Dodaj do ulubionych

Z Bieszczadów na Marsa

26.02.10, 21:22
Wspaniała robota, takich ludzi jak dr Błażejowski potrzeba jak najwięcej.
Podstawową przeszkodą w osiągnięciu czegokolwiek jest najczęściej przekonanie,
że "to się nie da zrobić". Nie da się, bo jesteśmy zbyt biedni, nie da się, bo
mamy daleko do dużego miasta, nie da się, bo mamy za niskie IQ, a w końcu nie
da się, bo żyjemy w takim, a nie innym kraju. A ja powiadam, że "nie da się"
otworzyć parasola w tyłku, a wszystko inne się da jak się chce ;)

ps.
Wiedza dzieci z Konstancina bywa zaskakująca. Sześcioletni chłopiec
wymienił mi wszystkie księżyce Jowisza


Tutaj to już doktor trochę przesadził. Większość astronomów nie wymieni
wszystkich 63 księżyców Jowisza, więc ten sześciolatek musiałby być chyba z
kosmosu :)
Obserwuj wątek
    • fastfut Z Bieszczadów na Marsa 27.02.10, 09:06
      trochę bulwersujący jest fakt, że dr BB jednym tchem mówi o tym, że
      nie trzeba być geniuszem, żeby być naukowcem, dodając jednocześnie
      kąśliwą uwagę na temat "prowincjonalnych uczelni". rodzi się
      naturalne pytanie, czy zatem nauka w rozumieniu dra BB, piękna i
      otwierająca oczy na świat, pozwalająca na realizację pasji, może być
      wykładana wyłącznie w uczelniach w wielkich miastach. cóż takiego
      złego jest w "prowincjonalnych uczelniach", że należy trzymać się od
      nich z daleka? podziwiam zaangażowanie dra BB, jednak co najmniej
      zdziwiony jestem specyficznym, paternalistycznym traktowaniem
      "uczelni prowincjonalnych", gdzie - tak przynajmniej wnosić można z
      kontekstu wypowiedzi - można co najwyżej zdobyć dyplom, który nic nie
      znaczy. z kontekstu wynika bowiem, że wyłącznie warte cokolwiek
      dyplomy zdobywa się w uczelniach nieprowincjonalnych. zastanawiam
      się, co na ten temat myślą akademicy z takich prowincjonalnych
      uczelni, jak np. Cambridge, Oxford itp. przejaskrawiam oczywiście,
      ale z drugiej strony słaba uczelnia w Warszawie czy Wrocławiu - z
      racji samej swej lokalizacji, przestaje być prowincjonalną. coś tu
      jednak nie gra, zwłaszcza że poglądy takie wkładane są do głów
      dzieciaków. może jednak lepiej mówić o uczelniach słabych i mocnych,
      a nawet nie uczelniach, ale kierunkach słabych i mocnych. znam bowiem
      przypadki uczelni, gdzie jeden kierunek jest wręcz "flagowym",
      podczas gdy pozostałe są na bardzo słabym poziomie. pomijam już
      milczeniem wątek uczelni publicznych i niepublicznych, obawiam się
      jednak, że i to w jakimś sensie wplecione zostało w tą krótką, ale
      moim zdaniem stereotypową wypowiedź.
      • quant34 Re: Z Bieszczadów na Marsa 27.02.10, 14:10
        Sądzę, że źle oceniasz kontekst, w jakim użyto sformułowania "prowincjonalne
        uczelnie". Przyjrzyj mu się ponownie:

        - Dzieciaki z takich szkół nie wierzą w siebie. Im się wydaje, że aby zostać
        naukowcem, trzeba być geniuszem. Myślą, że jeśli nawet się zdarzy, że
        będą studiować, to najwyżej na jednej z prowincjonalnych uczelni.

        Zdaniem doktora, to dzieciak myślą w ten sposób. Z tekstu nie wynika czy on sam
        zgadza się z nazywaniem jakichkolwiek uczelni "prowincjonalnymi".
        • fastfut Re: Z Bieszczadów na Marsa 01.03.10, 08:01
          quant34 napisał:

          > Sądzę, że źle oceniasz kontekst, w jakim użyto sformułowania
          "prowincjonalne
          > uczelnie". Przyjrzyj mu się ponownie:
          >
          > - Dzieciaki z takich szkół nie wierzą w siebie. Im się wydaje, że
          aby zostać
          > naukowcem, trzeba być geniuszem. Myślą, że jeśli nawet się
          zdarzy, że
          > będą studiować, to najwyżej na jednej z prowincjonalnych uczelni.
          >
          > Zdaniem doktora, to dzieciak myślą w ten sposób. Z tekstu nie
          wynika czy on sam
          > zgadza się z nazywaniem jakichkolwiek uczelni "prowincjonalnymi".
          Quant 34 - na wstępie pragnę zaznaczyć, że nie odbieram bynajmniej
          zasług doktorowi za jego działalność w popularyzowaniu wiedzy. Godna
          jest ona podziwu i szacunku. Ale przyglądnąłem się raz jeszcze tym
          kilku zdaniom i wciąż jednak widzę tam ten pateranlizm. Najlepiej
          oczywiście zapytać samego autora tych słów, "co poeta miał na myśli".
          Tak to już jest z językiem, że jest wieloznaczny i myśl
          artykułującego pewien osąd może być zniekształcona w toku
          interpretacji. Dla mnie, o ile się nie mylę, w jednym ciągu pojawiają
          się sformułowania "trzeba być geniuszem" oraz "jak się nawet zdarzy,
          że będą nawet studiować" i "na jednej z prowincjonalnych uczelni".
          Samo sformułowanie "prowincjonalne" raczej chyba jednak nie pojawia
          się u samych "dzieciaków". One nie wierzą, że w ogóle będą studiować,
          a ten ostatni promyk nadziei wiążą z najbliższymi im placówkami
          (niekoniecznie w Bieszczadach, ale stosunkowo blisko). To Doktor
          dodaje przymiotnik "prowincjonalne".
          • rs_gazeta_forum Re: Z Bieszczadów na Marsa 02.03.10, 07:56
            Ależ uczelnie prowincjonalne istnieją!
            Nawet te polskie największe są prowincjonalne w porównaniu z najlepszymi
            zachodnimi. A myśl przedstawioną w artykule nie należy odbierać jako
            wartościującą taką czy inną uczelnię, ale jako pokazującą "prowincjonalny" (?)
            sposób myślenia i ten drugi - że w pewnym momencie cały świat, włącznie z Marsem
            i uczelniami Iwy League stoi przed nami otworem. I od nas zależy, gdzie i co
            będziemy studiować, oraz czy polecimy na Marsa.
            Być może nie do końca zgodzę się z idealizmem drugiego sposobu, ale i tak go
            wolę i też polecam.
    • aurumaga Z Bieszczadów na Marsa i o życiu. 27.02.10, 18:17
      Pozwalam sobie wygłosić pogląd, zgodny ze stanem wiedzy, że obecność wody
      samoistnie wpływa na powstanie życia.
      Ostatecznie jako dowód my też jesteśmy zbiornikiem wody i trochę biopolimerów
      w niej. Ale?
      Mój pogląd nie jest pozbawiony racjonalizmu opartego w prawach fizykochemii
      powierzchni międzyfazowej i na wskazówkach eksperymentów.
      Niestety dla mnie matrycą nie było RNA czy rozszczepione DNA, jak jest obecnie
      lecz pierwotnie według mojego poglądu tę funkcję pełniła powierzchnia
      kontaktu ciała stałego i cieczy.

      Ciekawe skąd to życie i co da takie odkrycie?

      Ciecz ciało stałe granica.
      Powstania życia matryca.
      Aktywność powierzchni styku.
      Tkanina cząstek bezliku.
      Znanej powszechnie adsorpcji.
      Tworzy związki proporcji.
      Działanie katalityczne.
      Prowadzi reakcje rozliczne.
      Przebieg proces ma stały.
      Polimer przyrasta do skały.
      Przyciąga, odpycha inne.
      Tworzą się związki dziwne.
      Zdolne do samopowielania.
      Na skutek sił przyciągania.
      Powstały biopolimery.
      To początek ekosfery.
      Coś niby żywe na skale.
      Musi odtwarzać się stale.
      Stanem gaszonym przez żywe.
      Ciała w absorpcji rychliwe.
      Co oczekuje odkrycia.
      Podłoże, matryca życia.
      Ulepsza to coś z miliard lat.
      Ale z tym zmienia się świat.
      Odtwarza się, uczy się być.
      To naprawdę zaczęło żyć.
      Przetwarzać energię umie.
      Rośnie i coś rozumie.
      Polimer ma środowisko.
      Co zapewnia mu wszystko.
      Czas to szansa złożoności.
      To początek różnorodności.
      To globalna rewolucja.
      Zaczęła się ewolucja.
      Lecz tlenowa atmosfera.
      Ślad tworzenia zaciera.
      Eliksir życia, almagra.
      Tajemnej wiedzy zadra.


      www.youtube.com/watch?v=nrlqoeNrj3E
      www.youtube.com/watch?v=4rF5Mp8lDzg
      www.youtube.com/watch?v=Nmz4QEr_dvk
    • joannawie2 z Alpów, Tatrów i Pieninów 04.03.10, 20:05
      Postukajcie się w głowy i pouczie trochę polskiego.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka