem, jak w drugim końcu Sali, nasz Mechanik, Mietek, otoczony wianuszkiem tubylców dyskutuje z nimi zawzięcie. Spytałem Chiefa pokładowego, po jakiemu oni rozmawiają? Bo wyglądało na to, że panuje tam pełne zrozumienie. Stefan mi odpowiedział, że pewnie alkohol niepomiernie wzbogacił jego słownictwo. Od tego czasu jak chcieliśmy się napić drinka, wołałem Mietka i zapraszałem goo: ?Chodź do mnie na parę słowników angielsko-polskich?. W tym klubie codzienni grała inna kapela, amatorska oczywiście, ale poziom godny polskiej TV. Od Country do Rocka. M. Odpowiedz Link
mariner4 Tojajurek poruszył temat jedzenia na statkach 22.06.16, 03:59 więc trochę o tym. Pełni rolę nie tylko zaspokojeniu biologicznych potrzeb, ale i rozrywki i rodzaju atrakcji. Historycznie rzecz biorąc było zawsze problemem. Szkorbut zabił więcej marynarzy niż sztormy. Aż Anglicy zauważyli, że sok z cytryn załatwia sprawę. Koszona kapusta rozwiązała problem ostatecznie. Żarcie na żaglowcach było podłe. (?Nie będziesz Johny więcej pluł, budyniem w którym pływa szczur? ? jak w starej shanty) Solona wołowina i inne delikatesy. Nie było chłodni. Jak już pisałem, przed wojną na statkach były 2 kuchnie. Oficerska i załogowa. Można się domyśleć jakie były różnice. W efekcie strajków lat 30 zrównano jakość żywienia dla wszystkich. Normy żywienia ustalono w oparciu gwarantowaną ilość poszczególnych produktów. To było ok. 6500 kal. W tamtych czasach było to uzasadnione ciężką pracą fizyczną. Dzisiaj to zabójstwo dla zdrowia. Teraz jest inaczej. Na szczęście. Kucharze. To ważne postacie na statkach. Od nich zależy także komfort psychiczny na statkach. Kiedyś byli to często ludzie przypadkowi. Pływanie było atrakcyjne, więc sobie rózni ludzie ?załatwiali? taką pracę. Z różnym skutkiem. Zły kucharz, to był dopust boży. Jak statek wypłynął w długa podróż to nie dało się go zmienić. Załoga miała przechlapane. Z początku mojej morskiej kariery pamiętam pana N. To był typowy ?asfalciarz?, jak określała go załoga. (Uczył się zawodu gotując asfalt przy budowie dróg). Brudas, pijak itd. Rejs był 6 miesięczny! Kiedyś widziałem go w kuchni, jak pijany sikał do szpigatu (kratki ściekowej) w kuchni. Jak narzekali na jego jedzenie mawiał, że w obozie koncentracyjnym gotował dla tysięcy ludzi i tak im smakowało, że ciągle wołali ?mało!?. Dzisiaj jest inaczej. Kucharze są na ogół po szkołach gastronomicznych, niezależnie od tego, że aby zdobyć papiery uprawniające do tej pracy na statkach trzeba wiele umieć i zdać odpowiednie egzaminy. Kucharz musi mieć wiele kwalifikacji. Musi być kucharzem, cukiernikiem, piekarzem, masarzem i tak dalej. Musi umieć więc wszystko. Produkty ma wszystkie i to dobrej jakości. Inny przykład tzw. ?parzygnata?. Końcówka PRL. Kartki, pustki w sklepach. Na obiad miała być polędwica wołowa, a więc delikates. Kucharz, leń i ogólnie nie lubiany. Sp?. to. Nie dało się jeść. W pentrze, w wiadrze na odpadki zauważyłem pełno wyrzuconych ?befsztyków?. Kazałem zanieść te wiadra do mojego biura i wezwałem faceta. Spytałem co to jest. Zaczął się tłumaczyć. Powiedziałem mu, że gdyby ludziom stojącym w kolejkach do sklepów mięsnych pokazać to wiadro, to by go chyba zlinczowali. Ale rejs się już kończył. W Gdyni po prostu uciekł. Ale pamiętam prawdziwych artystów w zawodzie. Wspaniałe wypieki, pyszny chleb. Do messy szło się z przyjemnością. Ale bywało różnie. Pamiętam kucharza, który był dobry przez 3 miesiące. Potem załamał się zupełnie. Dostał jakiś list od żony i klops. Zaczął pić i knocić wyżywienie. Bywa tak na morzu. Jechałem kiedyś przez Polskę autem. Zatrzymałem się w zajeździe przyrożnym coś zjeść. Jedzenie było znakomite. Gicz jagnięca z przystawkami. Rewelacja. Zjadłem i chciałem zapłacić. Kelnerka powiedziała, że już jest zapłacone. Zdziwiłem się. Na koszt firmy, powiedziała. Zobaczyłem w drzwiach od kuchni, uśmiechającego się do mnie swojego dawnego kucharza ze statku. Był tam właścicielem. Przerwałem podróż, spędziłem tam noc. I powspominaliśmy dawne czasy przy butelczynie ?Jacka Danielsa?. M. Odpowiedz Link
mariner4 Trzeci z lewej to ja. 22.06.16, 09:35 z-1-scontent-amt2-1.xx.fbcdn.net/v/t1.0-9/46145_126981760683302_8211146_n.jpg?oh=e582c82df6ddb25f94c8bf6ac91b02a2&oe=57FE83F1 W pierwszym szeregu. Lata lecą.... M. Odpowiedz Link
mariner4 Heniek Chmielewski 17.12.16, 06:38 Pierwszy polski mistrz Europy w boksie. Wychowanej Papy Sztama. Wojna przerwała mu piękną karierę. Rok 1965. Byłem w Karaczi. Wyładunek koksu się przedłużał. Przed nami stał stary tanker typu T16 seryjnej wojennej budowy. I wtedy przyszedł do nas on. Jestem Heniek powiedział. Nasz załogant, starszy człowiek go rozpoznał. Heniek był smarownikiem na tym starym tankowcu. Wyładowywali pszenicę. Nie wszyscy wiedzą, ale zbiornikowce do tego się się nadają. Możecie sobie sprawdzić w Wiki kim on był. M. Odpowiedz Link
mariner4 Swięta w morzu 23.12.16, 08:22 Są smutne. Więcej ich spędziłem na statku, niż w domu. Potrawy OK, jest pełen zestaw. Za stołem sami faceci, a każdy myślami jest daleko. Rutynowe życzenia, opłatek i misiaczki. Totalny brak atmosfery. Nigdy nie lubiłem świąt na statku. M. Odpowiedz Link
mariner4 Nazwy statków. 24.12.16, 20:53 Są ładne i trafne i pompatyczne. Na przykład. Sera masowców budowana w B&W dla polskiego armatora miała nazwy typu "Solidarność", "Orlęta lwowskie", "Armia Krajowa" i tak dalej. Czyli nazewnictwo bogoojczyźniane i państwowo twórcze. Ale każdy nawet najpiękniejszy, staje się powoli spracowaną zardzewiałą łajbą, oczkująca na złomowanie. I dalej nosi dumną patriotyczna nazwę. I robi tylko obciach sprawie. Najpiękniejsza dla mnie nazwa statku, jaką zauważyłem na morzu i którą zauważyłem to była. Widziałem ten statek. Nazywał się "Ocean Hope". Niech ktoś spróbuje to przetłumaczyć sensownie na polski. Wesołych świąt Mariner4 Odpowiedz Link