Dodaj do ulubionych

wychowywanie dzieci a związek

23.07.09, 15:50
Od roku tworzymy fajną rodzinkę - ja i moja dwójka (10 i 8) + on i jego córka
(7).
Tworzymy dobrą parę, kochamy się, dbamy o nasz związek, jest nam ze sobą
dobrze. Mamy podobne zainteresowania, prowadzimy wspólnie aktywne życie, dużo
rozmawiamy. Zgrzyty zaliczamy dosyć często, ale głównie dlatego, że jesteśmy
do siebie podobni i mamy wiele identycznych cech charakteru, trudnych dla
otoczenia. Ale zwykle z takich kłótni wyciągamy konstruktywne wnioski, oboje
zmieniamy się dla siebie nawzajem.

Jest tylko jedna naprawdę ważna sprawa, z którą nie możemy sobie poradzić.
Dzieci.

Oboje jesteśmy zwariowanymi na punkcie swoich dzieci rodzicami. Z tym, że ja
jestem bardziej surowa i wymagająca, on natomiast jest typowym nadopiekuńczym
tatusiem królewny. On zdaje sobie z tego sprawę, ale to uczucie jest
silniejsze od wszystkiego.
Jego przewrażliwienie na punkcie dobra i bezpieczeństwa przybiera skrajne
formy, co budzi mój sprzeciw, bo swoje dzieci zawsze uczyłam samodzielności.
Jego córka w wieku 7 lat dopiero przy mnie po raz pierwszy samodzielnie się
ubrała, własnoręcznie założyła buciki. Teraz walczę o to, by sama się czesała.
O zwalczeniu problemów z jedzeniem, kapryszeniem i wymuszaniem nie ma na razie
mowy.
Czuję, jakbym miała trzylatkę, która idzie właśnie do pierwszej klasy.

Drugi problem, który wiąże się z naszymi dziećmi, to ich nierówne traktowanie
przez mojego partnera. Jest często bardzo ostry dla mojego syna, twierdząc, że
inaczej nie da się wychować mężczyzny. Jestem rozdarta, bo chyba powinnam mu
przyznać rację, ale serce matki wyje....

Teraz dzieci są na wakacjach, wydawałoby się - sielanka. Myślę o tym, co znów
nas czeka od września. Czyli ciągłe kłótnie na temat dzieci i różnic w
kwestiach ich wychowania i traktowania.
A bywa ostro - potrafi spakować się i wyprowadzić, jeśli uzna, że jego małej
dzieje się krzywda (w jego rozumieniu oczywiście).

Kocham całą tę moją trójkę, czwórkę właściwie.
Jak postępować, by obie strony były zadowolone, czyli żeby mała nie wyrosła na
rozpieszczoną sfrustrowaną księżniczkę, zupełnie niesamodzielną i jednocześnie
nie ranić uczuć jej ojca?
Jak zachowywać się, kiedy krzyczy na moje dzieci, nawet jeśli słusznie, ale
zbyt ostro moim zdaniem? Nie chcę narażać jego autorytetu, wtrącać się do jego
metod w ich obecności.

Dzieci wracają za miesiąc, pomóżcie mi przygotować się do tej nowej-starej
sytuacji...
Obserwuj wątek
    • kicia031 Re: wychowywanie dzieci a związek 23.07.09, 16:17
      czy jego corka mieszka z wami, czy tez jest z wami weekendowo?
      • sebalda Re: wychowywanie dzieci a związek 23.07.09, 16:49
        Moja droga, ja tak mam na co dzień z moimi własnymi rodzonymi dziećmi i ich
        własnym rodzonym tatusiem. Po ślubie ponad 20 lat, dzieci: córka - 18, syn - 14
        lat. I od tylu lat nieustanne różnice w podejściu do wychowania. W moim
        przypadku - wychowanie w poszanowaniu zdania dzieci, bardziej partnerskie, choć
        oczywiście nie do przesady, w wydaniu męża - w dyscyplinie i rygorze, w szacunku
        do rodziców za wszelką cenę, nawet gdy rodzic żadną miarą nie ma racji.
        Podejścia jak widać skrajnie różne, ale żyjemy razem, jeszcze wszyscy jesteśmy w
        miarę normalni, tylko bardzo nerwowi.
        Różnice w podejściu do dzieci wśród małżonków to chyba częste zjawisko i ja nie
        mam na nie rady. Chyba tylko droga drobnych kompromisów.
        Życzę powodzenia i sama też chętnie poczytam rady, jak sobie z tym radzić.
      • nodah Re: wychowywanie dzieci a związek 23.07.09, 17:13
        Mieszka z nami na stałe, swoją matkę widuje raz w tygodniu, a zdarza
        się, że i rzadziej. To był na pewno jeden z ważniejszych powodów, dla
        których pokochałam jej ojca - dziecko było dla niego najważniejsze i
        jest bardzo odpowiedzialnym i dojrzałym człowiekiem.
        • mamakrzysia4 Re: wychowywanie dzieci a związek 23.07.09, 17:45
          myśle że musicie dużo gadać i iść na pewne malutkie kompromisy.
          Uważam, że najgorzej gdy dzieci czują że są trej mamy a innego taty
          Wy macie być rodziną i rodzicami bez faworyzowania żadnej ze str....
          może jakiś wyjazd: Ty z księżniczką sama a tatuś zostaje z 2 w domu?
          dużo potrzeba czasu, cierpliwości i miłości żeby to wszystko dograć
          ale jeśli priorytetem jest rodzina i miłość to dacie rade....bo w
          tym wszystkim najważniejsza jest miłość
          • nodah Re: wychowywanie dzieci a związek 23.07.09, 19:31
            Tak, rozmawiamy naprawdę dużo. I myślę, że dużo już za nami.

            Wyobraźcie sobie sytuację, która powtarza się co jakiś czas - wracam
            po jakiejś "rozmowie wychowawczej" z córką, albo kazałam jej np.
            posprzątać w pokoju lub po kąpieli, a on mi mówi - Wiesz, zagryzałem
            zęby, ciężko mi było słuchać, tak mi jej szkoda, ale wiem, że pewnie
            masz rację.
            Przyznaje, że moje wysiłki dają dobre efekty.
            Zawsze wobec dzieci staramy się trzymać swoją stronę, on stara się
            mnie popierać, choć wiem, że to dla niego trudne.
            Ale późniejsze rozmowy zwykle przeradzają się w kłótnie na temat
            różnic w naszych poglądach na wychowanie.
            Oby wakacje trwały jak najdłużej... ;)
        • kicia031 Re: wychowywanie dzieci a związek 23.07.09, 20:27
          To był na pewno jeden z ważniejszych powodów, dla
          których pokochałam jej ojca - dziecko było dla niego najważniejsze i
          jest bardzo odpowiedzialnym i dojrzałym człowiekiem.

          Nie przecze, ze to dobrze, ze ojciec troszczy się o dziecko, ale
          litosci – padasz plackiem, bo facet zajmuje się jednym dzieckiem,
          swoim wlasnym? Nooo, sorry – gdyby byj ojcem zastaopczym dla piatki
          niepelnosprawnych, to może byloby się czym podniecac. Ten idealny
          tatus:

          jest typowym nadopiekuńczym
          tatusiem królewny. On zdaje sobie z tego sprawę, ale to uczucie jest
          silniejsze od wszystkiego.
          Jego przewrażliwienie na punkcie dobra i bezpieczeństwa przybiera
          skrajne
          formy, co budzi mój sprzeciw, bo swoje dzieci zawsze uczyłam
          samodzielności.
          Jego córka w wieku 7 lat dopiero przy mnie po raz pierwszy
          samodzielnie się
          ubrała, własnoręcznie założyła buciki. Teraz walczę o to, by sama
          się czesała.
          O zwalczeniu problemów z jedzeniem, kapryszeniem i wymuszaniem nie
          ma na razie
          mowy.

          Jednym slowem, nie zdolal nauczyc 7-latki umiejetnoisci, które są
          wymagane od 3-latkow w przedszkolu, jak sama trafnie zauwazylas!

          Jednoczesnie, w stosunku do twoich dzieci nastepuje jakas cudowna
          przemiana nadopienczego tatusia w ojczyma jak z powiesci conollyego,
          który:

          Jest często bardzo ostry dla mojego syna, twierdząc, że
          inaczej nie da się wychować mężczyzny.

          W najlepszym razie zwiazalas się z sexista, który ma wszekie
          predyspozycje do tego, by unieszczesliwic zarówno swoja corke, jak i
          twoje dzieci. W najgorszym – z czlowiekiem, który nie potrafi rowno
          traktowac dzieci, a może nawet jest zazdrosny o twojego syna – taki
          compleks edypa a rebous.

          Nie najlepiej to wyglada i chyba czeka was troche nie
          najprzytjemniejszych rozmow.

          A co do rozwiazania tej sytuacji, to są generalnie 2, i bron boze
          nie należy ich mieszac miedzy soba.
          1. ustalacie zasadym obowiazujace wszystkie dzieci, a nastepnie
          stopniowe wprowadzacie w nie krolewne
          2. kazde z was wychowuje swoje dzieci po swojemu, a dzieciom
          tlumaczycie, ze ludzie roznia się pogladami na wychowanie.
          Oczywiście obsluga niepelnosprawnej krolewny zajmuje się jej tatus.

          Zycze ci szczerze powodzenia, bo nie będziesz miala latwo
          Macocha od prawie 9 lat
          • marzeka1 Re: wychowywanie dzieci a związek 23.07.09, 20:39
            "A bywa ostro - potrafi spakować się i wyprowadzić, jeśli uzna, że jego małej
            dzieje się krzywda (w jego rozumieniu oczywiście)."- wyjątkowo dziecinne,
            niedojrzałe, smarkate zachowanie niby dorosłego faceta.
            Przy takim podejściu ma szansę wychować koszmarną pannicę, a czepiając się o
            wszytko twojego syna, wychować go w poczuciu krzywdy (jego córce wolno wszystko,
            jemu niewiele).
    • asuzana Re: wychowywanie dzieci a związek 23.07.09, 20:44
      Jeju jak czytam cos takiego to wnętrznosci mi się przerwacają. Sama
      jestem niedoszłą macochą takiej własnie królewny tyle że
      kilkunastoletniej i powiem szczerze że im starsza tym gorsza.
      Sytuacja wyglądała całkiem podobnie, moje dziecko było strofowane i
      przyuczane do życia a królewna głaskana i pocieszana. A jak mi
      imponowało bardzo to że stateczny i podobno odpowiedzialny tatus
      miał z nią taki doskonaly kontakt. Przepraszam ale jak widze tekst
      typu "że to uczucie jest silniejsze od wszystkiego" to jest mi
      niedobrze. U mojego to uczucie było na tyle silne że zostałam sama w
      ciązy bo królewna nie wyraziła zgody na powiekszenie rodziny.
      Moja rada taka ... póki królewna mała to trzeba ją dosć intensywnie
      przyuczać do funkcjonowania w rodzinie ze wszystkimi tego
      konsekwencjami. Bo jesli nadal będzie jej tatuś tak dogadzał to za
      kilka lat okaże się ze mała królewna stała się wredną jędzą, gotową
      do najgorszego szantażu byle by tylko tatuś holubił ją pod niebiosa.
      Trzymam kciuki i życzę wielkiego powodzenia ...
      • verdana Re: wychowywanie dzieci a związek 23.07.09, 20:59
        No zaraz - przeczytalysmy sympatyczny i raczej wyważony pos, o
        trudności w uzgodnieniu wychowania dzieci. Tak bywa, kazdy wychowyje
        swoje dzieci inaczej, czasem popelnia błedy, ale ataku na faceta -
        nie rozumiem ni w ząb.
        Mnie tez jest niezmiernie przykro, gdy mąż ochrzania dziecko - mimo,
        ze dzieci mamy wspólne i też z trudem się powstrzymuje, aby mu
        czegos nie palnąć, choćby mial racje - a on robi wymowki dzieciom
        mniej więcej 50 razy rzadziej niż ja...
        Tylko w bajeczkach jest tak, ze rodzice sie pobieraja i od
        następnego dnia kochają wesoła gromadke bez rozrózniania czyje to
        dzicko. W zyciu tak nie bywa - i nawet nie wiem, czy być powinno.
        Bowiem dziecko, ktore przez 7,10 lat mialo matkę/ojca tylko dla
        siebie nie pogodzi sie z tym, ze pewnego dnia obce dzieci są tak
        samo kochane i tak samo wazne jak ono. Podobe traktowanie - owszem.
        Ale jednak wlasne dziecko tez musi mieć poczucie, ze pozostało kims
        wyjątkowym. Musi też moc poskarzyć się rodzicowi na rodzenstwo i
        ojczyma/macochę - a to juz determinuje pewne róznice.
        Widze tez wyrażny brak sympatii niektorych 'macoch" do "małych
        księżniczek" - naprawde, moze to denerwować, ale dziecko nie moze
        nagle zacząć byc przez obcą kobietę zupelnie inaczej traktowane.
        trzeba to robić stopniowo, w uzgodnieniu z ojcem, a nie na
        zasadzie "od dziś zapomnij o fochach".
        No i najwazniejsza sprawa. jesli kobieta napisze "zagrozilam,z e
        spakuje walizki, bo ojczym źle traktował/nie akceptował " mojego
        dziecka - to powiemy "Bardzo dobrze zrobilas. Gdy to samo zrobi
        ojciec -o, to nieodpowiedzialny drań, ktory dziecko rozpuszcza i
        szntazuje.
        • asuzana Re: wychowywanie dzieci a związek 23.07.09, 21:10
          Tak to wszystko prawda że każde dziecko musi mieć to poczucie
          bezpieczeństwa tylko to też zalezy jak jest wychowywane.
          Takie "królewny" robią sie z czasem potwornymi egoistkami które chcą
          mieć tatusia na wyłączność i przestają się liczyć z innymi
          zainteresowanymi. A tatus takiej królewny tłumacząc już teraz że
          jest to od niego silniejsze i uciekając na jakiekolwiek słowo
          krytyki pod adresem córci pokazuje tym samym jak będzie wyglądało to
          życie. Oby kiedyś nie doszło do sytuacji w której kiedyś królewna
          będzie kazała tatusiowi wybierać ... albo ona albo macocha ... i co
          zrobi tatuś tak silnie emocjonalnie związany? Dlatego uważam że
          powinna być równowaga rodzinna, wszystkie dzieci powinny czuc się
          wyjątkowe ale też mieć poczucie obowiązku. Wydaje mi się że to
          będzie trudne w tej sytuacji.
          • verdana Re: wychowywanie dzieci a związek 23.07.09, 21:37
            Alez nic takiego w w poscie nie ma. przeciwnie - dziewczynka jest
            wdrazana do róznych rzeczy, ojcec zaciska zęby i stara sie przy
            dziecku nic nie mowić, bo zgadza się z żona, ale mu przykro. gdyby
            mu nie bylo przykro - tez nie byloby dobrze...
            Watpię, by przy tkim traktowaniu po paru latach dziewczyna zażądała
            wyboru. A jesli tak - cóż, moze być i tak, ze nie
            tylko "księżniczki " bywaja winne.
        • kicia031 verdano 23.07.09, 21:41
          ty chyba nie masz doswiadczenia jako macocha czy ojczym, prawda?
          uwierz mi, zachowanie w takiej sytuacji nie jest czyms, co mozna
          przewidziec "na sucho".

          Widze, ze u niektorych osob - u ciebie, u sebaldy - nastapilo
          pomieszanie pojec. Nie chodzi tu o naturalne, notrmalne, pozadane
          nawet (bo przygotowuja do zycia) roznice miedzy rodzicami w
          pogladach na wychowanie.

          Chodzi o drastyczne roznice w sposobie wychowywania poszczegolnych
          dzieci, zwiazane z plcia a takze z tym, czyimi dziecmi sa te dzieci.
          Wlasnym wolno wszystko, synowi partnerki - duzo mniej. To powazny
          problem. Nie porownuj go z sytuacja, gdy macocha chce, zeby
          wszystkie dzieci byly traktowane jednakowo - z nieco wieksza
          dyscyplina.

          Ja osobiscie nie widzialabym problemu w hodowli ksiezniczki, pod
          warunkiem, ze tatus sam ponosilby tego konsekwencje. Kiedy moj
          partner zmywa, kiedy wypada kolej jego corki, wykonujac ten
          obowiazek za nia, szczerze mowiac, nie rusza mnie to w ogole. Jego
          wybor, choc moim zdaniem glupi. Dopoki nie oczekuje, ze to ja
          pozmywam, wszystko OK. Niestety, tak sie na ogol nie dzieje i nie
          kazda macocha jest tak asertywna jak ja.

          Oczywiscie, ze wlasne dzieci kocha sie bardziej. Ja kocham moich
          synow, pasierbice zas po prostu lubie. Ale dokladam wielu staran, by
          dzieci byly traktowane sprawiedliwie, proporcjonalnie do wieku.
          Wrecz stawiam wieksze wymagania swoim dzieciom, bo w koncu za ich
          wychowanie jestem odpowiedzialna, pasierbica ma ojca i matke i moge
          sobie tu pozwolic na wiekszy luz.

          Byloby mi trudno tolerowac sytuacje odwrotna.

          A co do koncowki twojej wypowiedzi, to chyba jest ona konpletnie
          nieadekwatna do sytuacji - w koncu mamy tu sytuacje, kiedy ojczym
          jest ostry wobec syna partnerki, a ona sie nie wyprowadza.
          Wyprowadza sie ona, bo partnerka smie oczekiwac by 7-latka sama sie
          ubierala.

          I jeszcze jedno - statystycznie mamy znacznie wiecej przyadkow
          skrzywdzenia, z mordestwel wlacznie, dzieci przez ojczymow niz przez
          macochy. W zwiazku z tym bylabym jakos bardziej sklonna zrozumiec
          ostroznosc matki w stosunku do nowego partnera, niz odwrotna
          sytuacje.
          • verdana Re: verdano 23.07.09, 22:09
            Czytaj moze uwaznie, co?
            Faczet nie pakuje się, bo dziecko ma sie ubierać. pakuje sie wtedy,
            gdy jego zdaniem dziecku dzieje sie krzywda - jaka krzywa, tego (i
            slusznie) autorka postu nie opisywala. Nie dopuszczasz do siebie
            mysli, ze czasem facet moze mieć przynajmniej w części racje? I że
            jesli awet to jest jego subiektywne odczucie - to przy
            podobnym "subiektywnym odczuciu' matka zabierająca dziecko zostalaby
            uznana za wzorowa - wybiera dziecko, a nie ojczyma, ktory jej
            zdaniem krzywdzi.
            Statystycznie (90% ) przypadkow skrzywdzenia dziecka i partnera - to
            mężczyźni, takze rodzeni ojcowie. Pamiętaj jednak, że krzywda to nie
            tylko pobicie i morderstwo, kobiety potrafia zamienić życie dziecka
            w pieklo bardzo skutecznie i bez udzialu sadu i policji. (Bardzo
            istotna uwaga - absolutnie nie odnosi sie to do autorki watku, ktorą
            raczej podejrzewam o zbytnia chęć dogodzenia wszystkim, niż o
            znecanie się nad dzieckim).
            • kicia031 Re: verdano 23.07.09, 22:29
              pakuje sie wtedy,
              > gdy jego zdaniem dziecku dzieje sie krzywda - jaka krzywa, tego (i
              > slusznie) autorka postu nie opisywala. Nie dopuszczasz do siebie
              > mysli, ze czasem facet moze mieć przynajmniej w części racje? I że
              > jesli awet to jest jego subiektywne odczucie - to przy
              > podobnym "subiektywnym odczuciu' matka zabierająca dziecko
              zostalaby
              > uznana za wzorowa - wybiera dziecko, a nie ojczyma, ktory jej
              > zdaniem krzywdzi.

              No tez ja mam pretensje do autorki watku, ze nie reaguje, kiedy
              facet wydziera sie na jej dzieci w sposob, ktory nawet ona, bardziej
              wymagajaca matka, uwaza za nadmiarowy.

              Nie wiem, czy facet ma racje, czy nie. Dopoki nie przeczytamy wersji
              obu stron, nie bedziemy tego wiedziec, a i nawet wtedy wiedza ta
              bedzie watpliwa.
              Dlatego ja jestem zwolenniczka przedstawionego przeze mnie
              rozwiazania numer 2 - dzieci wychowuja rodzice, a nie ojczym i
              macocha.
          • asuzana Re: verdano 23.07.09, 22:15
            verdano niestety w poście wcale nie wieje taką sielanką jak
            twierdzisz. Ojciec kiedy ma wrażenie poczucia krzywdy swojej
            ksiezniczki pakuje się i wyprowadza. Samo to jest już bardzo
            niedojrzałe i tym samym utwiedza dziecko w przekonaniu że może robić
            co chce i jak chce najwyżej ojciec ją zabierze i ucieknie.
            Postawa autorki posta jest godna podziwu chociazby dlatego że uczy
            tą dziewczynkę podstawowych zasad funkcjonowania. Jesli się tego nie
            dopilnuje to z wiekiem wcale się u niej nie zmieni. Księzniczka w
            moim przypadku nie potrafi sobie zrobic chociażby szklanki herbaty
            (a ma już 14 lat)a nie wspomne już o innych rzeczach, ponieważ ma od
            tego sługusa-tatuska i ok to jego sprawa. Ale całe życie utwierdzał
            ją w przekonaniu że tylko ona jest najważniesza i nie musi nic robić
            ani z nikim się liczyć ... wyszła z tego naprwdę mieszanka wybuchowa
            nastolatki nie liczącej się z nikim i niczym ... nawet z ojcem,
            pełna egoizmu i traktująca wszystkich jak swoich służących ...
            trudno się jej dziwić bo przecież całe życie była do tego przyuczana
            i to jak skutecznie.
            JA nie twierdzę że w tym przypadku musi być tak samo, ale jestem
            zdania że dzieci wychowywane wspólnie nie powinny czuc się gorzej od
            swojego przybranego rodzeństwa. Teraz kiedy dziecko jest jeszcze
            dość małe mozna je ukształtować do modelu tamtej rodziny, bo z
            czasem taka księżniczka zacznie kombinować z ta władzą którą posiada
            i skutecznie ją wykorzystywać. Bardzo wiele zalezy tutaj od partnera
            i jeśli nie zrozumie w porę swojego postepowania to w przyszłości
            może to odbić sie na całej rodzinie.
    • marzeka1 Re: wychowywanie dzieci a związek 23.07.09, 20:56
      "Od roku tworzymy fajną rodzinkę -"- chyba na zdjęciu, bo jak opisujesz wasze
      jednak mocno zróżnicowane podejście do wychowania dzieci, za fajnie to nie jest.
    • nodah Re: wychowywanie dzieci a związek 23.07.09, 22:39
      Dziękuję, że dzielicie się swoimi przemyśleniami. Mam teraz jeszcze
      większy mętlik w głowie...
      Chyba powinnam stanąć w obronie mojego partnera, bo nie jest on aż
      tak czarnym charakterem, jak to zaczyna wynikać z dyskusji. On sam
      zdaje sobie sprawę ze swojego niemal bezkrytycznego stosunku do córki
      i dlatego często oddaje sprawy jej wychowania w moje ręce. I muszę mu
      przyznać, że nie podważa moich decyzji, jeśli czegoś małej odmawiam
      albo zabraniam - on przyjmuje taką samą postawę.

      Pisałam już wcześniej, że poświęcamy mnóstwo czasu na rozmowy (hmm,
      czasem to są rozmowy bardzo emocjonalne). Rozkładamy nasze zachowania
      na czynniki, wyciągamy wnioski, uczymy się i siebie nawzajem.

      Jego stosunek do syna jest złożony. Jest wymagający i bywa ostry, ale
      z drugiej strony dużo z nim rozmawia, uczy, mają wspólne
      zainteresowania. Ja mam się nie wtrącać do ich męskiego świata.
      Tylko od czasu do czasu po prostu nie wytrzymuję i nerwy mi
      puszczają.

      Za kilka tygodni nasza pieszczocha idzie do szkoły, przyznam się, że
      lekko cierpnie mi skóra na samą myśl...
      • asuzana Re: wychowywanie dzieci a związek 23.07.09, 22:54
        Najwazniejsze że oboje widzicie tą sytuację i staracie się o tym
        rozmawiać. Naprawdę uważam że bardzo duzą rolę odgrywa tutaj Twój
        partner. Przepraszam jeśli moja wypowiedź zabrzmiała ostro ...
        jestem chyba zbyt wyczulona jeszcze na "księżniczki" tatusiów, a
        uwierz że bywają i tacy którzy nie mają hamulców. W moim przypadku
        po pierwsze i róznica wieku córek jest zbyt duża (z nastolatką
        jednak trudniej) a i partner nie podołał tej sytuacji. Gdybym
        wcześniej przyjrzała się bardziej tej ksiezniczce napewno podjęłabym
        kilka zupełnie innych decyzji. Życzę powodzenia i zgodnosci z
        partnerem :)
      • kicia031 ~Mistrzostwo swiata 23.07.09, 23:41
        sam
        > zdaje sobie sprawę ze swojego niemal bezkrytycznego stosunku do
        córki
        > i dlatego często oddaje sprawy jej wychowania w moje ręce. I

        Czyli najpierw rozpuszczamy dziecko, potem zwalalmy jej wychowanie
        na macoche, a my pozostajemy w oczach dziecka dobrym tatusiem -
        rozpieszczaczem.

        Unikamy wysilku, unikamy nieprzyjemnosci.

        Wszak nie po to mamy kobiete, by brudzic sobie rece. My opieprzymy
        jej syna w naszym meskim swiecie.
        • bas-122 Re: ~Mistrzostwo swiata 24.07.09, 07:51
          Słuszna konkluzja. O wiele łatwiej i przyjemniej jest być "dobrym tatusiem", niż
          wymagającą macochą.
    • bas-122 Re: wychowywanie dzieci a związek 24.07.09, 07:37
      Bardzo dobrze, że dużo rozmawiacie. Jeszcze lepiej, jeśli te rozmowy przynoszą
      efekt w postaci doskonalenia własnych rodzicielskich postaw. Ale czy ten efekt
      jest odpowiedni? Trudno stwierdzić.
      Moim zdaniem, przydałby się wam udział w kursie dla rodziców. W niektórych
      miejscowościach tego rodzaju kursy są organizowane. Wierz mi, przynoszą bardzo
      dobre efekty. Uczą nie tylko jak wychowywać, ale uczą także skutecznych metod i
      sposobów porozumiewania się. Ewentualnie warto może się skonsultować z
      psychologiem rodzinnym, terapeutą. Wspominam o tym, bowiem możliwe jest, że
      "marnujecie" czas na zmagania o to czyje racje są ważniejsze. Czas, który
      moglibyście poświęcić dzieciom, miłemu byciu razem.
      Jesteście razem od roku, możecie więc na spokojnie, bo przecież dzieci na
      wakacjach, zrobić swego rodzaju bilans sukcesów i porażek /rozczarowań,
      niepowodzeń, tego co jest wadliwe/ i porównać wzajemnie spostrzeżenia.
      Szczególnie porażki będą wymagały dokładnego omówienia.
      Jeśli chodzi o konkrety, uważam, że powinniście uzgodnić i to bardzo
      szczegółowo, jednolite zasady postępowania wobec dzieci. Jeśli jedno dziecko ma
      prawo kaprysić, wymuszać, a drugie dziecko nie ma takiego prawa, uczycie to
      pierwsze, że jest kimś lepszym, a to drugie, że jest kimś gorszym. Takie
      wydawałoby się błahe wydarzenia zostają często w głowie i sercu młodego
      człowieka na całe życie w postaci jakiegoś żalu do jednego i drugiego rodzica.
      Mało tego, jeśli dziewczynka teraz sprawia problemy w tak przyziemnych,
      podstawowych sytuacjach, to jakie problemy będzie sprawiała za parę lat, kiedy
      będzie chciała wymusić inne rzeczy?
      "Drugi problem, który wiąże się z naszymi dziećmi, to ich nierówne traktowanie
      przez mojego partnera. Jest często bardzo ostry dla mojego syna, twierdząc, że
      inaczej nie da się wychować mężczyzny. Jestem rozdarta, bo chyba powinnam mu
      przyznać rację, ale serce matki wyje...." I słusznie, że wyje. Twój partner
      uczestniczy nie w wychowaniu mężczyzny, lecz człowieka. Krzycząc na Twojego
      syna, wpaja mu, że jest kimś gorszym, kimś na kogo można wrzeszczeć. Uczy go
      właśnie takich zachowań.
      "A bywa ostro - potrafi spakować się i wyprowadzić, jeśli uzna, że jego małej
      dzieje się krzywda (w jego rozumieniu oczywiście)." Takie zachowanie /to nic
      innego jak wymuszanie!/, przynosi jedynie złe skutki. Robi mętlik w głowach
      dzieci. A to jest karygodne! [Gdyby mój partner tak zrobił, palcem bym nie
      kiwnęła aby wrócił. Oczywiście bym mu to zapowiedziała wcześniej.]
      "Nie chcę narażać jego autorytetu, wtrącać się do jego metod w ich obecności."
      Autorytetu się nie ma. Autorytet trzeba sobie wypracować. To po pierwsze. Po
      drugie, nie ma problemu, możecie ustalić między sobą, i możecie przyzwyczaić do
      tego dzieci, że w sytuacji, gdy dziecko postępuje źle, niewłaściwie, rodzice
      podejmują działania wychowawcze dopiero po krótkiej naradzie. To bardziej
      podbuduje autorytet Twojego partnera niż krzyczenie, które jest jedynie wyrazem
      jego frustracji.
      Zasady wychowawcze powinny być konkretne, jednolite dla wszystkich dzieci.
      Dzieci powinny znać granice. Powinniście je spisać i bezwzględnie przestrzegać.
      W miarę jak dzieci rosną te granice powinny się poszerzać. To jest warunek
      stworzenia zdrowej rodziny.
    • bas-122 Jeszcze słowo 24.07.09, 08:09
      Przed laty czytałam artykuł o matce samotnie wychowującej dziecko. Kobieta
      harowała jak wół. Dogadzała. Folgowała. Poświęcała się. Kiedy dziecko weszło w
      okres dojrzewania, zaczęło dorastać, zaczęło sprawiać wciąż większe i większe
      kłopoty. Roszczeniowa postawa, brak zrozumienia dla drugiego człowieka, egoizm,
      itp. itd. Zrozpaczona matka napisała do pani psycholog. A ta dała piękną i
      trafną definicję wychowania:"Wychowanie jest podobne do pakowania walizki.
      Wyjmie się z niej tylko to co się włożyło". To bardzo mądra definicja
      wychowania. Warto o niej pamiętać.
      • sebalda Re: Jeszcze słowo 24.07.09, 10:07
        Ja nie napisałam swojego posta obok tematu, bez związku. Chciałam jedynie
        pocieszyć nieco autorkę wątku, że w każdej rodzinie mogą się zdarzyć i bardzo
        często się zdarzają różnice w podejściu do wychowania dzieci między rodzicami.
        Różnice powodujące wiele konfliktów, burzące dobre relacje i, co najgorsze,
        mieszające dzieciom w głowach.
        W tej sytuacji nie mogę jednak zrozumieć zdania Kici: "Nie chodzi tu o
        naturalne, notrmalne, pozadane
        nawet (bo przygotowuja do zycia) roznice miedzy rodzicami w
        pogladach na wychowanie". Naturalne i normalne - może, ale pożądane?
        Przygotowują do życia chyba tylko o tyle, że porozumienie między dwojgiem ludzi
        w bardzo istotnych kwestiach jest niemożliwe. To raczej nie jest przygotowujące,
        powiedziałabym, odstraszające. Odstarszające od wiązania się z drugą osobą.
        Ja uznaję takie fundamentalne różnice w podejsciu do wychowania za bardzo
        destrukcyjne, dla wszystkich zainteresowanych stron, bez wyjątku. Ale może ktoś
        mnie przekona, że nie mam racji, bardzo by mnie to uspokoiło.
        • kicia031 Sebalda 24.07.09, 10:16
          W tej sytuacji nie mogę jednak zrozumieć zdania Kici: "Nie chodzi
          tu o
          > naturalne, notrmalne, pozadane
          > nawet (bo przygotowuja do zycia) roznice miedzy rodzicami w
          > pogladach na wychowanie". Naturalne i normalne - może, ale
          pożądane?
          > Przygotowują do życia chyba tylko o tyle, że porozumienie między
          dwojgiem ludzi
          > w bardzo istotnych kwestiach jest niemożliwe. To raczej nie jest
          przygotowujące

          To co napisalam, wynika z mojego swiatopogladu - ze roznorodnosc
          jest lepsza niz homogenicznosc. Zyjemy w swiecie, w ktorym wokol nas
          pelno jest ludzi innych od nas: kulturowo, religijnie, etnicznie,
          jezykowo, plciowo.
          uwazam, ze wychowywanie dziecka w przekonaniu, ze jest jedna,
          sluszna droga, do ktorej posiedli rodzice jest bledem.

          W tym sensie pozadane jest pokazywanie dzieciom, ze rodzice moga sie
          roznic pogladami i nie przeszkadza im to w kochaniu sie,
          wychowywaniu dzieci i wspolnym zyciu.
          Ze takie roznice mozna przepracowac i uzgodnic jakies wspolne
          stanowisko, chociazby - zgodzic sie, ze sie nie zgadzamy.

          Dla mnie to pokazuje to wartosc dialogu i konstruktywnego podejscia
          do roznic.
          • sebalda Re: Kiciu droga:) 24.07.09, 10:45
            kicia031 napisała:
            Dla mnie to pokazuje to wartosc dialogu i konstruktywnego podejscia
            do roznic.

            Ok. rozumiem i w pełni się zgadzam, ale pod tym właśnie najistotniejszym
            warunkiem: konstruktywne podejście do różnic. A co, jeśli tego podejścia brak,
            jeśli żadną, naprawdę żadną miarą nie moge się zgodzić z mężem w wielu kwestiach
            wychowawczych, bo różnice są naprawdę fundamentalne.To nie problem typu: czy
            pozwolić dziecku wyjąć pobawić się na podwórku albo czy kupić tego lizaka, czy nie.
            Ogólnie różnice w podejściu do wychowania najczęściej wynikają a. z różnic w
            naszym własnym wychowaniu i modelu rodzin, z których pochodzimy, b. naszych
            własnych, osobniczych doświadczeń, c. różnic w oczekiwanym modelu małżeństwa i
            rodziny jako takiej, d.poziomu empatii, e. naszych wyobrażeń o świecie i wielu
            innych uwarunkowań.
            Konstruktywizm - piękna idea, ale jak ją wprowadzić w życie, gdy serce matki
            wyje, jak to ślicznie napisała autorka wątku;)
            • kicia031 Gdy serce matki wyje 24.07.09, 10:51
              w takiej sytuacji musze sie przyznac, ze zapominam o dialogu i wale
              w morde.
              • sebalda Re: Gdy serce matki wyje 24.07.09, 11:59
                kicia031 napisała:

                > w takiej sytuacji musze sie przyznac, ze zapominam o dialogu i wale
                > w morde.

                Kiedy ja nie umiem:( Ja się tylko niepotrzebnie zaperzam, zapluwam, używam
                tysiąca argumentów, które trafiają jak groch w ścianę i dalej nie możemy dojść
                do porozumienia.Ja pamiętam swoje dzieciństwo i to co było dla mnie ważne i pod
                tym kątem traktuje dzieci, staram się je szanować, a mąż wymaga całkowitego
                posłuszeństwa i podporządkowania się jego woli. Kiedy niestety nie zawsze ma
                rację albo nie daje się dziecku wytłumaczyć, bo każde słowo tłumaczenia traktuje
                jako pyskowanie i natychmiast zaczyna na dzieci krzyczeć. Wymaga bezwzględnego
                szacunku, jednocześnie na ten szacunek zwyczajnie często nie zasługując.
                Ja zawsze słucham dzieci - on tylko egzekwuje i karci za nieposłuszeństwo
                tudzież inne, najmniejsze przewinienia. I jak tu się dogadać?
                • triss_merigold6 Nie wypowiadaj się 24.07.09, 13:24
                  Nie wypowiadaj się i nie jęcz. Sądząc po historii Twojego małżeństwa
                  powinnaś była kopnąć gościa wiele lat temu, jesteś antyprzykładem
                  dla innych kobiet. Uzyskałaś tyle, że ulepszyłaś gościa z
                  kategorii 'dno i kilo mułu" do kategorii "fatalny".
                  • sebalda Re: Droga Triss 24.07.09, 13:54
                    triss_merigold6 napisała:

                    > Nie wypowiadaj się i nie jęcz. Sądząc po historii Twojego małżeństwa
                    > powinnaś była kopnąć gościa wiele lat temu, jesteś antyprzykładem
                    > dla innych kobiet. Uzyskałaś tyle, że ulepszyłaś gościa z
                    > kategorii 'dno i kilo mułu" do kategorii "fatalny".

                    Wybacz, ale to wolny kraj, wolne forum i będę się na nim wypowiadała na dowolne
                    tematy kiedykolwiek zechcę, a Twoja opinia na ten temat naprawdę jest mi
                    serdecznie obojętna.
                    Tak, czasami piszę jako antyprzykład, po to właśnie, żeby uprzytomnić niektórym
                    młodym jeszcze kobietom, jak bardzo nie warto za wszelką cenę tkwić w nieudanych
                    związkach. Jestem głęboko przekonana, że takie właśnie negatywne przykłady z
                    czyjegoś życia mogą czasami podziałać jak kubek zimnej wody. Może gdyby ktoś,
                    kiedyś powiedział mi....
                    Ale raz jeszcze proszę o wybaczenie, to moje życie i moje sprawy, i ja robię z
                    tym, co uważam akurat za stosowne. Uważam, że czasami zanim się powie komuś,
                    rzuć gościa i kopnij go w dupę, trzeba sprawę dokładnie rozważyć. I zamiast tak
                    właśnie dosadnie wyrazić opinię, lepiej wykazac na przykładach z życia, jakie
                    bywają scenariusze i jakie wnioski z nich wyciągać.
                    Jestem wielką orędowniczką obiektywizmu. My tutaj mamy zawsze tylko jedną stronę
                    medalu. Dlatego często nie możemy reagować jednoznacznie. Skąd wiesz, jaka ja
                    jestem w codziennym pożyciu? Może mój mąż ma powody, żeby być takim, jaki jest???
                  • bas-122 Re: Nie wypowiadaj się 24.07.09, 14:21
                    No, bez przesady z tą krytyką, a szczególnie ze słowami zarzutu do
                    sebaldy. Przede wszystkim nie jęczy, tylko wypowiada się na podstawie
                    własnych doświadczeń. Ma do tego pełne prawo. Wątpię też by była
                    "antyprzykładem". Jeśli już, to jest przykładem na to, że trzeba zwracać uwagę
                    na takie "drobiazgi" jak forsowanie własnego zdania u partnera, liczenia się z
                    opinią drugiego człowieka.
                    A swoją drogą, czy nie uważasz, że Twoja postawa jest bardzo podobna do postawy
                    męża sebaldy/nie liczę się z uczuciami i wypowiedziami innych, nie
                    szanuję cudzego zdania, zabronię mówić?/?
                  • bas-122 Bez przesady... 24.07.09, 14:22
                    No, bez przesady z tą krytyką, a szczególnie ze słowami zarzutu do
                    sebaldy. Przede wszystkim nie jęczy, tylko wypowiada się na podstawie
                    własnych doświadczeń. Ma do tego pełne prawo. Wątpię też by była
                    "antyprzykładem". Jeśli już, to jest przykładem na to, że trzeba zwracać uwagę
                    na takie "drobiazgi" jak forsowanie własnego zdania u partnera, liczenia się z
                    opinią drugiego człowieka.
                    A swoją drogą, czy nie uważasz, że Twoja postawa jest bardzo podobna do postawy
                    męża sebaldy/nie liczę się z uczuciami i wypowiedziami innych, nie
                    szanuję cudzego zdania, zabronię mówić?/?
    • agnieszka_iwaszkiewicz Re: wychowywanie dzieci a związek 27.07.09, 11:10
      Ważną rzeczą są ustalone wspólnie przez dorosłych zajmujących się dziećmi,
      zasady wychowawcze, którym powinny podlegać wszystkie dzieci w domu w zależności
      oczywiście od ich wieku.
      Dobrze, że o tym rozmawiacie i staracie się je wspólnie wypracowywać oraz
      wdrażać. Nic złego w tym, że czasem się na ten temat pokłócicie. Nic złego też w
      tym, że czasem staniecie nawzajem w obronie swojego dziecka. To też jest
      naturalne, również w ramach krzewienia różnorodności. Również różnorodności płci.
      Ja zwróciłabym uwagę na pewien , być może nieświadomy, aspekt postępowania
      zarówno Pani jaki i Pani partnera wobec Waszych dzieci.
      Za przykład wezmę partnera, bo to jego zachowaniom poświęcony jest Pani wątek,
      ale może i Pani odnajdzie w tym coś swojego.
      Może być tak, że Pani partner, podejmując codzienną opiekę na córką, chce być
      jak matka i ojciec jednocześnie. Czyli i łagodny i czuły i surowy i wymagający.
      Może obawia się, że na jego surowość nie ma łagodnej odpowiedzi matki, bo jej
      na co dzień przy dziewczynce nie ma. Może czuje, że dziewczynka jest skrzywdzona
      incydentalnym kontaktem z matką, w końcu bardzo ważnym obiektem w życiu
      dziewczynki, a nie ma z nią codziennej relacji. Może też mu się zdawać, że
      spełniając role macierzyńską, ma ona polegać na uległości wobec dziecka. Może
      czuje się w jakieś części odpowiedzialny za rozpad swojego związku z matką
      dziecka i za aktualną sytuację córki. Może chce wynagrodzić córce stratę i
      popada w przesadę. Może obawia się i Pani surowości, w przekonaniu, że macocha
      nie da córce tego co matka. Takie tezy można mnożyć. Chodzi mi o to aby pokazać,
      że nie tylko ściśle ustalone racjonalne zasady wychowawcze mają wpływ na
      stosunek do dzieci, ale też duża część przeżyć dorosłego. Poza tym, mimo dużych
      oczekiwań społecznych i presji kobiet, ojciec samodzielnie wychowujący dzieci,
      to w Polsce jeszcze nie jest sytuacja powszechna , a raczej zjawisko dopiero
      wschodzące. Może Pani partner czuje zwiększoną odpowiedzialność w tym zakresie,
      a mało ma wzorców dookoła siebie. Przez to może myśleć cokolwiek schematycznie
      o swojej roli rodzicielskiej wobec dziewczynki. I byłabym bardzo ostrożna w
      mieszaniu tego z seksizmem, nawet jeśli widać tam tego ziarenka. To raczej efekt
      aktualnej jeszcze, choć trochę już przestarzałej kultury wychwawczej. Zmiany
      przychodzą wolniej niż słowa w jakich o nich mówimy.
      Są to wszytko elementy wpływające na wychowanie, nawet jak przejawiają się w tak
      nieracjonalnych formach jak rozpieszczanie, traktowanie pobłażliwie,
      niesprawiedliwie wobec innych dzieci itp.
      Warto wziąć to pod uwagę, jeśli jeszcze nie pojawiło się to w Waszych rozmowach.
      Warto też zrozumieć partnera w jego, może pewnej nieporadności w takiej opiece,
      nawet jak trwa ona już od jakiegoś czasu. Właśnie ze względu na opisane wyżej
      elementy, które mogą bardziej wpływać na zachowania partnera niż Wasze
      racjonalne rozmowy. Ważne aby Pani i on zaczęli świadomie tym sterować, ale też
      i godzić się, że coś takiego istnieje. Pozdrawiam. Agnieszka Iwaszkiewicz
    • cinus1974 Re: wychowywanie dzieci a związek 08.08.09, 02:52
      za duzo tu wtracania sie mysle ze odbijacie sobie pileczke,on ma
      pretensje,ze ty nie tak traktujesz jego corke jak on by chcial a
      pamietaj o tym,ze tata corka to specyficzne uczucia i tatus zawsze
      nieba przychyli coreczce wiem sam po sobie,on w odwecie traktuje
      twoje dzieci nie tak jak ty bys tego chciala i wcale mu sie nie
      dziwie ja jesli bym uznal,ze ktos krzywdzi moje dziecko a jak sama
      piszesz on tak to widzi i potrafi sie wyprowadzic postapil bym tak
      samo,mysle ze musisz pogodzic sie z faktem ze corka twojego partnera
      nie jest i nigdy nie bedzie twoim dzieckiem,uszanuj jego poglad na
      jej wychowanie bo tak serio to ja nawet nie sadze,ze masz prawo w to
      ingerowac,i oczekuj od partnera aby w ten sam sposob podszedl do
      twoich metod wychowawczych wobec twoich dzieci.gdyby twoj partner
      mial syna to by pewnie to tak nie wygladalo,potrafil by traktowac na
      rowni twoje dzieci i swoje ale nie w sytuacji kiedy ma dziewczynke i
      mowie jeszcze raz ojciec i corka to inny rodzaj uczuc corka dla
      faceta to swietosc i trzeba o tym pamietac.jesli nie przestaniesz
      wprowadzac swoich pogladow jaka to ma byc ta jego corka i dazyc do
      ich realizacji,a on na to nie bedzie sie godzil,przegrasz pewnego
      dnia zabierze dziecko i juz nie wroci ,bo w jego oczach meczysz ja
      krzywdzisz za duzo wymagasz a jego serce na to nie pozwoli.
      • bas-122 Re: wychowywanie dzieci a związek 08.08.09, 11:19
        Czyli Twoim zdaniem, mogą jedynie być razem, ale w kwestii wychowania dzieci -
        jakby nie patrzeć - osobno? Uważasz, że to jest jedyne możliwe rozwiązanie?
        A jak widzisz sprawę samoobsługi dziewczynki? Realizacji jej fanaberii i
        zachcianek? Należy temu przyklasnąć, zgodzić się na to, by dziewczynka musiała
        mieć przy sobie służbę, bo sama nic nie umie zrobić? I kto miałby być tą służbą?
        No i jak partnerka ojca dziewczynki, ma tłumaczyć, wyjaśniać, własnym dzieciom
        tę ogromną różnicę wymagań stawianych wobec dzieci?
        • cinus1974 Re: wychowywanie dzieci a związek 08.08.09, 12:41
          ma sie nie wtracac,nie zgrywac mamusi dla dziecka,ktore nie jest
          jej,a czemu on ma dostosowac swoje zasady wychowawcze do niej a nie
          odwrotnie,jesli nie potrafia wypracowac kompromisu i kazde chce
          postawic na swoim a jednoczesnie chca byc razem dla mnie poprzednio
          opisane wyjscie jest jedyne.tatus obsluzy corke spokojnie.normalnie
          ma wytlumaczyc ja jestem wasza matka i to ja podejmuje kluczowe
          deczje co do waszego wychowania a np.jacek co do wychowania np.kasi
          musimy sie z tym wszyscy pogodzic,jesli dalej chcemy razem mieszkac.
          • triss_merigold6 Re: wychowywanie dzieci a związek 08.08.09, 17:16
            Hm a czy nie rozumiesz, że życie pod jednym dachem z dziewczynką
            niesamodzielną i rozpieszczoną niestosownie do wieku jest zwyczajnie
            uciążliwe? Jest to także robienie krzywdy dziecku - elementem
            prawidłowej socjalizacji jest m.in. stawianie wymagań i włączanie
            dziecka w codzienne czynności domowe. Skrajne różnicowanie dzieci na
            zasadzie "jej wolno, nam nie" to idealny sposób, żeby się
            znienawidziły.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka