Dodaj do ulubionych

Rysuje się

15.11.20, 21:40
... nadzieja?

Profesor Ugur Sahin, współzałożyciel firmy BioNTech, która razem z koncernem Pfizer opracowuje szczepionkę na koronawirusa, opowiedział o swoich przewidywaniach dotyczących tego, kiedy wrócimy do normalnego życia.

W tym tygodniu firmy Pfizer i BioNTech poinformowały, że skuteczność opracowywanej przez nie szczepionki na koronawirusa wynosi ponad 90 proc. W testach udział brało ok. 43 tys. chętnych. Wieść o powstającej szczepionce ucieszyła wszystkich i dała nadzieję na powrót do życia sprzed pandemii.

Lato nam pomoże, ponieważ liczba zakażeń wtedy spadnie, a absolutnie koniecznym jest, abyśmy mieli wysoki wskaźnik szczepień do jesieni/zimy przyszłego roku. Albo i wcześniej - powiedział prof. Ugur Sahin w rozmowie z BBC.

Kiedy życie wróci do normy? John Bell, profesor medycyny z Uniwersytetu Oksfordzkiego, mówił, że dzięki szczepionce może się to stać już wiosną.

Prof. Sahin jest jednak ostrożniejszy. Bardziej realny termin, jak mówi, to zima 2021 roku. Pierwsze szczepionki mają zostać rozdystrybuowane pod koniec bieżącego lub na początku przyszłego roku. Do kwietnia 2021 r. do krajów na całym świecie ma trafić ok. 300 mln szczepionek.

Jestem pewien, że dzięki tak skutecznej szczepionce transmisja między ludźmi zostanie zredukowana - może nie o 90 proc., ale o 50 proc. Nie zapominajmy, że nawet to będzie oznaczało olbrzymie ograniczenie rozprzestrzeniania się wirusa - powiedział prof. Sahin.

Prof. Sahin podkreśla, że w badaniach nie stwierdzono, aby szczepionka na COVID-19 niosła ze sobą jakieś poważne skutki uboczne. Drobniejsze skutki uboczne, które zauważono, to lekki lub średni ból w miejscu ukłucia. Może się on utrzymywać przez kilka dni. Niektórzy pacjenci mieli też przez kilka dni gorączkę.
Obserwuj wątek
    • sorel.lina Re: Rysuje się 15.11.20, 22:48
      Długo zastanawiałem się czy opisywać swoje przejścia związane z COVID.
      Choruję od 14.10 i nie wiem na dziś jak długo będę jeszcze chorował.
      Postanowiłem to zrobić ponieważ przeraża mnie jak wielu ludzi nadal bagatelizuje tę chorobę. Przeraża fakt niedbania o siebie, a przede wszystkim o bliskich.
      Mój świat, moje życie w ciągu zaledwie kilku dni przewróciły się do góry nogami.
      Moi bliscy przeżyli piekło, a ja nic nie mogłem zrobić. Dosłownie nic - mogłem tylko leżeć z nadzieją, że się poprawi i że do nich jeszcze wrócę!
      W dniu 13.10.2020 wieczorem zaczęły mnie boleć plecy. Ból z minuty na minutę był silniejszy. W nocy doszła gorączka i nad ranem zlewne poty.
      Po godz. 13 kolejnego dnia byłem już po teście wykonanym w szpitalu w Grudziadzu. W tym czasie od 22:32 po kontakcie sanepidu wiedzieliśmy z żoną, że jest pozytywna i walczy z COVID.
      14.10 około godz 19. Sanepid poinformował mnie o pozytywnym wyniku.
      Wraz z żoną i synkiem trafiliśmy w izolację domową.
      Z każdym dniem i godziną czułem się gorzej.
      Przebierałam się 6-8 razy dziennie tak zalewały mnie poty. Miałem wrażenie, że nie leżę w łóżku tylko w wannie.
      Drugiego dnia pojawił się silny ból głowy trwający nieustannie przez 2 dni - zupełnie nic go nie usuwało.
      Podobnie jak gorączki. Żaden z dostępnych leków jej nie zbijał.
      W 4. dobie przestałem jeść.
      Głównie za sprawą szwankującego układu nerwowego i zmysłów.
      Wszystko pachniało spaloną pietruszką korzenną, a zjedzenie kanapki powodowało odruchy wymiotne.
      Również 4 dnia zacząłem strasznie kaszleć.
      Kaszel był rano, popołudniu i w nocy.
      Byłem tak nim wykończony, że już po 1 dniu nie mogłem dobrze oddychać.
      Po konsultacji z lekarzem wprowadzono antybiotyk.
      W międzyczasie przestałem wstawać z łóżka, ponieważ moje nogi, a w zasadzie łydki przesłały ze mną współpracować. Jak by uszło z nich życie. Droga do toalety to było od teraz wyzwanie i ocieranie się o ściany z nadzieją, że mam w niej linki i poręcze.
      Przeleżałem tak do 21.10. Tego dnia żona wezwała pogotowie, zabrała mnie karetka do szpitala. Pomoc była bardzo szybko i dosłownie mam wrażenie, że zeskrobali mnie z podłogi do karetki.
      Mój stan tak się pogorszył, że nie byłem w stanie już chodzić, poprawnie oddychać i samodzielnie funkcjonować.
      Trafiłem wieczorem 21.10 do szpitala w Grudziadzu.
      Z samego rana wykonano mi TK klatki piersiowej, płuc.
      Pod wieczór tego samego dnia leżałem już w specjalnej sali pod wzmożoną obserwacją.
      Okazało się, że mam obustronne zapalenie płuc, które objęło ich 80%.
      Od tego wieczora zaczęła się walka o moje życie!
      Saturacja była fatalna poniżej 70. W masce 75.
      Dusił mnie kaszel, któremu towarzyszyło plucie czerwoną papką z płuc.
      Każde kaszlnięcie to czerwona wydzielina.
      W nocy z 22 na 23 zostałem zakwalifikowany na OIT do podłączenia pod respirator.
      Szpital poinformował żonę o tym fakcie i przekazał, że rano mogę być już w śpiączce.
      Nie wyobrażam sobie co ta musiała wtedy czuć, sama również walcząc z osłabieniem wywołanym tą chorobą. Całe szczęście przechodziła to lżej. Wierzyłem jednak, że dam radę i nie będę musiał tam trafić. Lekarze mnie mocno do tego motywowali.
      Byłem przerażony!
      Nie wiedziałem co się ze mną dzieje, co mam robić. Całą noc wyłem z niemocy. Bałem się zasnąć.
      Po porannej rozmowie z anestezjologiem i próbie podłączenia pod jedno z urządzeń pompujących tlen do nosa moje przerażenie jeszcze tylko wzrosło. Nie mogłem sobie z tym urządzeniem poradzić i oddychać.
      Wiedziałem już, że podłączenie pod respirator na OIT to dosłownie droga w jedną stronę.
      Dziękuję anestezjologom z grudziądzkiego szpitala za tak szczere i rzeczowe zobrazowanie mojego stanu i konsekwencji intubowania.
      Od tej chwili byłem świadomy, że mój stan jest tak poważny, że mogę już nigdy nie zobaczyć synka i żony.
      Nie mogłem nic zrobić sam. Nie jadłem już kolejny dzień.
      Leżałem w pampersie zdany na pomoc innych.
      Mam 34 lata i leżę jak warzywo.
      Wprowadzono mi silne leki, a wyniki gazometrii dawały skromną nadzieje.
      Po południu 23.10 byłem załamany, że nie wyjdę nigdy ze szpitala. Nigdy wcześniej w życiu niczego się tak nie bałem!
      Nigdy mój organizm tak się nie zachowywał.
      Nigdy wcześniej nie byłem tak chory.
      Nie miałem innych schorzeń, dolegliwości.
      Dziękuję pielęgniarkom za wsparcie tego dnia.
      Dziękuję za słowa otuchy i że byłyście wtedy przy mnie z dobrym słowem.
      Dziękuję za opiekę!
      Tego samego dnia podczas wizyty dwóch anestezjologów i pani doktor bardzo przejęci moim stanem szukali rozwiązania jak mi pomóc. Jak mnie dotlenić ponieważ tlen ze ściany nie dawał rady, ja nie dawałem rady, saturacja cały czas była kiepska. Okazało się, że szpital dysponuje urządzeniem, które może stale mechanicznie pompować tlen do maski. Taki mały respiratorek nieinwazyjny. Na moje szczęście jedno takie urządzenie było akurat wolne na oddziale pulmonologi pani doktor, która okazała się moim Aniołem. Zapadła decyzja, by podłączyć mnie jak najszybciej pod urządzenie.
      Po kilkunastu minutach na twarzy miałem już maseczkę, a pani doktor konfigurowała urządzenie. Pani anestezjolog, w nocy kontrolując mój stan poinstruowała mnie jak powinienem leżeć i jak często zmieniać pozycje. Dziękuję Wam

      . Z maską na twarzy spędziłem kolejnych kilka dni. Na twarzy miałem rany, a z ust zeszła mi skóra.
      Było to to jednak nieistotne, ponieważ już następnego ranka po podłączeniu czułem się wyraźnie lepiej. Mogłem spokojnie zasnąć i spałem ile się da, by odpocząć.
      Maska, tlen, leki i osocze ozdrowieńca jakie dostałem zaczęły działać. Niewiele pamietam z kolejnych dni.
      Kontrolne badania i wyniki się poprawiały.
      Po 5 dniach CRP spadło, gazometria była obiecująca a saturacja pod tlenem sięgała nawet 98. Bez tlenu niestety nadal poniżej 90.
      Wrócił mi apetyt i mogłem pierwszy raz po wielu dniach coś zjeść. Podziumdziałem trochę obiad i delektowałem się smakiem gruszki. Wszystko wydawało się takie inne, takie pyszne.
      Z każdym dniem poprawiał się moj stan.
      Nadal jednak nie wstawałem z łóżka i byłem na tyle słaby, że nie mogłem chodzić.
      Życie bez dodatkowego tlenu nie było możliwe. Każdy oddech to było wyzwanie i ból w klatce piersiowej.
      W 6 dniu leżałem ponownie z tlenem na tzw. wąsach, a urządzenie z maską trafiło do innego potrzebującego.
      Mimo iż nie mogłem wziąć pełnego oddechu mój stan na tyle się poprawił, że mogłem samodzielnie się umyć na łóżku i sam się przebrać.
      Uwierzcie jaki byłem z te go powodu szczęśliwy.
      3.11 pierwszy raz zszedłem z łóżka na wózek by pojechać do toalety.
      Mięśnie nóg mnie piekły, a ręce nie dawały rady mnie utrzymać. Panowie pod pachę sadzali mnie na toalecie.
      5.11 pojechałem już wózkiem sam się umyć.
      Tego też dnia byłem już ujemny.
      6.11 mogłem już trafić na oddział pulmonologi celem dalszego leczenia zdewastowanych płuc. W drzwiach oddziału zakaźnego płakałem z radości dziękując wszystkim za opiekę.
      Na oddziale pulmonologi byłem kolejny tydzień. Rehabilitacja oddechowa okazała się być nie lada wyzwaniem.
      Mimo iż ćwiczenia są proste, z poziomu rozgrzewki wf pierwszoklasisty to nie dawałem sobie z nimi rady.
      Kaszel i brak wydolności nie dawały o sobie zapomnieć.
      Z każdym dniem zaczynałem lepiej radzić sobie sam. Mogłem już sam dojść pod prysznic i posiedzieć tam na krześle przez chwilę.
      Wyszedłem ze szpitala po 22 dniach i ponad miesiącu od początku choroby.
      Nadal jestem bardzo słaby, schudłem 14kg, każdy ruch i wysiłek to ogromne wyzwanie dla moich płuc.
      Wiem, że moja rehabilitacja potrwa jeszcze tygodniami bez pewności, że wrócę do pełni zdrowia.
      Nie wiem czy jeszcze przejadę na rowerze 100km w upalny dzień.
      Nie wiem czy kiedykolwiek dam radę przebiec półmaraton.
      Głęboko wierzę jednak, że tak!
      Dziś jednak nie wejdę po schodach na piętro bez odpoczynku w połowie drogi.
      Taka to paskudna choroba.
      Dzięki wspaniałym ludziom jakich spotkałem przez ostatni miesiąc było mi łatwiej sobie z tym poradzić. Jestem wzruszony faktem posiadania wokoło siebie tylu wspaniałych i bezinteresownych osób.
      Dziękuję Wam za pomoc mojej żonie i mi w tym bardzo trudnym dla nas czasie.
      Dziękuję koleżankom i kol

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka