lubie.schabowe
24.01.09, 16:10
Przyznam szczerze, że nie wiem, co o tym wszystkim myśleć!
Jesteśmy małżeństwem od siedmiu lat, mamy dwoje dzieci ( 5 l, 6 m)
Do tej pory dogadywaliśmy się świetnie. Problem pojawił się wraz z
narodzinami drugiego dziecka i ograniczeniami jakie w związku z tym
się pojawiły. Wiadomo- małe dziecko to zawieszenie pewnych
przyjemności. Przyznam, że mimo tego, iż kocham moje dziecko bardzo,
bardzo i uwielbiam spędzać z nim czas, to brakuje mi mojego dawnego
życia. Zrezygnowałam z pracy, którą uwielbiam, ze znajomych, którzy
dzieci nie mają ( no bo nie mogę wyskoczyć tu i ówdzie), z
przyzwyczajeń wszelkiego rodzaju, które przy dziecku nie są mile
widziane itd. No i źle mi z tym. Mój mąż teoretycznie wszystko
rozumie i namawia na kino, zakupy, spotkanie z koleżankami itp od
czasu do czasu, ale kiedy już do tego dochodzi dzwoni po jakimś
czasie, niby zapytać, jak się bawię, a w tle słychać płacz
dziecięcia. No i klops! Fakt, że jestem poza domem staje się mało
komfortową sytuacją...wracam i wszystko zaczyna się od nowa :
( .Natomiast on, artysta malarz, zawsze na wszystko ma czas. Pracuje
zawodowo i spełnia się artystycznie. Jego dzień powszedni wygląda
dosyć podobnie, jak przed narodzinami syna. Jako, że szanuję jego
pasję, godzę się na plenery, wyjazdy, kursy, tylko trafia mnie,
kiedy pod pretekstem kolejnego pasjonującego wyjazdu mój mąż nie
wraca na noc ( zwykle zostaje u rodziców, bo to w mieście, gdzie
mieszkają toczy się jego artystyczne życie, godzina drogi od nas)i
zwyczajnie popija piwko z innymi "artystami" dosyć regularnie. Ja w
tym czasie z dwójką dzieci sama w domu nie wiem, w co ręce włożyć,
uwijam się, jak w ukropie, i kiedy małżonek wraca, nie mam ochoty
uśmiechać się od ucha do ucha. No i pretensje - bo się obrażam, bo
go obwiniam o całe zło, bo on tylko poszedł na piwo. A mnie skręca -
nie tyle dlatego, że ja na to piwo nie mogę, choć może i
chciałabym, ale dlatego, że on przyjmuje za oczywiste, że ja z
dziećmi zostanę i sobie poradzę! I nawet nie pada "proszę", "czy
mogłabyś". tylko " jadę" i już! Atmosfera robi się na tyle ciężka (
bo dosyć kłótliwa jestem i co w sercu, to na języku ), że w pewnym
momencie, jak pięciolatki, przestajemy ze sobą rozmawiać, a wzajemne
pretensje narastają. I teraz pytam - czy zachowuję się jak pies
ogrodnika? kłócę bez ważnego powodu? czy jego zachowanie to norma i
to ja mam problem ze sobą? Pytam ,bo może tkwiąc w tym wszystki
fałszuję trochę obraz rzeczywisty...