din-din
27.01.12, 22:16
Zawsze uważałam się za szczęściarę, która ma męża-partnera. Wspólnie dbaliśmy o dom - czasem on robił więcej, czasem ja. Jakoś to się samo układało - czasami nie było nic na obiad, czasami koty fruwały po podłodze, ale generalnie dawaliśmy radę. Teraz mamy niemal rocznego dzieciaka. Oboje pracujemy. Mały chodzi do żłobka. No i jest coraz gorzej. Mąż zaczyna się zamieniać w swojego tatuśka, który palca w domu nie zegnie. Ile jest sprzątania przy takim maluchu to każda mama wie. Wszystko robię sama: piorę, prasuję, zmywam gary, wyrzucam śmieci, myje podłogi, odkurzam, zmieniam pościel, etc. Zakupy robimy na zmianę. Mąż czasem gotuje (2-3 razy w tygodniu). Rozmawiałam z nim już wielokrotnie o podziale obowiązków domowych, ale on po prostu stosuje bierny opór. Kiedyś to na mnie nie działało, jeśli była jego kolej prania to ja nie kiwnęłam palcem dopóki on tego nie zrobił (jak mu się kończyły czyste gacie to w końcu wstawiał to pranie). Teraz na to nie mogę sobie pozwolić. Mówię: pozmywaj podłogi. Tak, tak. Mija tydzień (!) syf masakryczny, ale jego to nie rusza. A ja nie wytrzymuje i robię to sama. Przy małym dziecku nie mogę sobie pozwolić na brudne podłogi czy pustą lodówkę. Co robić? Czuję się zajechana. Pracuję tak samo jak on, po pracy zasuwam w domu, w weekendy studiuje na podyplomówce. Mało śpię, nie mam czasu ugotować nic porządnego. Jem jakieś gotowce, sosy z torebki i inne syfy. A jemu to wszystko zwisa. Zaczyna się to odbijać na moim zdrowiu - ciągle mam zawroty głowy, leci mi krew z nosa, jestem wykończona. A on tego nie widzi, nie chce widzieć. Jak do niego dotrzeć? Mam wrażenie, że uczucie wygasa. Jak się przecież kogoś kocha to się ma do niego choć trochę empatii. A on leży na kanapie a ja słaniając się sprzątam zabawki, prasuję ciuchy, zmywam gary... A on nic. Jak brakuje wrażliwości dla tej drugiej strony to co? Chyba jest źle nie?