listeczkowa
09.09.11, 10:22
Od niedawna mieszkamy w mieszkaniu w bloku, gdzie oprócz naszej rodziny mieszkają inne rodziny z małymi dziećmi i jednakowoż dużo osób starszych. Widoczna jest wymiana pokoleniowa i pośród osób straszych, które były pierwotnymi mieszkańcami tych bloków zamieszkuje już w tej chwili wiele młodych małżeństw, ponieważ są to ładne mieszkania w świetnej przecudnej zielonej okolicy z placem zabaw, oglakami, ławeczkami, pobliskim jeziorkiem, łabędzie, owieczki, łąka, piękna naturalna przyroda, itd. Wczoraj zasłyszłam pod moimi drzwiami toczącą się rozmowę (chyba celowo głośno i pod samumi drzwiami, abym usłyszała). 3 Jaśniepanie sąsiadki (wiek 60-70 lat) najpierw narzekały na sprawy neutralne, typu żużycia wody, dopłaty, rozliczenia, stawki czynszu, funduszu remontowego, i tym podobne administracyjne sprawy, po czym przeszły do narzekań na dzieci mieszkańców bloku. Że wychodzą na dwór (jakby dziwne było, ze latem dzieci spędzają czas na dworze), stwierdziły, że rodzice nie trzymają dzieci w domu, bo chcą mieć w domu porządek i dlatego one "sterczą" na dworze, że głośno, że hałasują, że przeszkadzają wchodzić do klatki tym, że w ogóle "istnieją", że stoi rowerek dziecka (kwestia omawiana chyba z pół godziny) i wszystkim niezmiernie przeszkadzają"graty" (stoi czasem z boku, przy wejściu, pod skrzynkami na listy), gdzie zwykle rodzice dzieci stawiają jakiś rowerek, jeździk, czy inną zabawkę, np. kiedy pada deszcz. Sama mam też duży wózek dziecięcy, którego nigdy tam nie stawiam, tylko od razu chowam, chociaż jest to miejsce na wózek typowe, ale nigdy nie zostawiam tam wózka, żeby nikomu nie przeszkadzał, nawet kiedy pada deszcz zostawiam go na dworze pod folią, aby nikogo dotatkowo nie prowokować, niestety to i tak za mało. Samo istnienie dzieci jest nie do przyjecia. Niesamowicie się przy tym nakręcały, jakby sprawy te były problemami życiowymi i dużo czasu spędziły je omawiając. Przeplatały opowieściami jak to było kiedyś, miały dzieci, "ale takich rzeczy nie było" (cokolwiek to oznacza, nie wychodziły na dwór ?), wychowały się, nikomu nie przeszkadzały, wózki były szerokie (też nie bardzo wiem, co to miało znaczyć), a one były bohaterkami, wszystko było dobrze. Ponieważ nie słuchałam całej rozmowy, a jedynie część, dopóki mnie ona zbytnio nie zdenerwowała, na pewno były poruszane kolejne wątki i opisywanie rodzin z dziećmi wzbogacone scenkami (niekiedy mocno ubarwione) w kontekście "jakie to one złe i nie do wytrzymania". Na koniec padło stwierdzenie: "trzy rodziny potrafią zatruć życie całemu blokowi". Zdziwiło mnie to, gdyż w klatce są jedynie 3 rodziny, które w ogóle posiadają jakiekolwiek dziecko i każde z nich przeszkadza tak niezmiernie owym paniom (i rzekomo całemu blokowi) "zatruwa życie". Wg. tych pań dzieci nie powinny wychodzić z domu, bo jak bawią się na placu zabaw pod blokiem, to hałasują, schodzą się jeszcze inne z pobliskich bloków, a jak stoją przypadkiem pod klatką lub schodzą schodami na dół i powiedzmy bawią się tam z jakąś piłeczką, to też niedopuszczalne, bo panie nie mogą jechać rowerami, gdyż boją się, że przejadą rowerem jakieś dziecko. (Dodam, ze dzieci najmłodsze sąsiadki ma 4 i pół roku, a inne mają 7 lat i nigdy nie wpadły pod jakikolwiek rower, więc nie wiem skąd ta obawa.) Zwykle są tam z dorosłymi, tzn. rodzicami, babcią, i spokojnie się bawią, nigdy nawet nie widziałam, żeby np biegały i wpadały na kogoś, itd. Przeszkadzają też rodzice tych dzieci. Robią tłum i hałas jest jeszcze większy. Dodatkowo jeszcze, poprzedni mieszkańcy mojego mieszkania też wg. róznych przekazów byli utrapieniem całego osiedla (nie mozna było spać, urządzali dyskoteki, cały dzień ich nie było a wieczorami było głośno do połowy nocy), w tej chwili przeszkadzamy my i jeszcze inne rodziny z dzieckiem, które wprowadziły się po nas (czyli niedawno). Starzy mieszkańcy mają "zatrute życie". Pojawiła się też kwesita rodziców, którzy siedzą na ławkach i tylko piją piwo. Dodam, ze z naszej klatki nikt nie przesiaduje z piwem na ławkach, oprócz mężów pań narzekających (panowie codziennie przesiadują z piwem i fajką na ławkach przed blokiem i delektują się piwem, wręcz deprawując dzieci tym widokiem), ale one twierdziły coś odwrotnego (kilkoro rodziców, ale z innej klatki rzeczywiście też piją czasem piwo wieczorem). Mąż jednej z pań tak strasznie zbulwersowanych pali w klatce papierosy i zanim zejdzie z 4 piętra robi w klatce straszny dym i kiedyś zgłosiłam do wspólnoty, że proszę o wywiedzenie "zakazu palenia w klatce" (nie podając o kogo chodzi), i myślę, że to taki rewanż. Także kilka razy rzucił mi z góry na pranie papierosa niedogaszonego, czym zrobił dziurę w kołdrze wełnianej (droga z owczej wełny) i w pościeli z ikei, którą kupiłam dziecku, ale tego nigdzie nie zgłaszałam ani jemu, bo żal mi było straszej osoby (nałóg itp), chociaż szkoda mi było zarówno pościeli jak i kołdry. Kiedyś to samo zdarzyło się z moją bluzką. Ogólnie w bloku rzeczywiście jest dużo dzieci, bo w sąsiednich klatkacj jest ich jeszcze więcej (w naszej klatce jest 5, w następnych - 7 i 6 dzieciaczków). Co można poradzić ? Żeby paniom starszym poprawić komfort życia.