Dodaj do ulubionych

Rozwód-nie daję rady...

08.01.08, 11:15
Głupieję.Wczoraj miałam ochotę zabić mojego męża,za każde
słowo,kazdy gest.Jego i kochankę.Do wczoraj byłam pewna,że chcę
rozwodu,że to jedyna słuszna decyzja.Przecież od dawna się nie
kochamy.Przez dwa lata ukrywał przede mną kochankę.W domu tylko śpi
i czasami wpada na obiad.Dopóki nie wiedziałam o kochance,znosiłam
to.Przyzwyczaiłam się.Nawet było mi dobrze,bo było mało okazji do
kłótni.Myślałam,że z czasem będzie lepiej...Mamy cudowne dzieci...

W nocy coś mi się odmieniło,poprzekręcało,czy co.Nie daję rady...
Cały czas ryczę.Już za nim tęsknię.Za jego dotykiem,za głosem,za to
że jednak codziennie był...interesował się nami...Dzwonił dzisiaj z
pracy,pytał się jak się czujemy,czy łykamy lekarstwa...A gdy
zapytałam,czy przyjdzie na obiad powiedział,że ma inne
plany...Boli...
Nie wiem,czy chcę odejść.Już sama nie wiem...Gubię się w tym...Czego
ja chcę?
Obserwuj wątek
    • angie07 Re: Rozwód-nie daję rady... 08.01.08, 13:19
      to zupełnie naturalna reakcja, nie jesteś jedyna wiele kobiet reaguje w podobny
      sposób. Powinnaś zdystansować się do całej sytuacji i zupełnie na chłodno
      odpowiedzieć sobie na ważne pytanie czy chcesz żyć dalej z mężem mimo
      wszystkiego co Ci zrobił? Czy potrafisz mu wybaczyć i nie wypominać tego co
      zrobił w przyszłości? Czy wolisz zacząć życie od nowa sama z dziećmi a z czasem
      z kimś kogo obdarzysz zaufaniem? Wiem że teraz jest to dla Ciebie niedorzeczne i
      że nie wyobrażasz sobie innego mężczyzny u boku, ale to minie z czasem uwierz
      mi. Znam mnóstwo kobiet, które są żonami po raz drugi.
      Wiem, że teraz nie wyobrażasz sobie życia bez niego i pewnie jesteś w stanie
      posunąć się do wielu "głupot" żeby go zatrzymać, jednak to wszystko przyniesie
      zupełnie odwrotny skutek od zamierzonego. Nawet jeśli chcesz, żeby Twój mąż
      wrócił, nie proś go żeby przyszedł na obiad. Zdobądź się z nim na szczerą
      rozmowę zapytaj co dalej zamierza, daj mu do zrozumienia, że nie zgadzasz się na
      układ z kochanką i musi wybrać albo rodzina albo kochanka. Jeśli wybierze tą
      drugą nic nie możesz zrobić, pewnie będzie tego żałował i wróci kiedyś błagać
      Cię o wybaczenie, ale nie zatrzymuj go siłą. Nie chcesz chyba, żeby był z Tobą z
      litości. Jeśli chce odejść niech tak zrobi bądź chłodna i niedostępna niech
      poczuje co stracił. Postaraj się wykorzystać ten czas na to co do tej pory nie
      było możliwe, ze względu na brak czasu. Idź do kosmetyczki, fryzjera, spotkaj
      się z przyjaciółką. Pokaż mu, że mimo jego zdrady Ty wyglądasz kwitnąco to da
      mu do myślenia. Kiedy będziesz zapłakana on poczuje się wygrany. Mężczyzn
      pociągają silne kobiety pamiętaj o tym. Sama musisz podjąć decyzję, czy po tym
      co Ci zrobił jesteś mu w stanie wybaczyć i żyć z nim dalej (oczywiście o ile on
      też będzie tego chciał). Nie znam Twojej sytuacji nie wiem co było przyczyną
      zdrady, ale wiem jedno nie zasłużyłaś na to. Bądź silna, najbliższe dni będą
      koszmarem ale potem z każdym wschodem słońca będzie coraz lepiej bez względu na
      to czy zostaniesz z mężem czy nie! Trzymaj się i daj znać ja się sprawy mają.
    • burza4 Re: Rozwód-nie daję rady... 08.01.08, 13:21
      chcesz być kochana, chcesz poczucia, że dla kogoś jesteś ważna, że
      komuś na tobie zależy. Można było w głębi duszy zwalić winę za stan
      rzeczy na męża.

      Tymczasem on sobie układa życie, więc twoje ego podpowiada, że taki
      ostatni nie jest, więc zaczynasz się siłą rzeczy zastanawiać nad
      sobą, jak zachować poczucie własnej wartości w tym wszystkim. Stąd
      może ta kołomyja uczuciowa.
      • dalliletka Re: Rozwód-nie daję rady... 08.01.08, 13:42
        Dzięki,dziewczyny...
        Myślę o tym od dwóch tygodni,całe dnie i całe noce.Nie spałam przez
        to kilka nocy pod rząd i nawet w dzień nie potrafiłam przymknąć oczu
        nawet na chwilę.Wyglądam jak wrak człowieka,schudłam do granic
        możliwośi.I cały czas jestem na emocjonalnej huśtawce...
        Wiem,dlaczego zdradził...Nie wytrzymał szaro-burej codzienności,tak
        samo jak ja.Ale on znalazł pocieszenie,a ja stałam się zrzędliwą
        babą.
        On dalej jest dla mnie czuły,przytula mnie,nawet częściej niż
        kiedyś,a ja ciągle szukam podstępu,co się za tym kryje.
        Nawet udało nam się kilka razy poważnie porozmawiać...ale bez
        podejmowania ostatecznych decyzji.
        Wiem,gdzie popełniałam błędy...A teraz wiem,że dałabym radę to
        naprawić...Lecz tak bardzo się boję,że on nie będzie już chciał...
        Powiedział,że nie ma jeszcze planów na przyszłość,i że wszystko może
        jeszcze się odmienić...Czy jest nadzieja?
        • angie07 Re: Rozwód-nie daję rady... 08.01.08, 13:58
          Z tego co napisałaś widać, że jest nadzieja. Nikomu nie jest łatwo podjąć taką
          decyzję. Nie wymuszaj na nim jakiś deklaracji jeśli nie jest na nie gotowy,
          lepiej pokaż mu, że się zmieniłaś. Nie podoba mi się jeszcze jedna rzecz- on nie
          może przychodzić do Ciebie po tym jak spędził upojną noc ze swoją kochanką i
          przytulać Cię mówiąc, że Ci współczuje. Po pierwsze nie płacz przy nim, wiem, że
          to trudne ale postaraj się. Powiedz mu jasno i stanowczo, że nie wiesz czy
          jesteś mu w stanie wybaczyć i że potrzebujesz czasu, żeby to przemyśleć. Daj też
          jemu czas na zastanowienie się, tylko wyznacz jasne reguły. Najlepiej było by
          gdyby przestał się spotykać z tą kobietą i wtedy obiektywnie ocenił kogo kocha
          na prawdę i za kim tęskni. W jej ramionach nie odczuje Twojego braku. Jeśli nie
          wie co będzie dalej to niech się zastanowi wyznacz mu na to jakiś czas np. tydz.
          lub 2 tyg. ale pamiętaj zrób wszystko, żeby zastanawiał się w samotności.
          Najlepiej wyjedź poza miasto i zostaw go na tydzień z dziećmi. Uniemożliwi mu to
          kontakt z kochanką i będzie się pewnie zastanawiał się co dzieje się z Tobą.
          Powiedz, że musisz wyjechać aby poukładać sobie to wszystko. Wiem co myślisz, że
          to ostatnia rzecz na jaką masz ochotę ale może warto...
          • kicia031 Re: Rozwód-nie daję rady... 08.01.08, 14:02
            To bardzo dobre sa pomysly. Popieram.
        • dalliletka Re: Rozwód-nie daję rady... 08.01.08, 14:00
          Wiemy też,że oboje nie jesteśmy bez winy.Tylko widocznie facetom
          łatwiej odejść,by zaspokoić swoje potrzeby.Ja nie mogłam spakować
          się i wyjść.
          Nie jestem zaniedbaną babą.Mam ciepły dom i cudne,mądre dzieci.Mam
          40 lat,ale wyglądam jak starsza siostra własnej córki;))Zaniedbałam
          tylko kilka spraw bardzo istotnych dla mojego męża(dla mnie były
          mniej ważne(((.A to wszystko z marazmu,braku siły,depresji.

          A może to co się teraz dzieje w moim życiu nie jest na darmo...może
          to jest właśnie nadzieja?
          • angie07 Re: Rozwód-nie daję rady... 08.01.08, 14:14
            Wiesz jemu na pewno jest tak wygodnie, wielu facetów marzy o tym, żeby mieć żonę
            i kochankę. Na pewno też nie jest mu łatwo, ale pokusa wyrwania się z szarej
            codzienności jest silniejsza. Teraz mu się wydaje, że jego kochanka jest lepsza
            bo może jest zakochany a miłość jest ślepa. Jednak gdy będzie miał z nią wspólne
            gary i rachunki na głowie wszystko wróci do normy, nie będzie już tej atmosfery
            tajemniczości i magi jaka towarzyszyła w ich związku kiedy musiał go ukrywać
            przed Tobą. Najważniejsze jest to żebyś się szybko pozbierała i pokazała mu że
            panujesz nad swoim życiem, pokaż mu, że wiesz jakie błędy popełniłaś. Kiedy on
            zobaczy w Tobie silną poukładaną kobietę może da Wam jeszcze jedną szansę.
            • dalliletka Re: Rozwód-nie daję rady... 08.01.08, 14:27
              Wiesz co,innej kobiecie powiedziałabym to samo.Dzięki.

              Przed chwilą znowu dzwonił...takim głosem,że znowu ryczę.

              Chyba skuszę się na psychologa,może będę wiedziała czego chcę.

              Jednak gdy będzie miał z nią wspólne
              > gary i rachunki na głowie--on tego chyba boi się najbardziej,bo
              gdy ja zarządam rozwodu,to zostanie w samych skarpetkach.
              A,naprawdę nie chcę mu tego zrobić za te wspólne lata.
              • angie07 Re: Rozwód-nie daję rady... 08.01.08, 14:31
                co mówił kiedy dzwonił? potrafisz przytoczyć jego słowa? Jesli oczywiście chcesz..
                • dalliletka Re: Rozwód-nie daję rady... 08.01.08, 14:40
                  Dokładnie nie.Pytał,czy dzieciom lepiej(siedzimy w domu z ciężka
                  anginą),czy dałam wszystkie lekarstwa.Nie pytał tylko o dzieci.O
                  mnie też pytał,takim smutnym głosem...Pytał jeszcze czy mam
                  wszystkie zakupy.
                  • angie07 Re: Rozwód-nie daję rady... 08.01.08, 14:49
                    Wynika z tego, że martwi się o Ciebie i o dzieci, znaczy że Was dalej kocha.
                    Podejdź do tego spokojnie na pewno wszystko się ułoży a jeśli nie daj Boże coś
                    pójdzie nie tak... to z tego co pisałaś jesteś atrakcyjną kobietą na pewno nie
                    bedziesz sama.
                    • dalliletka Re: Rozwód-nie daję rady... 08.01.08, 15:14
                      Dzięki za słowa otuchy.Jednak warto próbować?
                      Dawno temu,zanim go poznałam,wydawało mi się,że mogę zakochiwać się
                      co 5 minut w innym facecie.Nawet moja mama miała chwilami
                      wątpliwości,czy wytrzymam...Inni faceci dla mnie nie istnieją,nawet
                      teraz,gdy wszystko się wali,wychodzę na ulicę i żaden mi się nie
                      podoba,nie czuję żadnej iskierki...Nieraz miałam erotyczne sny,tylko
                      z nim w roli głównej(i wtedy,gdy byliśmy razem,i całkiem
                      niedawno,gdy byliśmy już osobno).Tylko dlaczego ja go odtrącałam na
                      jawie?
                      Dzięki tej rozmowie zaczynam coś rozumieć.Potrzebny mi psycholog,bo
                      sama nie dam rady.Gdzie można znaleźć dobrego psychologa?Szukać w
                      przychodni,czy prywatnie?
                      • angie07 Re: Rozwód-nie daję rady... 08.01.08, 15:32
                        To zupełnie normalne, że teraz każdy facet wydaje Ci się obojętny i nie
                        atrakcyjny, jesteś nastawiona na niego i fakt, że może sobie ułożyć życie a Ty
                        zostaniesz sama potęguje Twoje ciepłe uczucia w stosunku do niego (niestety mogą
                        być one podyktowane zaistniałymi warunkami) chcę powiedzieć że, gdyby on nie
                        chciał odejść do innej być może Twoje uczucia nie były by takie same. Odtrącasz
                        go na jawie bo zrobił Ci krzywdę i to Cię boli. Psychologa poszukaj w przychodni
                        a jeśli nie znajdziesz kogoś dobrego dopiero szukaj prywatnie.
        • kicia031 Re: Rozwód-nie daję rady... 08.01.08, 14:01
          Pan chce miec ciastko i zjesc ciastko - no i oczywiscie wygodniej
          trzymac cie w zawieszeniu (i kochanke tez) zebyscie obie o niego
          zabiegaly. a on laskawie bedzie was ocenial, ktora sie lepiej stara
          i ktora wybrac.

          Musisz wziac sie w garsc. Szukaj pomocy psychologa, przyjaciol,
          kogokolwiek, stan na wlasnych nogach. jesli masz go odzyskac, to
          tylko w ten wlasnie sposob!
          • zoffia0 Re: Rozwód-nie daję rady... 08.01.08, 16:01
            tak czytam i widzę siebie i swoje rozstanie,
            zresztą opisane na tym forum ,
            mężczyzna nie jest urządzeniem skomplikowanym jak widać,
            jak źle to nawiać tam gdzie mu dobrze bo panów przerastają obowiazki domowe -jest taki dowcip że mężczyzna potrzebuje kobiety która umie gotować ,
            takiej co idealnie prowadzi dom , jest piękna i zadbana , jest ognist ą kochanką , i coś tam jeszcze ale najlepiej aby jedna o drugiej się nie dowiedziały.

            czemu my kobiety jesteśmy takie obowiązkowe i nie myślimy egoistycznie jak oni.
            u mnie sytuacja była jasna -powiedział że odchodzi i właśnie mieszka ostatni tydzień z nami.

            • dalliletka Re: Rozwód-nie daję rady... 08.01.08, 16:24
              Hej.Ja czytając twoją historię widziałam siebie...Jesteśmy 18 lat po
              ślubie.Kawał życia.Ja byłam zawsze skromna,ułożona,nigdy nie
              myślałam o sobie...Same zalety.Wydawało mi się,że największą moją
              zaletą jest to,że myślę o innych.Ja byłam na szarym końcu...Teraz
              widzę ja bardzo się myliłam.
              Mój mąż potrzebował i żony i kochanki.

              P.S.Mój nie powiedział,że odchodzi.Wg niego to ja go
              zostawiłam,pogoniłam.A dowcip prawdziwy.
              • zoffia0 Re: Rozwód-nie daję rady... 08.01.08, 18:10
                >>Ja byłam na szarym końcu.<<
                ja byłam zawsze z przodu , byłam szyją i głową w związku , on był ciepłem i duszą -atmosferą, i to ceniłam w nim najbardziej bo wspieraliśmy się ,
                straciliśmy jedną firmę , potem drugą przez to że ktoś wykorzystał jego ufność , trzeci raz zaczęliśmy od początku a teraz kiedy zaczynaliśmy stawać na nogi stwierdził że go nie kochałam i że zaczyna nowe zycie oczywiście z nową panią -
                teraz już jest pewien że nie zmarnuje sobie życia przy mnie.
                Droga wolna ,ale obowiązków wobec córki nie odpuszczę co już wspominałam.
                zobaczymy czy się zmienił bo twierdzi że teraz da radę .

                • zoffia0 Re: Rozwód-nie daję rady... 08.01.08, 18:16
                  i zaczęłam wreszcie coś robić dla siebie , koniec z modelem dom -praca-dom
                  wychodzę ile tylko mogę na różne zajęcia - taniec , fitness, znajomi
                  przeszukałam notes , naszą klasę i zmieniam swój plan dzienny -
                  w dzień dom , wieczór jest mój, no chyba że muszę iść do pracy:)
                  • dalliletka Re: Rozwód-nie daję rady... 08.01.08, 18:38
                    Nie obraź się,ale mi się wydaje,że to co robiłaś wcześniej,nie było
                    wyłącznie "dla siebie".Dopiero teraz zaczęłaś to robić,dla swojej
                    przyjemności.I tak trzymać!
          • kol.3 Re: Kicia, Ty nie jesteś znowu taka idealistka 08.01.08, 20:11
            Twoja ocena sytuacji wydaje mi się najbardziej trzeźwa.
            Żona i dzieci kochane i chore, a on taki czuły dzwoni od kochanki
            żeby się dowiedzieć jak zdrówko i powiedzieć parę czułych słów,
            doprowadzając żonę do łez ze wzruszenia. Taki dobry mąz i ojciec.
            Droga autorko wątku, Twój mąż to cwany manipulant. Wg mnie on się
            wcale nie chce z Tobą rozwieść. On po prostu ma chwilowy odskok w
            bok, a Ciebie starannie utrzymuje w dobrej formie psychicznej, cobyś
            się nie znarowiła i nie wyskoczyła z jakimś rozwodem.
            No chyba, że kochanka okaże się cwańsza od niego.
            Najwyższa pora iść po rozum do głowy, bo za chwilę będziesz wrakiem
            kobiety. Trzymaj się kobieto!
            • dalliletka Re: Kicia, Ty nie jesteś znowu taka idealistka 08.01.08, 21:58
              Ja dokładnie tak samo myślałam do wczoraj.Dzisiaj coś mi się
              pokićkało w łepetynie i nie dałam rady.On nie chce się rozwieść bo
              po 1:zepsuje sobie reputację,to facet na wysokim stanowisku,
              po 2:straci większość kasy,bo dwójka dzieci i ja nie pracuję;)
              po 3:gdy zostanie goły to kochanka go puści w trąbę.No i zostanie na
              lodzie.
              Nie chcę go wybielać,ma wiele wad,ale troskliwy i opiekuńczy był
              zawsze.Dzwonił z pracy,nie od kochanki.

              Ja już nie chcę wisieć nad przepaścią.Chcę wiedzieć na czym stoję.

              Mam mnóstwo dylematów:czy walczyć o niego,czy pogonić kochankę,czy
              pokazać na co mnie stać-rozwód i spadaj stary?
              Nie wiem.Rozwód to ostateczność.
              Zastanawiam się,czy wybaczę?Czasem myślę,że mogłabym,bo to w końcu
              ja go przepędziłam,gdy mi nie pasowało.On wtedy cierpiał,podobno
              płakał,podobno czekał na mnie.Tylko ja taka ślepa byłam.A on tak
              bardzo potrzebował seksu,że poleciał jak pies za s..ą.
              Czasami go nienawidzę,czasami żal,że tupnęłam nogą...
    • dalliletka Re: Rozwód-nie daję rady... 08.01.08, 22:23
      Zastanawiam się czy faceci prócz sexu mają jeszcze jakieś inne
      uczucia.Co siedzi w ich mózgownicach? Jego kochanka ma na imię tak
      samo jak nasza córka,najukochańsza córeczka tatusia.
      Jej córki mają imiona,jak przyjacółki naszej córki.Brrr.Ona ma
      pracę,ale nie ma gdzie mieszkać,mieszka z rodzicami.On ceni nasze
      dzieci,że takie spokojne i mądre.A tamte dwie rozwydrzone bachory.On
      lubi ciszę i spokój.
      Pytałam go co prócz seksu was łączy?Nie umiał odpowiedzieć.

      A najśmieszniejsze jest to,że on się wogóle nieprzyznaje do
      kochanki,tylko zastanawia się,skąd ja tak dużo wiem.
      • dalliletka Sprawa już nie aktualna... 09.01.08, 09:00
        Podaję do sądu o rozwód.Już nie ma szans.Trzymajcie za mnie
        kciuki,bo chce mi odebrać dzieci!!!!!!!!!!!!!!!
        • kicia031 Re: Sprawa już nie aktualna... 09.01.08, 09:58
          Odebrac, to sobie moze pranie z pralni.

          Nie przejmuj sie durnymi grozbami.
          • triss_merigold6 Re: Sprawa już nie aktualna... 09.01.08, 10:03
            90% panów grozi, że odbierze dzieci a po jednym pełnym weekendzie z
            potomstwem jakoś zmieniają zdanie i przestają się upierać, żeby
            posiadać owo potomstwo calodobowo.
            • dalliletka Re: Sprawa już nie aktualna... 09.01.08, 11:45
              Dzieci mi nie zabierze!za żadne skarby świata!

              Wiecie,jak córka zareagowała,gdy dwa tygodnie temu powiedziałam o
              rozwodzie?Ma dopiero 13 lat.To maleńka,wrażliwa osóbka.Najpierw się
              popłakała.Przeczekałam,głaskałam.Potem zaczęła mówić.
              Mówiła-mama,ja to się nawet cieszę,z tego rozwodu.Co ztego,że on
              przychodzi na pół godziny do domu.Głaszcze mnie ślepo po głowiei
              mówi,że mnie kocha.Za co mnie kocha,jak on mnie wogóle nie zna?
              • hany_hany Re: Sprawa już nie aktualna... 09.01.08, 17:46
                Dalli... Ty myśl teraz o Sobie i o Dzieciach i nie martw się, że ex
                Ci dzieci odbierze, bo tak chce.
                Dobrze, że zdecydowałaś się na rozstanie. Rozwód to bardzo
                traumatyczne przeżycie (dla mnie skończył sie depresją). Tęskniłam
                za nim straszliwie mimo, że mnie zdradzał a przez to upokarzał.
                Kochałam go poprostu, ale ze zdradą żyć się dopiero nie da!
                Teraz wszysto jest już dobrze choć o innym meżczyźnie nawet nie
                myślę.
                W domu spokój.Mojemu synowi zrozumieć prawdę pomógł mądry psycholog
                dziecięcy.Tzn. wyjaśnił mi kiedy i jak z dzieckiem rozmawiać, tak
                aby już mocno zranionego bardziej nie ranić.
                Dużo siły Ci życzę a będzie dobrze.
                • dalliletka Re: Sprawa już nie aktualna... 09.01.08, 19:40
                  Dzięki za słowa otuchy...Wiem,że on chce mnie zniszczyć
                  psychicznie,bo dobrze wie jaka wrażliwa jestem,wszystkim się
                  przejmuję niepotrzebnie,bardzo przeżywam,do tego stopnia,że raz
                  zemdlałam i rozbiłam sobie głowę.Szok,nie?
                  Teraz muszę się pilnować,dla dzieci.
                  Parę dni temu moja córka powiedziała coś takiego:on(brat-ma 17,5lat)
                  to ma dobrze,za parę miesięcy będzie mógł sam decydować czy chce się
                  widzieć z tatą,a ja ?Ja będę musiała jeszcze 4lata?
                  Mówię wam,słabo mi się zrobiło,gdy to usłyszałam.Bo sama nie wiem,co
                  to będzie.Boję się o nią.
    • madame.maribell Re: Rozwód-nie daję rady... 09.01.08, 22:14
      Jeśli twój mąż rzeczywiście będzie starał się o odebranie ci dzieci, to ja myślę, że dużym plusem byłoby znalezienie sobie pracy. Jakiejkolwiek, abyś mogła wykazać się dochodami. Piszesz, że mąż piastuje wysokie stanowisko, podejrzewam, że może mieć także znajomych, którzy pomogą mu rozwiązać sprawy po jego myśli. Nawet jeśli sam nie ma takich znajomych, to zawsze znajomi mają znajomych itd. Ponadto kochanka skutecznie może go utwierdzać w przekonaniu, że robi mądrze, oczywiście tylko po to, aby tobie dopiec. Ponadto sama też musisz zacząć myśleć o sobie. Chyba nie chcesz w przyszłości żebrać od niego na chleb. Praca pomogłaby się tobie zdynstansować do całej tej sytuacji, miałabyś nowych znajomych, nie siedziałabyś w domu i nie rozmyślała. To ogromny plus nie tylko w walce o dzieci, ale także dla ciebie. Dodam jeszcze, że miałam koleżankę w podobnej sytuacji, jak twoja. Ktoś znający się na rzeczy podpowiedział jej, że jeśli nie będzie miała pracy, jakiejkolwiek, mąż będzie miał większe szanse na odebranie dziecka, a również nieźle zarabiał. Dziewczyna wzięła się za siebie, znalazła dość szybko robotę, fakt, że nie rewelacyjną, bo to praca w sklepiku, ale jest bardzo zadowolona. Weź się w garść i nie proś go o powrót, bo to zwykle odnosi odwrotny skutek. Pokaż mu, że nie jesteś szarą myszką zależną tylko od niego i wszystko mu wybaczającą. Wtedy szybko się opamięta. Tylko już ty zadecydujesz wówczas, czy potrafisz wybaczyć, ale to już najlepiej przemyśleć za jakiś czas, kiedy opadną w tobie emocje. Pozdrawiam i życzę powodzenia.
      • dalliletka Re: Rozwód-nie daję rady... 09.01.08, 22:49
        madam-dałaś mi dużo do myślenia.Znaleźć pracę to nie takie
        proste,przynajmniej teraz.Nie jestem w stanie,źle wyglądam,nie mam
        siły.No i nie mam znajomych.A,że w przyszłości podejmę pracę to wiem.
        Tylko muszę kilka spraw załatwić,a to trochę potrwa.

        >nie proś go o powrót, bo to zwykle odnosi odwrotny skutek<
        Nie proszę,wręcz przeciwnie-wyganiam.Nienawidzę go i nie mogę na
        niego patrzeć.Jest mi lepiej bez niego.Wszystko potrafię zrobić
        sama,bo tak jest od wielu lat.
        Do tej pory nie pracowałam z kilku bardzo istotnych powodów.Decyzję
        o tym podjęliśmy wspólnie i z wielkim bólem.Zaczęło mu to
        przeszkadzać,gdy z jednej pensji trudno było utrzymać rodzinę i
        kochankę.A ja durna oszczędzałam na sobie,by on mógł zabrać kochankę
        na wczasy.

        > że może mieć także znajomych, którzy pomogą mu rozwiązać sprawy po
        jego myśli.
        I właśnie tego się boję...
        • kicia031 Re: Rozwód-nie daję rady... 10.01.08, 09:44
          W przypadku tak duzych dzieci, jakie ty masz, sad bierze pod uwage
          rowniz ich zdanie - i ogole sady raczej nie przeyznaja dzieci ojcon,
          nie sadze tez, by kochanka miala ochote wychowywac dwojke
          nastolatkow.

          Nie obawialabym sie tutaj.

          Natomiast, jak zawsze, popieram pojscie do pracy - nawet jesli nie
          dla pieniedzy, tylko dla kontaktu z ludzmi i oderwania sie od
          czarnych mysli.
      • kol.3 Re: Rozwód-nie daję rady... 10.01.08, 09:45
        Rada aby znaleźć pracę jest bardzo dobra.To podstawa. Jeśli masz
        dzieci w wieku lat nastu dziwię się że dotąd tego nie zrobiłaś.
        Bycie żoną przy mężu bardzo osłabia pozycję w rodzinie, tym
        bardziej, że panowie na wysokich stołkach z większymi dochodami są
        łakomym kąskiem do różnego rodzaju łowczyń, którym przeważnie
        ulegają. Instynkt samozachowawczy powinien Ci podpowiedzieć, że
        teraz musisz wziąć sprawy w swoje ręce. To pozwoli Ci odzyskać
        szacunek dla siebie samej, poprawi Twoją pozycję w rodzinie. Rozwód,
        o ile do niego dojdzie może nie być sprawą łatwą, a to, że pracujesz
        poprawi Twój wizerunek, sprawi,że staniesz się bardziej wiarygodna.
        • bea53 Re: Rozwód-nie daję rady... 14.01.08, 16:34
          Trudno mi określić sytuację jeśli jest przekazywana tylko z jednej strony.
          Niemniej jednak po rozwodzie najwiecej tracą dzieci i żona ktora poswiecila
          swoją karierę dla kariery męża.
          Mozliwe ze mąz zacząl byc atrakcyjny jak odkryłas ze ma kochankę, to tak działa,
          skoro mogę go stracić to wtedy wydaje sie atrakcyjniejszy...mozliwe ze nie
          traktowalas go tak jak chcial, brak seksu jest dla facetow pierwszorzędny, mysle
          ze dlatego znalazl kochanke, moze czekal az okazesz mu wiecej uczuc albo
          namyslal sie co zrobic...mozliwe ze gdybys wczesniej okazala mu wiecej uczuc
          byloby inaczej, nie zgadzam sie z ktoryms z postów ze mezczyzni lubia silne
          kobiety, jest raczej odwrotnie, lubia słabe, wieszające sie na ramieniu

          niemniej jednak wkurza mnie ze jedynym wyjsciem z sytuacji zamiast rozmowy w
          problemach u facetów jest kochanka i ucieczka...
          zabrakło u Was szczerej rozmowy...
          Co bym teraz zrobiła:
          - wynajęla detektywa, zeby miec jawne dowody zdrady, jesli ich nie masz, maile,
          zdjecia itd, rachunki,
          -wystapiła o rozwod z orzeczeniem o winie i puscila goscia w samych skarpetkach.
          to ze nie masz pracy powoduje ze bedzie musial placic na Ciebie alimenty, nie
          szukaj teraz pracy juz po orzeczeniu lepiej...
          - nie przejmuj sie straszeniem ze zabierze Ci dzieci, wszyscy tak mówią,
          wystarczy w sądzie rzeczowo powiedziec ile spedzal z nimi czasu a ile z Tobą..z
          jego punktu widzenia atakując Cie spycha sie do defensywy
          - zaatakuj też składając o rozwód z orzeczeniem o widzie i ograniczenie
          kontaktów z dziecmi itd., nie bedzie to proste ale dobry prawnik powinien Ci pomóc..
          - idz do lekarza, psychologa, wydobadz jakies orzeczenie ze masz depresje z
          powodu sytuac ji rodzinnej itd, dobrze to przedstawic w sadzie ze masz problemy
          przez zachowanie meza i nieodpowiedzialnosc...
          powodzenia



          • dalliletka Re: Rozwód-nie daję rady... 14.01.08, 23:30
            Jestem.Niedawno doszliśmy do wniosku(on doszedł),że nie rozumiemy
            się.Owszem,zgadzam się,bo nie rozumiem kogoś kogo priorytetem jest
            kolejny kumpel,kolejna impreza czy wydawanie pieniędzy na kolejny
            ciuch dla niego.Ja ciągnęłam w stronę domu,chciałam urządzać nowe
            mieszkanie,a on nie.Wojny toczyliśmy o najmniejszą rzecz do domu.

            Ja jestem winna,że nasz związek się rozpadł.Bo w pewnym momencie
            zaządałam odrobiny szacunku dla siebie...On nie uznaje ludzi
            mądzrejszych od siebie.On musi błyszczeć i mieć ostatnie zdanie.
            Ale ja się nie dałam.Pogoniłam go z łóżka,bo nie szanował mnie w
            dzień(i w nocy też) i teraz za to płacę.

            Jest to człowiek,z którym nie można rozmawiać.Nie da się.Nigdy nie
            przegadaliśmy dręczącego nas problemu.Wszystko się rozmydlało w
            czasie.Od kilku lat on nie ma dla mnie czasu.Rozmawiamy w drzwiach
            lub przez telefon.

            Tylko,że sprawa się rypła...Mam dowody,mam rachunki.

            Dzisiaj byłam u prawnika.Zrobiłam pierwszy krok.
            Dzieci mi nie zabierze,bo powyżej 13-tego roku życia same decydują z
            kim chcą być.Będzie musiał płacić alimenty również na
            mnie,obowiązkowo przez najbliższe pięć lat.
            Prawnik polecał mi również psychologa,bo samej ciężko będzie mni się
            podnieść.

            Dzięki za wpisy w moim wątku.Jadę do rodziców.Wrócę za dwa tygodnie
            i napiszę jak sprawy stoją.
            Aha,dzisiaj,gdy mnie w domu nie było, pożegnał się z
            dziećmi."Pamiejtajcie,że was kocham" i tyle.
            • angie07 Re: Rozwód-nie daję rady... 15.01.08, 14:36
              Dobrze, ze wzięłaś się w garść... Sama widzisz, że nie warto było ratować tego
              związku... Trzymaj się ciepło daj znać co słychać jak wrócisz.
    • dalliletka Re: Rozwód-nie daję rady... 27.01.08, 19:53
      Wróciłam od rodziców.Wydusiłam to wreszcie z siebie.Powiedziałam im
      całą prawdę.Było i jest ciężko.Rodzice przeczuwali,że dzieje się coś
      złego.Teraz winią się za to,że nie zareagowali w porę.Właściwie to
      zawsze mieli mu za złe,że zostawia mnie samą z dziećmi na całe
      dnie.Ale on zawsze miał jakieś wytłumaczenie,w które musieliśmy
      uwierzyć.
      Prawie cały pobyt u rodziców przepłakałam razem z mamą.Początkowo
      rodzice nie chcieli go więcej widzieć,ani z nim rozmawiać.Po
      tygodniu mama zebrała się i zadzwoniła do niego.
      Tłumaczył się jak małe dziecko.Kłócił się.Po tej rozmowie mama
      upewniła się,że rozwód to najlepsze wyjście.To nie odpowiedzialny
      człowiek,egoista i snob.Zawsze taki był.Próbowałam nauczyć się życia
      z nim,ale nie wyszło.
      Jeszcze wczoraj się kłóciliśmy.Zarzuca mi,że nie pozwalałam mu być z
      dziećmi sam na sam.Ze ja spędzam z nimi całe dnie,to on też chciał
      trochę.Przez te wszystkie lata na spacerze byliśmy tylko dwa razy,bo
      go nóżki rozbolały.Dwa razy był z dziećmi na rowerach,beze mnie.To
      dzieci wróciły z płaczem i zapowiedziały,że więcej nie pojadą.I to
      ja wyganiałam go,żeby poszedł z synem do kina na jakiś chłopski
      film, beze mnie.Byli może ze trzy razy.Z córką został w domu jeden
      jedyny raz,to się popłakała i z płaczu usnęła.Tak wyglądało jego
      zajmowanie się dziećmi.
      Wiele razy tłumaczyłam mu,że rodzina to wspólne spędzanie czasu,jak
      i wspólne rozwiązywanie problemów czy szukanie radości w życiu.On
      tego nie rozumie.On chce wszystko robić sam.
      Proszę bardzo.Zostanie sam,bo ja mam rodzinę.A kochanka to bardzo
      ulotna rzecz.Podejrzewam,że babka szybko przejrzy na oczy.I tego mu
      życzę.
      Jutro jadę do psychologa.Pozew składam za tydzień.
      Czemu ja?Bo on nie ma odwagi.I żadnych planów na przyszłość.Ja mam
      plany.Ja po prostu chcę być szczęśliwa.Bez niego.

      Trochę boję się tej terapii u psychologa.Nie wiem jak to będzie się
      odbywało.Aha-dostałam 12 darmowych wizyt.Gdybyście chciały wiedzieć
      jak to się załatwia to napiszę.
      • angie07 Re: Rozwód-nie daję rady... 27.01.08, 20:23
        Witam.Widzisz powoli sytuacja się normuje, teraz przynajmniej już wiesz, że nie
        chcesz być z mężem bo nie jest tego wart. Życie które miałaś z nim chyba nie
        było łatwe, tak wynika z Twojego opisu, nie wiem jak mogłaś tyle z nim
        wytrzymać? Rodzice na pewno dadzą Ci wsparcie w trudnych chwilach. Napisz jak
        wygląda Twoja terapia i jak efekty...Pozdrawiam.
        • dalliletka Re: Rozwód-nie daję rady... 27.01.08, 20:42
          Wiedziałam,że nie było lekko.Popsuło się od narodzin młodzej
          córki.Już 13 lat się męczę.Ale ja zawsze byłam optymistką.I zawsze
          wierzyłam,że kiedyś przyjdzie taki czas,że się odnajdziemy.Bo
          przecież kiedyś się kochaliśmy i było nam dobrze.Teraz wiem,ze to
          były tylko złudzenia...

          O terapii napiszę.
          • variacja Re: Rozwód-nie daję rady... 28.01.08, 15:03
            Stwierdzam, zę ogół facetów tzn. jakieś 85% jest beznadziejnie
            zwierzeco-testosteronowa. Najlepiej dac im dupy dwa razy dziennie,
            ugotować, zająć sie dzieckiem, podstawić wszystko pod nos a i tak
            znajdzie na koniec młodszą...
    • variacja Re: Rozwód-nie daję rady... 28.01.08, 15:04
      Dalliletko,

      Współczuję serdecznie, boję się trochę, ze i mnie czekają trudne
      chwile...Napisz co Was od siebie oddaliło..
      • dalliletka Re: Rozwód-nie daję rady... 28.01.08, 18:46
        Co nas oddaliło?Trudno tak jednoznacznie określić.Sama szukam
        źródła.Napewno inaczej pojmujemy wiele spraw.Np.dla mnie rodzina to
        wspólne spędzanie czasu,wspólne pokonywanie problemów,wspólne
        planowanie,wspólne szukanie radości.On chciał wszystko robić sam.Sam
        chciał się martwić, sam chciał chodzić na spacery,sam do kina,sam
        jeść obiady przy stole,sam robił zakupy.Ja to pojmuję zupełnie
        inaczej.
        Ja zawsze miałam plany na przyszłość,bliższą czy dalszą.On nigdy.Ja
        jestem skromna,on snob.Dlaczego snob?Bo jego zakupy są lepsze od
        moich,jego zupa lepiej smakuje,on lepiej opowiada dowcipy,on umie
        wszystko załatwić.

        Zawsze byłam cicha skromna i delikatna.Zawsze robiłam to co chciał.A
        gdy wreszcie zaczęło mnie to potwornie boleć to tupnęłam nogą.I to
        tak mocno,że na dłużej i częściej uciekał z domu.Jednak bywał
        codzień.Starałam się rozmawiać.Ale jak grochem o ścianę.Prosiłam nie
        wychodź z domu.Zostań i leż na kanapie,tak jak lubisz.Ale jego
        świerzbiło i musiał wyjść.I jeszcze powiedział,że jak go zatrzymam
        to i tak wyjdzie.
        I tak jest już wiele lat.Ostatnio było lepiej.Stał się
        punktualny,milszy,zaczął się interesować domem...Myślałam,że
        zrozumial co to znaczy rodzina...A jemu było tak dobrze.W domu
        czekał na niego obiadek,wyprane koszule,a po obiadku sru do
        kochanki.Wracał po północy.i tak codziennie.Przyzwyczaiłam
        się.Znalazłam czas na moje hobby.I nawet było mi dobrze,że go nie
        było.Ale sprawa się rypła,bo przez pomyłkę zajrzałam do jego
        komórki...

        Gdy rozmawialiśmy o rozwodzie to miał do mnie pretensje jak małe
        dziecko,że gdybym nie zajrzała do jego komórki to nie byłoby afery.I
        znowu moja wina.

        Ciągle jestem na huśtawce.Raz wiem czego chcę,wiem,że zawsze robiłam
        dobrze,a raz ryczę,obwiniam siebie za wszystko.Wiem jedno:ja chcę
        być szczęśliwa,bez niego.I tak będzie.Jestem przekonana na 1000%.
        Wiem,że za zakrętem czeka mnie szczęście,bo zasłużyłam sobie na
        nie.Ale do zakrętu jeszcze strasznie daleko...
        • aniucha333 Re: Rozwód-nie daję rady... 29.01.08, 06:50
          Daliletka:

          Malo sie nie porychalam jak to przeczytalam. Faceci sa do niczego.
          Przechodze tez przez kryzys w moim malezenstwie. Tylko my jestesmy
          razem tylko 5 lat. Wszystko sie zmienilo jak Maly sie urodzil.. Juz
          w ciazy go chcialam zostawic ale mnie blagal, calowal, przepraszal
          ze sie zmieni. A ja durna wierzyalm. Po porpdzie bylo jeszcze
          gorzej. Pomagal tylko 2 tygodnie potem stwierdzil ze sobie sama dam
          rade, bo on pracuje. Wyliczl mi kazdy grosz na moim macierzynskim to
          wrocila po roku do pracy by sie nie dac dalej ubezwlasnowolnic.
          Mialam szczescie ze moi rodzice synem sie zajeli i nie musial isc do
          zloba... Maly ma juz 2.5 roku i jest coraz gorzej... Klotnie sa
          praktycznie o wszystko. Nie mam juz sily... Moja rodzina go nie
          cierpi, nie kochalismy sie juz od roku (moze i on kogos ma bo nawet
          mnie nie przytuli i nic chce), nie moge sie na niczym juz
          skupic...On mi grozi ze mi zabierze dziecko, ze zbiera juz dowody
          przeciwko mnie (tak mi powiedzial), ze juz sie kontaktowal z
          adwokatem... A ja nie wiem co robic... Szkoda mi go bo on pochodzi z
          rodziny naprawde chorej. Nie mial praktycznie dziecinstwa, wczesniej
          ciagle plakal jak ja to mam dobrze ze mam takich cudownych rodzicow
          i ze mi tyle dali i pomogli, bo jego to go tylko sie pozbywali i
          ponizali. Ale z drugiej strony nie mam juz sily... Ile moge mu
          wybaczac? Zalowac go? Ja sie go tez boje, bo nie wiem czy on mowi
          powaznie czy zmysla o tym adwokacie i dowodach... Boje sie o moje
          dziecko i sama siebie. Nie chce by moj Maly dalej sluchal tych
          klotni, boje sie zaczynac od nowa, znowu sie dorabiac, isc przez to
          pieklo rozwodu i byc sama... Ale wiem ze tak dalej nie moge... NIe
          mam sily. Dzis nawet nie poszlam do pracy bo mialam takiego dola. Co
          ja mam robic???
          • aniucha333 Re: Rozwód-nie daję rady... 29.01.08, 06:53
            Daliletka:

            Jak mi jest przykro czytac przez to co ty przechodzisz... Wiem bo
            mam to cos podobnego. Wiem ze kogos poznasz bo taka zone miec to
            jest skarb. Badz silna - pozdrawiam cie cieplo.
          • dalliletka Re: Rozwód-nie daję rady... 29.01.08, 18:11
            Jest mi wstyd.Tego ze tyle lat dałam się oszukiwać.Wstyd mi,że żyłam
            złudzeniami.Że pomimo wysiłku i prób nie udało mi się z nim dogadać.
            Wstyd mi,że to nie JA jestem kobietą jego życia.Wstyd mi przed
            nim,bo on czuje się wygrany.Jest szczęśliwy z nią.A ja?Jestem sama i
            nieszczęśliwa.
            Nie bardzo wiem jak sobie z tym radzić.Jestem zmęczona.

            Aniucha poszukaj prawnika.Pomoże ci.Mi pomógł w ten sposób,że
            zapytał ile lat miałam zamiar wytrzymać w takiej
            sytuacji.Zasugerował,że za długo czekałam z podjęciem decyzji.

            Co mam ci radzić?Każdy jest kowalem własnego życia.Moje właśnie się
            rozsypało...Trzymaj się.
            • aniucha333 Re: Rozwód-nie daję rady... 29.01.08, 22:41
              Daliletka:

              Masz racje a propos prawnika. Musze to zrobic. Ja nie mam sily juz
              tak dalej walczyc z tym moim mezem. To jest pieklo nie zycie...
              Najbardziej mi szkoda dziecka. Bo na pewno rozumie i cierpi...

              Twoj ex nie bedzie szczesliwy, wierz mi bo nie mozna budowac sobie
              szczescia na czyims nieszczesciu. To do niego wroci. To jest karma i
              ja w to wierze. Nie mozna kogos ranic bezkarnie i myslec ze to
              ujdzie na sucho. Wroci to do niego ze zdwojaona sila...Badz
              cierpliwa i silna a sama zobaczysz i ty a nie on wygrasz.

              Serdecznie pozdrawiam.
              • dalliletka Re: Rozwód-nie daję rady... 29.01.08, 23:08
                Karma?To wróci do niego w następnym życiu.A ja bym chciała,żeby w
                tym życiu zrozumiał jak bardzo mnie krzywdził!

                Kilka dni temu przez chwilę rozmawialiśmy.Powiedział,że kiedyś może
                zrozumie,jaką krzywdę nam wyrządził.MOŻE ZROZUMIE.Jeszcze tego nie
                wie.Ręce mi opadają.
                Ja zupełnie odwrotnie.Wiem,że ja nigdy dzieciom krzywdy nie
                wyrządziłam,ani tego nie robię teraz,ani w przyszłości.

                Przez te wszystkie lata szkoda było mi dzieci.Kiedyś pamiętam
                szwagier zapytał mnie dlaczego dzieci tak późno chodzą
                spać.Odpowiedziałam wtedy,że chcę,żeby wiedziały przynajmniej jak
                tata wygląda.Bo rzadko bywał w domu.
                Teraz,gdy są już duże,starają się wychodzić z domu w tym czasie.On
                jest godzinę,półtorej w domu.A gdy są w domu chowają się do swoich
                pokoi,żeby mu się nie napatoczyć po drodze,bo znowu będzie miał o
                coś nieuzasadnione pretensje.
                Dzieciaki nie zwierzają mu się.On nie zna ich marzeń,potrzeb.Nie ma
                do tego odpowiedniej atmosfery.Bo kiedy mają z nim pogadać?W
                drzwiach?Nie ma czasu być z nimi.Każdą chwilę spędza z
                kochanką.Każdy wieczór,każdy weekend.Nawet ostatnie święta...

                Dużo lat byłam cierpliwa i czekałam,aż się zmieni,zrozumie.Głupia
                byłam.Żal mi również jego.Spaprał sobie życie.

                -aniucha zajrzyj do skrzynki,proszę
                • dalliletka Re: Rozwód-nie daję rady... 29.01.08, 23:21
                  aniucha333-chciałam do ciebie napisać maila,ale adresat nieznany.
                  Napisz do mnie na dalliletka@gazeta.pl
                  • aniucha333 Re: Rozwód-nie daję rady... 30.01.08, 16:27
                    Daliletka:

                    Napisalam do ciebie. Czy dostalas maila? Jak zakladalam konto to
                    zrobilam to bez poczty ale teraz to zmienilam.

                    Prosze daj mi znac.

                    Serdecznie pozdrawiam.
    • dalliletka znowu jest źle 30.01.08, 14:08

      Dziewczyny znowu nie daję rady.Wczoraj twardo stąpałam po ziemi,a
      dzisiaj znowu jestem w dołku.Co ja mam robić?
      W domu prawie nie rozmawiamy.Parę dni temu uzgodniliśmy
      szczegóły,podział obowiązków.Jego godziny pobytu w domu.Przychodzi
      tylko na obiady,a potem w nocy,gdy my uśniemy.I tak jest dobrze.Może
      być na pewien czas.Nic od niego nie chcę,staram się z nim nie
      kłócić.Wszystkie sprawy mogę załatwić sama.Nie jestem
      analfabetką,daję sobie radę w urzędach,sama robię zakupy i troszczę
      się o całą resztę.
      Gdy byliśmy razem żądałam od niego,by znalazł czas na podstawowe
      nasze potrzeby.Chodzi mi o samochód.Zawieźć nas do lekarza,do szkoły
      na zebranie,czy w odwiedziny do rodziny.Więcej nie wymagałam,bo
      wiedziałam,że ma mnóstwo spraw służbowych.Mieszkamy na osiedlu na
      końcu miasta.Wszędzie jest bardzo daleko.Starałam dawać sobie radę
      sama.Są autobusy.Nie zawracałam mu głowy pierdołami.

      A dzisiaj...znowu dzwonił z propozycją,żeby mnie gdzieś
      zawieźć,podrzucić.Nawet w czasie pracy nie będzie problemu.

      O co mu chodzi?Jak pytam po co to robi,to mówi,że on nie jest taki
      zły,jak ja uważam.
      A gdzie on był przez te wszystkie lata,gdy dzieci były małe,gdy
      chorowały,gdy ja czegoś chciałam nie było go.Zawsze się wkurzał,że
      ma ważniejsze sprawy na głowie i wyrzucał nas na "koniec kolejki".A
      gdy już udało mi się coś wyegzekwować to robił to ze złością i
      zniecierpliwieniem.
      Nie wiem,co o tym myśleć.
      Proszę podpowiedźcie mi coś,bo znowu ryczę.Nie rozumiem go.

      I jeszcze jedno.Do zeszłego piątku przytulał mnie.W jego ramionach
      czułam,że wymiękam.Zabroniłam kategorycznie.Próbował jeszcze kilka
      razy,ale zastygał w półpozycji.
      Staram się konsekwentnie wprowadzać nasze nowe zasady w życie.Teraz
      nie protestuje,gdy ma sobie nałożyć obiad na talerz.Nawet nie robi
      minki skopanego pieska,jak zwykle.Widzę,że jest przerażony i chyba
      zdaje sobie sprawę,że to nie zabawa.

      Psycholog mi nie pomogła,a raczej rozdrażniła.Źle mi po wizycie u
      niej.Nie wiem,czy jeszcze pójdę.
      • angie07 Re: znowu jest źle 30.01.08, 14:28
        powiedz mi jak wyglądała wizyta u psychologa?
        • dalliletka Re: znowu jest źle 30.01.08, 14:42
          Najpierw pytała czego od niej oczekuję.Nie za bardzo wiedziałam
          czego.Chciałam zrozumienia mojej sytuacji,wskazania błędów albo
          przynajmiej wysłuchania mnie.Na wstępie powiedziała,że nie będzie
          nikogo oceniać,ani żadnych sytuacji,bo ona nie jest od tego.
          Przyczepiła się do mojego wyglądu.Tłumaczę jej ,że zawsze byłam
          szczupła,a teraz żyję w stresie i schudłam do granic możliwości.Nie
          jem,nie śpię.To pyta dlaczego nie jem.To mówię jem tylko tyle,by
          przetrwać,nie dla przyjemności.Ona tego nie rozumie.
          I cały czas mi wbijała do głowy,że mam myśleć o sobie,a nie o
          nim.Mam nie rozważać,co i dlaczego.Mówię jej,że to bardzo trudno
          zapomnieć,odciąć się od tego.To był kawał mojego życia.Nie ma
          szans,bym o tym zapomniała z dnia na dzień.
          Na koniec kazała mi przemyśleć czego oczekuję od terapii,czy chcę
          dalej przychodzić,czy może dam sobie radę sama.Wypełniła jakąś
          kartę,podpisałam i umówiłam się za dwa tygodnie.Ale naprawdę nie mam
          ochoty do niej iść.
          • angie07 Re: znowu jest źle 30.01.08, 14:58
            faktycznie trafiłaś na niezbyt dobrego psychologa. Chyba jasne jest, że chcesz
            aby psycholog pomogła Ci zaakceptować obecną sytuację i uporać się z bólem po
            rozstaniu. Rozumiem, że mogła zwrócić uwagę na Twój sposób odżywiania się, ale
            chyba nie bardzo to do Ciebie dotarło. Zmień psychologa, bo chyba z tą Panią się
            nie dogadasz.
            Twój mąż pyta czy Cię gdzieś zawieść bo dręczą go wyrzuty sumienia.
            Niestety on dalej mieszka z Wami i jest to dla niego bardzo wygodne, przychodzi
            zje obiad i idzie do kochanki. Skandal. Po pierwsze nie gotuj mu, a po drugie
            wyrzuć z mieszkania. Kiedy zamieszka z kochanką może zobaczy, że czegoś mu brak,
            coś stracił. W tej sytuacji jesteś na straconej pozycji on teraz ma jak w
            niebie. Nie pozwól mu na to! Nie gotuj, nie pierz, traktuj jak powietrze a
            najlepiej wywal za drzwi, przecież nie możesz mieszkać pod jednym dachem z kimś
            kto Cię zdradza! Nie poddawaj się jego gierkom on dzięki temu ma i Ciebie i ją.
            A tak być nie może, albo Ty albo ona! Bezczelnie gra Ci na uczuciach, patrząc
            jak cierpisz. Wyrzuć go w końcu ze swojego życia! Raz na zawsze!
            • dalliletka Re: znowu jest źle 30.01.08, 15:18
              Nie mogę wyrzucić go z mieszkania,bo jest nasze wspólne,zresztą
              jeszcze nie spłacone.Ustaliliśmy,że on będzie tu mieszkał,aż
              zdecydujemy się sprzedać mieszkanie i kupimy dwa mniejsze.Ja nie mam
              żadnej możliwości oddać mu jego części.Nie pracuję,nie mam żadnych
              dochodów.Zresztą nie bardzo uśmiecha mi się stąd wyprowadzać.Lubię
              ten dom.Dzieciaki mają tu szkoły,przyjaciół,swoje ulubione
              miejsca.Zdaje mi się,że kochanka nie planuje z nim dalszego
              życia,skoro jeszcze się do niej nie wyprowadził i nie ma zamiaru.

              Narazie nie robię mu śniadań do pracy.Obiad gotuję,bo my musimy coś
              jeść.Zresztą daje pieniądze na życie.Nie wydziela mi.Gdybym była
              inna to pewnie wykorzystałabym sytuację i opróżniła konto.Nie jestem
              taka.

              Wiesz co,gdy jestem obok niego nie nawidzę go.Gdy go nie ma tęsknię
              i gotowa jestem przebaczyć,przeczekać,byle by do mnie wrócił.Czasem
              myślę,że mogłabym dać mu czas,żeby się wyszalał i wrócił,pod
              warunkiem,że się zmieni,że doceni i będzie mnie szanował.Chyba wciąż
              go kocham...

              Tata mnie pocieszał,że może ta sytuacja nim potrząśnie.Może zrozumie
              i się opamięta.Przecież wiele par żyje po zdradzie.
              Nie wiem czy on chce rozwodu.On mówi,że to ja nalegam.

              Naprawdę,te rozmowy z wami więcej mi dają niż psycholog.Łatwiej mi
              napisać o różnych sprawach niż mówić komuś kto się natarczywie we
              mnie wpatruje.
              Dzięki za to,że jesteście...
              • dalliletka Re: znowu jest źle 30.01.08, 16:44
                Angie,Bardzo mądrze mi radzisz,ale...nie jestem sama.On ma pewne
                obowiązki do wypełnienia wobec dzieci.Cztery razy w tygodniu
                przywozi syna ze szkoły.Szkoła jest oddalona ok.10km.Jest to jedyne
                takie technikum w okolicy.A z powodu rozwodu syn nie zrezygnuje ze
                szkoły.Czemu nie może jeździć sam?Może,ale wstaje naprawdę bardzo
                wcześnie i bardzo późno wraca.Samochodem z tatą jest i szybciej i
                przyjemniej niż w autobusie.Zresztą zażądałam przynajmniej tego,dla
                dzieci.
              • aniucha333 Re: znowu jest źle 30.01.08, 16:44
                Daliletka:

                Ale mozesz mu powiedziec ze nie chcesz zeby z wami mieszkal az do
                sprzedazy mieszkania. Jak nie jestes 100% pewna rozwodu i co za tym
                idzie podzialu majatku to mozesz troche poblefowac. Czyli powiedziec
                ze myslisz powaznie o rozwodzie, ze nie chcesz juz tak dalej i
                dajesz mu weekend zeby sie wyprowadzil dopoki nie sprzedasz
                mieszkania. Zobaczysz wtedy jego reakcje. A moze jak on sie
                wyprowadzi na dobre zrozumiesz ze tak naprawde juz nie chcesz z nim
                byc? I bedzie latwiej przebrnac przez rozwod? Tak to jest co z oczu
                to i z serca. prawda?
                Czy nie chcesz sie zapisac na jakies storny takie jak nasza-klasa.pl
                gdzie moglabys spotkac ludzi? A moze jakas twoja stara milosc jest
                tez po rozwodzie i kto wie? Albo na jakies inne strony cobys mogla
                kogos spotkac i isc na randke, do kina, na kawe? Kto wie? Tyle ludzi
                poznaje swoich mezow, zony, narzeczonych przez internet... Ja mam 2
                znajome ktore tak poznaly swoich mezow... Kto wie? A jak nawet kogos
                nie poznasz to dowartosciujesz sie jako kobieta... Ja zalozylam
                konto na nasza-klasa.pl i 2 moich ex do mnie napisalo... Bylam w
                szoku ale takim milym. Gdyby tylko wiedzieli jak sobie spapralam
                zycie z tym moim mezem... Niestety nie powiedzialam tego... Ale kto
                wie warto trzymac kontakt z ludzmi nigdy nie wiesz kiedy bedziesz
                ich potrzebowac...

                Badz silna i nie poddawaj sie. Masz dwojke cudownych dzieci. Jak by
                nie bylo on mial w to tez wklad i jak bys go nie nienawidzila pomysl
                ze gdyby nie to malzenstwo to bys tych aniolkow nie miala... A tak
                je masz mimo ze malzenstwo nie wyszlo...A ten zdrajca twoj maz
                bedzie jeszcze was blagal ale wtedy bedzie za pozno... Pamietaj o
                tym...I badz silna..
              • brume11 Re: znowu jest źle 08.02.08, 21:57
                skoro nie możesz go wyrzucić z mieszkania, to przynajmniej poproś
                czy nie mógłby przez jakiś czas zamieszkać u kochanki. W końcu ona
                była jego marzeniem. Niech zobaczy co to znaczy utrzymywać dwie
                rodziny, 2 domy. Jak kochanka zobaczy, że on jest już prawie jej, to
                zacznie od niego wymagać utrzymywania domu i narzuci mu obowiązki.
                Izolacja od siebie jest potrzebna wam obojgu, żebyście bez emocji
                mogli podjąć decyzję czy chcecie być razem czy osobno.
                Myślę, że ta izolacja nie może trwać tydzień czy dwa, ale
                przynajmniej z rok.
      • serafin17 Re: znowu jest źle 04.02.08, 22:56
        Przeczytałam Twój wątek Dalliletko i zastanawiam się, ile jeszcze
        kobiet jest w podobnej sytuacji. Ale zanim opowiem swoją historię,
        chcę napisać, że kiedy czytam Twoje posty, mimo że piszesz że jest
        Ci źle i nie dajesz rady, to czuję, że płynie z Ciebie taka
        podstawowa, pierwotna kobieca siła. Jestem pewna, że dasz radę. I
        pamiętaj - są ludzie wokół Ciebie, którzy mogą pomóc. U mnie, po 2
        latach naszego związku (nie jesteśmy małżeństwem, ale mamy "wyrok" w
        postaci wspólnego kredytu) zastanowiło mnie jego dziwne zachowanie i
        sięgnęłam do jego telefonu. Wcześniej nigdy nawet nie przyszło mi do
        głowy, aby coś takiego robić. I zobaczyłam SMSy, które sprawiły, że
        ziemia się zatrzęsła. Myślałam że są "Otrzymane", a były "Wysłane".
        Wówczas 24 letnia dziewczyna była nazywana ukochaną. Już nie ja. I
        od tego momentu zaczęła się prawdziwa jazda - ja miałam fobie jego
        kontrolowania, a on nigdy nie skończył tego związku. Ja nie byłam w
        stanie uwierzyć jego słowom, że kocha, że mu zależy, że nie wyobraża
        sobie sytuacji w której mnie nie ma. A jednocześnie trwała wymiana
        sms-ów, dyskusje na Skypie, spotkania (przynajmniej jedno o którym
        wiem - wersja dla mnie: z kolegami z pracy). A potem załatwił jej
        pracę w naszym mieście, podesłał kolegę, który miał mieszkanie do
        wynajęcia, etc. I okłamywał mnie że gdzieś jedzie, coś załatwia, a w
        rzeczywistości jechał do niej. A ja obsesyjnie jeździłam pod to jej
        mieszkanie i szalałam ze zdenerwowania, jak tylko znalazłam tam jego
        samochód. Potem także wtedy, gdy tego auta tam nie było. I mimo tego
        że czułam się podle po każdym zdarzeniu, sięgałam po jego telefon,
        byłam podejrzliwa, nieufna. On z kolei uważał, że jeśli robi to co
        robił, jest w domu co wieczór, jest dla mnie czuły taką codzienną
        czułością, to powinno mi to wystarczyć i przekonać o jego miłości. A
        ja oczekiwałam CZEGOŚ WIĘCEJ. I ja niestety, mimo że uważałam się za
        kobietę niezależną (pracuję, nieźle zarabiam), zrozumiałam, że się
        wokół niego "bluszczę", leczę swoją samotność jego światem, jego
        znajomymi, buduję swoje poczucie własnej wartości na podstawie
        naszego związku. Trwało to 1.5 roku i właśnie się skończyło. Bo
        znowu znalazłam jego samochód pod jej domem, tknięta przeczuciem,
        kiedy nie odbierał ode mnie telefonu. I potem rozmowy, gdy wrócił -
        że wszystko by mi wyjaśnił, bo tylko spotkał jej siostrę, ona
        właśnie skończyła pracę i odwiózł ją do domu, tak się złożyło, że go
        zaprosiły na kawę. I tłumaczył to tym, że może to że wszedł do nich
        nie było w porządku, ale szedł tam z absolutnie czystymi intencjami -
        bo wie jakie są jego emocje i uczucia do mnie. A ja nie mogę
        zrozumieć, jak to jest możliwe, że po wyraźnie przeze mnie w końcu
        (po rocznej terapii) wyartykułowanemu komunikatowi, że się NIE
        ZGADZAM na takie zachowanie - nie zatrzymał się na chwilę refleksji,
        czy aby to co robi jadąc do niej, nie jest nie fair w stosunku do
        mnie i naszego związku. I takie absolutne przekonanie o czystości
        intencji, kiedy fakt jego n-tej z kolei wizyty u niej mnie zabija. I
        zarzut, że wszystko to co robi, będąc czułym i obecnym przy mnie,
        jest dla mnie kompletnie nieważne. A dla niego właśnie czułość,
        bycie ze sobą na codzień, wspólne gotowanie, przytulanie przy
        oglądaniu filmu, seks było dowodem jego uczuć. Według niego ja to
        wszystko sprowadziłam do tego, że chcę i muszę wiedzieć gdzie on
        jest, co robi, z kim się spotyka i w ogóle wszystko. To prawda, że
        robiłam wiele rzeczy, które bardzo go raniły, kierowana kompulsywną
        potrzebą kontrolowania go, niemal zawsze znajdując dowody
        wielogodzinnych rozmów i dziesiątek smsów. Wielokrotnie starałam się
        przekonać samą siebie, że on może mieć rację, że warto zwrócić uwagę
        na to co jest między nami, w nim i we mnie. I udawało mi się to
        przez kilka tygodni, a potem znowu - chwila niepokoju i zderzenie z
        faktami. Czuję jakby to był koszmar, który nie ja przeżywałam,
        jakbym obserwowała to z boku i nie rozumiała, że można tak trwać. I
        doszłam do tego wczoraj, że nie jestem w stanie takiego jego
        zachowania znosić już więcej. Z jego ust padło słowo rozstanie, że
        tak może będzie lepiej i że w oddaleniu będziemy mogli siebie
        zrozumieć... Ja jego, on mnie. Wielokrotnie się zastanawiałam, czy
        ja nie przesadzam, wyobrażając sobie, że możemy być razem tylko
        wtedy, kiedy on radykalnie zerwie z nią kontakty. Że może
        przesadzałam... Pewnie ciężko będzie przeczytać i zrozumieć to co
        napisałam, ale proszę o Waszą opinię, zdanie, pytanie... co o tym
        myślicie... Pozdrawiam, bardzo teraz smutno...
    • dalliletka czy można się pomylić? 04.02.08, 07:23
      Czy można przez człe życie się mylić,ze się kocha?
      Wczoraj rozmawialiśmy.Powiedział mi,że się pomylił...
      Od początku małżeństwa pytałam go wiele razy czy mnie kocha,czy mu
      ze mną dobrze.Mówił,że tak.Dlaczego teraz twierdzi inaczej?
      Przed ślubem to on mnie zdobywał,ja musiałam nauczyć się go
      kochać.Nie musiałam,bardzo chciałam.I udało mi się pokochać.
      Przegrałam życie...
      • kicia031 Re: czy można się pomylić? 04.02.08, 09:33
        Moj Ex taz przed slubem zapewnial o swojej milosci, a jak sie
        rozstawalismy, powiedzial, ze nigdy mnie nie kochal. Szkoda, ze nie
        wspomnial o tym wczesniej, nie wychodzilabym za niego za maz.

        Nie przegralas zycia. jeszcze wiele pieknych rzeczy przed toba,
        wierz mi.
      • mamamufina Jestem w takiej samej sytuacji 04.02.08, 09:43
        Dalliletka! przeczytałam wszystkie Twoje posty. Ja niestety jestem w
        takiej samej sytuacji. Moj mąż kochał mnie-podobno przez wiele lat,
        nagle przestał-przyczyna-o 10 lat młodsza. Przechodzę przez to samo.
        Dzisiaj maszeruję do psychologa, bo wiem że sama nie dam rady. Pól
        roku temu, gdy wszystko się zaczęło- też byłam u kogo innego, nie
        trafiłam. Były 2 wizyty i najpierw psycholog zdiagnozowała depresję
        poporodową, bo gdy u niej się znalazłam mój synek miał 3 m-ce. I tak
        sobie gadałysmy, ja o rozstaniu z mężem, a ona o depresji.
        Zrezygnowałam z niej, bo konsultacji z psychiatrą, specjalistą od
        depresji została ona wykluczona, poza tym pani psychiatra
        stwierdziła, że dam sobie radę bez leków, bo jestem silną jednostką,
        jednak zaleciła terapię u psychologa, takiego z którym się dogadam.
        A co do mojej sytuacji, to mąż jeszcze ze mną mieszka i staje się to
        coraz bardziej nie do zniesienia. Też nie śpię, mało jem i juz nawet
        cienia nie rzucam. Staram się nie myśleć, ale się nie da.
        Wyrzuciłabym go z miejsca, ale mam 10 miesięczne dziecko i zawsze
        jedna para rak więcej to dla mnie pomoc. Jesteśmy małżeństwem z
        kilkunastoletnim stażem, mamy dzieci, w tym maleństwo, które w
        cudowny spsób jest na tym świecie i żyje, za co dziękuję Bogu-bo to
        wcześniaczek urodzony 2 m-ce wcześniej, za moją walkę o dotrwanie
        chociaż do tego miesiąca ciąży do dnia dzisiejszego nie usłyszałam
        słowa dziękuję, zamiast tego usłyszałam, że szkoda iż nie
        rozstaliśmy się rok wcześniej i wiesz co myślę, że to nie on się
        pomylił-to ja się pomyliłam. I myślę, że y też sie pomyliłaś. Ja
        spróbuję zadbać o siebie i dzieci, jeszcz nie wiem skąd wezmę siły.
        Wiem jedno, to wynioslam z wykładów z filozofii,: nie możemy
        spowodować, żeby ktoś zaczął chcieć kochac, bo na to my i ta osoba
        nie mamy wpływu. Będę śledzić Twój wątek, bo jest mi bardzo bliski.
        Ja też mam wrażenie, że przegrałam życie, tym bardziej, że mam
        maleńkie dziecko, swoje lata i więcej dzieci mieć nie będę.....Oj!
        chyba muszę iść do psychologa, bo znowu chce mi się ryczeć.
        • dalliletka Re: Jestem w takiej samej sytuacji 04.02.08, 11:42
          Nie mam już siły...bez przerwy ryczę.
          Psycholog stwierdziła,że moje życie to:on,dzieci i daleko na końcu
          ja.
          Zabolało,że to tak widać.Przemyślałam.No i zgadzam się z nią.On był
          całym moim życiem,a twierdzi,że go nigdy nie kochałam i nie dbałam o
          niego.Teraz muszę się leczyć z tej chorej miłości...
          • panpaniscus Re: Jestem w takiej samej sytuacji 04.02.08, 13:30
            Hej, Daliletko

            nic jeszcze nie przegrałaś!
            Właśnie możesz odbić się od dna.
            Ja mam za sobą toksyczny, długoletni związek. Skończył się definitywnie, kiedy
            to on mnie zostawił - wreszcie naprawdę. Było wtedy strasznie, wpadłam w
            depresję. Poszłam na terapię. Jestem zupełnie inną osobą, choć tą samą.
            Wyobrażam sobie, jak bardzo Ci trudno.
            Ten związek nie jest wart Ciebie.
            Co z tego, że mąż ci mówi, że go nigdy nie kochałaś - to Ty znasz swoje uczucia,
            a nie on. Może on nie umie czuć się kochany. Zresztą w tej chwili najważniejsza
            jesteś Ty.
            Trzymaj się bardzo.
      • dalliletka Re: czy można się pomylić? 04.02.08, 14:58
        I jeszcze co robi.
        Od kilku dni stara się za wszelką cenę zorganizować jakieś wyjście
        dla dzieciaków.Z wystawą mu nie wyszło.Zaprasza córkę na babskie
        zakupy.Bywa w domu zdecydowanie dłużej niż wcześniej.Zmusza córkę do
        zwierzeń.Synowi kupuje różne rzeczy,a wcześniej trzeba było prosić.
        Zastanawiam się,czy przypadkiem nie był u jakiegoś prawnika?
        Zapytałam na forum prawników,odpowiedział mi prawnik,że sąd może mu
        ograniczyć lub nawet pozbawić go praw rodzicielskich.

        Tu jest link:www.forum.prawnikow.pl/topics16/15104.htm

        I macie rację,to ja się pomyliłam...
    • dalliletka Czy to była zdrada? 05.02.08, 20:04
      Znalazłam się na tym forum,bo zdradził...Szukałam wsparcia.Znacie
      mnie już trochę.Wiecie co czuję obecnie,ale nie znacie szczegółów z
      przeszłości.Myślę o naszej przeszłości bezustannie.Już chyba
      przypomniały mi się wszystkie wydarzenia.
      Powiedzcie mi,czy to już wtedy była zdrada?
      Było to ok.7 lat temu.Przez przypadek(!) znalazłam różową
      karteczkę.Na niej był numer i pieczątka z gazety
      ogłoszeniowej.Zaciekawiło mnie to,bo ostatnio kupił kilka wydań tej
      gazety.Po numerze znalazłam ogłoszenie.Było mniej więcej tej
      treści:Pan36lat.Żonaty.Pozna panią w wieku...Bez zobowiązań.

      Co o tym myślicie?
      Co ja wtedy zrobiłam?Kazałam się tłumaczyć.Wyjaśnił,że to była
      głupota.Że przecież do niczego nie doszło,bo zniszczyłam karteczkę(i
      spuściłam w wc).Że bez tej karteczki nie może odebrać ofert.
      Wściekałam się.Przebolałam i próbowałam zapomnieć.A on nawet nie
      przeprosił,tylko był zły,że to odkryłam...
      Ale od tego zdarzenia nie było nam już dobrze w
      łóżku.Udawałam,zmuszałam się.I wściekałam o byle co.
      Ale potem był jeszcze seks przez kilka lat.Ja nie
      chciałam,ograniczałam jak mogłam,a on mi mówił,że nic nie poradzi,że
      gdy tylko mnie dotknie to od razu mu się chce.Co było dalej?Później
      coś w niego wstąpiło i chciał i chciał,więcej niż zwykle.Gdyby nie
      ta różowa karteczka pewnie byłabym szczęśliwa,że mnie tak bardzo
      chce.Ale nie mogłam zapomnieć.I jeszcze to,że go nigdy nie było w
      domu dobiło mnie zupełnie,że wygoniłam go z łóżka.

      Wiem,wiem,to moja wina,że zdradził.Sama jestem sobie winna,a teraz
      rozpaczam.
      Jednak tłumaczę to sobie tym,że nie pozwoliłam sobą
      pomiatać.Chciałam,żeby szanował moje uczucia i moje zdanie.
      Kochałam i nienawidziłam równocześnie.To było dla mnie koszmarne 5
      lat.Od dwóch lat jest lepiej,bo odkąd ma kochankę jest w domu
      punktualnie na obiad.Kupował mi co chciałam.Mogłam zająć się moim
      dość drogim hobby.Teraz wiem,że te wszystkie zabiegi były po to bym
      nic nie zauważyła.No i udało mu się.
      Co powinnam wtedy zrobić?Czy to była zdrada?Bo ja tak to czułam i
      czuję do dzisiaj.
      • zoffia0 Re: Czy to była zdrada? 06.02.08, 00:49
        nie wiń sie!
        bo dopóki się winisz nie osiągniesz spokoju,
        niestety ;)
        jesteśmy (kobiety)
        zbyt skomplikowane
        a oni(mężczyźni) nie rozdrabniają się ;|
        ja zawsze mówiłam ze trudno pogodzić psa z kotem :)
        nie katuj się bo nie tędy droga ,

        przemyśl , wyciągnij wnioski a czas zrobi swoje, musisz się wzmacniać.

        Ja też mam poczucie winy ale pogodziłam się ze sobą i chcę być już tylko inną kobietą,
        dumną , niezależną i otwartą , na tyle ile mi się uda,
        staram się i codziennie stawiam sobie nowe zadania i wymagania.
        KOBIETO ! wybacz sobie, wybacz jemu bo życie mamy jedno !
        nie ma co marnować się w nim :]
    • dalliletka Jednak nie dam rady... 06.02.08, 11:42
      Dzisiaj nie poszedł do pracy...dałam się sprowokować do kłótni.Ja
      już nie mam siły.On mnie o wszystko oskarża.......Winię siebie,że
      tak długo żyłam złudzeniami.......On nie rozumie za co go nienawidzę
      od 9-ciu lat...Przecież robił zakupy.........A jego przecież nigdy
      nie było,a jak już nie miał gdzie iść,to był jakiś nieobecny.Z
      każdym dniem nienawidziłam go coraz bardziej.Z każdym dniem znałam
      go coraz mniej...Dlaczego wtedy nie odeszłam???Bo dzieci??Bo nowe
      mieszkanie??Bo miałam złudzenia???
      Przez te lata wydarzyło się tyle złego.Z jego strony i z mojej
      też....Zabijaliśmy się nawzajem...
      Mam ochotę zniknąć....ale są dzieci...........Juz nie mam
      marzeń......wszystko się skończyło.....nienawidzę siebie za to
      wszystko..............za to moje życie............
      • violinek7 Re: Jednak nie dam rady... 06.02.08, 13:15
        hej:))
        Znowu jeden z gorszych dni? ( Ztego co przeczytałam to ostatnio nie
        ma tych lepszych ) Dlaczego nie weźmiesz się za coś? Cokolwiek...
        Marnujesz czas na rozpamiętywanie.. Co było nie wróci. Idź na
        spacer, do koleżanki, do kina...Zrób coś. Nie zadręczaj się. To już
        trwa tyle czasu i jak widać zmierza w jednym kierunku. Zacznij
        powolutku przyzwyczajać się do myśli, że jesteś sama i zajmij się
        sobą. Wiem, że nie masz ochoty na NIC ale drobnymi kroczkami zajmij
        myśli czymś innym....
        • dalliletka Re: Jednak nie dam rady... 06.02.08, 13:51
          Tak,to znowu ten z gorszych dni...Coraz więcej ich ostatnio,zamiast
          mniej...Gdy go nie ma robię coś,mam hobby,nie myśle...Wczoraj
          myślałam,że słońce dla mnie świeci...A dzisiaj bez zapowiedzi był w
          domu.

          Przyzwyczajam się do myśli,że jestem sama od paru lat...i dobrze mi
          z tym...

          Mam przyjaciółkę,która zawsze mnie wyciąga z doła.Dzisiaj zadzwoniła
          do mojej mamy na pomoc.Mama przyjedzie do mnie...

          Wiem,co było niw wróci.Ja nie chcę,żeby wróciło,bo było
          źle.Chcę,żeby było lepiej.......
          Myślałam,że jestem silniejsza.
          • anngal Re: Jednak nie dam rady... 12.02.08, 22:26
            Wydaje mi się, że to przez wspólne z nim mieszkanie i widywanie tak
            się szarpiesz i rozdrapujesz wszystko. Jesteś silna, ale widząc go,
            codziennie na nowo walczysz i nadwyrężasz swoje siły. Czego od
            siebie wymagasz? nie jesteś przeciez cyborgiem. Bądż dla siebie
            dobra. Zaopiekuj się sobą. To nie Twoja wina. Starałaś się, jak
            mogłaś.
    • dalliletka Re: Rozwód-nie daję rady... 16.02.08, 22:33
      Wysłałam pozew.Z orzeczeniem winy.

      Byłam jeszcze u innego prawnika.Pani mecenas okresliła go mianem
      prymitywa.To nic,że ma skończone podwójne studia.Ma klapki na oczach
      i dąży w kierunku zaspakajania własnych żądz.Prymityw.Wstyd mi za
      niego.
      Pytałam o mieszkanie,bo na tym zależy mi najbardziej.Prawdopodobnie
      przypadnie mi i dzieciom.On może iść pod most....nie zależy mi.

      Teraz jest u mnie moja mama.Nie jest najlepiej.On codziennie bywa w
      domu.Codziennie jest okazja do kłótni.Wyobraźcie sobie ,że
      negocjował z moją mamą kwotę alimentów.Chciał nas oddać,bo jesteśmy
      niepotrzebni,zbędni,przeszkadzamy mu...
      Zaproponował śmiesznie niską cenę.Boli...
      I jeszcze dzwonił do mojego taty i mówił mu na "ty"...bezczelny.

      Moja mama po dwóch dniach wylądowała w szpitalu.Mówiłam jej,że on
      jednym słowem potrafi zniszczyć drugiego człowieka.Mówiła,że jest
      silna,że go pokona.On był silniejszy.

      Nie żałuje mojej decyzji.Słusznie postąpiłam z rozwodem.Moj jedyny
      błąd był taki,że za późno.Za bardzo mnie zniszczył.
      Dzień przed przyjazdem mojej mamy był dla mnie dniem krytycznym.To
      było już samo dno.Granica mojej wytrzymałości.
      Teraz powoli się podnoszę.Staram się nie obwiniać za wszystko.To w
      końcu ja zawsze robiłam dobrze,starałam się naprawiałam.A że mi nie
      wyszło?Trudno.

      Trzymajcie za mnie kciuki.Chcę wygrac ten rozwód.Chcę mu
      udowodnić,ze to ja mam rację i że jest jeszcze sprawiedliwość na tym
      świecie.
      A potem chcę być już tylko szczęśliwa.Bardzo mi tego brakuje.
      • skryta3 Re: Rozwód-nie daję rady... 18.02.08, 16:51
        powodzenia!!!!!!
        • violinek7 Re: Rozwód-nie daję rady... 18.02.08, 23:08
          Wytrwałości!!!
      • kicia031 Re: Rozwód-nie daję rady... 19.02.08, 14:43
        Straszne. Sprobuj, moze ktos inny z rodziny moglby pobyc z toba
        przez jakis czas, zeby cie troche wesprzec.
      • anngal Re: Rozwód-nie daję rady... 21.02.08, 18:05
        Jestem z Tobą. Jesteś bardzo silną i dzielną kobietą. Trzymaj się!
        • dalliletka Re: Rozwód-nie daję rady... 21.02.08, 18:47
          Dzięki wszystkim za wsparcie...
          Od kilku dni jest ze mną lepiej.Już nie rozstrząsam tego co było.
          Przyzwyczajam się do nowej sytuacji.Już tyle nie ryczę.Jestem
          silniejsza.Tyle osób jest po mojej stronie.I moja rodzina,jego
          rodzina(?!)prawnicy,przyjaciele,dzieci.Powinno być dobrze,ale...

          Codziennie wydarza się coś.On dalej mieszka z nami.Za radą prawnika
          nie piorę i nie gotuję mu obiadków.Przychodzi na godzinę,pokręci się
          po domu i bez słowa wychodzi.Może tak być.Wytrzymam.Ale on
          przyczepił się do córki.Ona wreszcie przestała udawać.Już nie jest
          dla niego miła.Mówi mu prawdę prosto w oczy.On każe jej pisać
          jednego smsa dziennie.Każe jej opowiadać co w szkole.Siedzi przy
          niej przy komputerze i czyta rozmowy na gg.Widzę,że ona nie chce
          tego robić.Ucieka od niego.Nigdy wcześniej tego nie robił.Nie
          interesował się tym co dzieci robią.A teraz nagle chce być super
          tatą.Córka jeszcze się pilnuje,ale wiem,że chce mu wykrzyczeć to co
          czuje.Wcale jej przed tym nie powstrzymuję.Nie wiem jak ona to
          zniesie i co z tego wyniknie.Boję się o nią.

          I jeszcze dzisiejsza sprawa.Zadzwonił do mnie po wyjściu z
          pytaniem,czy mi nie załatwić super psychologa lub psychiatrę.Bo ma
          znajomych.Zatkało mnie.Nie wiem co o tym myśleć.
          Oczywiście nie zgodziłam się.Powiedziałam,że najlepiej by mi zrobił
          gdyby zniknął z mojego życia i odłożyłam słuchawkę.
          Co on sobie myśli?Może powinnam go po rękach i po nogach całować,że
          znalazł sobie kochankę?
          Jak myślicie,o co mu chodzi?

          • aniucha333 Re: Rozwód-nie daję rady... 21.02.08, 21:38
            Daliletka:

            To ja Joanna. Sorry ze nie pisalam ale nie moge sie zalogowac do
            poczty jak ja odnowlili.

            Wiesz dlaczego on chce cie do psychologa wyslac zeby zrobic z
            ciebie wariatke. Doslownie!!! Ja bylam u adwokata i on mi powiedzial
            to samo. Moj maz mowi mi bym poszla tez ostatnio. Jesli zaczniesz
            chodzic on bedzie mial dowody przeciwko tobie ze sie leczysz i
            jestes chora i moze ci zabrac dzieci. Kto wie co on knuje?

            Corce zawraca glowe by w sadzie widzilei jaki to on super tata jest.
            SMS to jego dowody ktore przedlozy w sadzie. Moge sie z toba zalozyc
            o milion ze tak jest. Zobaczysz sama niedlugo...

            Tak trzymaj i nie daj sie sprowokowac.

            Pozdrawiam,

            Joanna
            • aniucha333 Re: Rozwód-nie daję rady... 21.02.08, 21:44
              Jeszcze jedno - czy corka na czas trwania tej sytuacji nie moze
              zamieszkac u dziadkow? Jesli twoj adwokat powie ze tak jest ok to
              zrob to by oszczedzic jej cierpien i tego zawracania glowy przez
              niego. A moze jakas poradnia psychologiczna tak by ona mogla z kims
              innym niz ty porozmawiac - moze to ja wzmocni i da sile? Co myslisz?
            • dalliletka Re: Rozwód-nie daję rady... 21.02.08, 21:55
              Cześć Joasia.
              Ja tak samo myślę.
              Pilnuję córki.Wchodzę do pokoju,gdy za długo z nią rozmawia.Nie
              przerywam,bo przecież nie buntuję jej,ale jestem.Mam nadzieję,że
              przy mnie będzie mniej natarczywy.
              Przez ok.miesiąc wysyłał jej błagalne smsy,by się do niego
              odezwała.Nie odpisała ani razu.Wczoraj poprosiła o doładowanie to
              powiedział,że doładuje pod warunkiem,że będzie pisała do niego
              jednego smsa dziennie.Nie obiecała.Przez cały ten czas nie wysłała
              mu ani jednego smsa.Ona jutro chce na niego
              nakrzyczeć.Zobaczymy.A,dzisiaj pytał kto mu nie pozwala z nim
              rozmawiać.Odpowiedziała,że sama tak chce.Myślał,że ja i mama ją
              buntujemy.Nic z tego.Nie buntujemy.Ona sama widzi i czuje.

              Zobaczymy co będzie jutro.

              Asia napisałam ci kilka meili i zaglądam codziennie.Spróbuj jeszcze
              raz i napisz co u ciebie.
              • dalliletka Re: Rozwód-nie daję rady... 21.02.08, 22:13
                Asia,nie może zamieszkać u rodziców,bo mieszkają 400 km od nas.A ona
                chodzi do szkoły.Już i tak wyjątkowo dużo opuściła w tym półroczu
                dni,bo chorowała.No i on by się wściekł,że mu utrudniam kontakty z
                dzieckiem.Nie chcę zrobić żadnej głupoty,żadnego błędu.Prawniczka mi
                powiedziała,że nie mogę go spakować,bo w sądzie powie,że został
                wyrzucony z domu.Narazie musimy się znosić.Pozew dostanie dopiero w
                połowie kwietnia.
                Nie rozumiem tylko,dlaczego jeszcze sam się nie wyprowadził.Ona go
                nie chce?Nie ma miejsca?Coś knuje?
                • aniucha333 Re: Rozwód-nie daję rady... 21.02.08, 22:30
                  On nie chce sie wyprowadzic bo moze:
                  1. jeszcze na cos liczy
                  2. zbiera dowody
                  3. Chce cie wkurzyc bo moze cie wtedy nagra
                  4. Corce zadaje takie pytania bo chce miec dowody
                  5. Kochanka ma go gdzies bo jej chodzilo prawdopodobnie o luzny
                  zwiazek a nie jakies tak mieszkanie razem
                  6. Knuje na 1000%. Pomysl ty juz masz adwokata i dzialasz przeciwko
                  niemu to i on robi to samo. Chce sie bronic w sadzie bo widzi ze
                  sytuacja jest totalnie przeciwko niemu.
                  7. Moze ma wyrzuty sumienia??? Kto wie???

                  Bierz Mala do poradni psychologicznej i powiedz im jaka jest
                  sytuacja. Zapytaj adwokata czy bedziesz to mogla tez uzyc w sadzie
                  przeciwko niemu? A nawet jak nie - to na pewno corci to pomoze.I da
                  jej sile...kto wie???
                  • dalliletka Re: Rozwód-nie daję rady... 21.02.08, 22:42
                    Jutro jadę do psychologa (mojego!) i popytam o córkę.Może będziemy
                    mogły razem jeździć.Jeżeli nie to pójdę do szkolnego psychologa.

                    Odezwij się ,gdy poczta zadziała.
                • dalliletka Re: Rozwód-nie daję rady... 21.02.08, 22:30
                  poczta nie działa
                  • aniucha333 Re: Rozwód-nie daję rady... 21.02.08, 22:39
                    moja?

                    jak sie zalogowals do tej nowej poczty?
                    • dalliletka Re: Rozwód-nie daję rady... 21.02.08, 22:46
                      jest!!!już działa.
                      Logujesz się normalnie,potem na dole najedz na napis "przejdź do
                      nowej poczty".Jakoś tak.
                      • dalliletka Re: Rozwód-nie daję rady... 21.02.08, 23:10
                        Od razu po zalogowaniu znajdziesz archiwum starej poczty.Kliknij
                        czerwony napis przejdź.To chyba tak tymczasowo.
                        • dalliletka Re: Rozwód-nie daję rady... 21.02.08, 23:15
                          Nie pamiętam,ale na początku trzeba było chyba zaakceptować
                          regulamin;-))

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka