olaslaba
06.02.13, 20:14
ale tylko w towarzystwie.
Kilka razy chcialam w domu sama sobie wypic piwo wieczorem ale po jednej szklance reszte wylewalam bo mi nie wchodzi.
Czasem polewam lody likierem lub wermutem a nawet wodka zeby bylo milej sie rozkoszowac.
Kiedys otworzylam butelke wina i popijalam co wieczor po lampce dwoch, zeby sie nie zmarnowalo otwarte a wylewac reszte szkoda, pod koniec tygodnia nie czulam sie dobrze taka ciagle z jakims promilem we krwi wiec wiecej wina nie otwieram w samotnosci.
W barku mam alkohole kupione przeze mnie oraz otrzymane w prezencie. Niektore stoja tam kilka lat. Wyciagam jak ktos przyjdzie lub jak do kogos ide w goscinie. Nie czesciej niz raz na miesiac bo kazdy zabiegany i rzadko jest okazja.
Ostatnio wyplysmy w trzy osoby butelke grzanca galicyjskiego i nie otworzylysmy nastepnej choc byla.
Wyrzucilam piwo ktore kupilam dawno temu zeby bylo dla potencjalnych gosci, przeterminowalo sie.
Jesli umawiam sie na miescie to pije maksimum dwa piwa. Chyba ze z tancami to na cala noc zdarzy sie tez trzecie.
Czesto wieczor przychodze do domu utyrana praca i zyciem (mieszkam sama) i sobie mysle ze bym sie chetnie napila, zeby tak sie zrelaksowac, zrzucic z plecow ciezar dnia. Zazwyczaj mi schodzi wieczor na innych zajeciach i nie pije alkoholu ale pragnienie zrelaksowania alkoholem jest takie automatyczne.
Bo mysle o nim. I jak jest ta rzadka towarzyska okazja to lubie dla towarzystwa lampeczke wina albo piwko...chetnie czemu nie.
I tak sie zastanawiam, czy ja aby nie jestem alkoholiczka.