lulabea
26.08.10, 09:38
Jeszcze tydzień temu wydawało mi się, że byłam jeśli nie szczęśliwa,
to z pewnością zadowolona z własnego życia. Mam męża, który ponownie
się we mnie zakochał i od jakichś 4 miesięcy układa się między nami
dobrze. Wspólne miesięczne wakacje z córkami (5 lat i 2 lata)były
fantastyczne. Pewnie, że były sprzeczki, ale każde z nas wiedziało,
że to my, nasze relacje, rodzina są priorytetem. Wkońcu gramy do
jednej bramki. Ostatnia sobota wszytsko zmieniła. Mój mąż wciąż jest
taki sam. Może nie ideał (bo takowe przecież nie istnieją), ale po
tych prawie 7 latach małżeństwa chyba to jest/był najlepszy okres w
naszym życiu. Mamy wspólne plany, stabilną sytuację finansową,
zdrowe i mądre dzieci. A ja się zakochałam!!! Szaleńczo! Właściwie
to nie wiem, czy problem jest to, że to się stało, czy to, że ta
osoba zerwała ze mną kontakty, czy to, że byłam gotowa poświęcić
całe swoje życie. Od kilku dni nie mogę się pozbierać. Płaczę,
dręczę się i zastanawiam się dlaczego tak się stało. To nie była
żadna nowa znajomość. Spotykaliśmy się ze sobą tuż przed i tuż po
moim ślubie. Było magicznie. Beztrosko. Namiętnie. Moje przyjaciólki
do dziś wypominają mi jak płakałam w dniu swojego slubu, że tego nie
chcę. Ale stało się i tyle. Nie moglismy być razem. On młodszy o 5
lat był moim uczniem (był pełnoletni). Wiem doskonale, że taka
sytuacja jest naganna i nie powinna się wydarzyć, ale stało się.
Najlepsze w tym wszytskim jest to, że jak zobaczyłam go pierwszy
raz, to już wiedziałam, że coś się wydarzy. Spotykaliśmy się ponad
pół roku. On bardzo się zakochał. Byłam jego pierwszą miłością. Ja,
jak teraz myslę, chyba też, ale od uczucia silniejszy był lęk.
Wybrałam bezpieczne życie. Zaszłam w ciążę, wyprowadziłam się i
nasze kontakty się urwały. Ja skupiłam się na dziecku, ale zawsze
wiedziałam co się u niego dzieje. Nie radził sobie z tymi emocjami,
ale jak to mówią czas leczy rany. Po jakimś czasie wyjechał za
granicą. Po trzech latach od naszego rozstania odebrałam telefon.
Ten numer miałam tak wyryty w pamięci, że odrazu wiedziałam kto to.
Powiedział, że musimy się spotkać. Oczywiście nie zgodziłam się.
Prosił, przekonywał itp. Uległam. Nie wiem, czy z ciekawości, czy z
tęsknoty. Przejechał całą Polskę. Serce waliło mi jak szalone.
Spotkalismy się. Nawet nocował u mnie w domu, ale do niczego nie
doszło. Rozmawialismy tak jakbyśmy widzieli się dopiero co wczoraj.
Było normalnie. Ot, spotkanie dwóch zaprzyjaźnionych osób, które
kiedyś były blisko. Powiedział, że przyjechał sprawdzić co czuje. I
znowu kontakt się urwał na kolejne trzy lata. Trzy miesiące temu
przez totalny przypadek wysłałam do niego pustego smsa. I tak od
słowa do słowa, od smsa do smsa,od emaila do emaila, spotkalismy
się,co byo tym łatwiejsze, że oboje się przeprowadzilismy i
mieszkamy w sąsiadujących miejscowościach. Powiedziałam mężowi o
spotkaniu, bo nie miałam nic do ukrycia. Było tak jak zawsze -
normalna, naturalna, szczera rozmowa.Gadaliśmy jakbyśmy widywali się
średnio co tydzień. Trzy godziny minęły w oka mgnieniu. Na koniec on
mnie pocałował. Zaskoczył mnie tym totalnie. A mi zmiękły kolana. I
zaczął się kontakt głównie smsowy. Wyznania, rozmowy, czasem
pretensje. W sumie widzieliśmy się 3 lub 4 razy. Oprócz pocałunków
do niczego nie doszło. Wyjechałam na miesiąc z rodziną na wakacje i
choć było super i bardzo się starałam, to usychałam z tęsknoty. On
chyba też średnio sobie radził, bo smsy z zapewnieniami o miłości
przeplatały się z tymi o bezsensie takiego życia, pretensjami itp.
Wróciłam. Zobaczyliśmy się przez chwilę i nadal smsy. On pracował,
ja nie bardzo mogłam się wyrwać z domu, a i chyba miałam mnóstwo
strachu i wątpliwości. W zeszłym tygodniu przyjechały moje
przyjaciółki i imprezowałyśmy, a on z nami. Było idealnie. Czułam
się jakby puzzle zostały nareszcie właściwie dopasowane. Sobota była
wyjątkowa. Bawilismy się wspólnie. Było wesoło. Niby próbowaliśmy
rozmawiać o nas, ale nie było ku temu nastroju, warunków i okazji.
Powiedział mi w pewnym momencie, że chciałby, żebym była
kiedykolwiek szczęsliwa, tak jak on teraz. Oboje zdawalismy sobie
sprawę z bezsensu sytuacji. Rozstaliśmy się normalnie. Ale ja już
byłam inna. Zakochałam się. Wysłałam mu smsa, że tak się czuję. On
milczał. za długo milczał. Wkońcu dostałam smsa, że to koniec. Byłam
zszokowana. Nie rozumiałam dlaczego, dlaczego teraz, dlaczego bez
wyjaśnienia. Nadal nie rozumiem. Pisałam smsy, ale spotkała mnie
cisza. Odpowiedział jedynie na pytanie dlaczego teraz, że teraz ma
jeszcze siłę, żeby to skończyć, a nie wie jakby było za jakiś czas.
Dzwoniłam. Chciałam się spotkać.Nie chciał rozmawiać, miałam
wrażenie, że mnie wyśmiał. Minęło już kilka dni, a wcale nie jest
lepiej. Wciąż się dręczę. Zastanawiam się, czy mnie kochał, czy może
mnie oszukał. Czy to co wydawało mi się miłością, było tylko
złudzeniem. I pewnie nigdy się tego nie dowiem, bo on mi tego nie
wyjaśni. Nie mogę uwierzyć, że ja konkretna kobieta po 30-stce,
stąpająca twardo po ziemi, tak dała się zrobić. Naiwniara ze mnie i
tyle. Domyślam się, że pewnie usłyszę od was jak to mam dobrze i nie
powinnam ryzykować, bo mogę wszystko stracić. Ale wiem to sama
bardzo dobrze. Jak mogłam się tak pomylić?!!! Jak się odkochać? Czy
walczyć o wyjaśnienia od niego i w pewnien sposób upokarzać się
przed nim? Czy zgrywać twardzielkę, choć tak naprawdę jedyne czego
pragnę to szczerość? Mam naturę konfrontacyjną, zawsze dążę do
prawdy i do jasności sytuacji. I wiem, że byłoby mi łatwiej, gdybym
znała powody jego zachowania.