milenamuha
15.03.10, 12:42
Mąż mnie nie zdradził. Nie uderzył. Nie jest alkoholikiem. Może
kilka razy nazwał suką. Trochę zabolało,ale co tam. Inni mają
gorzej. A może nawet jestem suką. Tylko albo jestem i takowo się
mnie traktuje, albo nie jestem i zasługuję na szacunek. Męża nie
zdradziłam. Kiedyś uderzyłam - ścierką kuchenną w przypływie złości.
Kapciem w piszczel z bezsilności. Nie żeby zaraz jakaś
patologia...Ale do rzeczy
Jesteśmy kilka lat po ślubie,mamy dwoje dzieci (6i4latka). Właściwie
od początku było jak... na huśtawce. Awantura o brudną podłogę. O
buty na środku przedpokoju. O zachlapaną kuchenkę. Jeszcze tego
samego dnia przeprosiny, wszystko cacy. Miłość, wręcz zakochanie. I
nagle bach! Czemu się bawisz z dziećmi, jak w koło taki syf?! No, to
sprzątam. Po 20minutach: Czemu, do cholery z tą ścierą latasz,
zamiast się nimi zająć?! Śmieszne? Chore? Może trochę... Po prostu
zawsze tak mieliśmy. Nie rozsądzam teraz, kto co i czyja to wina. Z
pewnością NASZA.
Nie dorobiliśmy się jeszcze własnego domu. Czemu? A no, jakoś tak
wyszło. Kilka razy wymsknęło się mojemu m podczas kłótni, albo i
nawet nie-kłótni,że nigdy nie weźmie kredytu i nie kupi domu, skoro
go straszę rozwodem... Tak, postraszyłam m ,że odejdę,że się
wyprowadzę, że złożę pozew. Kiedy już zabrakło mi argumentów. Kiedy
sytuacja była tak napięta,że nie było widać rozwiązania. Ale czy on
może tak mówic? Dla mnie to jednoznaczne z tym,że nie idziemy dalej.
Nic nie budujemy. Nie inwestujemy.
Podczas seksu patrzyłam na niego wczoraj i pomyślałam: tak,to chyba
jest już ten czas. SKOŃCZYŁO SIĘ.
Skoro nie potrafiliśmy "dotrzec" się przez te lata, to już
stracone. Wszystko stało się takie nijakie. Nie wiem, czy go kocham,
chyba nie taką czystą miłością . Kocham,BO jesteśmy razem, bo mamy
dzieci, bo on twierdzi,że mnie kocha, bo pojedziemy razem na wakacje
i JAKOŚ wszystko się ułoży...
Tylko,kiedy dowiedziałam się,że mój brat wyjeżdża do pracy za
granicę,pierwsza myśl, jaka mi przyszła do głowy to: zwolni się mój
panieński pokój u mamy. Wyprowadzam się. Pakuję rzeczy.
Chyba chcę odejść,ale tak na próbę. Chociaż zdaję sobie sprawę,że
tak nie można,że sama się oszukuję, zostawiam wentyl bezpieczeństwa.
Czasem sobie myślę,że tak będzie dla mnie lepiej. Ale dzieci...one
tak kochają tatę, bardzo są z nim związane, fajnie spędzają razem
czas...Tylko ja nie mogę na niego patrzec.
Całe życie obiecywałam sobie,że moja rodzina zawsze będzie się
trzymac razem,że za wszelką cenę będę to trzymała w kupie,żeby
dzieci miały normalną,fajną rodzinę, jakiej ja nie miałam. Ale kiedy
pomyślę sobie,że dziś mam 26 lat i że mam tak życ przez kolejne 5,
10, 20 lat,to coś we mnie krzyczy!
Nie wiem,co robic,pomóżcie trochę. Na terapię już chyba za późno,
nie da się odbudowac tego co między nami było. A czy ja chcę żeby
było poprawnie? Z jednej strony chcę. Żebyśmy trzymali się razem na
dobre i na złe. A z drugiej pragnę przytulic się ze szczerą
miłością, chcę pójść na spacer, patrzec na mężczyznę z podziwem,
pożądaniem, poczuciem bezpieczeństwa, PEWNOŚCIĄ,że tego właśnie
CHCĘ...