Dodaj do ulubionych

problem z przyszłą teściową

01.02.13, 15:31
Witajcie. Mam problem w relacjach z przyszłą teściową i licząc na to, że ktoś może ma podobne doświadczenia, weszłam na to forum. Przeczytałam trochę wątków, ale nie znalazłam problemu podobnego do mojego, więc postanowiłam opisać swoją sytuację i poprosić Was o radę. Mianowicie chodzi o to, że matka mojego mężczyzny jest, ogólnie mówiąc, osobą dosyć dziwną, a przy tym próbuje zaprzyjaźniać się ze mną jakby na siłę, a ja nie spełniam tych jej oczekiwań. Ale od początku. Uprzedzam, że będzie baaaaardzo długo, ale mam potrzebę się wypisać i chciałabym też dokładnie nakreślić sytuację.
Z moim obecnym Narzeczonym (M) najpierw ponad rok znaliśmy się na stopie przyjacielskiej. W tym czasie obydwoje jeszcze studiowaliśmy i mieszkaliśmy w rodzinnych domach. On niekiedy bywał u mnie w domu przy okazji zapraszania większej grupy przyjaciół na okazje typu moje urodziny, z czasem coraz częściej przychodził sam, więc siłą rzeczy poznał moich rodziców "przy okazji". Gdy zaczęliśmy już na dobre być parą to spotykaliśmy się na mieście albo u mnie. On dogadywał się dobrze z moimi rodzicami, pytali go o pracę, zainteresowania, częstowali obiadem i tak po prostu normalnie sobie konwersowali, żartowali.
Dla mnie naturalne było, że skoro już jesteśmy w związku i traktujemy go poważnie, przyszłościowo to i ja chciałabym poznać jego rodziców i w ogóle zobaczyć jak mieszka. Nie mówię, że od razu miałoby być jakieś powitanie w rodzinie, ale że ot tak, niby przy okazji żebym do niego wpadła na chwilę i moglibyśmy się chociaż z nimi zobaczyć, a potem jak będzie wola z obu stron to moglibyśmy się czasem spotkać na herbatę i porozmawiać. M się od tego wykręcał, mówił, że naprawdę chciałby mnie do siebie zaprosić, ale że jego rodzice są dziwni, że mnie jeszcze odstraszą i się do niego zrażę. I że on sam się z nimi nie dogaduje i najchętniej to spędza jak najwięcej czasu poza domem i czeka tylko momentu, kiedy zarobki pozwolą mu na wynajęcie samodzielnego mieszkania. M przyznał mi się też, że w sumie to on z moimi rodzicami rozmawia ostatnio znacznie więcej niż ze swoimi i że oni nawet nie wiedzą, że ma dziewczynę. Mi to z początku wydawało się wręcz podejrzane, że facet mnie nie zaprasza do siebie i że nawet nie powiedział o mnie rodzicom, z którymi przecież mieszka. Miałam wrażenie, że może M nie traktuje mnie na tyle poważnie, na ile deklaruje i może to mnie wstydzi się pokazać rodzicom? No i po tym, co od M na temat rodziców usłyszałam, zżerała mnie ciekawość, czy rzeczywiście coś aż tak dziwnego jest w tych ludziach, więc po kilku miesiącach przekonałam M, żeby nas sobie przedstawił. No i się zaczęło...
Rodzice M zaprosili nas na herbatę. Byli przy tym tak stremowani, jakbym co najmniej była księdzem biskupem czy może królową Elżbietą, która jakimś cudem przyszła do nich z wizytacją. Nie wiem, czy potraficie sobie wyobrazić siedzenie na baczność na wersalce, ale właśnie w takiej pozycji zastaliśmy matkę M, kiedy weszliśmy do mieszkania. W mieszkaniu wszystko było wysprzątane, na stole kilka rodzajów ciastek, chyba wszystkie możliwe owoce dostępne w sklepie o tej porze roku i jakaś widocznie "odświętna" zastawa. Powitali nas serdecznie, ale z jakąś taką nienaturalną nadgorliwością. Od razu na powitanie chcieli mnie ściskać i całować (zwłaszcza matka). Nie powiem, dziwnie mi się zrobiło, to w końcu dopiero co poznani ludzie. Jakoś tam odwzajemniłam to powitanie, ale dziwne było to, że po matce M było widać, że podobnie jak ja wcale nie czuje się komfortowo z powodu takiej fizycznej bliskości. Cała była sztywna i tak jakby objęła mnie nachylając się z większej odległości. Potem przez resztę wizyty zdążyli mnie odpytać z podstawowych rzeczy: co studiuję, gdzie mieszkam itp. Jak zadali te podstawowe pytania to potem nie mieli już pomysłu, o czym mielibyśmy rozmawiać. W tej sytuacji ja starałam się jakoś ratować rozmowę, pochwaliłam mieszkanie, poczęstunek. Matka M w międzyczasie cały czas nam coś podsuwała pod nos, ale i tak zapadała chwilami niezręczna cisza. Wyglądało to tak, jakby matka M tak intensywnie się we mnie wpatrywała, że zapominała o rozmawianiu. Było dosyć niezręcznie, ale w końcu udało mi się zacząć jakiś temat o wakacjach i wtedy oni zaczęli mi szczegółowo opowiadać o swoich wakacjach 40 lat wcześniej, długo to trwało, ale z zainteresowaniem słuchałam i jakoś wytrzymaliśmy wszyscy do końca tej wizyty.
Ten "pierwszy raz" wypadł dość sztywno, ale zrzuciłam to na karb tego, że to dla nich nowa sytuacja, że się stresowali i że to w sumie miło, że tak się starali i chcieli dobrze przede mną wypaść. Nawet się dziwiłam, że M ma do nich tyle zastrzeżeń i że tak się obawiał nas przedstawić.
Na kolejnym spotkaniu zapytałam M o wrażenia jego rodziców i stwierdził, że jego matka jest mną zachwycona i że twierdzi, że na pewno się zaprzyjaźnimy, bo ja jestem taka cudowna, a ona zawsze chciała mieć córeczkę, a jej się syn urodził (swoją drogą, nie ma to jak mówić takie rzeczy własnemu dziecku). To była kolejna rzecz, która mnie zdziwiła, że po jednym spotkaniu już sobie wyrabia taki obraz mojej osoby. Ja nie jestem skłonna do tak szybkiego zaprzyjaźniania się, a zwłaszcza, że dla mnie matka M to była po prostu jak na razie obca starsza kobieta i naprawdę nie wyobrażałam sobie siebie w roli jej przyjaciółki, a tym bardziej córeczki. Ale spoko, przekonywałam się, to miłe, że tak dobrze mnie odebrała, w końcu nie będę się wzbraniać przed "przyjacielskim" kontaktem z nią.
Potem matka M co chwilę przekazywała mu, żeby mnie do nich zaprosił z jakiejś tam okazji albo i bez. No to wpadałam nieraz, ale czułam się tam niezręcznie. Przyszli teściowie są ode mnie ok.40 lat starsi, na dodatek ich jedyne hobby to pomoc rodzinie w uprawianiu ogródków, na czym akurat ja zupełnie się nie znam, ale starałam się słuchać z zainteresowaniem. Poza tym właściwie nie mieliśmy wspólnych tematów. Oni raz na początku zapytali mnie o studia, a potem już praktycznie w ogóle, o to, co słychać, czym się zajmuję, o pracę, zainteresowania. Wyglądało to tak, że przychodziłam, standardowe uprzejmości, jakieś jedzenie i gadka-szmatka na temat aktualnej polityki, skoków narciarskich i innych newsów, przy czym ojciec M we wszystkich tych tematach uważał się za eksperta, więc nie dało się dyskutować. Jak miałam inne zdanie to wypowiedziałam je raz czy drugi, ale kłócić się z przekonanym o swojej racji nie zamierzałam, więc dyskusja się rwała. Tak w ogóle to często jak przychodziliśmy to włączony był telewizor albo radio. Ja strasznie tego nie lubię, jak gra taki sprzęt jak przychodzą zaproszeni goście, bo to tak jakby lekceważyć tę osobę słuchając jednocześnie grającego pudła. Ja doszłam do wniosku, że przyszłych teściów specjalnie nie interesuje, co mam do powiedzenia, więc nie gadałam o sobie i starałam się jakoś podtrzymywać rozmowę, wykazując zainteresowanie nimi. To się okazało, że w tym domu są jakieś tematy tabu. Kiedyś niewinnie przy okazji rozmowy złożyłam im życzenia z okazji niedawnej rocznicy ślubu, bo przy okazji odwiedzin u ciotki M zapytaliśmy z moim mężczyzną, kiedy właściwie oni mają tę rocznicę. Wyobraźcie sobie, że ich syn tego nie wiedział, mało tego, oni nigdy nie opowiadali o swoim ślubie ani weselu, żadnego zdjęcia mój chłopak też nigdy nie oglądał. Więc kiedy złożyłam te życzenia to przyszła teściowa aż pobladła jakby przerażona i zszokowana i z takim tonem jakby ukrywanej wściekłości zapytała „A skąd wy o tym wiecie? czemu wy rozmawialiście o naszym ślubie?!” Dla mnie to był szok, tak jakby ona uważała, że to coś złego, że ich ślub to wielka tajemnica i popełniam ogromny nietakt. To już zrozumiałam i odpuściłam sobie wszelkie pytania o ich młodość, jak się poznali itp. I tak naprawdę ciężko było znaleźć z nimi w ogóle jakikolwiek temat do rozmowy, żeby ich interesował i chcieli się włączyć. O pracę pytałam ojca M to odpowiadał półsłówkami i potem się od chłopaka dowiedziałam, że on to sam do końca nie wie, czym się ojciec zajmuje. A tajnym agentem nie jest, pracuje w bud
Obserwuj wątek
    • miss_poppy Re: problem z przyszłą teściową 01.02.13, 15:32
      . A matka mimo, że ma 61 lat i trzyma się na swój wiek bardzo dobrze to od 55 roku życia na emeryturze, a o tym, jak pracowała też nie chciała opowiadać. Powoli zaczynałam się tam czuć jak na jakimś spotkaniu z tajnymi służbami, tacy byli tajemniczy. Dodatkowo matka M obserwowała mnie cały czas, miałam wrażenie, że nie spuszcza ze mnie oka. Potem chłopak powiedział mi, że ona się dopatruje w moich gestach, że ja jej nie lubię, bo nie tak spojrzałam, za mało się uśmiecham albo zrobiłam jakąś minę, która według niej świadczyła, że jej nie lubię, że się z niej śmieję, że nie smakuje mi jej jedzenie itp. Normalnie jakby każdy mój gest, nawet nieświadomy, odbierała jako skierowany przeciwko niej. Jak przychodziliśmy za rzadko (nie za każdym razem, kiedy nas zapraszali) to też dlatego, że ja ich nie lubię i chcę im zrobić przykrość. Za każdym razem też powinniśmy siedzieć godzinami, bo jak wychodziliśmy na przykład po godzinie czy dwóch to znowu, że jej nie lubię i chcę zademonstrować, że się źle czuję. A naprawdę za każdym razem miałam też jakieś inne obowiązki, szkołę, pracę, swoją rodzinę, czego przyszła teściowa nie chciała przyjąć. Przyszłam raz na obiad z okazji urodzin mojego M i spóźniliśmy się trochę, bo przetrzymali go dłużej w pracy. Po półtorej godziny musiałam wyjść, bo organizowałam dla mojego mężczyzny przyjęcie niespodziankę u siebie i zaprosiłam jego znajomych, więc głupio by było, jakby oni przyszli do mnie, a mnie nie ma i wytłumaczyłam to wcześniej teściowej, to ona też się obraziła, że za krótko byliśmy i że ja ją lekceważę. Oczywiście wprost mi tego nie powiedziała, tylko wypomniała to mojemu M jakiś czas później. I jak on mi powiedział, jak to we wszystkim co zrobię, albo czego nie zrobię jego matka dopatruje się działania przeciwko sobie to rzeczywiście coraz mniej chętnie tam przychodziłam, bo po prostu czułam się jak na przesłuchaniu, że ktoś obserwuje każdy mój ruch i szuka pretekstu, że coś robię źle. A jestem osobą odbieraną jako sympatyczna, uśmiechnięta, więc nie wiem, gdzie ona widziała te moje nieodpowiednie miny. Swojego syna teściowa też tak traktuje, że wszystko co on zrobi lub nie zrobi, powie albo nie powie to wszystko dlatego, że chciał jej zrobić na złość. Kobieta naprawdę ma jakiś problem, mania prześladowcza, niskie poczucie własnej wartości czy może coś jeszcze.
      Kolejnym powodem, dla którego przyszła teściowa zaczęła mnie nie lubić był fakt, że ja się nie chcę z nią zaprzyjaźniać i się jej nie zwierzam i nie dzwonię do niej. To również powiedziała mojemu M. Tylko, że zamiast mnie zapytać, o to, co chciałaby wiedzieć, to oczekuje, że ja się jej będę zwierzać. A ja takiej potrzeby nie odczuwam, bo nie mam zwyczaju paplać wszystkim o swoich prywatnych sprawach i mam niewiele takich naprawdę zaufanych osób, a teściowa póki co nie zdobywa mojego zaufania, a wręcz przeciwnie, skoro zamiast rozmawiać ze mną gada o mnie za moimi plecami. I jeszcze oczekuje, że ja powinnam sama do niej wydzwaniać albo przychodzić i wysłuchiwać jej narzekań, na brak pieniędzy, kłopoty ze zdrowiem, a najlepiej to jakbyśmy wspólnie narzekały na jej syna. Według niej on jest zły, cały czas ją krzywdzi i szantażowała go, że będzie mi mówić o nim najgorsze rzeczy, żebym się przekonała, jaki on „naprawdę” jest i żeby on się do mnie nie przywiązywał, bo i tak na pewno go zostawię. No super mamusia… I chciałaby, żebym ja też razem z nią biadoliła, jaki to ten jej syn okropny, a ona jaka biedna i pokrzywdzona. To tak naprawdę nie jest żadna rozmowa, bo ja praktycznie nie powinnam się odzywać, tylko jej potakiwać i współczuć. Tak jakbym miała być po jej stronie przeciwko mojemu facetowi. No sorry, ale to z nim się związałam, dlatego, że uważam, że jest cudownym człowiekiem i nie mam zamiaru brać udziału w najeżdżaniu na niego.
      Jak mój narzeczony się z nią kiedyś ostro pokłócił to zadzwoniła do mnie z płaczem się na niego skarżyć i nie chciała zrozumieć, że ja nie mam zamiaru brać udziału w ich sporze, a jeśli już na siłę mnie w to wciąga to i tak stanę po jego stronie. Na dodatek zadzwoniła, kiedy byłam w pracy i naprawdę nie mogłam rozmawiać, odebrałam tylko dlatego, żeby jej powiedzieć, że nie mogę gadać i żeby zadzwoniła później to mi zaczęła płakać do słuchawki i skarżyć się, że nie chcę jej wysłuchać. Do kobiety nie dociera, że człowiek może być zajęty. Jak nie odbieram od niej telefonu to potrafi dzwonić np. 7 razy. To chyba logiczne, że jak za pierwszym czy drugim razem nie odebrałam, to znaczy, że nie mogę i nawet jakby dzwoniła 100 razy to i tak teraz nie odbiorę. Ale według niej nie odbieram, bo jej nienawidzę i nie chcę z nią rozmawiać. Cóż, z tym drugim tak bardzo się nie myli. Jak dzwoniła do mnie kilkakrotnie nie wiadomo po co, bez żadnej konkretnej sprawy, tylko po to, żeby poskarżyć się na mojego faceta, a ja nie wiedziałam, co mam w ogóle na to odpowiedzieć, to przestałam mieć ochotę na odbieranie jej telefonów. Na dodatek przez jakiś czas był problem z jej telefonem taki, że jak dzwoniła do mnie albo do mojego chłopaka to praktycznie nic nie było słychać, jakby mówiła szeptem i jak jej powtarzaliśmy, że nic nie słyszymy to nam zarzucała, że robimy to specjalnie, żeby zakończyć z nią rozmowę i że to na pewno nie kwestia jej telefonu. No jasne, a każdego innego dobrze słyszałam. Może mój telefon ma jakąś tajemniczą funkcję obrony przed wysłuchiwaniem absurdalnych żali ;)
      W ogóle teściowa potrafi zrobić problem z wszystkiego. Rzeczy, o których ja nawet bym nie pomyślała ona roztrząsa tygodniami, histeryzuje, płacze, wydzwania po ludziach, robi swojej rodzinie awantury. Mój M już dawno stwierdził, że nie wytrzyma tej histerii i po jednej takiej szopce stwierdziłam, że zrobię wszystko, żeby pomóc mu się od niej uwolnić i moja rodzina pomogła mu znaleźć lepszą pracę, dzięki czemu mógł w końcu wynająć mieszkanie.
      Z mieszkaniem też jest tak, że dopóki on mieszkał w domu, to rodzice cały czas robili mu awantury, że ma się z domu wyprowadzać, że jest leniem, nierobem i kto to słyszał, żeby tak długo w domu siedział (a wyprowadził się niecały rok po skończeniu studiów) i że jak mu się coś nie podoba to niech wypier… z domu, najlepiej pod most i że niech się jak najszybciej wyprowadzi i oni za nim tęsknić nie będą. Tylko teściowie jakoś zdają się zapominać, że sami mieszkanie (dwudziestoparometrowa klitka w bloku spółdzielczym) to oni mieli jak już się zbliżali do czterdziestki, a wcześniej mieszkali u rodziny, a matka M to nawet przez ileś lat po ślubie nie mieszkała z mężem, tylko ona w mieszkaniu u siostry z nią i rodzicami, mąż w hotelu robotniczym. No ale teraz to są inne czasy, wszystkim jest lepiej, młodzi mają takie możliwości, oni takich nie mieli. Tylko pokażcie mi osoby, które zaraz po studiach znajdują super pracę i w wieku 25 lat stać ich na własne mieszkanie. Nie znam takich zbyt wielu. A rodzice zapowiedzieli, że jak się wyprowadzi to oni mu nie zamierzają pomagać, więc na początku to nawet wynająć coś trudno z niewielką pensją. Ze znalezieniem pracy też nic mu nie pomogli, nie żeby mieli go wciskać na jakieś stanowiska, ale kurcze, mogli popytać znajomych, rodzinę, czy nie wiedzą czegoś o jakiejś pracy. Nie, bo oni mu pomagać nie będą, jest nierobem, skończył złe studia i niech sobie radzi sam.
      A teraz jak się wyprowadził z domu to wydzwaniają z pretensjami, że już się nimi nie interesuje, że mogliby umrzeć, a jego to nie obejdzie. Matka twierdzi, że on z niecierpliwością oczekuje, aż umrą, bo czyha na ich mieszkanie i majątek. Swoją drogą to chyba normalne, że skoro jest ich jedynym dzieckiem, to będzie po nich dziedziczył, ale dla niej to chyba jakiś problem, że on coś od nich ma dostać. I na pewno mój facet nie jest żadnym psychopatą, żeby własnym rodzicom życzyć śmierci. A rodzice w tej swojej manii podejrzliwości nigdy nie chcieli mu powiedzieć, jaka jest ich sytuacja finansowa i z mieszkaniem. Na przykład matka założyła na niego kiedyś jakąś lokatę jak był jeszcze niepełnoletni, więc nie b
      • miss_poppy Re: problem z przyszłą teściową 01.02.13, 15:34
        Na przykład matka założyła na niego kiedyś jakąś lokatę jak był jeszcze niepełnoletni, więc nie bardzo się orientował, co i jak w tych bankowych papierach, ale jak się wyprowadzał to spytał, co z tymi pieniędzmi, że może mógłby chociaż pożyczyć trochę na start i później oddać. To oni stwierdzili, że on chce im wydrzeć ich pieniądze. Matka też założyła sobie kiedyś jakąś niekorzystną naszym zdaniem (nigdy jej tego nie powiedzieliśmy, jej rzecz) polisę na życie, wpłaca tam masę pieniędzy zamiast chociażby wydać na jakieś swoje przyjemności, ale spoko, jej pieniądze, jej sprawa. Tylko, że też wypomina mojemu chłopakowi, że on czyha na jej śmierć, żeby przejąć pieniądze z tej polisy. Tak jakby to on ją do niej namawiał. Sama chyba założyła ją po to, żeby teraz wymyślać takie pozbawione sensu zarzuty.
        Teściowa w ogóle ma jakąś obsesje na punkcie swojego zdrowia i śmierci swojej i męża. A mają po 61 lat (ona) i 64 lata (on), zdrowo się trzymają, żadnych poważnych problemów zdrowotnych nie mają. Jak mój facet się wyprowadzał z domu to powiedział, że mogą wyrzucić jego łóżko, bo i tak było stare, brzydkie i zniszczone, a tak przynajmniej zyskają trochę więcej przestrzeni w tym maleńkim mieszkaniu. To matka stwierdziła, że, cytuję „gdzie ona ojca położy jak będzie umierał?”, bo jego brat w jego wieku to dostał zawału i ojca też na pewno wkrótce to czeka. Sama cały czas lata po lekarzach, badaniach, jakichś sanatoriach, rehabilitacjach itp. Może i dobrze, że o siebie dba, ale mam nieodparte wrażenie, że robi to po części z nudów, a po części po to, żeby wszystkim narzekać, jaka to jest chora i że się obawia, że niedługo umrze. Coś tam lekarz u niej wyczuł czy zauważył i dał skierowanie na badanie, które na NFZ można było zrobić dopiero za 3 miesiące. To przez cały ten czas twierdziła, że ona jest taka chora, musi leżeć, przez tydzień przeżywała, że to pewnie koniec, leżała w łóżku, płakała i wydzwaniała, żeby wymóc od innych wsparcie. A badanie można było zrobić od ręki prywatnie za jakieś 100 zł. To jakbym ja myślała, że umieram, to bym poszła od razu, żeby wiedzieć, na czym stoję i ewentualnie mieć czas na podjęcie leczenia. Zwłaszcza, że jakaś wielka kwota to nie jest i nawet proponowaliśmy jej, że jak trzeba to pożyczymy. Ale nie, ona wolała 3 miesiące zadręczać ludzi swoim łkaniem, że taka jest chora. Potem badanie, które trwa chwilę i nie jest specjalnie bolesne (wiem, bo sama przechodziłam) ona przeżywała kilka dni, przez 2 dni twierdziła, że nie może wstać z łóżka. Może i tak, ale dla mnie to wygląda na hipochondrię i potrzebę bycia cały czas w centrum uwagi, żeby skłonić innych, żeby się nią zajmowali i współczuli.
        Jeszcze a propos zdrowia… Ostatnio mój mężczyzna zaprosił w końcu rodziców do siebie. Muszę się przyznać, że sama go do tego namówiłam, bo jednak chciałabym, żeby utrzymywali jakieś przyzwoite stosunki, żeby nie miał w rodzicach wroga. Tak się jednak nieszczęśliwie złożyło, że 2 dni przed planowaną wizytą ja się bardzo rozchorowałam – gorączka 39 stopni nie ustępująca przez tydzień i ogólnie grypa. Mój narzeczony zadzwonił do rodziców, żeby w tej sytuacji przełożyć to spotkanie na później, bo jednak mieliśmy się spotkać wszyscy wspólnie i ja też miałam pomóc mu w gotowaniu. Matka M stwierdziła, że to wielka obraza, że tak się nie robi, że to niegodne! Że nie możemy przełożyć spotkania, bo ją to obraża, że my ją lekceważymy. I z przekąsem podawała w wątpliwość, że tak szybko się rozchorowałam i „akurat teraz”. No jasne, bo ludziom nie zdarza się chorować w grudniu. Chciałam ją jakoś udobruchać i zaproponowałam, że może spotkamy się za kilka dni i spokojnie porozmawiamy, że wpadniemy do nich na chwilę, bo ja muszę koniecznie załatwić coś w ich okolicy. To były kolejne podejrzenia „jak to tak, że teraz to niby jestem chora, a potem wyzdrowieję”. W końcu pojechaliśmy, ja nie do końca zdrowa, ale trudno, uprzedziliśmy, że będziemy późno i dokładnie nie wiemy, o której, bo nie wiem, ile mi się zejdzie z tą sprawą. Powiedzieliśmy, że będziemy około jakiejś tam godziny, to jak było 3 minuty po to zaczęli wydzwaniać, ja oczywiście nie mogłam odebrać, potem niedługo przyjechaliśmy, to była pretensja, czemu tak późno i że oni myśleli, że nie przyjedziemy. Wcześniej jeszcze teściowa do mnie wydzwaniała codziennie, żeby niby sprawdzić, jak się czuję, ale dla mnie to brzmiało, jakby chciała mi wykazać sprzeczność w zeznaniach, bo pytania były w stylu „ale to jaką masz dziś gorączkę? ile stopni miałaś wczoraj? a od kiedy chorujesz? a coś nie słychać, żebyś miała katar…”
        Tak się złożyło, że jakiś miesiąc później zachorował teść. Wrócił z pracy z gorączką i się położył. Matka M od razu zaczęła do M wydzwaniać, kiedy on był jeszcze w pracy i się obraziła, że nie może rozmawiać i oddzwoni później. Stwierdziła, że tak jak zawsze oni nic go nie obchodzą i mogą zdechnąć w samotności. Zaraz potem zadzwoniła do mnie. Był już wieczór. Ja też akurat znów byłam przeziębiona, więc zwalczałam katar inhalacjami w gorącej kąpieli.
        T – teściowa, J – ja
        T: Bo ja ci chciałam powiedzieć, że ojciec M jest chory.
        J: A co się stało? Co mu jest?
        T: Ma 39 stopni. Źle z nim! Ja się boję o niego, ja nie wiem, co robić, to chyba do szpitala trzeba, a M nie chce ze mną rozmawiać!
        J: On teraz jest w pracy i nie może, skończy późno, na pewno zadzwoni. A to pewnie grypa, zdarza się teraz, to chyba nic strasznego.
        T: Ja nie wiem, on jest taki chory, ma gorączkę!
        J: To może pani pójdzie z nim do przychodni, jeszcze jest otwarta. To lekarz go zobaczy i przepisze jakieś leki.
        T: Nie trzeba, bo ja już zadzwoniłam do S (kuzynki, która jest lekarzem, jej mąż również i na dodatek mieszkają niedaleko) i oni mi wszystko powiedzieli, ja już mu kupiłam leki i podałam pół godziny temu, ale one nie działają!
        J: Spokojnie, niedługo powinny zadziałać. To mogę jakoś pomóc?
        T: Bo do chyba do szpitala trzeba, a ja nie mam prawa jazdy i kto go zawiezie…
        J: To jakby coś to proszę dzwonić, ja wprawdzie sama jestem chora i akurat leżę w wannie, ale jakby bardzo było trzeba, to przyjadę.
        T: Ja nic od ciebie nie chcę, ja tylko dzwonię, żeby cię poinformować.
        No super, to teściowa zadzwoniła tylko, żeby pohisteryzować, że teść ma grypę i to taka tragedia, na pewno zaraz umrze, a ja to nie wiem co miałam jej powiedzieć, jak żadnej pomocy nie chciała. Brzmiało to tak, jakby oczekiwała, że i tak przyjedziemy i będziemy z M tam siedzieć przy łóżku ojca. M stwierdził, że matka oczekiwała, żeby on urwał się z pracy, jechał przez całe miasto, wziął mój samochód i jechał do nich 20 kilometrów, żeby przewieźć ojca 3 kilometry do szpitala, żeby robił sztuczny tłok na izbie przyjęć, bo aż taka interwencja nie była potrzebna. A w razie czego to w pilnej sprawie sama mogła wezwać karetkę albo taksówkę albo poprosić sąsiada czy kogoś z rodziny, kto mieszka bliżej, żeby ich podwiózł, ale nie, tylko M ma przyjechać i wozić ojca, bo jak nie to jest nieczułym, wyrodnym synem.
        Jeszcze jedna cecha mojej przyszłej teściowej to fakt, że ma obsesję na punkcie punktualności. Albo może to ja jestem nienormalna, bo byłam przyzwyczajona, że jak jest jakieś spotkanie rodzinne to poza wyjątkowymi sytuacjami typu Wigilia czy jakaś ważna uroczystość i ciepły posiłek na określoną godzinę to nikomu nie przeszkadza, że ktoś przyjdzie później, wyjdzie wcześniej, bo wiadomo, rodzina duża, każdy ma swoje życie, niektórzy przyjeżdżają z daleka trudno czasem się idealnie zgrać. A przecież chodzi o to, żeby miło się spotkać i pogadać, a jak jest rotacja gości to czasem nawet lepiej, bo wtedy można najpierw porozmawiać z tym, potem z tamtym, a nie taki spęd, że się wszyscy przekrzykują. Ale nie u mojej teściowej takie numery. Dla niej każda herbatka, imieniny cioci Krysi czy cokolwiek innego to sytuacja, kiedy trzeba spędzić calusieńką rodzinę, wszyscy mają przyjść na godzinę „w punkt” i siedzieć do wieczora. Teściowa jest takim typem, że
        • miss_poppy Re: problem z przyszłą teściową 01.02.13, 15:35
          Teściowa jest takim typem, że jak się ją gdzieś zaprosi, to miesiąc będzie rozważać, co ze sobą przynieść, jak się ubrać, kto będzie, co będzie do jedzenia itp. Ale ok, z braku rozrywek niech się tym cieszy. Potem nawet jak się gdzieś idzie na popołudnie to ona szykuje się z samego rana, a potem siedzi i czeka niecierpliwie godziny odjazdu. Wyjeżdżają z teściem godzinę wcześniej, na wszelki wypadek. Potem stoją pod blokiem i czekają w samochodzie. Pół godziny wcześniej należy wyjść na wypadek katastrofy po drodze z samochodu pod drzwi mieszkania. Pięć minut przed godziną zero trzyma już palec na guziku, żeby wejść punkt 15.00 (przykładowo). Trochę może przesadzam, ale ogólnie jest to obraz bliski prawdzie. Jak my z narzeczonym umawiamy się, że przyjedziemy gdzieś sami i tylko na trochę , a nie na całodzienną posiadówę to jest obraza majestatu. Bo my przecież jesteśmy rodziną i robię im przykrość, bo oni tak chcieli, żebyśmy weszli razem. A póki co to ja rodziną dla nich nie jestem, a poza tym to jesteśmy oboje z narzeczonym dorośli i wolimy jeździć sami, jako odrębna jednostka. Niby czemu miałabym zrezygnować z komfortu podróżowania własnym samochodem i dysponowania własnym czasem tylko dlatego, że teściowa sobie wymyśliła, że mamy do cioci przyjść razem. A jak raz zadzwoniliśmy do kuzynów, że z powodów niezależnych od nas trochę się spóźnimy na obiad i że przepraszamy i żeby zaczęli jeść obiad nie czekając na nas, to teściowa twierdziła, że ona po tym tydzień przepłakała, że nie mogła ludziom spojrzeć w oczy, tak się za nas wstydziła, bo jak to, jak można przyjść gdzieś później. I stara śpiewka, że my wszystko robimy jej na złość. A jak chcemy wyjść wcześniej to też dramat, że tak źle traktujemy rodzinę. A my mamy swoje życie i naprawdę 3 godziny to max ile mogę wytrzymać na takiej rodzinnej imprezie, na więcej po prostu nie mam ani czasu, ani ochoty i nawet u swojej rodziny nie siedzę dłużej. Zwłaszcza, że na tych ich imprezach umieram z nudów, bo nikt praktycznie ze mną nie rozmawia poza moim facetem, czuję się tam jak piąte koło u wozu. Są tam zwykle wyłącznie ludzie starsi ode mnie o 40-50 lat i trudno znaleźć wspólny język, a ja też nie chcę im się wtrącać do rozmowy niepytana. Jeżdżę tylko dlatego, że mój mężczyzna mnie prosi, więc raz na kilka miesięcy jestem skłonna to dla niego zrobić.
          Nie cierpię w teściowej też tego, że ona nie pozwala nam się spotykać z rodziną bez niej. Zawsze jak chcemy kogoś odwiedzić to ona też się wprasza (nie do nas do samochodu, tylko jedzie bezpośrednio do tej osoby, którą odwiedzamy, więc nie mamy na to wpływu). I przez to nie możemy sobie spokojnie tylko z tym kimś porozmawiać, bez jej obecności. Z chrześniakiem mojego M też nie możemy się pobawić sami, bo jak jedziemy do nich, to matka M prawie zawsze tam jest (siedzi często na głowie kuzynce i jej mężowi, przyjeżdża do nich np. na tydzień, zastanawiam się, jak to znoszą, ja bym nie wytrzymała). I cały czas dzieciak jest przez nią noszony, sadzany na kolanach, tulony i zagłaskiwany „a mój dziubdziusiu, a jak cię ciocia kocha”. Spoko, ale tak jest bez przerwy, my przez to nawet nie mamy szansy zbliżyć się do tego dziecka. Wkurza mnie też takie zachowanie (rodziców dziecka zresztą podobnie, tylko nie wiem, nie mają odwagi głośno tego powiedzieć?), że ona go odrywa jak sam coś robi i nie pozwala się bawić, raczkować czy coś (mały jest niemowlakiem), tylko absorbuje go swoją osobą, jak widać, że on się wyrywa.
          Ja ze strachem myślę o tym, co będzie jak my będziemy mieć dzieci. Teściowa prawdopodobnie będzie chciała zagłaskać mi je na śmierć i cały czas z nimi przesiadywać. Już teraz razem z ojcem narzekają mojemu facetowi, że jest złym synem, bo oni to by chcieli już wnuki, a przy nim to chyba nie doczekają (M ma 25 lat, a jego rodzice jak on się urodził mieli 36 – matka i 39 – ojciec, więc niezła hipokryzja). I że oni tak by się chcieli zajmować wnusiami, bo im się nudzi. Swoją drogą matka M od czasu przejścia na emeryturę nie szukała sobie żadnych zajęć, a mogłaby bo jest obiektywnie w dobrej formie. Przynajmniej zajęłaby czymś czas, z ludźmi się pospotykała. Mogłaby się jakimś dzieckiem w okolicy zajmować, skoro tak je kocha albo nie wiem, w jakiejś fundacji się udzielać. Ale ona robi mężowi obiad, chodzi do spożywczaka po zakupy, rozwiązuje krzyżówki i ogląda seriale. Latem przesiaduje na głowie swojej siostrze albo siostrzenicy. A, i jeszcze po lekarzach biega. Ani nie poczyta, ani sportu nie uprawia, wyjedzie gdzieś na urlop może na parę dni w roku, a tak to się nudzi i ma pretensje, że syn się nią nie zajmuje. Nie wyobrażam sobie takiego życia dla siebie i już teraz się obawiam, jak to będzie, kiedy rodzice mojego przyszłego męża się zestarzeją i trzeba będzie się nimi zająć, jak jego matka tak naprawdę już teraz sama sobie nie potrafi zorganizować czasu.
          Ufff, to się napisałam. Jaka moja przyszła teściowa jest, to widzicie. Mam tylko wielkie szczęście, że jej syn jest normalny i nie stoi murem za mamusią jak większość facetów tylko zawsze staje po mojej stronie. Jak raz mu powiedziałam, że chyba nie jestem według jego matki wymarzoną synową to powiedział „Na resztę życia wybrałem Ciebie, nie ją, a jak jej coś w Tobie nie pasuje, to tym gorzej dla niej”. Kochany  Ale też przykro mi, że matka tak go traktuje, że cały czas coś jej w nim nie pasuje, mimo że obiektywnie naprawdę dobrze sobie w życiu radzi. Chciałabym, żeby oni mieli lepsze relacje i ja też chciałabym, żeby relacja moja i teściowej była lepsza, ale nie wiem, jak mam z nią postępować. Jak jej wytłumaczyć, że ma wobec nas zbyt duże oczekiwania? A może to ja jestem ta zła i przesadzam i powinnam się z teściową zaprzyjaźniać na jej zasadach? Co wy o tym myślicie? Ktoś miał podobne doświadczenia? Czekam na rady.
          • zuzi.1 Re: problem z przyszłą teściową 02.02.13, 23:46
            Moja rada jest taka, wydrukuj to co napisałaś i przejdź się do kilku dobrych psychiatrów porozmawiac co tej pani dolega, jestem przekonana, po tym co napisałaś, że sprawa jest poważna, tj. jakaś choroba psychiczna ew. zaburzenie osobowosci może wchodzic w grę, ponadto po tym co napisałas wydaje i się, że ci ludzie są toksyczni. Przeczytaj książkę Toksyczni ludzie, a dowiesz się z kim możesz miec do czynienia. Ponadto, może to oznaczac, ze Twój partner może byc DDD (dorosłe dziecko z rodziny dysfunkcyjnej, wygoogluj sobie informacje na ten temat). Szczerze, ja zakończyłabym znajomosc z tym panem, nawet gdyby mi się wydawało, że jest najcudowniejszą osobą na świecie, z uwagi na ryzyko tego, że ew. choroba psych. z jego rodziny mże kiedyc obciążyc w sposob genetyczny moje dzieci. Ponadto radzę Ci wrzuc to co napisałas na forum Życie rodzinne, są tam b. mądre dziewczyny, które napiszą Ci swoje komentarze. Moim zdaniem to co napisałaś na temat zachowań tesciowej i gen. rodziny tego pana jest porażające. Tak się nie zachowują normalni, zdrowi na umyśle ludzie.
          • soosowa Re: problem z przyszłą teściową 05.02.13, 16:49
            Nie dam Ci rady, bo ręce mi opadają na takie 'akcje'. Część znam z autopsji (tylko u mnie z aktywnym udziałem siostry mojego męża): wiecznie chora teściowa, która nie dożyje wnuków, teść - autorytet absolutny, mega-długie spotkania równe przesłuchaniom, oczekiwania z sufitu, nieustająca krytyka mojego męża, a ich syna, bo przecież on się nimi nie interesuje i ich nie dogląda, pretensje o nie wiadomo co, moje, zbyt duże oczekiwania w stosunku do nich i ich relacji z synem, wielogodzinne posiedzenia z ciotkami, bo inaczej mamusia płacze później przez kilka dni (moja rodzina i moje sprawy nigdy nie miały takiej samej wagi w oczach teściowej, jak jej rodzina i jej sprawy), histeryczne telefony do syna (który mieszka kilkaset km od rodzinnego miasta...), że tatuś umiera, a faktycznie chodzi tylko drobny zabieg. Nie było aż tak ostro, jak u Ciebie, ale my i tak nie daliśmy rady.

            Ze strony moich teściów wygląda to aktualnie tak, że teść ma nas 'w poważaniu', nie zależy mu, nie szuka kontaktu, nic nie robi, a teściowa zachowuje się, jakby miała rozdwojenie jaźni: raz dzwoni, że za wszystko przeprasza, że chce przyjechać, wszystko naprawić (taka 2minutowa rozmowa telefoniczna...), po czym znowu milknie na kilka miesięcy, w czasie których czasem odbiera od syna telefon, a jak on nawiązuje do wcześniejszych jej propozycji, to ona nie reaguje, albo go zbywa. Zdarza się też, że teściowa wypiera się rzeczy, które zrobiła, słów, które powiedziała (za które innym razem przeprasza...) i próbuje robić o to awantury mojemu mężowi (on nie daje się wciągnąć w dyskusje). Mąż ma obecnie z rodzicami szczątkowe relacje, ja i dziecko żadnych. Od siostry po kilku jej świństwach odciął się całkowicie. Wygląda na to (a oceniam już z perspektywy kilku lat), że dla nas to najbezpieczniejszy psychicznie układ, co do tego jesteśmy z mężem zgodni.
    • kosheen4 Re: problem z przyszłą teściową 05.02.13, 23:03
      Jedna krótka rada: nie zachęcaj sama narzeczonego, żeby utrzymywał kontakty z rodzicami. Nie zabraniaj również, ale pod żadnym pozorem nie zachęcaj. To podcinanie gałęzi na której siedzisz. Wycofaj się z kontaktów tak szybko, jak to tylko możliwe. Teściowej unikaj jak zakażenia wirusem ebola.
    • 99monika Re: problem z przyszłą teściową 16.04.13, 20:35
      Witam,
      Moją niedoszła teściowa zachowywała się identycznie. Za dwa miesiące miałbyć moj ślub ale go odwołałam. Teściowa zniszczyła mój związek. Jeśli chcesz popisać zapraszam na gg 46099498.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka