ludvi
03.06.15, 11:51
Nie macie wrażenia, że raz uruchomiona gdzieś w rodzinnych korzeniach przemoc i agresja jest jak zaraza, mimo prób leczenia na różne sposoby zawsze wychodzi na wierzch, jedynie zmienia formę. Zawsze myślałam, że przy odpowiedniej dawce zaangażowania, starania złe schematy można zmienić, pozbyć się rodzinnych obciążeń. Tymczasem wokoło obserwuję, że owszem, wiedza teoretyczna wielu jest ogromna, deklaracje co do dobrych chęci jeszcze większe, a praktyka tak samo kiepska jak w poprzednich pokoleniach, tylko trochę inaczej realizowana ze względu na poboczne aspekty np ekonomiczne.
Z najbliższych znajomych tam gdzie dziadkowie pili, w kolejnym pokoleniu była przemoc emocjonalna, w następnym znowu uzależnienia i problemy z dziećmi. Ktoś miał alkoholika w rodzinie, to sam nie pije, ale wiąże się z osobą zaburzoną, agresywną, lub uzależnioną od czegoś innego. Kuzynka ktora wydawało się z boku, po wielu wcześniejszych problemach się ładnie ogarnęła i ma obecnie idealny związek, jak się okazuje w środku związku nadmierna zazdrość i awantury, córka w ciąży w wieku 16 lat, syn uzależniony... I nie mowimy o ludziach prostych bez wykształcenia, ale o inteligencji, z całymi szafami mądrych książek na ścianach. Chyba się pora pogodzić, że raz uruchomione zło nie kończy się, jedynie na chwilę przycicha by za jakiś czas wyplynąc pod zmienioną postacią.