jucha32
11.10.09, 22:39
Mam dość tej codzienności i wiecznych kłopotów.
Kwękających,dokuczjących sobie, nieposłusznych dzieci. Ich ciągłego
wołania mama to, mama tamto i owanto. Tego, że często się na nich
złoszczę, wydzieram i nieraz przywalam klapa w dupę z bezsilności.
Pytań, na które powinien odpowiadać ojciec, bo ja poprostu się nie
znam.
Mam dość wyciągania ich z wanny ,kiedy oni chcą jeszcze posiedzieć.
Obcinania im paznokci i słuchania darcia, że oni się tego boją.
Budzenia ich co dzień rano przed g.6 i zawożenia do przedszkola,
żeby zdążyć do pracy na g.7.
Cotygodniowego odwiedzania logopedy. Świadomości, że nie mogę
zaiwestować w ich przyszłość, bo mnie na to nie stać. Poraz kolejny
słyszę, że Piotruś jest bardzo zdolny i powinien chodzić już
przynajmniej na angielski.
Zimnego domu, bo nie ma kto przestawić pieca. Rysującej się jak
diabli(mieszkamy od maja)podłogi, odłażących listew przypodłogowych.
Stosowania diety bogatoresztkowej u młodszego syna, bo ma candiada
albicans - grzyba, który jest jedną z przyczyn opóżnionego rozwoju
mowy.
Jak wytłumaczyć trzyletniemu dziecku, że nie może jeść słodyczy,
białego chleba, cukru. I wszystkiego co było do tej pory jego
ulubionymi daniami.
Mam nadzieję, że jeżli Adam patrzy na to wszystko tam z góry to nie
jest mu dobrze. Bo dlaczego jemu ma być lepiej niż nam?
Wiem, że tego nie chciał, ale do kurwy nędzy czy nie mógł jechać
wolniej?
Kto mu się kazał spieszyć? Dość, że sam siebie zabił to jeszcze
nam zrobił krzywdę. Zarówno fizyczną jak i psychiczną.
Chętnie się zamienię z Nim miejscami.
Niech mu pomoże jego "ukochana" rodzinka, tak jak mnie "pomaga".
Był tu ostatnio jego brat. Po 5 miesiącach przypomniał sobie, że Adam
miał dzieci. Przyjechał o g. 18:05,a o 19:25 już go nie było.
Zasrany braciszek.
Ale...chrześcijański obowiązek spełnił. Nie mogę nikomu powiedzieć,
że się nie interesuje. Kupił im bluzy tylko, że zapomniał odkleić
ceny - 29,99 zł. Wykosztował się, biedak.
Ewka, siostra Adam wzięła w sierpniu, chłopców na tydzień. I już.
Od 18 sierpnia nawet nie zadzwoniła spytać się co słychać. Po co?
Teściowie mają do mnie pretensje, że się nie widują z Adama
synami, bo...chłopców do nich nie zawożę.Tak, ja mam bliżej do nich,
niż oni do mnie.
Teść wciąż używa tej samej głupiej wymówki, aby nie przyjeżdżać.
Jemu serce pęka,gdy patrzy na dom, bo Adam go zaczął budować.
Więc ja (opierając się na jego pokrętnym pretekście do umycia rąk od
wszystkiego)powinnam dom sprzedać, a dzieci wyrzucić na śmietnik.
Zarówno dom, jak i dzieci w każdej sekundzie mojego życia
przypominają mi o Adamie.
Czym zawiniłam, żeby mnie życie tak czołgało po ziemi?
Rzygać mi się chce na to wszystko.
Ja nie mogę pożegnać się z tym światem. Bo co z dziećmi?
Zawsze ktoś może powiedzieć, że inni mają gorzej. Ale są też tacy co
mają lepiej. Dlaczego do nich nie mogę się porównywać?
Tak właśnie wyglądało i wygląda moje 1,5 roku od wypadku i śmierci
Adama.
Rewelacja, cholera jasna.
Mam dość...i jestem wściekła na siebie, na niego, na dzieci, na
moich rodziców, jego rodziców i cały ten zasrany świat.
Nie wspomnę o pracy, gdzie koleżanki się obgadują, wytykając innym
różne sprawy same zaś uważając się za idealne pracownice.Pieprzone
hipokrytki i egoistki.
Jestem rozgoryczona, a ku lepszemu się nie ma. Może być już tylko
gorzej.
A jemu? Jemu...jest dobrze, o nic się nie martwi, niczym nie
przejmuje. Leży sobie dwa metry pod ziemią. Mam nadzieję, że chociaż
czuwa nad nami.Bo tyle chyba może zrobić.
Justyna.