takasobiekobieta
22.02.08, 14:25
Witam.Niestety tym razem ja potrzebuję porady albo otrzeźwienia
jakiegoś, sama nie wiem, ech.Wszystko od początku.Swojego partnera
poznałam mając 16 lat, on był rok ode mnie starszy.To była wielka
miłość, byliśmy obydwoje zakochani w sobie po uszy.Bardzo chcieliśmy
założyć rodzinę, być ze sobą do końca swoich dni, typowe zakochanie,
zauroczenie, oddanie.W wieku 18 lat urodziła nam się córka, która w
tym roku kończy 10 lat, my wspolnie jesteśmy od 12 lat...Różne były
momenty w naszym życiu, wielokrotnie nie radziliśmy sobie z naszymi
problemami, były dobre i złe chwile, ale trwaliśmy zawsze przy
sobie, wspieraliśmy się, mogliśmy na siebie liczyć.Tak przynajmniej
mi sie wydaje...Ponieważ sytuacja finansowa była u nas różna,
postanowliśmy, że mąż będzie wyjeżdżał do pracy zagranicę.I tak
było.5 lat w rozjazdach, ja z dzieckiem w kraju, on 8 miesięcy w
roku poza domem, ale czekaliśmy na sibie, wysyłaliśmy setki smsów,
tęskniliśmy bardzo.Przyszedł jednak kryzys, którego można sie
spodziewać, on 1200 km ode mnie....kryzys narodził sie z winy mojego
męża, który prawdopodobnie się zagubił w tym wszystkim i chciał
odejść ode mnie, nie wracać do kraju.Jednak po wielu kłótniach i
rozmowach oszedł do wniosku, że mnie kocha, chce wrócić ale na
zawsze, nie chce już się oddalać ode mnie.Tak też uczyniliśmy,
wrócił, znalazł pracę w kraju i znowu nastało szczęście, znowu było
cudownie, kochaliśmy się wzajemnie, potrzebowaliśmy....
Minęło kilka lat.Były oczywiście te dobre i te złe chwile, wiadomo,
jak to w małżeństwie. Jednak teraz jest kryzys, który chyba nie
jest już do pokonania :( Bardzo sie od siebie oddaliśmy, ja
obudziłam się prawdopodobnie z ręką w nocniku, czując, że mąż sie
mną kompletnie nie interesuje.Zawsze był zaborczą osobą, cholernie o
mnie zazdrosną, każdy dzień zaczynał się od pytań na gg w stylu "jak
się czujesz?".Otwierał tylko oczy i już chciał ze mną rozmawiać,
wypytywał co robię, upominał żebym czasem go nie zdradzała;)
Od dłuższego czasu nie ma już żadnych rozmów chociażby na tym głupim
komunikatorze, żadnych smsów, mogłabym zniknąć na noc i nawet nie
zapytałby mnie gdzie jestem, z kim i czy w ogóle wrócę :( Seksu
między nami nie ma prawie w ogóle, chociaż to już inna historia,
którą opiszę poniżej.
Mąż nie ma potrzeby przytulenia mnie, pogłaskania, nie całowaliśmy
się już od roku... poprostu zero zainteresowania.Oczywiście
próbowaliśmy rozmawiać, te rozmowy go bardzo denerwują, ale
dowiedziałam sie chociaż tyle: kobiety żadnej nie ma, nawet ponoć o
tym nie myśli.Czuje sie wypalony, nie czuje nic gdy leżę od niego,
nie chce mu się seksu, ma wrażenie jakby się miał ochotę wyszaleć,
ale nie wiem w jakim sensie, bo on sie upiera, że poprostu chce
wyjść do baru z kolegami, pośmiać się i to tyle.Nie wiem, ale widzę,
że nie ma już miejsca dla mnie w jego życiu, skoro taki wypalony....
A teraz ja.Kocham tego człowieka nad życie, wystarczyłby jeden jego
gest a byłabym cała jego, jakąkolwiek by mnie pragnął, nie byłoby
problemu, ale on nie chce... Tak strasznie sobie nie radzę z tą moją
chorą, nieodwzajemnioną miłością, od praktycznie miesiąca czasu moje
życie przerodziło sie w koszmar.Jedynie ukojenie przynosi mi alkohol
i muzyka, nawet dziecko zaniedbałam, tak bardzo skupiam się na moim
cierpieniu.Dałabym wszystko by być dla niego kobietą jego życia a
nie obojętną partnerką.Twierdzi, że mnie kocha, że chce ze mna być,
nie chce się rozstawać, ale przecież taki związek nie ma żadnego
sensu, bo niby jaki miałby mieć?Jak można być z człowiekiem, który
patrząc na mnie nie czuje nic?To nie miłość według mnie, to zwykłe
przywiązanie.Praktycznie już w ogóle ze sobą nie rozmawiamy, bo niby
o czym, skoro ja ciągle płaczę, on sie denerwuje,ale nie mogę się
powstrzymać, tak bardzo cierpię.każdego dnia siedząc w pracy czekam
na jedno słowo, na jakiegokolwiek smsa i nie ma nic, jest taka
pieprzona cisza, że kręci mi się w głowie.Wiem, że w tym czasie ma
inne zajęcia, wiem, że siedzi przy komputerze ale nie ma potrzeby
zamiany ze mną chociażby jednego słowa.
Nie wiem, ale czuję się jak w kazirodczym związku, przysięgam.On
twierdzi, że wie, że go kocham, ale on chyba nie jest w stanie dać
mitego czego potrzebuję, więc jeśli tak mam cierpieć przez niego to
może faktycznie się rozstać...
Mam dwa wyjścia prawdopodobnie: albo pogodzić sie z odrzuceniem i
znaleźć sobie jakieś przyjemności w życiu albo się odkochać...tylko
jak?