miss_poppy
01.02.13, 15:31
Witajcie. Mam problem w relacjach z przyszłą teściową i licząc na to, że ktoś może ma podobne doświadczenia, weszłam na to forum. Przeczytałam trochę wątków, ale nie znalazłam problemu podobnego do mojego, więc postanowiłam opisać swoją sytuację i poprosić Was o radę. Mianowicie chodzi o to, że matka mojego mężczyzny jest, ogólnie mówiąc, osobą dosyć dziwną, a przy tym próbuje zaprzyjaźniać się ze mną jakby na siłę, a ja nie spełniam tych jej oczekiwań. Ale od początku. Uprzedzam, że będzie baaaaardzo długo, ale mam potrzebę się wypisać i chciałabym też dokładnie nakreślić sytuację.
Z moim obecnym Narzeczonym (M) najpierw ponad rok znaliśmy się na stopie przyjacielskiej. W tym czasie obydwoje jeszcze studiowaliśmy i mieszkaliśmy w rodzinnych domach. On niekiedy bywał u mnie w domu przy okazji zapraszania większej grupy przyjaciół na okazje typu moje urodziny, z czasem coraz częściej przychodził sam, więc siłą rzeczy poznał moich rodziców "przy okazji". Gdy zaczęliśmy już na dobre być parą to spotykaliśmy się na mieście albo u mnie. On dogadywał się dobrze z moimi rodzicami, pytali go o pracę, zainteresowania, częstowali obiadem i tak po prostu normalnie sobie konwersowali, żartowali.
Dla mnie naturalne było, że skoro już jesteśmy w związku i traktujemy go poważnie, przyszłościowo to i ja chciałabym poznać jego rodziców i w ogóle zobaczyć jak mieszka. Nie mówię, że od razu miałoby być jakieś powitanie w rodzinie, ale że ot tak, niby przy okazji żebym do niego wpadła na chwilę i moglibyśmy się chociaż z nimi zobaczyć, a potem jak będzie wola z obu stron to moglibyśmy się czasem spotkać na herbatę i porozmawiać. M się od tego wykręcał, mówił, że naprawdę chciałby mnie do siebie zaprosić, ale że jego rodzice są dziwni, że mnie jeszcze odstraszą i się do niego zrażę. I że on sam się z nimi nie dogaduje i najchętniej to spędza jak najwięcej czasu poza domem i czeka tylko momentu, kiedy zarobki pozwolą mu na wynajęcie samodzielnego mieszkania. M przyznał mi się też, że w sumie to on z moimi rodzicami rozmawia ostatnio znacznie więcej niż ze swoimi i że oni nawet nie wiedzą, że ma dziewczynę. Mi to z początku wydawało się wręcz podejrzane, że facet mnie nie zaprasza do siebie i że nawet nie powiedział o mnie rodzicom, z którymi przecież mieszka. Miałam wrażenie, że może M nie traktuje mnie na tyle poważnie, na ile deklaruje i może to mnie wstydzi się pokazać rodzicom? No i po tym, co od M na temat rodziców usłyszałam, zżerała mnie ciekawość, czy rzeczywiście coś aż tak dziwnego jest w tych ludziach, więc po kilku miesiącach przekonałam M, żeby nas sobie przedstawił. No i się zaczęło...
Rodzice M zaprosili nas na herbatę. Byli przy tym tak stremowani, jakbym co najmniej była księdzem biskupem czy może królową Elżbietą, która jakimś cudem przyszła do nich z wizytacją. Nie wiem, czy potraficie sobie wyobrazić siedzenie na baczność na wersalce, ale właśnie w takiej pozycji zastaliśmy matkę M, kiedy weszliśmy do mieszkania. W mieszkaniu wszystko było wysprzątane, na stole kilka rodzajów ciastek, chyba wszystkie możliwe owoce dostępne w sklepie o tej porze roku i jakaś widocznie "odświętna" zastawa. Powitali nas serdecznie, ale z jakąś taką nienaturalną nadgorliwością. Od razu na powitanie chcieli mnie ściskać i całować (zwłaszcza matka). Nie powiem, dziwnie mi się zrobiło, to w końcu dopiero co poznani ludzie. Jakoś tam odwzajemniłam to powitanie, ale dziwne było to, że po matce M było widać, że podobnie jak ja wcale nie czuje się komfortowo z powodu takiej fizycznej bliskości. Cała była sztywna i tak jakby objęła mnie nachylając się z większej odległości. Potem przez resztę wizyty zdążyli mnie odpytać z podstawowych rzeczy: co studiuję, gdzie mieszkam itp. Jak zadali te podstawowe pytania to potem nie mieli już pomysłu, o czym mielibyśmy rozmawiać. W tej sytuacji ja starałam się jakoś ratować rozmowę, pochwaliłam mieszkanie, poczęstunek. Matka M w międzyczasie cały czas nam coś podsuwała pod nos, ale i tak zapadała chwilami niezręczna cisza. Wyglądało to tak, jakby matka M tak intensywnie się we mnie wpatrywała, że zapominała o rozmawianiu. Było dosyć niezręcznie, ale w końcu udało mi się zacząć jakiś temat o wakacjach i wtedy oni zaczęli mi szczegółowo opowiadać o swoich wakacjach 40 lat wcześniej, długo to trwało, ale z zainteresowaniem słuchałam i jakoś wytrzymaliśmy wszyscy do końca tej wizyty.
Ten "pierwszy raz" wypadł dość sztywno, ale zrzuciłam to na karb tego, że to dla nich nowa sytuacja, że się stresowali i że to w sumie miło, że tak się starali i chcieli dobrze przede mną wypaść. Nawet się dziwiłam, że M ma do nich tyle zastrzeżeń i że tak się obawiał nas przedstawić.
Na kolejnym spotkaniu zapytałam M o wrażenia jego rodziców i stwierdził, że jego matka jest mną zachwycona i że twierdzi, że na pewno się zaprzyjaźnimy, bo ja jestem taka cudowna, a ona zawsze chciała mieć córeczkę, a jej się syn urodził (swoją drogą, nie ma to jak mówić takie rzeczy własnemu dziecku). To była kolejna rzecz, która mnie zdziwiła, że po jednym spotkaniu już sobie wyrabia taki obraz mojej osoby. Ja nie jestem skłonna do tak szybkiego zaprzyjaźniania się, a zwłaszcza, że dla mnie matka M to była po prostu jak na razie obca starsza kobieta i naprawdę nie wyobrażałam sobie siebie w roli jej przyjaciółki, a tym bardziej córeczki. Ale spoko, przekonywałam się, to miłe, że tak dobrze mnie odebrała, w końcu nie będę się wzbraniać przed "przyjacielskim" kontaktem z nią.
Potem matka M co chwilę przekazywała mu, żeby mnie do nich zaprosił z jakiejś tam okazji albo i bez. No to wpadałam nieraz, ale czułam się tam niezręcznie. Przyszli teściowie są ode mnie ok.40 lat starsi, na dodatek ich jedyne hobby to pomoc rodzinie w uprawianiu ogródków, na czym akurat ja zupełnie się nie znam, ale starałam się słuchać z zainteresowaniem. Poza tym właściwie nie mieliśmy wspólnych tematów. Oni raz na początku zapytali mnie o studia, a potem już praktycznie w ogóle, o to, co słychać, czym się zajmuję, o pracę, zainteresowania. Wyglądało to tak, że przychodziłam, standardowe uprzejmości, jakieś jedzenie i gadka-szmatka na temat aktualnej polityki, skoków narciarskich i innych newsów, przy czym ojciec M we wszystkich tych tematach uważał się za eksperta, więc nie dało się dyskutować. Jak miałam inne zdanie to wypowiedziałam je raz czy drugi, ale kłócić się z przekonanym o swojej racji nie zamierzałam, więc dyskusja się rwała. Tak w ogóle to często jak przychodziliśmy to włączony był telewizor albo radio. Ja strasznie tego nie lubię, jak gra taki sprzęt jak przychodzą zaproszeni goście, bo to tak jakby lekceważyć tę osobę słuchając jednocześnie grającego pudła. Ja doszłam do wniosku, że przyszłych teściów specjalnie nie interesuje, co mam do powiedzenia, więc nie gadałam o sobie i starałam się jakoś podtrzymywać rozmowę, wykazując zainteresowanie nimi. To się okazało, że w tym domu są jakieś tematy tabu. Kiedyś niewinnie przy okazji rozmowy złożyłam im życzenia z okazji niedawnej rocznicy ślubu, bo przy okazji odwiedzin u ciotki M zapytaliśmy z moim mężczyzną, kiedy właściwie oni mają tę rocznicę. Wyobraźcie sobie, że ich syn tego nie wiedział, mało tego, oni nigdy nie opowiadali o swoim ślubie ani weselu, żadnego zdjęcia mój chłopak też nigdy nie oglądał. Więc kiedy złożyłam te życzenia to przyszła teściowa aż pobladła jakby przerażona i zszokowana i z takim tonem jakby ukrywanej wściekłości zapytała „A skąd wy o tym wiecie? czemu wy rozmawialiście o naszym ślubie?!” Dla mnie to był szok, tak jakby ona uważała, że to coś złego, że ich ślub to wielka tajemnica i popełniam ogromny nietakt. To już zrozumiałam i odpuściłam sobie wszelkie pytania o ich młodość, jak się poznali itp. I tak naprawdę ciężko było znaleźć z nimi w ogóle jakikolwiek temat do rozmowy, żeby ich interesował i chcieli się włączyć. O pracę pytałam ojca M to odpowiadał półsłówkami i potem się od chłopaka dowiedziałam, że on to sam do końca nie wie, czym się ojciec zajmuje. A tajnym agentem nie jest, pracuje w bud