taka.jedna29
04.10.19, 19:55
Witam forumowiczów. Nie wiem na ile na to forum zaglądają jeszcze osoby z rozpoznaniem bpd, zauważyłam, że większość stanowią jednak byli partnerzy. Szukam porady a może wsparcia bo od kilku lat tkwię w martwym punkcie.
Wszystko zaczęło się w 2012r - wtedy zauważyłam, że coś jest ze mną "nie tak". Wcześniej funkcjonowałam też nie najlepiej - rówieśnicy powoli zaczynali tworzyć związki, a ja zawsze zakochiwałam się platonicznie w różnych niedostępnych obiektach. Było przy tym trochę młodzieńczego weltschmerzu ale przywykłam do tego.
Więc w 2012 roku zakochałam się w koledze ze studiów i stwierdziłam, że to już czas żeby spróbować stworzyć jakąś relację a nie kolejny raz podkochiwać się jak pensjonarka. I właśnie wtedy, kiedy odsłoniłam się ze swoimi uczuciami zaczęły się większe problemy. Odkąd pamiętam mam fobię społeczną - może nie całkiem uogólnioną, ale odczuwam pewnego rodzaju napięcie i lęk w kontaktach społecznych. Więc swoje trudności z utrzymaniem tej relacji zrzucałam na karb tejże fobii. Osoba ta budziła we mnie nieprawdopodobne napięcie, tak silne, że nie byłam w stanie czasem w ogóle przebywać w jego towarzystwie. Czasem widząc go na horyzoncie po prostu uciekałam, więc w końcu facet pewnie uznał, że nie jestem nim jednak zainteresowana, chociaż początek tej znajomości był piękny, jak z bajki.
Panicznie bojąc się, że przez swoją nieporadność stracę to wielkie uczucie zaczęłam do niego pisać na fb. Tak czułam się bezpieczniej. On raczej nie odpisywał na moje wiadomości, a na zajęciach całkowicie mnie ignorował aż do pewnej imprezy grupowej kiedy podszedł do mnie i zamienił ze mną kilka słów. Pamiętam że wtedy na tej imprezie nie chciałam by szedł do domu, chciałam by ze mną został - czułam się tam bardzo osamotniona. On jednak pożegnał się i poszedł, a ja na kilka dni pozostałam w tym wielkim napięciu i niepewności co dalej z nami. Wiedział już wtedy, że mi zależy. Jednak byłam tak bardzo od niego zależna, że nie byłam w stanie wytrzymać tych kilku dni niepewności. Jak zobaczyłam go po weekendzie na zajęciach to... znów go zignorowałam, nie byłam w stanie z nim rozmawiać.
Takie epizody zbliżania się do niego i uciekania powtórzyły się jeszcze parę razy. Już wtedy zaczęłam googlować swoje objawy i trafiłam na bpd - prawie wszystko pasowało, może poza ryzykownymi skłonnościami i samookaleczaniem. On widząc, że zachowuję się coraz dziwniej znów zaczął mnie ignorować. Po jakimś czasie moja frustracja i powodowane nią emocje spowodowały pierwsze myśli paranoiczne. Wydawało mi się, że on wszystkim w naszej grupie rozpowiedział coś o mnie i że nikt nie chce ze mną rozmawiać. Zawsze bałam się odrzucenia więc był to dla mnie koszmar. Przeżyłam wtedy też derealizację.
Kiedy psychoza minęła wysłałam mu wiadomość że mam borderline, żeby jakoś usprawiedliwić swoje dziwaczne zachowanie. Poszłam też wtedy pierwszy raz do psychiatry po lek na uspokojenie. Wszystko było w miarę stabilnie do czasu aż nie zobaczyłam, że kręci się wokół niego koleżanka z grupy. Jak zobaczyłam, że siedzą razem na zajęciach to znów pojawił się lęk, że on mnie zostawi, bo chociaż nie byliśmy razem, a on w ogóle się ze mną nie kontaktował, ja nie czułam odrębności od niego. Zaczęłam znów do niego pisać i nachodzić go. Widziałam, że był tym poirytowany. Napisałam mu że zmienię grupę albo najlepiej uczelnię, ale żeby do tego czasu z nią nie był, bo tego bym chyba nie przeżyła.
Niestety złożyło się tak, że nie mogłam zmienić ani uczelni ani grupy i po wakacjach znowu się spotkaliśmy. Wtedy, powoli zaczęłam wpadać w głębszą psychozę. Najpierw pojawiły się paraliże senne - czułam w nocy jak ktoś mnie dotyka i ten dotyk miał charakter erotyczny. Wtedy też żeby się uspokoić zaczęłam ćwiczyć jogę i weszłam w to głębiej - w tę całą filozofię jogi i jej ezoterykę. Może to, a może myślenie życzeniowe sprawiły, że pomyślałam, że jakimś magicznym sposobem to on jest tym który nachodzi mnie w nocy. Czułam się oszukana, że facet odwiedza mnie w nocy a w dzień w ogóle się do mnie nie odzywa. Znowu zaczęłam do niego pisać, ale to co pisałam było, delikatnie mówiąc, nieprzyzwoite. Tym razem mnie zablokował i przeżyłam to tak mocno, że rozwinęłam psychozę z urojeniami ksobnymi, prześladowczymi (oczywiście tym który mnie prześladował był on), a pod koniec odsłonięcia myśli.
W psychozie tej uroiłam sobie że muszę za niego umrzeć i miałam próbę samobójczą. Tak trafiłam do szpitala. Najpierw zdiagnozowano ostry epizod psychotyczny i po miesiącu wypuszczono mnie z lekami przeciwpsychotycznymi, które dość szybko przestałam brać. Kiedy trafiłam do szpitala drugi raz, pogłębiono diagnostykę i tym razem zdiagnozowano zaburzenie schizotypowe.
Brałam leki od 2016 roku do teraz, a ostatnio pomimo regularnego zażywania leków pojawiła się kolejna chociaż nieco łagodniejsza psychoza w której znowu do niego napisałam mimo że nie mamy ze sobą kontaktu od ponad trzech lat. Zastanawiam się czy to uczucie kiedykolwiek mi minie. Kiedy biorę leki nie myślę o nim tak obsesyjnie, ale dalej myślę o nim codziennie. Kiedy wpadam w psychozę to zawsze on jest jej centralnym punktem mimo, że nie widuję tego człowieka już prawie 4 lata i nigdy tak naprawdę go dobrze nie poznałam.
Nie potrafię stworzyć żadnego związku przez to uczucie. Kiedy miałam próbę s. było to też powodowane tym, że facet mnie nie chciał, a ja już wtedy wiedziałam, że chyba nigdy się nie odkocham. I z perspektywy czasu widzę że miałam rację. Czasem boję się że to może być erotomania i że nigdy z tego nie wyjdę. Pilnuję się też bardzo żeby nie stać się jakimś stalkerem.
Po co to wszystko opisałam... żeby byli partnerzy zobaczyli też jak to może wyglądać z tej drugiej strony. Nie mam "czystego" bpd, ale wiem jaki horror przechodziłam w związku z tą relacją. Wiem ile czasu wy leczycie rany - my, zaburzeni prawdopodobnie leczymy jeszcze dłużej. I spotykamy się z cholernie ciężkimi problemami.
Chciałabym też zapytać czy może ktoś miał może podobne doświadczenia? Czy jakaś terapia na to pomoże? Chodziłam na terapię grupową ponad pół roku - nie widzę, żeby cokolwiek pomogła. Biorę leki regularnie żeby nie odlecieć całkowicie. Na co dzień jakoś funkcjonuję w pracy, w relacjach gorzej. Te powierzchowne znajomości umiem utrzymywać, nawet mam kilku przyjaciół. Nie mam i nie wiem czy kiedykolwiek będę mieć partnera, ale z tym się zaczynam powoli godzić. Jeśli ktoś ma dla mnie jakiekolwiek rady - chętnie poczytam.
Pozdrawiam wszystkich, którzy dotrwali do końca