co robic?

22.05.14, 14:54
Sprobuje opisac krotko. Malzenstwo od 9 lat, wiek ok 45, male dziecko (lat 4), mieszkamy za granica. Wiedzie nam sie b dobrze: oboje pracujemy, z tym, ze ja zarabiam trzy razy tyle co maz (o pieniadze nie ma dyskusji, z reszta ich nam nie brakuje). Synek b udany i bezproblemowy. I? Ja: DDA . Mam problem: maz stale niezadowolony, jawnie okazuje mi czesto swoja zlosc. Popadlam w schemat 'schodzenia mu z drogi' niemalze. Wspieram, usmiecham sie, ale mam juz tych wiecznych humorow dosc. Mam wrazenie, ze stara sie zabic we mnie pozytywna energie wciaz. Nie mam juz sily na 'szukanie rozwiazania'. Mam dosc. Czy to moment, zeby serio myslec o rozwodzie?
    • miedzymorze Re: co robic? 22.05.14, 15:03
      Bardziej moment, żeby na serio zająć się sobą i przestać uzależniać swoje samopoczucie od humorów męża ;)

      pozdr,
      mi
    • julita165 Re: co robic? 22.05.14, 15:17
      Nie wiem. Za mało danych. Ale wiele z tego co piszesz dotyczy też mnie. I też się zastanawiam po co mi takie małżeństwo. Ja też czuję, że mąż jest wiecznie rozrażniony, niezadowolony, o coś ale nie wiem o co mu chodzi, mam wrażenie że jak do niego mówię to albo go nudzę albo irytuję, woli towarzystwo sąsiada, w dodatku kumpla chyba jeszcze z piaskownicy, niż moje i synka. Generalnie robi o co go poproszę ale z takim zaangażowaniem i entuzjazmem jakie wykazuje się idąc do dentysty - owszem, pójść trzeba ale czerpać z tego przyjemność ? Sam to już nie pamiętam kiedy zaproponował że zrobimy coś razem, jak ja coś proponuję to się zgadza ale odnoszę wrażenie że jakąś przykrość mu to sprawia albo może w czymś przeszkadza - nawet wiem w czym, w rechotaniu z sąsiadem z głupot bo tak spędza większość wolnego czasu. Nie jestem w stanie, nie potrafię wywołać u niego zaangażowania, takiego prawdziwego, emocjonalnego dosłownie w nic. Jesteśmy nadal na etapie wykańczania nowego mieszkania którego bardzo chciał, tak bardzo ze równo rok temu postawił mi ultimatum że albo wyprowadzę się z nim od mojej mamy ( już nie ważne dlaczego z nią mieszkaliśmy, ale zgodziłam się wyprowadzić rozumiejąc jego argumenty ) a nawet to mieszkanie już go nie interesuje. Dom traktuje jak hotel, z powodu pracy nie ma go po kilka dni w domu, czasem nawet od pon do pt, po czym pierwsze kroki kieruje do ogródka sąsiada na piwo !!! Ja już nie mówię o mnie ale jak można nie przyjść do synka. Ja nie wyobrażam sobie że po kilku dniach nieobecności nie kieruję pierwszych kroków do dziecka. Nasze wspólne sprawy ograniczają się do tego że robi duże zakupy, zapłaci rachunki i w milczeniu zjadamy w weekend obiad ( śniadanie jem sama z synkiem bo mąż jeszcze śpi, a kolacji ja nie jadam ) plus zrobi w domu to co mu palcem pokażę. Ostanio zaciągnęłam go na spacer i spędziliśmy go w milczeniu bo jak stwierdził mąż " nie musimy non stop gadać"...tylko chodzi o to że nasze rozmowy ograniczają się do pytania "a marchewkę kupiłeś? "Przyznaje, że ja też od pewnego czasu w ogóle się nie staram, zajmuję się swoimi sprawami i synkiem bo po prostu nie chcę wyjść na idiotkę która się narobi i mężusiowi nadskakuje a ten ledwo raczy mi coś odburknąć i albo poleci gdzieś z sąsiadem albo będzie z nim wymieniać po 100 sms-ów dziennie, ostatnio słyszałam że nawet z nim z toalety gadał. Bez sensu to wszystko i nawet cieszę się jak jestem sama z synkiem i poważnie rozważam rozstanie.
      Dodatkowo z mężem nie da się tak naprawdę o problemach porozmawiać, a przynajmniej bardzo rzadko i nie sposób osiągnąć z nim coś na stałe bo dodatkowo zdiagnozowałam u niego osobowość pasywno-agresywną. Po krótce to jest coś takiego że on ciągle się złości ale ponieważ nie wie jak to w zdrowy sposób okazać, a wyuczono go że złe emocje są be to dusi w sobie jakieś żale i urazy jednocześnie okazując tą złość poprzez milczenie, przekręcanie, zapominanie, ironię.
      Szkoda tylko, że po 4 latach w trakcie ktorych w zasadzie ten sam problem istniał i raz malał a raz narastał ale był ciągle zgodziłam się w zeszłym roku jeszcze raz wpuścić w maliny i kupiliśmy ten segment. Oczywiście na kredyt tylko chyba szczęście w nieszczęściu jest takie że ja bez męża miałam lepszą zdolność kredytową i ten kredyt i mieszkanie są moje.
      • zagubiona108 Re: co robic? 22.05.14, 15:22
        Dokladnie: zla energia. Moj maz prawdopodobnie czuje sie z zyciu niespelniony (artystycznie, zyciowo), nie wiem.
        Okazuje mi niecierpliwosc, ironie, czasem zlosc. Torpeduje moje drobne wysilki. Czasem je toleruje...ale bez entuzjamu.
        Dom (z kredytem) jest niestety wspolny, choc ja splacam go w calosci. No a dziecko (z ktorym ma swietny kontakt) jest male.
        Ale czy ja mam obowiazek znosic te zla energie na co dzien?
        • julita165 Re: co robic? 22.05.14, 15:55
          Słusznie to ujęłaś - zła energia. Coś jest takiego nieuchwytnego że ja też zaczynam dziwnie się czuć w jego towarzystwie - jakś zdenerwowana. Czasem natomiast robię taki mały teścik - udaję że zupełnie nie zauważam jego pochmurnej miny, focha i szczebioczę radośnie np. co tam w pracy albo o synku albo o kwiatkach posadzonych na balkonie. Robię to żeby sprawdzić reakcję i 9 razy na 10 on nie odwzajemnia miłej atmosfery. Coś tak odburknie i dalej siedzi naburmuszony. Po czym po kilku minutach słyszę jak to się zaśmiewa z sąsiadem.
          Chociaż mi tego wyraźnie nie powiedział ale ja po 5 latach małżeństwa już wiem, że on ma do mnie dwa "ale" tylko że jak sam się nie zmieni to ja też nie i skończy się albo pozorem małżeństwa albo rozwodem.
          Pierwsze 'ale" to jest takie że nie jestem jak jego mamusia. Z pozoru kobieta zupełnie nie ingerująca w jego życie, do tego stopnia, że przez 5 lat małżeństwa byłam tam zaproszona może 5 razy ale faktycznie kontrolująca go na każdym kroku i wiążaca go ze sobą prawdziwymi kajdanami. A wszystko pod pozorem "pomocy" - ta kobita zrobi dla niego wszystko nie zastanawiając się nawet nad tym że mu tak naprawdę szkodzi nie pozwalając wreszcie ponieść konsekwencji jego decyzji i wyborów. Ta "pomoc" jest przede wszystkim finansowa ( mój mąż to z jednej strony fantasta który kilkaset tysięcy, w znacznej części pożyczonych od matki, utopił w beznadziejnym interesie, a z drugiej strony zawodowy nieudacznik, właściwie to umie robić tylko jedno ale oczywiści twierdzi że tylko on jeden jest mądry a reszta to zlodzieje i kretyni i się na nim nie poznaja ) ale nie tylko finansowa - mamusia ciągle ofiaruje się pomóc wmu w tym czy w tamtym, to czy tamto załatwić, tak żywo jest zainteresowana jego pracą w najdrobnieszych szczególach że nawet nazwy różnych kontrahentów zna - sprawy w gruncie rzeczy nieważne. Ja taka nie jestem - z mojego pkt widzenia każdy ma swoje życie zawodowe, jest za nie odpowiedzialny, można czasem opowiedzieć jakąś ciekawą czy śmieszną dykteryjkę ale nie można oczekiwać od partnera że 99% rozmów będzie się kręcić wkoło tego co tam w pracy, gdzie był, z kim rozmawiał, tym bardziej że dla mnie to jest totalna abstrakcja. Ja go nie zanudzam szczegółami moicvh spraw zawodowych. Poza tym mamusia zawsze go usprawiedliwia - nie miał czasu zrobić co obiecal bo on taki zapracowany, zmęczony itp. zapomniał, że mial być o 12 i przyszedł o 15 - to pewnie dlatego, że ma tyle spraw na głowie. Ja takich numerów nie puszczam płazem. Ogólnie on jest nauczny że matka jest na każde jego skinienie a on jej odpłaci wtedy kiedy ma czas, ochotę, a jak nie ma to mamusia poczeka...nawet rok np. na wbicie gwoździa albo zrobi to sama, tylko broń Boże nie czyniąc mu żadnych uwag, nie popędzając go. Ja przeciwnie - jeśli umawiamy się że w tą sobotę pomaluje płot to oczekuję że to zrobi i nie będę go usprawiedliwiać tym, że zamiast zabrać się za to z rana spędził 3h przed kompem a potem deszcz zaczął padać. Mam wrażenie, że jemu wydaje się, że ja wiecznie czegoś od niego wymagam a on najnormalniej w świecie nie jest przyzwyczajony do tego ze jak słowo się rzekło to trzeba dotrzymać, że każdy ma określone obowiązki, że się po prostu od niego wymaga i wyciaga konsekwencje z zawalania spraw. Rzeczywiście nie ma we mnie niczego w moim do niego stosunku z matkowania. To po prostu nie ta rola. A chyba tego by oczekiwał bo uwagi mi kiedś czynił, że traktuje go inaczej niż dziecko. No żesz nie kumam jak można tak samo traktować 2-latka i 40-latka ? Może mi to ktoś wytłumaczyć. Chodziło o to że synkowi okazuję dużo uczuć a jemu wcale. Tłumaczyłam, że dziecko i tylko dziecko to kocha się za nic, natomiast jak mam mu okazać uczucie jak przyszedł do domu z kwaśną miną, zjadł coś w milczeniu, pojechał na godzinę po coś tam, wrócił po 3 nie informujac mnie o spóznieniu, po czym spędził wieczór z sąsiadem na balkonie zupełnie ignorując moją obecność !!!
          Drugie "ale" natomiast dotyczy naszego życia seksualnego. To dla mojego męża ważna sprawa - tak ważna, że nawet wymyslił sobie że ja nie mam ochoty z powodu tabletek anty i poddał się ...wazektomii ( rzeczywiście nie planujemy już na pewno więcej dzieci, w tym roku kończę 40 więc niby nie problem ale on mi wcale nie powiedział że idzie na ten zabieg. Kiedyś wcześniej coś tam luźno wspominał że może rozważyć taką opcję ale to co innego niż konkretna decyzja. Wypadałoby ze mnę porozmawiać ). Zapłacił 2 tys za poważną jednak ingerencję w swój organizm i nie osiągnął nic, a miałby to czego chce za darmo gdyby mnie posłuchał. Ten jednak z uporem maniaka odmawia przyjęcia do wiadomości o co tak naprawdę w tym chodzi - ano o to, że nie okazuje mi żadnych uczuć, nie ma dla mnie czasu, ewidentnie woli czas spędzać z sąsiadem, irytuję go. A potem się dziwi czemu śpimy odwróceni plecami.
          • hipinka Re: co robic? 22.05.14, 19:53
            dla mnie to brzmi jakbyś mieszkała pod jednym dachem z obcym człowiekiem :(
            jak to wytrzymujesz?
            no i ciśnie mi się na usta: wcześniej taki nie był?
            • julita165 Re: co robic? 23.05.14, 11:58
              Może nie z zupełnie obcym ale z dobrze znanym sublokatorem. Przychodzi, nie rozrabia, płaci i robi co do niego nalezy. A wytrzymuję to chyba dlatego, że jego większą część tygodnia po prostu nie ma. Może zresztą od początku w tym tkwił problem. Przez większą część naszego małżeństwa mąż miał pracę wyjazdową pon-pt. I on tą pracę i tylko tą pracę naprawdę lubi i jest zresztą jedyna w której zarabia przyzwoite pieniądze. Były chyba ze trzy kilkumiesięczne etapy kiedy pracował normalnie ale po pierwsze on tych prac nie cierpiał więc i tak miał wiecznego focha, a po drugie znaczenie mniej zarabiał. Pogodziłam się z jego pracą ale może dlatego oczekiwałabym większego zaangażowania wtedy kiedy jest w domu czyli w zasadzie tylko w weekendy ale i tego nie ma.
              On od początku taki nie był - każdą wolną chwilę mi poświęcał, pisał po kilkadziesiąt sms-ów dziennie, przez pierwszy miesiąc wydałam 800 zł na telefon, potem załatwiliśmy sobie abonamenty z darmowymi rozmowami na wybrany nr. Był wesoły, zawsze zadowolony, chętny do wszystkiego, typowe motylki w brzuchu. Może i były jakieś symptomy że jednak to jest jakaś maska ale jak się nad tym zastanowię to jednak delikatne np. zdarzało mu się spóźniać ale niewiele i zawsze przepraszał. No i to że właściwie wszystko kręciło się koło jego firmy, różnych z tym problemów ale ja to rozumiałam - ja miałam od lat dobrą stabilną pracę a on wtedy rozkręcał interes, to jest jasne że to bardziej absorbujace niż praca 9-17. Tylko, że z czasem zaczęło to być męczące bo właściwie to on nigdy mnie nie zapytał co tam u mnie w pracy, a o jego sprawach dyskutowaliśmy w kółko i zdarzało się nie raz że jakoś tam mu pomagałam, choć przyznać muszę, ze nie była to pomoc mega absorbująca. Nie dość że ten interes mnóstwo czasu mu zabierał, również w weekendy to już kilka miesięcy po ślubie zaczął mieć ciągle jakieś zajęcia solo. Niby w tym nie ma nic zdrożnego, każdy ma prawo mieć czas tylko dla siebie ale chodziło mi o jakieś proporcje a one moim zdaniem były zachwiane np. praca na etacie 9-17, potem 4 razy w tygodniu siłownia i wracał do domu ok 22, potem w weekend całymi dniami zajmował się tą swoją firmą, a co drugi sobotni wieczór chciał spędzać z kolegami na meczu. Ja bym już machnęła ręką na ten mecz bo to rapem ze 2h ale to wygladało tak, że np. mecz jest na 18 to wychodzi o 17 i wraca w nocy albo nad ranem. Po prostu za dużo tego było jak na mój gust bo zwyczajnie czasu nie starczało na jakiekolwiek wspólne życie. Nic prawie nie robilismy wspólnie oprócz zakupów raz w tygodniu i czasem jakiegoś wyjścia a i to z reguły z mojej inicjatywy. Nie wytworzyła się między nami żadna wpólnota, cokolwiek co naprawdę lubilibyśmy robić razem. Na tym tle wybuchały między nami spory i przez pewien czas było lepiej a potem znów gorzej i tak w kółko. Po 2 latach małżeństwa zaszłam w ciąże ( świadomie ) i nawet raz w ciązy nr mi taki strzelił że byłam gotowa na rozwód ale strasznie się kajał, myślałam że szczerze ale teraz coś wątpię. Wracając jeszcze do tej jego pracy - żeby to rzeczywiście warte było takiego zachodu ale nie, ta firma caly czas balansowała n agranicy upadku i w końcu do tego doszło a na mój rozum powinien ją zamknąć znacznie wcześniej.
              Jak urodziło się dziecko to chyba sie między nami jeszcze pogorszyło ale nie dlatego że jak piszą zwykle - żona nie ma dla mężą czasu i ochoty, przeciwnie, mieszkaliśmy z mamą, ona chętnie zajmowała się wnukiem, ile razy chcielibyśmy gdzieś wyjść nie było problemu. Ale rzeczywiście zabrakło mi już czasu, energii i ochoty na wieczne rozstrząsanie jego zawodowych problemów, spraw. Teraz to ja oczekiwałam od niego większego zaangażowania. A on poczuł się odsunięty na boczny tor, wręcz mi powiedział że jest zazdrosny o synka. A mial po temu podstawy tylko o tyle że rzeczywiście nie miałam ochoty w kółko rozstrząsać co tu zrobić z tą firmą, co z tym czy tamtym klientem. i użalać się nad jego ciężkim zawodowym losem. A numery robił coraz głupsze np. kilka miesięcy nic nie robił bo czekał na jedną super pracę ktorej się oczywiście nie doczekał i złościł sie kiedy na wyraźne jego pytanie mówiłam co ja bym zrobiła a najwyraźniej oczekiwał innej odpowiedzi. Ja zawsze spokojnei podchodziłam do jego zawodowych niepowodzeń bo naprawdę sporo zarabiam i ostatnie czego oczekuję od męża to żeby mnie utrzymywał. Z drugiej strony nigdy nie pozwalałm zrobić z siebie głupiej i dopuścić do tego, żebym to ja miała utrzymywać zdrowego młodego chłopa - zawsze swoje finansowe obowiązki mial i musiał sie z nich wywiązać, nawet jeśli oznaczało to, że robi sobie jaieś długi ( na szczęście mamy rozdzielność majątkową ). I tak jest do tej pory. Kokosów od niego nie oczekuję ale partycypacji w wydatkach na poziomie adekwatnym do jego zarobków jak najbardziej. I w tym tkwi jeszcze jakieś trzecie "ale" które on do mnie ma - wiele razy zarzucał mi że nie tworzymy wspólnoty, z czym sie zgadzam, aczkolwiek zupełnie gdzie indziej upatruję przyczyny. On co prawda nigdy nie sformułował jasno o co mu chodzi ale generalnie o to że nie tworzmy wspólnoty majątkowej. Pomijam, że moim zdaiem wspólnota majątkowa może powstać dopiero jako następstwo wspólnoty emocjonalnej ale nigdy nei wyjaśnił jak niby chciałby tą wspólnotę utworzyć biorąc pod uwagę, że najpierw jego firma gdzie przejadał obrót i nie miał na wydzielenie puli na prywatne wydatki, a potem podpisana rozdzielność majątkowa ( celem uzyskania kredytu mieszkaniowego na jego prośbę ) wykluczają wspólne konto. Po prostu podzieliliśmy sie wspólnymi wydatkami przy czym ja na wspólne cele wydaję, proporcjonalnie do wyższych dochodów, więcej. Również ja czynię nasze jedyne oszczędności, niby z przeznaczeniem dla synka w formie specjalnej polisy, ale jakby co to sami będziemy też mogli z tego korzystac.
              Ogólnie rzecz ujmując nie wiem za bardzo jak mój mąż chciałby aby wyglądało nasze małżeństwo ale podejrzewam, że tak że ja rzadko kiedy czegokolwiek od niego chcę, wymagam, z uśmiechem na ustach przyjmuję odmowę, rozumiem że żona to nie przyjaciel bo od tego są koledzy, zajmuję się dzieckiem ale z pokorą słucham jego "mądrych" uwag wychowawczych no i konsultuję z nim swoje wydatki. A tu figa !!!
              • julita165 Re: co robic? 23.05.14, 13:16
                My się bardzo od siebie różnimy, całe nasze wcześniejsze życie i doświadczenia były kompletnie różne i może dlatego tak nie możemy się dogadać.
                Ja pochodzę z dość tradycyjnego domu z bogatymi tradycjami a małżeństwo moich rodziców uważam za ideał. Przeżyli ze sobą 23 lata ( tata zmarł kilka lat temu ) i nigdy nie slyszałam żeby się kłócili, byli dla siebie niemili, mimo że oboje prowadzili firmy więc zabierało im to więcej czasu niż zwykły etat jednak ten czas wolny umieli i lubili spędzać wspólnie, nawet jeśli było to tylko zwykłe siedzenie na tarasie. Jeszcze dzień przed nagłą śmiercią tata zapraszał mamę na obiad, ot tak bez żadnej okazji, po prostu chciał miło z nią spędzić czas. Mieli bardzo dużo znajomych, po latach już wspólnych, nie było żadngo podziału na mamy koleżanki i taty kolegów. Nie przypominam sobie jakiś dziwnych podziałów że tata gdzieś tam chodził sam a mama sama pomijajac oczywiste wyjatki jak spotkania x lat po maturze czy wyjazdy taty na narty kiedy mama już nie czuła się na siłach. To są jasne sprawy ale nie było zachowań jak u mojego męża. Poza tym w moim rodzinnym domu ważne było obchodzenie rocznic, imien, świąt. Wszyscy na to czekali żeby miło razem spędzić czas, zrobić bliskim przyjemność a mój mąż to traktuje jak dopust Boży. Święta to dla niego zawracanie głowy, choinka to tylko neipotrzebne wydatki i śmieci. Na imieniny czy urodziny to co najwyżej można dostać jakis prezent, z reguły bez opakowania ze słowami "no to najlepszego" i to byłoby na tyle. A i to nie zawsze. Rocznice ślubu owszem dotąd obchodziliśmy ale z mojej inicjatywy i tak przez skórę czułam że on uważa to za zawracanie głowy. Taka choćby sprawa jak Dzień Matki - mój synek ma 2l i 7 m-cy, wiadomo że sam niczego nie zorganizuje ( choć w tym roku zrobił mi w klubie malucha już 3 laurki i nazrywał kwiatki :-) ) ale rozumie już dużo i trzeba go uczyć pewnych zachowań ale przez poprzednie dwa lata mąż nie zrobił w tym kierunku nic. Choć np na dzień babci ja za synka i trochę razem z nim przygotowuję coś dla babć. Albo taka głupota jak Walentynki. Moim zdaniem jak na codzień umie się okazywać uczucia to nie trzeba robić z tego jakiegoś święta ale jeśli na codzień nie robi się nic to wypadałoby chociaż od święta. W tym roku wypadały w tygodniu więc ja, nie wiedząc czy tego dnia mąż w ogóle będzie w domu niczego z góry nie przygotowałam ale jak już byłam w pracy okazało się, że wraca. Przyjechal nawet prede mną. Jednego głupiego kwiatka nie kupił, słowem się nie odezwał. Zaproponowałam że kupię wino i zrobimy kolację. Kolację owszem zjadł, prawie że w milczeniu, wina nie pił tylko oświadczył, że na chwilę idzie z sąsiadem do sklepu - nie było go ze 2h ( bo oczywiście u niego 15 minut to równie dobrze są 3h ). I on się potem dziwi że ja staję się oschła w relacjach z nim !!! Podobnie w Dzień Kobiet, fakt nie raz wyśmiewałam się z tego "święta", że jest komunistyczne i nie chcę go obchodzić ale akurat traf chciał, że w ten dzień zaprosiliśmy kilku znajomych więc postanowił żonom kolegów kupić po tulipanie i mnie też takiego dał ze słowami " no tobie też kupiłem". W życiu nikt mi w ten sposób kwiatka nie dał ani też nie słyszałam o czymś takim. Wręcz mi to na chamstwo wygląda. W dodatku mąż wiecznie ma jakieś ale do mojej mamy oraz brata i jego żony. Niby nic konkretnego nie mówi ale ich nie lubi nie wiedzieć czemu. Ok, lubić nie musi ale jeśli czasem ich zapraszam to czemu wiecznie oczy do nieba wznosi. Męczy mie to. W moim domu normalne bylo że rodzina to nie tylko mąż, żona i dzieci ale też dziadkowie, kuzyni, ciotki, wujkowie bliższi lub dalsi ale jakieś tam kontakty z każdym się utrzymuje. Domu męża to ja właściwie nie poznałam. On już od kilku lat mieszkał sam, a teściowa była wdową. Po pewnym czasie zauważyłam jednak że ten dom jest kompletnie inny od mojego. Mąż ma niewielką rodzinę - dosłownie kilka osób ale oni z nikim nie utrzymują żadnych kontaktów, do jednej ciotki tylko z 3 razy do roku dzwonią z życzeniami. Matka nie ma żadnych znajomych, nigdzie nie bywa, nikogo nie zaprasza. Sama chodzi do kina, do teatru, jeździ na wakacje. Ja z mężem byłam tam zaproszona dosłownie z 5 razy przez 5 lat. Ewentualnie mąż jeździ tam sam jak go mama poprosi o jakąś pomoc. Choć kobieta do biednych nie należy to w tym roku odmówiła przyjścia do mojej mamy na Wigilię ( tradycyjnie moja mama robi zapraszając nas, teściową, mojego brata z żoną i jego teściów ) i jak się dowiedziałam od męża chodziło jej o to że musiałaby bratu jego żonie i jej rodziców jakiś prezent kupić bo oni też zawsze jej kupują ! I przecież nie chodzi o nie wiadomo co, tylko jakiś symbol, wystarczyłaby czekolada albo wino. Ale ona najwyraźniej woli sama w Wigilę siedzieć i utrzymywać jakieś relacje towarzysko-rodzinne niż kilkadziesiąt góra zł wydać. Dla niej liczy sie tylko ona, jej syn i wnuk bo tu muszę uczciwie przznać, że jest bardzo dobrą babcią. Synek ją uwielbia. Ona jest taka strasznie praktyczna - lepiej nikogo nie zaprosić a kupić sobie nowe filiżanki i samemu z nich pić to mniej kawy pójdzie. To jest coś w ten deseń czego ja zupełnie nie rozumiem.Mój mąż np. naśmiewa sie z małżeństwa mojego brata niby mówić że fajnie jeśli im to pasuje, ale że to śmieszne że oni tak ciągle razem, razem sobie na tenisa chodzą, razem co piątek do restauracji na obiad, razem w sobotę lub niedzielę do jednych lub drugich rodziców na obiad, że razem tak lubią podróże, razem jeżdżą na nartach i wspinają się, razem sobie wypożyczają rózne filmy oglądają je i dyskutują o nich lub o przeczytach książkach. Ja jakoś nie widzę w tym nic śmiesznego tylko małżeństwo które jednocześnie lubi się, jest dla siebie przyjaciółmi, dzieli jakieś wspólne pasje i nie jest tak, że oni nic kompletnie osobno nie robią bo np. brat gra w siatkę raz w tygodniu bez żony ale jednak zasadniczą część życia spędzają razem. Chce im się w weekend zjeść razem śniadanie ale do tego trzeba razem wstać a jak ja wstaję z synkiem koło 8 a mąż o 10 to nie ma o tym mowy. W ogóle to ona dziwaczne podejście do związku np. razem z tym sąsiadem nabijają się z trzeciego kolegi z którym razem chodzili do klasy że powiedział, że nie przyjedzie gdzieś tam kiedyś bo nie chce żony samej zostawiać skoro i tak dużo pracuje a ona sama z dzieckiem w domu siedzi. Ja tu nie widzę nic śmiesznego tylko męża dbającego o rodzinę. Albo kiedyś był bardzo zdziwiony że moja koleżanka na swoje urodziny zaprosiła kolegów męża. Dla mnie to symptomatyczne było że on nie rozumie, że to powinno być tak że po kilkunastu latach małżeństwa nie ma jej koleżanek ani jego kolegów tylko wspólni znajomi. Mężowie moich najbliższych przyjaciółek stali się już moimi przyjaciółmi natomiast kolegów męża ledwo znam, a ich żony właściwie wcale. Mieszkamy w nowym mieszkaniu od 8 m-cy, przez ścianę z tym sąsiadem. On czasem do nas do domu przychodzi tak bez okazji ale wtedy razem z mężem traktują mnie jakby mnie właściwie nie było chyba że sama włączę się do rozmowy. Nawet jak go zapraszam zebyśmy razem usiedli przy stole, coś tam stawiam to oni dziękują i sterczą przy barku. Podobnie czasem mąż sam chodzi do niego, nie wiem jak tam traktują żone sąsiada. Tak razem to oni u nas byli 3 razy, a my tam byliśmy raz. Myslałam, że w nowym miejscu będę miała jakiś znajomych, z kim pogadać pod nieobecność męża ale tak się nie dzieje, ja z tymi ludźmi nie nawiązuję żadnych własnych kontaktów, nie mam po prostu na to szansy bo mąż najczęściej czas spędza sam na sam z tym kolegą - każdy stoi na swoim balkonie, piją piwo i gadają, ewentualnie sami idą do ich ogródka. Ci ludzie są mi tak samo znani jak cała reszta sąsiadów, ograniczamy się do "cześć". A naprawdę starałam się być dla nich miła. Wśród moich znajomych nie ma takich sytuacji, wszyscy bawią się razem. Kiedyś dwie moje przyjaciółki mieszkały w jednym domu i spotykali sie bardzo często ale z mężami, którzy tez się poznali i polubili a w moim małżeństwie spotykam się z czymś dokładnie odwrotnym co mi się nie podoba
                • julita165 Re: co robic? 23.05.14, 13:38
                  No długo mi wychodzi ale co tam, chcę jakoś usystematyzować swoje żale :-)
                  Jest jeszcze jedna ważna kwestia która nas mocno różni - reakcje na nieporozumienia czy pretensje. Ja byłam nauczona szczerze o wszystkim z najbliższymi rozmawiać, wiedziałam ze mogę powiedzieć rodzicom wszystko to nawet jeśli czegoś nie zaakceptują czy mnie zganią to na pewno nie odwrócą sie do mnie plecami. W moim domu w ogóle nie istniało takie pojęcia jak nieodzywanie się do kogoś. A mąż często tak postępuje i chyba to też wyniósł z domu bp np, kiedyś mi opowiadał jak to jak był nastolatkiem wbrew woli rodziców pojechał na jakiś koncert i ojciec się do niego pół roku nie odzywał. Mnie się coś takiego nie mieście w głowie. Teściową też już na tyle poznałam że wiem że jest mega skrytą osobą i nigdy nie wiadomo co ona tam sobie myśli i co w głowie krytykuje. Ot choćby taki fakt - jak jeszcze mieszkaliśmy w domu z moją mamą to teściowa przyjeżdżała razem z nią opiekować się wnukiem ( obie chciały robić to razem, że każda sama może sobie nie dać rady ) i spędzała tam ładnych parę godzin, tak mniej więcej 9-17. Wiadomo ze jeść i pić przez ten czas coś trzeba i mojej mamie do głowy by nie przyszło teściowej nie poczęstować no i wyszło tak, że ona przyjeżdżając w ten sposób przez ok 1,5 roku codziennie korzystała z mamy zaproszeń na obiad i dosłownie kilka razy sama zaproponowała że coś przygotuje. Ja wtedy nic nie gotowałam, raz że nie umiem, dwa nie lubię, trzy mojej mamie nie przeszkadzało że gotuje dla siebie i dla mnie ( męża i tak w tygodniu nie było ) więc wychodziło na to że mama żywi teściową i już nie chodzi o wydatki tylko o sam wysiłek a w zamian za to ma wiecznego gościa. Kobita tam nawet po sobie szklanki do zmywarki nie wstawiła a w końcu jak przez taki długi czas przyjeżdża się do domu syna i wnuka to jednak można i należy wyjść z roli gościa. Ale ja dokładnie wiem o co jej chodziło - o kasę ! Ona sobie jakos chyba kalkulowała że jeśli czasem moja mama coś kupi i ugotuje a czasem ona to wyjdzie na tym gorzej niż gotując o 19 tylko dla siebie. Zresztą jak zdarzało się, że zostawała z synkiem sama a moja mama wychodziła to kupowała coś tylko dla siebie. Nie chodzi o to że ja oczekiwałam od niej żeby dla mnie jeszcze gotowała tylko że nie można, właściwie żyjąc pod jednym dachem, zachowywać sie jak obcy ludzie i że każdy zjada to co sobie sam kupił. Trzeba to jednak jakoś "uwspólnic" Poza tym, wbrew pozorom, z wyprowadzką od mojej mamy mojemu mężowi głównie chodziło o finanse chociaż ja mu czarno na białym na kartce udowadniałam, że na pewno do mojej mamy nie dokłada i naprawdę tak nie było. Ale on woli wydać więcej byle na pewno nic nikomu "obcemu" nie dać ani nie być mu winnym.
                  I co w tym wszystkim śmieszne jak kilka razy próbowałam mężowi to wszystko co napisałam ( oprócz uwag o teściowej oczywiście :-) ) spokojnie wytłumaczyć to się dowiaduję, że ja chcę tylko brać a nic nie dawać bo tak źle mnie rodzice wychowali ! Rozumie ktoś coś z tego ? Bo ja nic.
                  • julita165 Re: co robic? 23.05.14, 14:09
                    A najlepsze jest to że jak ja zaczynam się zachowywać tak jak on to on ma pretensje ! Np. kiedyś wracał dopiero w sobotę. Nie wiedziałam o której i spędziłam noc z pt na sobotę u mamy, jakoś w południe dowiedziałam się że wraca koło 16 ( a lata doświadczeń nauczyły mnie że to może być równie dobrze 18 ) więc powiedziałam że zostanę na obiad i będę koło 17. On rzeczywiście wrócił jakoś po 16 i natychmiast poleciał do sąsiada gdzie siedział do 22 chociaż mnie powiedział że za chwilę wraca. A jak miałam o to pretensje to zaczął się żalić że to ja jego olałam. On wraca a mnie nie ma, nic do jedzenia nie ma ( co nie było prawdą aczkolwiek rzeczywiście musiałby sobie gotować sam ale z głodu by nie padł, poza ty proponowałam wcześniej żeby też przyjechał do mamy na obiad ), w domu bałagan ( sam jest wielkim bałaganiarzem, a ten bałagan to była załadowana zmywarka już po zmywaniu )
                    Ja od pewnego, a nawet dłuższego czasu olewam wiele spraw bo już nie chce mi sie języka strzępić i dorosłego chłopa wychowywać, zajmuję się sobą i synkiem i on rzeczywiście może czuć się na marginesie ale moim zdaniem sam siebie tam postawił tylko kompletnie nie chce tego zobaczyć. Jemu najwyraźniej przeszkadza jak dobrze czuję się sama ze sobą czy ze swoimi znajomymi albo rodziną i choć ja zawsze mu proponuję współuczestnictwo to on z jednej strony nie chce a z drugiej ma pretensje że ja chce. Np. z tą moją mamą. Nie lubi jej - ok, ja jego mamy też nie za bardzo. Jakieś minimum wspólnych kontaktów muszą mieć ale śmieszne jest to że on ma "ale" o moje dobre z nią kontakty. Werbalnie temu zaprzecza ale za dobrze się znamy żebym ja tego nie widziała.
                    Taki przykład: mój synek bardzo lubi kolejki. Jakiś czas temu, jeszcze zimą mąż mówi, że fajnie byłoby żeby przejechał się koleją, niedaleko mamy stację. Powiedziałam że fajny pomysł. Przez jakiś czas nic w tym kierunku się nie działo, nie pamietam dlaczego i któregoś razu mąż znowu o tym powiedział więc odpowiedziałam że w weekend chętnie się przejadę. Na co on, że już z sąsiadem się umówił, że też zabierze swoje dziecko i razem pojadą do brata tego kolegi. Niby nie powiedział że chce jechać beze mnie ale taki właśnie był wydźwięk. Naprawdę nie jestem w stanie pojąć czemu mąż tak stawia mnie w opozycji do tego kolegi, jak jedzie kolega to ja mam nie jechać. Miejsc w pociągu brakuje czy co ? Oczywiście z wycieczki nic nie wyszło, rozeszło się po kościach jak większość pomysłów męża. Ale w długi majowy weekend ja postanowiłam zabrać synka na wycieczkę kolejką wąskotorową. Właściwie to wymyśliła moja mama która gdzieś tam uslyszała o takiej atracji w okolicy. Umówiłam się więc z mamą że pojedziemy razem. Oczywiście mężowi też zaproponowałam ale odmówił wykręcając się koniecznością stawiania płotu chociaż przez cały dzień dwie sprawy dałoby się pogodzić. Został więc sam, stawiał płot hodując swoje do mnie żale chociaż tak naprawdę to ja zrobiłam tylko to co on sam chciał zrobić.
                  • sebalda Re: co robic? 23.05.14, 14:54
                    Julito, Ty strasznie nie lubisz tego swojego męża. No i teściowej. Nie chodzi o to, że nie masz racji, pewnie masz, ale jest w Twojej opowieści tak wielki ładunek pretensji do męża, że aż przykro to się czyta.
                    Ja mam męża, który od zawsze stosuje wobec mnie przemoc psychiczną, z czego długo nie zdawałam sobie sprawy, biorąc to za typowe nieporozumienia małżeńskie, mogę o nim powiedzieć bardzo dużo złego, ale są też dobre rzeczy. I te dobre rzeczy jakoś kompensowały latami te złe, potem zaczęłam stawiać granice tym złym i jego agresja eskalowała, dzieci dorosły, przestały być takie posluszne jak wcześniej, co też rodziło konflikty, ostatnie lata to piekło, ale mimo wszystko nadal mogę wymienić dobre cechy męża, nawet dziś, mimo wojen, jak ma lepsze okresy, rozmawiamy, mamy wspólne upodobania, czasami żyjemy niemal w zgodzie (chwilowej, ale jednak). U Ciebie jest stale źle albo bardzo źle. Akcja męża z operacją bez Twojej wiedzy jest w ogóle jakaś kuriozalna.
                    Do czego zmierzam? Uważam, że lepiej dla Was byłoby się rozstać. Tu już nie ma kompletnie nic, tylko się razem męczycie. Nie pasujecie do siebie, nic Was nie łączy. Wyraźnie gardzisz mężem, czy myślisz, że dziecko tego nie czuje? Jak będziecie go razem wychowywać, jakie wzorce mu przekażecie? Niefajne to wszystko. Po rozwodzie mąż na pewno okaże dziecku więcej zainteresowania niż teraz, bo tak jest z reguły, czasami w takiej sytuacji dla dziecka jest lepiej.
                    Rozmawiałaś już z mężem o rozwodzie, co on na to?
                    • julita165 Re: co robic? 23.05.14, 15:29
                      Ja też sama nie rozumiem, nie wiem czy jest jeszcze coś do uratowania. W końcu, tak niedawno jeszcze bo 6 lat temu było cudownie. Ja bym po prostru chciała żeby on byl taki sam jak wtedy kiedy sie poznaliśmy to ja wtedy też taka bym była...
                      Poza tym jest jeszcze sprawa tego nowego mieszkania. Nawet nie chodzi o to, że ono jednak bardzo skomplikowało rozstanie tylko o to po co nam to było ? Po co mężowi to było ?
                      Wczoraj właśnie minął rok jak oświadczył że albo się z nim wyprowadzę albo on odchodzi. To było po kilku miesiącach kiedy było między nami bardzo źle a on wcale nie chciał mi nic wytłumaczyć tylko mnie zbywał a potem wyskoczył z tą wyprowadzką. Nie odpowiedziałam mu od razu, chyba z tydzień się zastanawiałam. Po raz pierwszy od dawna czułam że rozmawia ze mną szczerze, mówi co myśli, ja też mówiłam o tym co mnie boli w małżeństwie i co, oprócz mieszkania, moim zdaniem musimy zmienić. Mówiłam że moim zdaniem sama zmiana adresu nic nie rozwiąże i on się ze mną zgadzał. Na pytanie czy naprawdę zależy mu na tym abym się wyprowadziła z nim twierdził, że tak. Przecież była wtedy świetna okazja do zakończenia związku. Bo z mojego pkt widzenia tak to wygląda że ja mu nie jestem potrzebna do szczęścia. Ponieważ w tamtym okresie życia naprawdę wymęczył mnie swoim kilkumiesięcznym paskudnym zachowaniem króko po naszej rozmowie była taka sytuacja że byliśmy na imprezie u znajomych. Już późno w nocy jak impreza się trochę rozlazła moja przyjaciółka rozmawiała ze mną o tej wyprowadzce i tak jakoś padło z moich ust, że decydując się na to rózne sprawy miałam na myśli, w tym również żeby synek mial ojca. Mąż to usłyszał, ja nawet kątem oka widziałam że on to słyszy ale w zasadzie chciałam żeby to usłyszał bo chciałam żeby zrozumiał jak paskudnie czułam się z nim od dawna. To nie było stiwerdzenie, że wyprowadzam się bo chcę żeby synek miał ojca tylko że to RÓWNIEŻ jeden z argumentów. Rozumiem że mężowi mogło zrobić się wtedy przykro ale chciałam nim nieco potrząsnąć żeby zobaczył jak to jest jak najbliższa osoba sprawia przykrość bo mnie z jego strony często przykrości spotykały. I to po wielokroć takie same, ja rozumiem że czasem można zrobić komuś przykrość ale jak już się wie o czymś takim to się tego nie powtarza a mój mąż w kólko to samo, pomimo tego że wiele razy mu tłumaczyłam co sprawia mi przykrość.
                      No i podczas naszej ostatniej kłótni wytknął mi, że wyprowadziłam się po to żeby synek miał ojca. Zaprzeczyłam temu ale żałuję, że nie dodałam, że ja za to tak się czuje jakbym jemu była potrzebna tylko do podpisania umowy kredytowej. I z ręką na sercu - naprawdę wyprowadzjąc się miałam dobre intencje, chciałam żeby to naprawdę był nowy początek naszego związku a mam wrażenie że znów weszłam do tej samej rzeki. Czuję się po prostu kompletnie odstawiona przez męża na boczny tor a on pewnie tak samo się czuję. Tylko, że ja jeszcze byłabym gotowa podjąć jakiś wysiłek ale zwyczajnie nie mam okazji i czasu. Mąż jest albo w pracy albo z sąsiadem. Przyznam że znając jego "przywiązanie" do kolegów obawiałam sie kupoważ akurat to mieszkanie ale było naprawdę optymalne pod każdym względem a mąż przysięgał że nie zamienimy trójkątu z moją mamą ( co mnie zarzucał ) na trójkąt z kolegą. No i rzeczywiście to nie jest nawet trójkąt - jest mój mąż z kolegą i ja z synkiem, obok. Tak przynajmniej to czuję. A najlepsze w tym wszystkim jest to że ja jestem bardzo towarzyska osobą, lubie spotkania ze znajomymi, lubię gdzieś bywać i przyjmować gości. Ja bym nie miala nic na przeciwko temu gdybyśmy z tym kolegą i jego żoną ( nie mam pojęcia co ona na taki układ, jak pisałam mieszkamy przez ścianę ale właściwie jej nie poznałam ) tworzli jakąś fajną paczkę i mieli zdrowe relacje towarzyskie nie niszczące życia rodzinnego, takie jak mają wszyscy moi znajomi- wilk byłby syty i owca cała ale najwyraźniej mąż tego nie chce a ja nie wiem czemu, nie potrafię tego zrozumieć.
                      Piszesz że nie lubię męża - naprawdę trudno lubić kogoś kto na każdym kroku okazuje brak zainteresowania i lekceważenie. Najświeższy przykład - moja koleżanka ( mój mąż ją bardzo lubi, a zwłaszcza lubi jeje męża ) już 3 tygodnie zaprosiła nas na 40-tkę w przyszły piątek. Mówiła że w ostatnim tygodniu będzie potwierdzać kto będzie bo robi w lokalu i musi znać dokładną liczbę gości. Ponieważ impreza jest w pt a mąż często przyjeżdża dopiero w pt bardzo póxno wieczorem prosiłam żeby załatwil sobie urlop. Oczywiście mówi że się postara ale nie wiadomo jak będzie. Ja pomijam że to jakieś dziwne nie móc zorganizować sobie 1 dnia urlopu trzy tygodnie na przód. Wczoraj wieczorem mu o tym przypomniałam spodziewając się wkrótce telefonu z pytaniem czy będziemy to najpierw na mnie naskoczył, że on nie pracuje tak jak ja że mam urlop kiedy chcę po czym stwerdził że spróbuje pogadać tylko żebym mu następnego dnia o tym sms-em przypomniała. No cała rozmowa z jego strony z jakąś pretensją w głosie czego ja od niego chcę skoro on nic nie wie i nic nie może się dowiedzieć a na koniec łaskawe oświadczenie że zapyta jak mu przypomnę bo najwyraźniej sam nie jest łaskaw o tym pamiętać. Mnie tak naprawdę nie chodzi o to żeby koniecznie poszedł. Nie chce czy nie może to nie, pójdę sama, nie ma problemu ale chcę usłyszeć jakiś konkret od niego żebym zwyczajnie wiedziała co mam powiedzieć koleżance i nie stawiała jej w niezręcznej sytuacji. I jakieś takie akcje są na każdym kroku. Ja czegoś od niego chcę a on przecież nie może, nie da rady, ma ważniejsze sprawy na głowie
                      • julita165 Re: co robic? 23.05.14, 15:39
                        Już szczyt wszystkiego to był w sobotę przed majowym weekendem. Chciałam żebyśmy kupili płot do ogródka, wiele razy wcześniej rozmawialismy że na wiosnę robimy ogródek, sama zorganizowałam kasę i poprosiłam brata żeby od siebie z firmy pożyczył nam samochód dostawczy do ich przewiezienia. Jedyne co mój mąż miał zrobić do pojechać ze mną naszym samochodem na 11 do firmy brata, wsiąść do tego dostaczaka, który jest bardzo duzy, prawie taka mala ciężarówka i ja nie bardzo umiałabym to prowadzić i pojechać ze mną po płyty.
                        No i co ? Ano foch...Że on od mojego brata nie chce pożyczać samochodu, a nie chce bo...nie. Że dlaczego mu wcześniej o tym nie mówiłam tylko dopiero w piatek ( co nie jest prawdą ) Że jemu nie chce się jeździć autem. Że dlaczego na 11 ( dodam, że godzina okazała się optymalna, wyrobiliśmy się ze wszystkim na 19 ). A rano że nieprawa że umawialiśmy się na 11 bo na 12 ( absurd ). A jaka tego cała przyczyna ? Prozaiczna. Wrócił w pt po południu i cały wieczór spędził na balkonie popijając z sąsiadem i zwyczajnie bał się czy o 11 rano już może jechać. To jest w porządku zachowanie ? Jak ja mama w takiej sytuacji postąpić ?
                        • julita165 Re: co robic? 23.05.14, 16:07
                          Mój mąż jest poza tym finansowym fantastą - on uważa że zawsze da się zaoszczędzić. Gotow jest jeść chleb z pasztetową i nigdzie nie bywać żeby mieć coś tam czego chce. Ja odwrotnie - rozumiem że coś tam można zaoszczędzić ale nie będę dążyła do wybranego celu kosztem wszystkiego innego, wszystkich moich potrzeb a już w szczególności kosztem synka. I zanim zdecydowaliśmy się na zakup mieszkania jasno mężowi wyłuszczylam że nie zgadzam się na układ że mamy to mieszkanie i już na nic więcej nas nie stać. Mieszkanie nadal wymaga pewnych wykończeń, trochę dodatkowych mebli ale dużo już tego nie ma. I on ma pretensje do mnie choć ich głośno nie wyraża skoro i tak 3/4 wspólnych kosztów ponoszę ja, że ja za dużo wydaję na różne rzeczy. A ja mu mówiłam że nie wybrażam sobie że synek chodzi w plastikowych butach albo ja czy mogę sobie kupić nową bluzkę. Mówiłam że ja chcę układu finansowego polegającego na ustaleniu kto za co płaci, oczywiście uwzględniając różnice w dochodach. Reszta jest do dowolnego uzytku ale oczywiście razem staramy się kończyć mieszkanie. Coś mu ten układ nie pasuje ale dokładnie nie wiem jakiego by chciał i czy ja byłabym skłonna go zaakceptować.
                          W ogóle z tym finansowaniem mieszkania to też ciekawy numer strzelił. Otóż po róznych rozliczeniach okazało się że brakuje nam ok 18 tysięcy. Większego kredytu już nie bardzo chciałam brać więc zastanawialiśmy się skąd to wziąć. Na co mój mąż z własnej woli, zupełnie przeze mnie nie nagabywany o to stwierdził, że sprzeda swój samochód, kupi tańszy i akurat będzie. Przystalam na ten pomysł bo i tak uważam, że samochód który ma jest mocno na wyrost, jeździ nim mało a kosztuje on strasznie bo ma 5l silnik. Kiedyś go kupił bo o takim marzył, ja nie protestowałam uważając że damy radę i skoro takie jego marzenie...To było pod koniec maja, na początku czerwca. W połowie lipca dostaliśmy decyzję kredytową więc czas byłby zabrać się za sprzedaż auta a tu mąż oświadcza mi ( a nie pyta o zdanie co ja na taki układ ) że jego mama zaproponowała że ona mu na razie pożyczy ile tam chce, a on potem sprzeda samochód to jej odda. Myślę, że kwestie takich pożyczek powinien ze mną skonsultować bo może jakoś źle będę czuła się z pożyczkami u teściowej ale on cały zadowolony tylko mi to zakomunikował. Coś mi w tym pachniało pelargonią bo męża znam i wiedziałam że sprzedaż teo auta tak szyko nie pójdzie. rzeczywiście w końcu pożyczył od swojej mamy ok 10 tys a samochodu dotąd nie sprzedał za to mnie kiedyś zarzucał, że ja nic nie daję tylko chętnie korzystam jak inni dają czyli z pożyczki od jego mamy. Powiedziałam że ja zupełnie nie czuję się pożyczkobiorcą bo ja się umawiałam na sprzedaż rok temu auta a nie na takie pożyczki i to jest sprawa tylko między nimi. On na to, że ja też miałam swoje rózne dlugi ( karty kredytowe, debety ) które zlikwidowałam przy okazji kredytu hipotecznego wciągając to w ten kredyt więc on też moje długi płaci. Wg mnie to nie jest prawda bo moje długi podwyższyły ratę o ok 75 zł/m-cznie a biorąc pod uwagę, że ja spłacam cały kredyt, płacę polisę synka, finansuję jego klub malucha, logopedę, ubieram go, leczę jak potrzeba, kupuję zabawki, sporo jedzenia, a mąż robi główne zakupy i płaci domowe rachunki to i tak wydaję na wspólne cele dużo więcej niż mój mąż, nawet uwzględniając różnice w zarobkach.
                          Ostatnio wystawił samochód na sprzedaż ale to specyficzne auto, duże, wysokie koszty eksploatacji i naprawdę trudno będzie znaleźć amatora. Termin aukcji minał ze 3 tygodnie temu, nikt nie zadzownił, dalszych prób sprzedaży brak, mamusia nie naciska.
                          • mantis_after_dinner Czemu tak skanibalizowalas czyjs watek? 23.05.14, 16:16
                            • julita165 Re: Czemu tak skanibalizowalas czyjs watek? 23.05.14, 16:22
                              Przepraszam. odpisałam autorce wątku bo nasi mężowie wydają się nieco podobni a potem tak mnie naszło się wypisać ...
                              • amaroola Re: Czemu tak skanibalizowalas czyjs watek? 24.05.14, 19:12
                                na wstepie napisalas:

                                "Ja też czuję, że mąż jest wiecznie rozrażniony, niezadowolony, o coś ale nie wiem o co mu chodzi, mam wrażenie że jak do niego mówię to albo go nudzę albo irytuję, woli towarzystwo sąsiada, w dodatku kumpla chyba jeszcze z piaskownicy, niż moje i synka. Generalnie robi o co go poproszę ale z takim zaangażowaniem i entuzjazmem jakie wykazuje się idąc do dentysty "

                                I widac ze jestes takim podejsciem meza rozzalona

                                proponuje: przeczytaj swoje wpisy ponownie, ale sprobuj postawic sie w roli obserwatora (kogos z zewnatrz czytajacego Ciebie, jesli potrafisz) z twoich postow widac wyraznie, dzlaczego Twoj maz sie tak zachowuje....

                                wiecej nie napisze, bo mnie poniesie ;P
                                • zuzi.1 Re: Czemu tak skanibalizowalas czyjs watek? 25.05.14, 23:09
                                  Nie zgadzam się z Tobą amaroola. Nie obwiniaj kobiety która ma do czynienia z takim typem. Julito pozbądź się CZYM PRĘDZEJ tego człowieka z Twojego życia. Nie trac więcej czasu na życie z tym Piotrusiem Panem. Szkoda Twojego życia. On Cię TOTALNIE olewa i nie szanuje. Nie pozwól sobie na to. To co opisujesz to jest dno dna w jego wykonaniu. Przeczytaj mojedwieglowy.blogspot.com/, może to Ci pomoże spojrzec na Twój związek z innej strony.
                                  • pade Re: Czemu tak skanibalizowalas czyjs watek? 27.05.14, 12:08
                                    W życiu Romana, Zuzi:)
                                    Mąż Julity nie jest żadnym przemocowcem. Ewentualnie bierno-agresywny jest, ale akurat go rozumiem.

                                    "Chociaż mi tego wyraźnie nie powiedział ale ja po 5 latach małżeństwa już wiem, że on ma do mnie dwa "ale" tylko że jak sam się nie zmieni to ja też nie i skończy się albo pozorem małżeństwa albo rozwodem"
                                    Jak w piaskownicy: jak on się zmieni - to ja też! a jak nie, to nie!
                                    Dorosły człowiek zaczyna zmiany od siebie.

                                    Teściowa nadopiekuńcza, mąż nieudacznik, rodzina Julity - ideał.
                                    Podstawowy błąd w myśleniu: widzenie czarno-białe.

                                    Nie chce mi się komentować reszty wypowiedzi Julity, ale faktycznie w jednym masz rację Zuzi, niech się dziewczyna rozwiedzie. Skoro pogardę czuć przez monitor, to co dopiero face to face?
                                    • julita165 Re: Czemu tak skanibalizowalas czyjs watek? 27.05.14, 13:25
                                      Ja mężem nie gardzę. To jest błedny wniosek być może wynikający z tego, że nie potrafiłam dostatecznie jasno wyłuszczyć naszych problemów a może dlatego, że sama nieudolnie ( nie jestem psychologiem ) próbuję zdiagnozować dlaczego nam sie tak nie układa
                                      • pade Re: Czemu tak skanibalizowalas czyjs watek? 27.05.14, 13:44
                                        To nie ma znaczenia. Sposób, w jakim piszesz o swoim męzu, wyraźnie sugeruje, że masz go po kokardy. A jednocześnie sama ujawniasz typowe błędy w myśleniu.

                                        Ja rozumiem Twój ból z powodu przykrości, jakie robi Ci mąż, Twoje rozgoryczenie i rozczarowanie, że mąż nie jest taki, jaki "powinien" być. Ale jeśli chcesz by coś się zmieniło, to masz dwa wyjścia: czuć się jak teraz i w końcu się rozwieść, albo zacząć pracę nad sobą i związkiem.
                                        • julita165 Re: Czemu tak skanibalizowalas czyjs watek? 27.05.14, 13:46
                                          Ja wcale nie mam się za alfę i omegę i jestem gotowa pracować nad sobą i związkiem tylko bardzo bym chciała żeby mi ktoś wyjaśnił jak to zrobić bo o własnych siłach czuję że doszłam do ściany
                                          • pade Re: Czemu tak skanibalizowalas czyjs watek? 27.05.14, 13:49
                                            Ale na pewno tego chcesz?
                                            Odstawić go "na bok", odłożyć pretensje na później (uwaga, trudne!) i wziąć na klatę własne błędy?
                                            • julita165 Re: Czemu tak skanibalizowalas czyjs watek? 27.05.14, 13:54
                                              Naprawdę chcę ale nie wiem jak. Jeśli wiesz cokolwiek to proszę napisz. Ja nie mam problemu z uczciwą krytyką i staram się wyciągnąć coś z opinii każdego
                                              • julita165 Re: Czemu tak skanibalizowalas czyjs watek? 27.05.14, 14:00
                                                Bo jak słusznie zauważyłaś "mam po kokardy" tylko że nie męża ( przynajmniej jeszcze nie ) ale takiego życia
                                              • pade Re: Czemu tak skanibalizowalas czyjs watek? 27.05.14, 14:07
                                                Mogę Cię lojalnie uprzedzić, że to nie jest łatwe, i często jest bolesne.
                                                Ja bardzo dużo czytałam i czytam, medytuję, poszerzam świadomość i dzięki temu więcej rozumiem siebie i innych.
                                                Nie mam zamiaru Ciebie krytykować, to Ty powinnaś na siebie spojrzeć z różnych perspektyw.
                                                Spróbuję Ci później zrobic listę lektur, a na początek polecam Ci tę samą, co autorce wątku.
                                                • julita165 Re: Czemu tak skanibalizowalas czyjs watek? 27.05.14, 14:13
                                                  Miałam jednak nadzieję coś konkretnego przeczytać już...gdzie jest bład ???
                                                  • pade Re: Czemu tak skanibalizowalas czyjs watek? 27.05.14, 16:29
                                                    Julita, jak mam Ci napisać gdzie jest błąd, skoro Ciebie nie znam, Twojego męża również. Poza tym, nie jestem od wytykania błędów.
                                                    Twój opis sytuacji jest subiektywny i podbarwiony rozgoryczeniem i złością, więc ciężko się do niego odnieść. Wyżej napisałam co się od razu rzuca w oczy, a to, co jest głębiej wiecie tylko wy.
                                                    Jeśli jesteś w stanie wytrzymać kilka dni, zamów tę książkę, którą Ci poleciłam. Na pewno wiele Ci się wyjaśni. Zobaczysz z jakich strategii korzystacie w związku, z czego one wynikają, jak ich unikać. Książkę napisał terapeuta par, zawarł w niej dialogi typowe dla różnych problemów w związkach, można rozpoznać samego siebie:) Jest też mnóstwo wskazówek, ćwiczeń.
                                                    Tobie samej radziłabym się zastanowić, skąd w Tobie tyle złości na męża i jaka jest Twoja odpowiedzialność za jakość związku.
                                                  • julita165 Re: Czemu tak skanibalizowalas czyjs watek? 27.05.14, 16:44
                                                    Tak. Jest we mnie dużo złości i rozgoryczenia bo jak tak zastanowię się co ja mam z tego małżeństwa to rzeczywiście sporo spraw materialnych aczkolwiek to nie jest tak, że dostałam je od męża a sama sobie leżałam i wąchałam kwiatki oraz to, że idzie ze mną tam gdzie go poproszę czy zrobi o co go poproszę i czasem tak jest łatwiej. No i oczywiście mam wspaniałego synka.
                                                    Natomiast kompletnie nie mam emocjonalnej bliskości z mężem, nie mam w nim przyjaciela i nie mam poczucia że mogę na niego liczyć.
                                                    A moja odpowiedzialność za jakoś związku ? Chyba taka że ja też odpuściłam. Za każdym razem jak poczuję się przez niego zraniona, dotknięta a właściwie zawsze jest to zranianie obojętnością z jego strony, jakimś poczuciem że mnie po prostu olał, reaguję takim samym jak on zachowaniem. W rezultacie powoli zaczynamy żyć w lodowej jaskini. U nas kłotnie są bardzo rzadkie i nigdy nie przbierają jakiś monstrualnych form krzyków, wyzwisk itp. Co najwyżej jest tak że ja najspokojniej i najbardziej rzeczowo jak się da mówię co mi leży na wątrobie, pamiętając o unikaniu uogólnień i krytyce osoby a zwracaniu uwagi na to co i jak ja czuję. Mąż ma dwie strategie - obraza albo podobnie chłodna rozmowa i oboje zostajemy przy swoim. On sie nie zgadza ze mna a ja nie zgadzam się z nim. On nie widzi problemu tam gdzie ja go widzę a bywa że odwrotnie. Piszę bywa bo to ja mam znacznie częściej coś do powiedzenia, mąż jest brdzo skryty, on długo i często będzie ukrywał że coś mu się nie podoba maskując się ale ta zła energia i tak wyłazi. Od pewnego czasu mam wrazenie że uczciwe stawianie sprawy z nim nie pomaga. Przeciwnie, ja też zaczynam rózne sprawy przemilczać ale to prowadzi tylko do tego że coraz bardziej się od siebie oddalamy
                                    • zuzi.1 Re: Czemu tak skanibalizowalas czyjs watek? 27.05.14, 13:46
                                      Pade pijechalas _) ale ja nigdzie nie napisakam, ze on jest przemocowcem. Uwazam, ze facet jest bierno agresywny i pieknie manipuluje autorka. Stad odeslanie do bloga. A kobieta cierpi i jest bezradna.
                                      • pade Re: Czemu tak skanibalizowalas czyjs watek? 27.05.14, 13:52
                                        przemocowiec- dla mnie skrót od człowieka, który stosuje przemoc psychiczną
                                        coś pomyliłam?
                                        nie o tym ten blog?
                                        • zuzi.1 Re: Czemu tak skanibalizowalas czyjs watek? 27.05.14, 15:51
                                          Dla mnie ten blog jest swietnym miejscem gdzie opisane sa najrozniejsze metody manipulacji i dlatego go polecilam. Mysle ze Julita powinna skorzystac z pomocy psychologa. Wiele. detali moze byc waznych, aby konkretnie stwierdzic z czym to konkretne malzenstwo ma problem.
                                          • julita165 Re: Czemu tak skanibalizowalas czyjs watek? 27.05.14, 16:22
                                            Właśnie znalazłam taki inny wątek " cechy charakteru i zachowania przemocowca" i chociaż ogromna większość wpisów w ogóle mnie nie dotyczy to jeden wpis super określa mój problem:

                                            forum.gazeta.pl/forum/w,898,139374645,139817767,Re_Cechy_charakteru_i_zachowania_przemocowca_.html
                                            poza tym, że w powołanym wpisie autorka przytacza jak to mąż ją obrażał lub wysmiewał, a
                                            w naszym związku nie ma mowy nie tylko o agresji fizycznej ale również werbalnej, nigdy ani ja ani mąż nie uzylismy w stosunku do siebie ani jednego obraźliwego słowa, nigdy też mąż mnie nie wyśmiewał ani jak jesteśmy sami ani też "przy ludziach". Autorka pisze np. jak wysmiewał jej upodobania co do książek czy filmów, mój mąż nie wyśmiewa tylko mówi że go to nie interesuje, ok ja nie mam z tym problemu, nie musimy czytać tych samch ksiązek.
                                            Największym problemem jest niesłowność i obrażania się, a obraża się właśnie wtedy kiedy ja chcę postawić jakieś granice albo czegoś oczekuje czego on nie chce. Piszecie że w związku trzeba pracować nad sobą. Ok ja się zgadzam, mogę wiele zmienić ( żebym tylko wiedziała co ? ) ale przecież ta zmiana nie można oznaczać że zrezygnuję zupełnie z tego co uważam za ważne albo, że będę zgadzać się na wszystko
                                            • pade Re: Czemu tak skanibalizowalas czyjs watek? 27.05.14, 16:32
                                              Ok. Twój mąż jest bierno-agresywny. Czytałaś coś na ten temat? Jeśli tak, to wiesz, że ma problem z wyrażaniem złości. Jest niedojrzały pod tym względem. (piszę w skrócie).
                                              Ma problem z wyrażaniem złości, czyli jest zły, wkurzony. Na co? Na kogo? Zastanawiałaś się nad tym? Zastanawiałaś się dlaczego woli spędzać czas z sąsiadem niż z Tobą?
                                              • julita165 Re: Czemu tak skanibalizowalas czyjs watek? 27.05.14, 16:57
                                                Jako bierno-agresywnego już go kiedyś zdiagnozowałam. Jako że nie jestem psychologiem może się mylę ale wątpię, bardzo dużo jego zachowań odpowiada rozmitym opisom.
                                                Na co on się złości ? mam wrażenie, że na mojego wymagania. Tylko żeby nie było, że ja chcę pierścionka z brylantem i futra z norek :-) Jest zły na moje wymagania żeby był punktualny i informował mnie o jakiś istotnych zmianach planów, żeby czyniąc jakieś plany bral mnie pod uwagę a to nie zawsze ma miejsce, na moje wymagania żeby robił to co ma zrobić w rozsądnym czasie a nie wtedy kiedy go najdzie ochota ( np. na powieszenie kaloryfera w łazience czekałam kilka miesięcy, ja się naprawdę nie czepiam duperel tu chodzi o takie obsuwy ), na moje wymagania żeby spędzał ze mną i z dzieckiem więcj czasu ( to też uważam nie szaleję ale skoro jest w weekendy tylko to chyba mam prawo oczekiwać, że spędzi z nami większość tego czasu ale to nie znaczy że zupełnie nie daję mu prawa do czasu tylko dla siebie ) i żeby ten czas był bardziej efektywny a nie leżenie na kanapie. Mąż jest leniem, on owszem ma niesamowite zrywy kiedy potrafi sie zmobilizować i zrobić niesamowicie dużo ale potem jest etap że jak w jedną sobotę kupiliśmy lampę to on proponował że ją powiesi za tydzień. On chyba ucieka do kolegi bo ten niczego od niego nie chce, można sie dobrze zabawić i to wszystko. Mąż ma wdrukowane jakieś obowiązki ale naprawdę małe: raz w tygodniu większe zakupy, zapłacenie rachunków i raz od wielkiego dzwonu coś typu właśnie ten kaloryfer i np. uważa że skoro zrobił zakupy od 11 do 13 to już resztę soboty może sobie zwyczajnie bimbać. Ja nie tak po nic pisałam wcześniej o tym co nas rózni, te kompletnie różne tryby życia bo to chyba ma znaczenie. Moje życie wygląda tak: od 9 do 17 w pracy, potem do domu i zajmuję się synkiem, który idzie spać 20-21, ja potem sprzątam, coś tam ugotuję, toaleta, TV, coś poczytam, czasem jaieś drobne zakupy. Więc czekam żeby ten weekend był jakiś fajny i żeby coś zrobić wspólnie a mam wrażenie że przyjeżdża człowiek, który tylko chce żeby dac mu spokój.
                                                • julita165 Re: Czemu tak skanibalizowalas czyjs watek? 27.05.14, 18:50
                                                  Najnowszy przyklad z dzis
                                                  Wrocil kolo trzeciej po raz pierwszy od tamtego poniedzialku
                                                  Ja jak zwykle kolo wpol do szostej. Jadac do domu nawet nie zadzwonil czy moze cos kupic albo cos innego potrzeba. Wykapal sie. Cos zjadl
                                                  Naprawil patasol w ogrodzie. Puscil sobie pranie. Posprzatal po sobie w kuchni jak wrocilam. Specjalnoe postanowilam milo sie przywitac. On tez nawet milo ale ogolnie jak zwykle na dystans. Proponowalam zebysmy zrobili wieksze zakupy ktore zwykle robi w weekend a tym raz nie bo na weekemd
                                                  • pade Re: Czemu tak skanibalizowalas czyjs watek? 27.05.14, 18:58
                                                    i co? będzie ciąg dalszy?
                                                  • julita165 Re: Czemu tak skanibalizowalas czyjs watek? 27.05.14, 19:12
                                                    Nie wrocil a w lodowce puchy. Raz ze te zakupy to jego obowiazek a dwa ze mnie samej nie jest latwo z rozbrykanym dwulatkiem. Ale nic z tego bo umowil sie z kolega na mecz ! I to nie jakis planoeany. Nie Polska Anglia na Narodowym ot taki sobie nic nie znaczacy juz mecz o lokalnym znaczeniu.
                                                  • pade Re: Czemu tak skanibalizowalas czyjs watek? 27.05.14, 19:20
                                                    skąd nie wrócił?
                                                    nie mogłaś zostawić mu dziecka i wyjść po zakupy?
                                                  • julita165 Re: Czemu tak skanibalizowalas czyjs watek? 27.05.14, 19:41
                                                    Przez ponad tydzien nie wrocil z pracy. A dzis nie mogłam zostawic dziecka mezowi bo ledwo przyszedl to poszedl na mecz
                                                  • zuzi.1 Re: Czemu tak skanibalizowalas czyjs watek? 27.05.14, 20:22
                                                    Julita imo Was juz nie ma jako malzenstwa, jestes pewna ze on nie prowadzi rownoleglego zycia z inna kobieta przez ten tydzien? i co to za praca z ktorej sie wraca po tygodniu. Facet robi sobie z ciebie zarty. Wynajmij firme detektywistyczna niech dokladnie sprawdza co on robi .
                                                  • julita165 Re: Czemu tak skanibalizowalas czyjs watek? 27.05.14, 20:53
                                                    Tego jestem pewna. On jeździ jako kierowca więc tu nie ma nic dziwnego w tych tygodniowych nieobecnościach.
                                                    Widzicie o co mi chodzi. W całej tej sprawie trzeba wziąć też pod uwagę ten kontekst. Co innego jak ludzie są ze sobą cały tydzień i ten raz w tygodniu któreś gdzieś chce iść samo a co innego jak nie widzimy się ponad tydzień a mąż i tak nie ma problemu żeby znowu zostawić mnie samą. My ten temat wałkujemy od początku naszego związku. Od pewnego czasu ja już odpuściłam. Czasem tylko mnie poniesie ale ceną za to odpuszczenie jest powolnego wygaszanie uczuć z mojej strony. Dzis się nic nie odezwałam ale gdybym zwróciła mu uwagę, że coś tu chyba jest nie halo na bank by się obraził.
                                                    W tym wszystkim on tez tak samo traktuje synka. Już pal licho zona ale za dzieckiem też się nie stęsknił ?
                                                    On jest w ogóle do bani ojcem. Synek ma 2 l i 7 m-cy i jest trudnym wychowawczo dzieckiem i to nie moja opinia tylko psychologa ( trafiliśmy tam w związku ze słabym rozwojem mowy, na szczęście tylko proste opóxnienie mowy ) - osobowość opozycyjna. To nie miejsce na szczególy ale ogólnie synek jest bardzo absorbujący, wymagający a ten już nawet nie weekendowy tatuś nie dość że sam właściwie w ogóle nie przykłada się do jego wychowania to jeszcze mnie krytykuje że zbyt synka rozpieszczam, spełniam wszystkie zachcianki. To nie do końca tak ale ja bardzo wierzę w wychowanie dziecka oparte na bliskosci i szacunku dla niego juz od maleńkości a mąż wyskakuje raz na tydzień jak Filip z konopi ze swoimi uwagami z którymi się do gruntu nie zgadzam i w tej sprawie nie popuszczę nawet o milimetr zeby nie wiem co bo jestem przekonana, że to ja mam rację w sprawie wychowania synka. Mąż w ogóle nie umie nawiązać z nim kontaktu bo synuś jest przekorny, uparty i czasem trudno mu dogodzić. A mąż mysli ze wystarczy 5 minut zagadać dać samochód do ręki i mieć na godzine spokój. Ciekawe podejście zaprezentował mąż w związku z tym słabym rozwojem mowy u synka. Otóż po wszystkich wizytach i diagnozach jak stanęło że to proste opóźnienie mowy i mamy chodzić do logopedy raz na tydzień.Mąż oczywiście twierdzi, że to wszystko jest bez sensu, jak skończy 3 lata zacznie mówić, logopeda idiota, psycholog debil. A z wykształcenia jest grafikiem komputerowym więc zwróciłam mu uwagę jakie ma podstawy aby kwestionować opinie specjalistów to powiedział, że on wie lepiej, wszyscy znajomi ( a żaden nie jest specjalistą ) mówili mu że na pewno zacznie mówić. Ja takich decyzji jednak w żadnym wypadku nie konsultuje z mężem i robię co uważam za najlepsze dla synka
                                                    Albo taki Dzień Dziecka. Jest za kilka dni. Czy myslicie że choc słowem się zajaknął co by przygotować albo co dziecku kupić, jak miło spędzić ten dzień ? A figa. I tak jest zawsze.
                                                  • julita165 Re: Czemu tak skanibalizowalas czyjs watek? 27.05.14, 21:08
                                                    Wszędzie rady dają żeby się tak nie wieszać na partnerze, mieć swój świat, swoich znajomych, swoje zainteresowania. Tylko, że w moim przypadku podążanie za tymi rady powoduje kompletne już rozjechanie się nas.
                                                    Poza tym z małym dzieckiem to nie jest takie proste. Mam dwie bliskie przyjaciółki ale ona mają swoje zycie, swoje dzieci, mężów ( z ktorymi aż takich problemów nie mają ) a w dodatku mieszkamy bardzo daleko od siebie. Jak wrócę z pracy koło 17.30 to za bardzo daleko nie mogę jechac bo synek idzie spać koło 20 a czasem nawet wcześniej. tak więc zostaja mi książki i TV ( robótki ręczne odpadają :-)) z przyjaciółkami tak na codzień widywać się nie mam okazji i możliwości. Mam bardzo dobre relacje z mamą. Czasem tam do niej w tygodniu wpadam jak widzę że synek nie pójdzie wcześnie spać bo mieszka średnio daleko. Mam też oczywicie trochę znajomych no ale to takie towarzystwo od imprezy do imprezy.
                                                    Jakiś szczególnie wielkich pasji czy zainteresowań nigdy nie miałam. Może oprócz podrózy. Przed urodzeniem dziecka te 2 - 3 razy do roku wyjeżdżałam gdzieś zagranicę w tym raz na narty. Z synkiem całkiem z tego nie zrezygnowałam ale na razie jednak to trochę co innego. No ale jak podrośnie to mam plany :-) za rok na narty :-) Nawet nie wiem czy męża mam uwzględniac w tych planach bo albo będzie nosem kręcił że nie ma urlopu albo pieniędzy albo jak pojedzie to z synkiem nie będzie mógł tak pobalować jak lubi i będzie mu nudno. Pamiętam jak pojechaliśmy z moimi znajomymi do Tunezji jak synek był jeszcze niemowlakiem. Zastanawiałam się cały wyjazd czy mąż pojechał z rodziną czy z mężem mojej koleżanki ( bardzo go lubi ) - ozywiał się dopiero w jego towarzystwie, ja zawsze wracałam z synkiem do pokoju jak już nie mógł gdzies tam wysiedzieć. W zeszłym roku z powodu remontu nowego mieszkania byłam z dzieckiem sama i chyba było mi lepiej.
                                                  • zuzi.1 Re: Czemu tak skanibalizowalas czyjs watek? 27.05.14, 21:17
                                                    A moze syn ma ta osobowosc opoztcyjna po ojcu wlasnie?
                                                  • julita165 Re: Czemu tak skanibalizowalas czyjs watek? 27.05.14, 21:20
                                                    Może ma. Wg psychologa typ osobowości u tak małego dziecka to jest coś takiego co nie można stwierdzić w jakiej części jest wrodzone i jakim sposobem a w jakiej części nabyt i jak wcześnie. sam typ nic nie znaczy ale w wychowaniu chodzi o to, żeby nie przejawiał zachowań opozycyjnych np. częsty u nastolatków bunt czasem przyjmuje skrajne formy i wtedy mówimy o zachowaniach opozycyjnych
                                                  • zuzi.1 Re: Czemu tak skanibalizowalas czyjs watek? 27.05.14, 22:48
                                                    Jeżeli mąż ma tą osobowosc opozycyjną również (co by w pewnym sensie tłumaczyło jego nienormalne zachowania) lub ma jakieś zaburzenia osobowosci, wówczas jestes w przysłowiowej czarnej dupie, bo właściwie szanse na zmianę już ukształtowanej osobowosci dorosłego człowieka są praktycznie żadne. A jeżeli jeszcze ten osobnik nawet nie zamierza się wybrac do psychologa na terapię, to wówczas jest już w ogóle pozamiatane.

                                                    Na osobowosc dziecka można natomiast jak najbardziej wpływac i ją modelowac.
                                                  • zuzi.1 Re: Czemu tak skanibalizowalas czyjs watek? 27.05.14, 23:08
                                                    www.google.pl/url?sa=t&rct=j&q=&esrc=s&source=web&cd=3&ved=0CDYQFjAC&url=http%3A%2F%2Fwww.centrumdobrejterapii.pl%2Fmaterialy-dla-pacjentow%2Czaburzenia-opozycyjno-buntownicze-zaburzenia-zachowania-u-dzieci-i-mlodziezy%2C235.html&ei=fvqEU5HoGerW7QaujYH4CA&usg=AFQjCNH6Q70XGqRJcCIFIPuNaDIG7_1f0Q&bvm=bv.67720277,d.b2k&cad=rja
                                                  • zuzi.1 Re: Czemu tak skanibalizowalas czyjs watek? 27.05.14, 23:37
                                                    forum.gazeta.pl/forum/w,210,151199879,151199879,Niesatysfakcjonujacy_zwiazek.html
                            • danaide Re: Czemu tak skanibalizowalas czyjs watek? 24.05.14, 02:13
                              Cudnie ujęte pytanie=)
                      • rurek00 Re: co robic? 28.05.14, 15:40
                        Julita, rozwiedź się, to od początku była porażka. Pamiętam twoje stare wątki, zawsze było źle. Sam fakt, że ślub już po roku randkowania, potem tylko pół roku mieszkania razem po oświadczynach, gdzie wiadomo, że żyliście tylko ślubem i spijaniem miodu z dziobków. Wy się w ogóle nie znaliście, nie wiem jak mogłaś się na dziecko zdecydować po 2 latach słabego przecież małżeństwa. Teraz już tylko pozostaje wam się rozwieść, bo im synek będzie starszy tym bardziej nasiąknie chora atmosferą w domu. A będzie coraz gorzej. Dom sprzedajcie i niech każdy idzie w swoją stronę. Możliwe, że po rozwodzie ojciec bardziej się nawet synem zainteresuje.
    • creepy_sober Re: co robic? 22.05.14, 17:25
      Rozwieść można się zawsze, czasami nadchodzi ten moment, kiedy trzeba, bo inne rozwiązania nie przyniosły rezultatów. Rozwód to czasami dar, a czasami życiowa porażka. Zróbcie najpierw wszystko, żeby się nie rozwieść. Za mało napisałaś, żeby doradzić coś konkretnego.
      • iza25o7 Re: co robic? 23.05.14, 11:46
        Moim zdaniem to o czym tutaj piszecie to nic innego jak kryzys,który prędzej czy pózniej nadejdzie w każdym związku.Jestem w podobnym wieku co autorka,lecz z nieco dłuższym stażem małżeńskim-25 lat.Kilka lat temu miałam podobnie.Brak porozumienia,wsparcia,nerwy itp.Generalnie żyliśmy pod jednym dachem,ale miałam wrażenie,że osobno.Powiem wam szczerze, miałam wszystkiego dość,nie chciało mi się wracać do domu,nic mnie nie cieszyło,nie miałam pomysłu co dalej.Mąż stał się obcym człowiekiem,ale kurde,dalej go kochałam(albo tak sobia wmawiałam ,bo nie miałam odwagi by odejść).Aż nagle stało się coś co zwaliło mnie z nóg.Pojawiła się ONA,ta która tak dobrze rozumiała,pogłaskała po główce i nie tylko.To dopiero był koszmar.Na szczęście mój M oprzytomniał.Zaczęły się wtedy rozmowy,zastanawianie nad dalszym życiem.Bardzo zależało mu na nas,na dzieciach.Uzmysłowił sobie ,że jak coś się psuje to trzeba rozmawiać a nie zamykać się w sobie,pokazywać nerwy i humory,znajdywać pocieszycielki.Jak się kogoś kocha,to trzeba walczyć o związek.Jest to bardzo trudne,często brak nam sił( no i warunek DO TANGA TRZEBA DWOJGA).
    • zagubiona108 Re: co robic? 25.05.14, 22:01
      Nie wiem na ile sytuacje opisane sa podobne. Trudno mi te wpisy zrozumiec.
      U mojego meza - mam wrazenie, ze chodzi o te negatywna energie - te zle spojrzenia, te zlosliwosci, ta nieobecnosc.
      Na co dzien jest dosc OK - on gotuje, wieczorem zajmuje sie synkiem. Reszte dnia spedza przy komputerze...
      Nie wiem czy nie przesadzam - moze to jest 'normalne malzenstwo a nie jakas emancypacyjna mrzonka; gdzie ja musze po prostu ogarnac swiat - a on dobrze, ze jest. Faktycznie dla dziecka to szczescie.... Dla mnie tez wazna obecnosc..
      Kto nam kaze chciec wiecej?
      Dzis kolejna klotnia (o nic? bo ja do dzis nie wiem o co byla ta klotnia), dyskusja o wyprowadzce (moja). Kurcze - nie chce unieszczesliwic swojego dziecka samymi mrzonkami o partnerstwie/malzenstwie itp. Bo dla niego wazne, ze mama I tata mieszkaja razem. Po co chciec wiecej? Gdybysmy sie umowili, ze to starczy moze byloby nam wszystkim latwiej. Miotam sie.
      Moze zycie prawdziwe po prostu takich obietnic nie spelnia, a goniac za nimi unieszczesliwiam swoje dziecko?
      • aqua48 Zastanowić się nad sobą 25.05.14, 22:58
        zagubiona108 napisała:

        > U mojego meza - mam wrazenie, ze chodzi o te negatywna energie - te zle spojrze
        > nia, te zlosliwosci, ta nieobecnosc.
        > Na co dzien jest dosc OK - on gotuje, wieczorem zajmuje sie synkiem. Reszte dni
        > a spedza przy komputerze...
        > Nie wiem czy nie przesadzam - moze to jest 'normalne malzenstwo
        > Kto nam kaze chciec wiecej?
        > Dzis kolejna klotnia
        > nie chce unieszczesliwic swojego dziecka sa
        > mymi mrzonkami o partnerstwie
        > Po co chciec wiecej? Miotam sie.

        A właściwie dlaczego wyszłaś za mąż za tego akurat mężczyznę? Co Ci się w nim podobało, jakie ma dobre cechy, co robicie wspólnie? O czym rozmawiacie? Czy lubicie być ze sobą?

        Moim osobistym zdaniem partnerstwo przy małym dziecku nie jest możliwe. Generalnie w ogóle źle pojęte partnerstwo w związku to jakaś pomyłka, na czym ono ma polegać, na ścisłym wydzielaniu i wyliczaniu kto co zrobił ile zarobił czy kto porządniej umył łazienkę? Partnerstwo tak, jeśli polega na wzajemnym szacunku i wsparciu w trudnych chwilach, na odpowiedzialności i lojalności.

        Twój mężczyzna gotuje i zajmuje się dzieckiem, to wcale nie jest mało, Resztę dnia spędza przy komputerze napisałaś. A ma jakąś alternatywę? Proponujesz mu inne sposoby odpoczynku, rozrywki, spędzacie w jakiś sposób czas razem, doceniasz to co on robi w domu i mówisz mu o tym?

        A po za tym jeśli sama nie wiesz za bardzo o co chodzi, a czujesz się źle, to może masz po prostu depresję? Brałaś pod uwagę tę opcję? To nie jest żaden wstyd, i po urodzeniu dziecka dość często się zdarza. Niektóre kobiety radzą sobie z tym same, choć to bardzo trudne, inne potrzebują fachowej pomocy, żeby się wygrzebać z poczucia beznadziei i zniechęcenia i odzyskać radość życia. Może to akurat Twój przypadek?

      • zuzi.1 Re: co robic? 25.05.14, 23:01
        Zagubiona, to wczytaj się w takim razie w opis Julity nt. relacji jej brata z żoną. Są takie związki małżeńskie, naprawdę. Już zaniżasz swoje oczekiwania w stosunku do męża bardzo. Za chwilę uznasz to za normę. A to NIE JEST NORMA. Czytałaś mojedwieglowy.blogspot.com/ ?
        • julita165 Re: co robic? 26.05.14, 11:06
          Weszłam na tą stronę. Tam jest zakładka"lampki ostrzegawcze" - mój mąż "zapalił" połowę. Nie wiem czy mam się cieszyć ( bo jednak piszą że kilka cech niczego nie dowodzi ) czy przeciwnie ( bo połowa to sporo ). Zupełnie nie pasują do niego zachowania agresywne - nigdy do takiej agresji wprost się nie posuwa, ja oczywiście nie mam na mysli agresji fizycznej bo to już w ogóle dno ale słownej. Jego metoda to bierna agresja. No i ma licznych przyjaciół od wielu lat, w pracy też jest lubiany, nawet tam skąd odszedł
          • julita165 Re: co robic? 26.05.14, 12:07
            W ogóle właśnie sporo poczytałam sobie na tej stronie. Bardzo wiele się zgadza, sporo się nie zgadza a dwie sprawy różnią mój związek, mnie przede wszystkim, od tych opisywanych przypadków.
            Po pierwsze - nie bardzo, nie do końca odpowiadam "profilowi" ofiary. Nie jestem uzależniona od męża ani emocjonalnie ani finansowo, mam dobre relacje ze swoją rodziną, przyjaciółmi sprzed związku, swoje zainteresowania i gwiżdżę na to czy to się mojemu mężowi podoba czy nie. Nie raz po prostu stawiam sprawę jasno że chcę tego czy tamtego, a jak on nie chce to zrobię to sama. W pewnych sytuacjach wymuszam na nim określone zachowania ale nie poprzez jakieś szantaże, manipulacje itp tylko jasno stawiając sprawę, ze wg mnie ta musi być bo to jest słuszne, tak nalezy itp. I nie zyję po to żeby jemu sprawiać przyjemności, starać sie żeby było dobrze skoro to i tak nie prznosi spodziewanych efektów. A po drugie - dziecko. Ono bardzo wiele zmieniło w naszym związku. Wcześniej to rzeczywiście wszystko tak naprawdę kręciło się wokół męża, wszystko wiecznie było podporządkowane jego sprawom, konkretnie w największym stpniu jego biznesom - pomagalam jak mogłam, byłam wyrozumiała, nie miałam wielkich wymagań, wierzyłam że w koncu mu sie uda. Dziecko to zmieniło o 180 stopni. To dziecko a nie dorosły chłop jest człowiekiem który rzeczywiście potrzebuje mojego czasu, zaangażowania, zapewnienia poczucia bezpieczeństwa. A mąż powinien w tym współuczestniczyć a nie jeszcze oczekiwać że jego kompleksy w kólko będę leczyć. Np. sprawa pracy. Dopóki nie mieliśmy dziecka pozwalałam męzowi na rozmaite eksperymenty wiedząc że dobrze zarabiam i wcale nie potrzebuję niczego, w sensie materialnym, od męża. Ale z chwilą kiedy pojawiło się dziecko - eksperymenty musiały się zakończyć. On wie, że musi pracować i przyzwoicie zarabiać. Oczywiście w razie jakiegoś prawdziwego nieszczęścia, jakiejś choroby, wypadku itp może na mnie liczyć ale to ja będę to oceniać i w żadne bzdury o winie wszystkich i wszystkiego naokoło już nie wierzę.
            Ogólnie po lekturze tego bloga mam takie poczucie jakbym rzeczywiście trafiła na toksyczny związek z którego emocjonalnie już się uwolniłam lub prawie uwolniłam choć formalnie ten związek trwa. Wiem na co mogę liczyć ze strony męża, oceniam to jako bardzo niewiele, naprawdę bardzo rzadko już jest w stanie jakoś tak mnie zawieźć że czuję się dotknięta, rozżalona.
            • zuzi.1 Re: co robic? 26.05.14, 23:25
              Julita przypadek Twojego męża jest ciekawy, załóż swój odrębny wątek, wówczas Pani Agnieszka może wypowie się na temat Twoich problemów. Poczytaj o koluzjach. Aha czasem te "ofiary" to są właśnie BARDZO mocno przebojowe, aktywne babki, ale rozkładanie takich na łopatki podobno jest bardziej satysfakcjonujące, a jeśli robi się to jeszcze w "białych rękawiczkach" jak gdyby nigdy nic, a "ofiara" dalej nic nie rozumie, to wówczas satysfakcja jeszcze większa.
              • zuzi.1 Re: co robic? 26.05.14, 23:27
                Przeczytaj jeszcze książkę którą poleciła Sebalda "Molestowanie moralne" Marie France Hirygoyen i książkę "moje dwie głowy" z bloga Mai. Tak na wszelki wypadek.
                • julita165 Re: co robic? 27.05.14, 10:07
                  Przeczytałam o tych koluzjach...no coś może jest w tym typie narcystycznym.
    • zagubiona108 Re: co robic? 26.05.14, 09:17
      Nie, depresji nie mam bo ja czuje sie ze swoim zyciem dobrze (oprocz malzenstwa). Tak, za wszystko co maz robi mu dziekuje i doceniam. Tak, proponuje inne sposoby spedzania czasu. Sama nie siedze w kacie, ale organizuje wyjscia, podroze, wizyty towarzyskie (z nim lub bez niego)
      Dziekuje, pytam go jak sie czuje, wspieram, gdy zajmuje sie dzieckiem, w sumie o jego wklad w dom nie mam zalu (poza momentami). Mamy z reszta pomoc w domu wiec nie chodzi o nadmiar obowiazkow.
      Nie moge zniesc jego stalej zlosci, tych zlych spojrzen, tego ciaglego jego niezadowolenia.
      A ja wciaz wymyslam jak go zadowolic, zgaduje jego miny. Wnosi w ten dom napiecie.
      Stresuje mnie to. Chcialabym, zeby byl - ogolnie - zadowolony. Po prostu. Zebysmy mogli cieszyc sie swoim zyciem - takim jakie ono jest. Jestesmy w wieku, w ktorym to przychodzi z dojrzaloscia.
      • zuzi.1 Re: co robic? 26.05.14, 09:41
        A teraz napisz co. maz robi dla Ciebie, dla Was?
    • zagubiona108 Re: co robic? 26.05.14, 10:37
      Jest. Uwazam to za duzy plus (serio)
      Robi zakupy, gotuje (przy mojej pomocy), rozwija z dzieckiem hobby. Bawi sie z dzieckiem (fajnie).
      Czasem uczestniczy w przygotowanych przeze mnie programach (podrozach, wizytach, wycieczkach). Jezdzi autem - czasem nas gdzies wozi (rzadko).
      Mi by juz to wystarczylo... Spokojnie moge rzeczy organizowac sama...Tylko ta wieczna zlosc, niezadowolenie, te miny. To zniesc mi najtrudniej.
      • sebalda Re: co robic? 26.05.14, 11:54
        A czy to nie jest tak, że Twój mąż jest klasycznym frustratem, który odreagowuje na żonie? Piszesz, że zarabiasz trzy raz więcej od niego, że mieszkacie za granicą (oboje jesteście Polakami, może on się tutaj źle czuje, czuje się gorszy?) i jeszcze ważna rzecz: że on nie spełnia się artystycznie. Czy to nie jest tak, że on dla rodziny musiał zrezygnować z jakichś swoich aspiracji i teraz ma Ci to za złe i na każdym kroku pokazuje? Nie powie wprost, bo to nieładnie, ale fochami i humorami okazuje ciągłe niezadowolenie, bo mu podcięłaś skrzydła, bo mógł się rozwijać?
        Podaj konkretne przykłady jego pretensji, o co się dąsa, o co czepia, z jakich konkretnie Twoich zachowań jest niezadowolony?
        • zagubiona108 Re: co robic? 26.05.14, 12:00
          Nie wiem. Spelniony artystycznie nigdy nie byl, nawet w swoim kraju.
          Czesciowo wspieralam jego dazenia artystyczne (robi to hobystycznie), ale mialam problem, kiedy to zaczelo pochlaniac ogromna ilosc jego czasu i energii (w dodatku do pracy zawodowej i malutkiego dziecka). Ma teraz do mnie o to zal.
          Mysle, ze on po prostu stara sie mnie ukarac za to, ze nie jest szczesliwy. I kaze mnie zloscia. Nie ma zadnego wzorca kiedy i w jakich sytuacjach - czesto, gdy go o cos prosze (dla domu). Ostentacyjnie mnie nie slucha (wiec niewiele przy nim mowie). Nie zdarzylo mu sie od lat, zeby sam z siebie dostrzegl i pochwalil moje wysilki w czymkolwiek. Nie usmiechnal sie do mnie od dawna.
    • zagubiona108 Re: co robic? 26.05.14, 11:55
      Sprawdzilam liste czerwonych lampek. Niewiele sie zgadza: moj maz nie probuje mnie (przynajmniej w jawny sposob) kontrolowac, nie miewa fantastycznych projektow biznesowych, nie probuje mnie oszolomic (ani nie probowal).
      Po prostu jest. Nie wiem tylko dlaczego ma taka negatywna energie.
      • sebalda Re: co robic? 26.05.14, 14:20
        A próbowałaś go olać? To brzydkie słowo, ale lekceważyć jest jeszcze gorsze, a chodzi o to, by mu pokazać, że nie będziesz uzależniać swojego życia i swojego samopoczucia od jego wiecznie skwaszonej miny, od jego dąsów. Robić swoje, cieszyć się z tego, co masz, a masz wiele, bo dobrą sytuację materialną, zdrowe, niekłopotliwe dziecko, dobrze płatną pracę. Skup się na sobie, a jemu pokaż, że nie będziesz wiecznie chodzić na palcach, liczyć się z jego humorami. Może on z tego czerpie? Może jest wampirem energetycznym, cokolwiek to znaczy, wiem, że tacy się zdarzają.
        Jesteś fajną, samodzielną dziewczyną, jesteś odpowiedzialna za swoje dziecko, nie daj się zdusić, nie daj sobie odebrać energii życiowej, nie warto. Jeśli na niego nie podziała widok Ciebie zadowolonej mimo jego dąsów, jeśli się nie zreflektuje i nie ogarnie, zawsze zdążysz odejść.
    • zagubiona108 Re: co robic? 26.05.14, 14:40
      To jest (byla) moja glowna strategia. Niestety w momentach kiedy maz na mnie wybucha (a moze to byc o cokolwiek, tez przy dziecku albo moich znajomych), po prostu pekam. Pekam, mowie mu, ze juz nie moge, ze chce inaczej, czasem w zlosci, ze chce, zeby sie wyprowadzil.
      Tez mam ograniczony poziom energiii i trudno mi takiego dolujacego zniesc... Wczoraj po kolejnej awanturze (o nic, jak zwykle), powiedzialam mu, zeby sie wyprowadzil.
      Czuje, ze caly dom sa na mojej glowie i zwyczajnie pekam...
      • sebalda Re: co robic? 26.05.14, 15:10
        A czy to nie jest przypadkiem tak, że on Cię stale prowokuje, żebyś wybuchła i wtedy on będzie górą? Czy nie jest tak, że on niby taki spokojny, że przecież nic nie zrobił, a to Ty wymyślasz i wyolbrzymiasz? Czy on się zwyczajnie nad Tobą nie znęca psychicznie? Masz dość typowe objawy bycia ofiarą takiego znęcania.
        Mogę się mylić, ale na wszelki wypadek zamów sobie tę książkę: www.wdrodze.pl/opis,349,Molestowanie_moralne.html
        To najlepsza książka poświęcona tego typu problematyce, jeśli odnajdziesz się w tym schemacie, będziesz wiedziała, na czym stoisz. I co z tym zrobić.
      • aqua48 Re: co robic? 26.05.14, 16:32
        zagubiona108 napisała:

        > Niestety w momentach kiedy maz na mnie wy
        > bucha (a moze to byc o cokolwiek, tez przy dziecku albo moich znajomych)

        Trudno mi to sobie wyobrazić - masz prawo wymagać od męża normalnego zachowania, i współuczestnictwa w związku, samo wystarczy że jest, jakoś dziwnie mi brzmi w powiązaniu z tym, że nie możesz znieść jego min i reakcji (a na co bo nie napisałaś konkretnie). Po co Ci on wobec tego? Musisz mieć byle jakie spodnie w domu? I jeszcze co w takiej sytuacji (jego nieoczekiwanych wybuchów)mówią znajomi?

        >trudno mi takiego dolujacego zniesc...

        Wcale nie musisz..Możesz natomiast zamiast grozić mu wyprowadzką pod wpływem emocji po prostu spokojnie z nim porozmawiać, powiedzieć, że coś się w Waszym związku wypaliło, skończyło, że nie ma między Wami pozytywnej energii i wspólnie porozmawiać na przykład o czasowej choćby separacji. Po to żebyście oboje zastanowili się czy jest jeszcze coś co Was łączy i czy nie lepiej, spokojniej (również dla dziecka) byłoby Wam mieszkać oddzielnie.
      • danaide Re: co robic? 26.05.14, 21:45
        Czy w ogóle rozmawiałaś z nim o zmianie jaka zaszła w Waszym życiu? Od kiedy mieszkacie za granicą? Czy jest możliwość, że pomimo pozorów normalności - macie pracę itp. - ta zmiana jest dla niego zbyt trudna?
    • zagubiona108 Re: co robic? 26.05.14, 16:57
      Zastanawiam sie tylko czy moje zycie po rozstaniu bedzie lepsze.
      Nie sadze. Nie bedziemy mieli wspolnych obiadow (codziennych przy stole), obecnosci, wspolnego patrzenia na dziecko. No i ta swiadomosc, ze robie dziecku krzywde.
      Moze w imie fanaberii?
      • aqua48 Re: co robic? 26.05.14, 18:07
        zagubiona108 napisała:

        > Zastanawiam sie tylko czy moje zycie po rozstaniu bedzie lepsze.

        Nikt Ci na to nie odpowie. Zwłaszcza na forum. Być może byłoby spokojniejsze. Bez kłótni. Bez złych emocji, ze spokojnym dzieckiem nie uczącym się, że związek to dwoje ludzi którzy są obok siebie zamiast ze sobą.

        > Nie bedziemy mieli wspolnych obiadow (codziennych przy stole)

        Musisz sama sobie odpowiedzieć czy ważniejsze są dla Ciebie wspólne obiady czy dobre emocje między partnerami.

        No i ta swiadomosc, ze robie dziecku krzy
        > wde.Moze w imie fanaberii?

        Może w imię fanaberii. Ale dlaczego krzywdę? Nie planujesz mu przecież odebrać ojca tylko się zastanawiasz czy z nim się nie rozstać? Oboje nadal będziecie dobrymi rodzicami. Tylko już nie złoszczącymi się na siebie współlokatorami.
    • zagubiona108 Re: co robic? 27.05.14, 09:17
      Mieszkamy zagranica od ponad 10 lat.
      Nie, nie rozmawialam czy ta zmiana jest zbyt trudna. Mysle, ze moze byc. Nie ma tu np zadnych SWOICH przyjaciol.
      • sebalda Re: co robic? 27.05.14, 11:00
        Wiesz, Twój nick idealnie do Ciebie pasuje: jesteś kompletnie zagubiona. Raz piszesz o wspólnych obiadach, raz o jego złej energii i wiecznych pretensjach. W trakcie tych obiadów on nigdy nie zachowuje się tak, jak to opisujesz?
        Miałam podobnie. Mój mąż jest bardzo rodzinny, celebruje święta i wspólne weekendowe obiady, które w pocie czoła pichci z zacięciem. Czego nie omieszka wypomnieć nota bene na każdym kroku i wymagać dla siebie pełni czci za to. Najmniejsze nieporozumienie przy stole (z reguły z jego winy, ale przekręcone potem, żeby wykazać winę moją albo dzieci), skutkowało wybuchem i krzykiem: co, obiad Ci nie smakuje?!?! Wspólne obiady są urocze, ale pod warunkiem, że wszystkim sprawiają przyjemność, a nie są uciążliwym obowiązkiem, bo nigdy nie wiadomo, kiedy jaśnie panu coś się nie spodoba. Czy u Was tak nie bywa?
        Jeśli mąż źle Cię traktuje przy znajomych i przy dziecku, to jak się czujesz? Co będzie czuło dziecko, gdy będzie starsze i będzie musiało w tym uczestniczyć? I skąd pewność, że on za jakiś czas nie zacznie przelewać frustracji na dziecko? Mój zaczął, nie życzę Ci tego:(
        Przeczytaj to Molestowanie moralne, ja Ci dobrze radzę. Jak znajdziesz tam siebie i jego, sama podejmiesz decyzję. A może nie znajdziesz, może ja przesadzam, za bardzo się utożsamiam z Twoją historią, nie wiem, musisz sama się rozeznać.
    • zagubiona108 Re: co robic? 27.05.14, 11:35
      To prawda: jestem zagubiona.
      Moj maz nie celebruje. Po prostu pilnuje zwyczaju wspolnych posilkow.
      Atmosfera jest zwykle neutralna. Cenie to.
      • pade Re: co robic? 27.05.14, 12:13
        Czy Twój mąż podjąłby się naprawy Waszego związku? Da się przekonać?
        • zagubiona108 Re: co robic? 27.05.14, 12:21
          Tak, mysle, ze tak.
          Raz taka probe podjelismy - to bylo 3 lata temu. Wtedy trafilismy niestety na nieprofesjonalnego terapeute (nie spelnial ewidentnych standardow), ktory na podstawie paru spotkan powiedzial nam, ze powinnismy sie rozwiesc. Potem chodzilismy na terapie oddzielnie.
          Teraz to ja juz chyba nie mam - przynajmniej na razie - ochoty.
          Czuje sie zle traktowana i tyle. Do pewnego stopnia wynika to z bycia DDA.
          • pade Re: co robic? 27.05.14, 12:31
            a chodziłaś na terapię dla DDA? czy "zwykłą"?
            samo nic się nie zmieni
            a zmiany zaczyna się od siebie
            nie od umycia okien, tylko od zmiany np. sposobu myślenia na jakiś temat, reakcji na czyjeś zachowanie
            a najlepiej zacząć od pracy nad poczuciem własnej wartości

            jesli w ogóle Ci zalezy na małżeństwie polecam książkę Nowe zasady małżeństwa Terrenc'a Real
            nie zrażaj się "poradnikową" okładką, ksiązka jest rewelacyjna, może Wam pomoże?
            • zagubiona108 Re: co robic? 27.05.14, 12:57
              Na zwykla.
              Nie, nie rozwazam, ze on sie zmieni. Zmienic sie musze ja - ale to nie jest latwe.
              Wiem, bo chodzilam lacznie na terapie pewnie ze trzy lub cztery lata.
              No i nie wiem, czy to realne.
              Moze to naiwne, ale po prostu chcialabym, zeby mnie lepiej traktowal.
              Ten watek mi pomaga bo widze sporo ciekawych dla mnie reakcji.
              Reakcja moich przyjaciol: kopnij go na ksiezyc! Jednolita niestety.
              • pade Re: co robic? 27.05.14, 13:07
                A czytałaś literaturę dla DDA?
                Jest sporo książek na ten temat, w tym takie do pracy własnej, kiedy terapia nie jest możliwa.
                www.dda.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=32&Itemid=48
                "Czas uzdrowić swoje życie" na pewno jest godna polecenia.
              • zuzi.1 Re: co robic? 27.05.14, 15:57
                A jak sadzisz dlaczego on Cie zle traktuje? I dlaczego Twoi znajomi sa tak jednonyslni w icenach? Czy maz ma jakichs znajomych z ktorymi utrzymuje kobtakty?
            • zagubiona108 Re: co robic? 27.05.14, 12:58
              Ksiazke zamowie. Dziekuje za rekomendacje.
      • aqua48 Re: co robic? 27.05.14, 13:47
        zagubiona108 napisała:

        > Moj maz nie celebruje. Po prostu pilnuje zwyczaju wspolnych posilkow.
        > Atmosfera jest zwykle neutralna. Cenie to.

        To bardzo smutne co napisałaś...
    • zagubiona108 Re: co robic? 27.05.14, 16:08
      Dobra pytanie dlaczego.
      Mam kilka teorii:
      - bo jest sfrustrowany swoim zyciem (nie do konca wiem czemu, mysle, ze to te niespelnione ambicje artystyczne) i ja jestem wentylem jego frustracji;
      - bo mnie juz nie kocha i nie wie jak odejsc
      - bo ma taki typ osobowosci, ze nie radzi sobie z (negatywnymi) emocjami?
      Jakie sa inne mozliwosci?

      Tak, ma znajomych, z ktorymi utrzymuje kontakty ale sa one raczej luzne. Kontakty z moimi znajomymi utrzymuje rowniez. Musze powiedziec, ze teraz - przy tym obecnym kryzysie - jestem zaskoczona jak jednoznaczna wydaje sie ta sytuacja dla moich znajomych. I jak negatywnie go oceniaja.
      • zuzi.1 Re: co robic? 27.05.14, 16:26
        To moze porozmawiaj z tymi swoimu znajomymi na podst. jakich konkretnie przeslanek tak go nrgatywnie oceniaja, osoby z zewnatrz czesto widza wiecej niz osoby bedace najblizej.
        • sebalda Re: co robic? 27.05.14, 16:45
          Moja mama i najbliższy przyjaciel nienawidzili mojego chłopaka. Tak serdecznie. A ja byłam taka szczęśliwa, że ktoś mnie tak strasznie kocha. Widziałam jego niektóre wady, ale zawsze je sobie jakoś tłumaczyłam. Wyszłam za niego i wszystkie stałe uczestniczki tego forum wiedzą, jak wygląda moje życie:(
          To niesamowicie wyraźny sygnał, gdy otocznie doradza Ci rozwód. Terapeuta tego nie powinien robić, to fakt, ale jeśli tak wyraźnie to doradzał, to też coś musi być na rzeczy.
          Koniecznie przeczytaj nie, jak naprawiać małżeństwo, tylko na czym polega przemoc psychiczna. Ta zamaskowana i nieoczywista. Koniecznie!
          • zagubiona108 Re: co robic? 27.05.14, 17:14
            Niekoniecznie doradza mi rozwod. Doradza mi, zebym absolutnie nie dala sie tak traktowac ani manipulowac.
            (rozwod przy malym dziecku to nieco inna kwestia).
            • sebalda Re: co robic? 27.05.14, 22:02
              Zagubiona, kilka postów wyżej napisałaś, że terapeuta po kilku spotkaniach powiedział, że doradza Wam rozwód. Dokładnie tak napisałaś. Uważam, że żaden terapeuta, nawet jak tak uważa, nie powinien tego mówić bezpośrednio, ale jeśli to dawał do zrozumienia (tak napisałaś), to musiał być jakiś silny bodziec, który go do tego skłonił. Gdyby tylko on tak widział problem, może można by uznać go za niekompetentnego, ale jeśli do tego dochodzą głosy znajomych...?
              Ja myślę, że w Twoim małżeństwie bardzo źle się dzieje i Ty to wiesz, ale za wszelką cenę chcesz to wyprzeć ze swojej świadomości. Marzysz o tym, żeby wszystko zostało po staremu, żebyś nie musiała podejmować żadnych decyzji, a jednocześnie żeby mąż zaczął Cię lepiej (normalnie i z szacunkiem) traktować. Gdyby tylko istniało magiczne zaklęcie, które mogłoby go zmienić. Ale takiego zaklęcia nie ma, a on niszczy Twoje poczucie wartości i bezpieczeństwa, niewykluczone, że będzie to robił za jakiś czas dziecku, bo tak jest z reguły. Przemyśl to sobie wszystko dokładnie.
    • zagubiona108 Re: co robic? 28.05.14, 09:07
      Przyjecie do siebie mysli o rozwodzie nie jest proste bo tez nie jest wcale pewne, czy po rozwodzie bedzie lepiej niz przed. Od jednych rzeczy sie uwalniamy, ale w zamian wychodza inne (np poczucie winy w stosunku do dziecka).
      Terapeuta byl nieprofesjonalny i naduzyl naszego zaufania - to wiem. Np. glownym jego argumentem bylo cytowane przez niego zdanie, ze ja nie chce sie zmienic. Zdanie padlo w innym kontekscie a ja czulam, ze on mnie naduzyl. Do dzis z reszta moj maz to zdanie mi powtarza. Terapeuta byl b drogi ,ale dzialal bez zadnej superwizji.
      Do tej pory moje dzialanie bylo skierowane na to, jak ograniczyc humory mojego meza, jak go zadowolic. To nie dalo efektow, wrecz przeciwnie, spowodowalo, ze moj maz nie czuje odpowiedzialnosci za swoje uczucia/czyny.
      Ostatnie pare dni (tez jego foch), uswiadomily mi, ze to dorosly czlowiek i nie jestem odpowiedzialna za jego fochy lub poczucie nieszczescia. Czasem przypomina mi sie kod drukowany przez mojego ojca i matke: kiedy ja staralam sie (jako dziecko), tez zrobic wszystko, zeby oni byli spokojni i zeby tata nie pil. Bylam wyczulona na kazdy nawet najmniejszy sygnal. Teraz tak mam z mezem.
      Zamknal sie w swoim pokoju, nie wychodzi, czasem jawnie trzaska drzwiami i okazuje swoja zlosc na mnie. A ja - po raz pierszy wpadlam, ze chce mnie tym zastraszyc (rzeczywiscie moja pierwsza reakcja jest strach), ale przeciez to dorosly czlowiek, nie jest chory, wiec to on przede wszystkim musi sie soba zajac. Ja mam dziecko, prace i dom na glowie - to sie nie zatrzyma, bo 'mam zly humor'. Staram sie - na razie przynajmniej skupic na generowaniu w sobie dobrej energii, zeby sobie z tym dac rade. Nie wiem co dalej - moze potrzebuje czasu, ale wiem (mam nadzieje), ze nie wroci do mnie nawyk zajmowania sie nim bo 'biedny, bo nieszczesliwy, bo nie wiem co'.
      • aqua48 Re: co robic? 28.05.14, 10:38
        zagubiona108 napisała:

        > Terapeuta byl nieprofesjonalny i naduzyl naszego zaufania - glowny
        > m jego argumentem bylo cytowane przez niego zdanie, ze ja nie chce sie zmienic.
        > Zdanie padlo w innym kontekscie a ja czulam, ze on mnie naduzyl.

        Nie wchodząc w kompetencje terapeuty i inie oceniając go jako fachowca mogę stwierdzić, że akurat w tym stwierdzeniu miał całkowitą rację. To TY przede wszystkim powinnaś się zmienić jeśli chcesz zmian w Twoim najbliższym otoczeniu... Nie rozumiem dlaczego dla Ciebie było to nadużyciem i czemu odebrałaś to stwierdzenie tak negatywnie?

        > przypomi
        > na mi sie kod drukowany przez mojego ojca i matke: kiedy ja staralam sie (jako
        > dziecko), tez zrobic wszystko, zeby oni byli spokojni i zeby tata nie pil. Byla
        > m wyczulona na kazdy nawet najmniejszy sygnal. Teraz tak mam z mezem.
        > (mam nadzieje), ze nie wroci do mnie nawyk zajmowania sie nim bo 'biedny, bo n
        > ieszczesliwy, bo nie wiem co'.

        No własnie na tym polegają zmiany - rezygnujesz z dotychczasowych błędnych nawyków i skupiasz się na zadowoleniu siebie, nie innych. Dzięki temu masz lepszy humor, uczysz się nie przejmować sprawami błahymi, oddzielać je od tych ważnych i istotnych, cieszyć się małymi rzeczami i jakoś tak pomału Twoje otoczenie też jest szczęśliwsze.
      • pade Re: co robic? 28.05.14, 10:49
        Zagubiona, to, co opisałaś to współuzależnienie.
        Bardzo dobrze, że się zorientowałaś, że nie jesteś odpowiedzialna za humory swojego męża, to duży krok do przodu!
        Teraz poczytaj sobie literaturę na ten temat. Mnie bardzo pomogła książka
        lubimyczytac.pl/ksiazka/35913/koniec-wspoluzaleznienia-jak-przestac-kontrolowac-zycie-innych-i-zaczac-troszczyc-sie-o-siebie
      • dwilk5 Re: co robic? 28.05.14, 14:33
        ja od 7 lat odkąd urodził się synek właściwie próbowałam walczyc z humorami mojego męża - prawie zawsze zadowolona, miła, wspierająca, nietstey nic to nie dało.Oczywiście ja zawsze wyciagałam pierwsza rękę, bo wiedziałam, że mąż nigdy jej do mnie pierwszy nie wyciągnie. Raz sie wyprowadziłam jak synek miał rok, potem 3 lata później tez był okropny kryzys, ale sie nie wyprowadziłam. Teraz powedziałam dość i się zaczęło - mój ostatni post " pani Agnieszko.... jestem bezradna". Synek zaczł reagować na humory męża tak jak ja - przymilanie sie, żeby mąż miał znowu dobry humor i np. chciał tak jak obiecał pojechac z nami na rower.... Takie życie jest jednak bardzo trudne i męczace, dlatego ja w przyszłym tygodniu planuje wyprowadzkę, ale juz na zawsze...... Nie będe fundować dziecku wiecznych hustawek emocjonalnych ze strony ojca, a tym bardziej, że jak mąż jest na mnie zły to olewa przy okazji dziecko...... Dopiero niedawno odkryłam, że mąż ma zaburzenie osobowości - jest pasywno agresywny, pomogło mi to chyba zrozumiec mechanizm naszego zwiążku i w końcu odejść......
        • zagubiona108 Re: co robic? 28.05.14, 15:48
          Dwik. wiem o czym mowisz.
          Mam nadzieje, ze u mnie skonczy sie teraz jedno: 'bycie milym i wspierajacym'.
          To przynosi niestety efekt odwrotny do planowanego.
          Tez mam wrazenie, ze moj maz ma zaburzenia osobowosci - niestety (stety) zadnego jego dotychczasowe kontakty z psychologiem (a bylo ich trzy - choc krotkie - terapie) tego nie stwierdzily.
          Nie wiem co bedzie dalej.
    • zagubiona108 Re: co robic? 31.05.14, 21:26
      Jakies inne mysli, bo w tym momencie nadal nie wiem co robic.
      Moze Pani Agnieszka moglaby sie wypowiedziec?
Pełna wersja