pozioma_z_lisciem
31.01.14, 12:50
Witam,
Chcialabym podzielic sie moim problemem i prosic o rade.
Mam 39 lat, moj partner 33. Jestesmy ze soba od 3 lat. Trafilismy na siebie dosc pozno w zyciu, oboje uprzednio tkwiac zbyt dlugo w zwiazkach bez przyszlosci.
Wielka milosc od pierwszego wejrzenia, mnostwo podobienstw, wspolnych spraw, tematow, fizyczne zauroczenie. Po roku zamieszkalismy razem i tak jest do tej pory. Z boku sielanka.
Ale... od jakiegos czasu meczy mnie co dalej, dokad to zmierza. A konkretnie... mam 39 lat i popadam w panike, ze to ostatni dzwonek na rodzine, dzieci.
Co istotne, to w poprzednich zwiazkach nigdy nie czulam parcia ani potrzeby. Co wiecej, bylam przekonana, ze dzieci miec nie chce.
Moj partner mial podobnie, tez nigdy wczesniej nie myslal, ze chcialby miec dzieci.
Odkad zamieszkalismy ze soba to owszem gadalismy sobie i zartowalismy w roznych rozmowach o "wiciu gniazda", wspolnej przyszlosci. Ale przez kolejne lata nic sie w tej sprawie nie zmienilo. Mi zaczyna to coraz bardziej uwierac.
Mam swiadomosc, ze on jest jeszcze mlody i ma mnostwo czasu. Wsrod naszych znajomych 30 latkow, nikt jeszcze o dzieciach nie mysli, wszyscy poki co pracuja, podrozuja. I ja czuje, ze coraz bardziej zaczynam od tego odstawac. Mysle, ze moj partner zupelnie sie tego nie spodziewal. Ja wygladam bardzo mlodo jak na swoj wiek, ludzie daja mi najwyzej 30 i on byl w powaznym szoku jak sie dowiedzial ile mam lat. No ale wtedy byl juz nieco zakochany ;)
Przez ostatni rok to moje miotanie sie, pragnienie rodziny, malzenstwa, dziecka i jego brak deklaracji w tym kierunku wprowadzilo kryzys w naszym zwiazku.
Do tego dochodzi jeszcze jego konflikt z matka, ktora mnie nie akceptuje. W sumie tak naprawde nie wiem co bylo pierwsze, czy wrogosc matki do mnie przyhamowala jego entuzjazm co do wiazania sie mnie, czy bylo to tylko na dokladke.
Czulam, ze ja dojrzalam do czegos i potrzebuje nastepnego kroku/etapu w tym zwiazku a widzialam, ze on nie jest na to gotowy i moze nigdy gotowy nie bedzie.
Bylo ciezko, ja zaczelam miewac napady paniki i wscieklosci (hormony? tlumiony zal i frustracja?) Czasem wydawalo mi sie, ze on celowo zwleka i gra na czas, czasem widze, ze zwyczajnie nie jest gotowy na dzieci. Czasem przeraza mnie, ze moze on po prostu nie jest gotowy na dzieci ZE MNA.
Bylam u kresu wytrzymalosci, bo dla mnie ten zwiazek, ten mezczyzna to wreszcie bylo to, czego pragnelam. Wydawalo mi sie, ze wreszcie spotkalam te swoja polowke i bylam pewna, ze to z nim wlasnie chce ulozyc sobie zycie. Przez dlugi czas wydawalo mi sie, ze on czuje podobnie i nie moglam zrozumiec dlaczego sie waha i dlaczego zwleka. Bardzo mnie to bolalo, bo czulam, ze on nie jest do konca ze mna uczciwy i szczery, ze moze czeka jeszcze ze trafi mu sie cos lepszego.
Poszlismy na terapie dla par, chodzimy juz od pol roku. Duzo sie poprawilo, wiele mechanizmow dostrzeglismy, zrozumielismy, ze tak naprawde to chcemy tego samego i tak naprawde to ten zwiazek dla obojga znaczy bardzo wiele, tylko kazde z nas na inny sposob to okazuje. Konflikt z matka nie zostal rozwiazany, ale przynajmniej juz teraz widze, ze nie jestem o to obwiniana i on o wiele bardziej dojrzale patrzy na te sytuacje.
Zaczelismy rozmawiac o dzieciach. Zeby zaczac starania.
I niby powinno juz byc "zyli dlugo i szczesliwie" ale ja nie wyobrazam sobie zajscia w ciaze z kims kto wciaz ma opory by sie mi oswiadczyc.
Tak, wiem, to takie staromodne. Ale to jednak jest cos co jest dla mnie bardzo wazne.
Pochodze z rozbitej rodziny i nie wyobrazam sobie sprowadzenie na swiat dziecka jesli oboje nie jestesmy w 100% pewni, ze chcemy ze soba spedzic zycie.
Wierze, ze taka deklaracja, prawnie przypieczetowana ma wage i jest dla mnie dowodem powagi uczuc i zamiarow.
Oczywiscie doskonale zdaje sobie sprawe, ze slub niczego nie gwarantuje. Ale tez mam glebokie przekonanie, ze mezczyzni, ktorzy przed malzenstwem sie aktywnie opieraja nie daja poczucia bezpieczenstwa.
Zbyt wiele par widzialam w 10-15 letnich zwiazkach, gdzie mezczyzna zwlekal ze slubem, bo to zwyczajnie nie byla TA kobieta. One cierpliwie i w nadziei czekaly a oni po prostu trzymali je sobie jako opcje rezerwowa.
On planuje odstawienie pigulek, a ja nie jestem w stanie tego zrobic bez oswiadczyn. Co gorsza, nie jestem w stanie mu wprost powiedziec, ze chce malzenstwa, bo dla mnie to prawie jak zebranie o to.
Na ostatniej sesji terapii dotarlismy wlasnie do tej sciany. On uwaza, ze daje mi mnostwo dowodow na to, ze chce ze mna budowac swoja przyszlosc, ale ja tych dowodow nie dostrzegam. Terapeutka zapytala mnie co dla mnie byloby dowodem jego zamiarow i jego milosci. Chcialam wykrzyczec "oswiadcz sie do cholery wreszcie!" No ale nie moglam tego przeciez powiedziec.
Po prostu nie wierze, ze facet, ktory z kobieta chce byc i miec dzieci, nie mysli o malzenstwie. To, ze on sie nie oswiadcza biore za dowod, ze jednak sie waha. Bo mowic mozna duzo i ladnie, ale tak naprawde to czyny sie licza.
Wiem, ze on w domu tez nie mial najlepszego wzorca do malzenstwa i twierdzi, ze w "papierek" nie wierzy. No ale wiekszosc facetow tak twierdzi, dopoki nie spotka tej jedynej.
I tak sobie trwamy w tym pacie.