wiu
28.12.11, 12:03
Nie wiem nawet, jaki tytul nadać temu wątkowi. Może przepiszę treść SMS-ów, które ostatnio w rozpaczy wysylalam kuzynce-powierniczce:
"...Jest mi dziś wieczór ciężko na sercu. Jestem calymi dniami sama, nie ma do kogo ust otworzyć. W. dużo pracuje, nawet na L4, nawet w weekendy.Wraca wieczorem, je i idzie do komputera, malo się odzywa. Nie ma go. Czuję się porzucona i zaniedbywana. Czuję, że spycha na mnie dzieci. Czuję jakby nie mial potrzeby ze mną być ani do mnie gadać. Jestem SAMA..."
"...Najbardziej mnie wkurza, że W. nie widzi problemu. Wróci, zwali zakupy w kuchni oczekując zachwytu, zrobi sobie kanapkę i znowu pójdzie do komputera. Wróci na obiad, może pobędzie z dziećmi chwilę bynajmniej się do mnie nie rozgadując, po czym znowu wymyśli że musi gdzieś jechać albo coś zrobić i znowu będę sama. Ja nie mam męża, nie mam partnera, tylko jakiegoś wspólnika i to cichego..."
"Mam go dość. WYgląda na to, że mu nie przeszkadza to jak jest. Szarpię się bo jest nieznośnie, ciche dni, sytuacja zawieszenia, nie mam z kim o tym pogadać i kiszę wszystko w sobie. Wsparcia niet, zrozumienia niet, zaufania niet. Jakiś fatalny dolek..."
"... Nie rozumie mnie, przysparza stresów zamiast dodawać otuchy. Jest problemem a nei rozwiązaniem. Związek dusz zerowy. Nie wiem co będzie.."
A teraz fakty. Mamy po 30-parę lat, 11 lat po ślubie, dwójka malych dzieci. Ja wlaśnie kończę niemal 2-letni wychowawczy i po Nowym Roku wracam do pracy (dzięki Bogu!). Mieszkamy w malej wsi pod miastem w domu zbudowanym w większości za kredyt. Mąż pracuje w branży budowlanej, na kierowniczym-wyrobniczym stanowisku. Ja jestem z zawodu sekretarką. Oboje mamy wyksztalcenie wyższe.
Po wyżej wypisanych sms-ach już widać o co chodzi. Przechodzimy jakiś kryzys. Brakuje mi duchowego związku, wymiany myśli, zwierzeń, bliskości umyslowej/uczuciowej, bycia w parze...zostala taka wydmuszka. Od ladnych paru miesięcy się nie kochaliśmy, ostatnio nawet nie sypiamy razem (ja przy dzieciach; notabene: powiedzialam kiedyś mężowi, że lubię z nimi spać mimo że budzą mnie w nocy, bo to są istoty które mnie kochają i obdarzają czulością). Zastosowalam wymówkę o nocnym wstawaniu i przenioslam się ze spaniem do pokoju dzieci, żeby tylko nie musieć spać z mężem w tym samym lóżku, bo wykańcza mnie ta obcość-odleglośc między nami. I już nie mam sily tlumaczyć mu kolejny raz, że powinniśmy więcej ze soba rozmawiać, że chcę wiedzieć co mu siedzi w glowie, leży na sercu itd., że potrzebuję większej bliskości duchowej, świadomości, że mu na mnie zależy, że chce do mnie wracać , ze mną być i rozmawiać, że jestem dla niego ważna. Już nie mam sily kolejny raz mu "truć". Bo nic z tego nie wynika. Oddaliliśmy się od siebie, ale on nie jest w stanie nic z tym zrobić, chyba pasuje mu tak jak jest. Przecież jest dobrze. Mamy dom, wspaniale dzieci, czasem coś ugotuję, przyjdzie ktoś znajomy. Kiedyś czulam się winna że nie mam ochoty na zbliżenia, ale teraz - o nie! - nie będę się oddawać obcemu czlowiekowi, nei będę sobie zadawać gwaltu.
Jak to pokonać, tą odleglość, tą obcość? Jak to zrobić, żeby mu się chcialo BYĆ ZE MNĄ? Czy to możliwe że stres w pracy i obawy o finansowy byt rodziny tak bardzo go zjadaly? A może to ta zbliżająca się 40stka? (ma 37 lat). A może mnie nigdy nie kochal, a ja jego? Już sama nie wiem. Tylko że teraz zaczyna się robić niebezpiecznie, bo mnie zaczyna być go dość, mi też się odechciewa czekać, zagadywać, prosić, mieć nadzieję że coś się w nim ocknie.
A może mnie zdradza...?
Wiem, że kocga nasze dzieci, potrafi się nimi zająć. Ale JA chyba nie istnieję....
Romantyczne wyjazdy we dwoje - nie dzialaly już dawno temu. Nie rozwiązywaly mu języka, nie przyciągaly do mnie, nie dodawaly fantazji... Razily mnie zorganizowaną sztucznością.
Gadam i gadam do tego komputera, jak do ściany. Żyję sama. Może powrót do pracy coś zmieni?? Tam spotkam ludzi. A może to jeszcze bardziej nas od siebie oddali? W końcu czasu będzie dla siebie i dla domu .... mniej, będziemy jeszcze bardziej zalatani.
Smutno mi. Kiedyś bylo tak wspaniale. Wychodzilam za dobrego, mądrego, pogodnego, towarzyskiego czlowieka, z przekonaniem że jest Wyjątkowy. A teraz coraz częściej lapię się na myśli, że jest ... żalosny.