wizytka1
28.12.05, 08:33
Mieszkam na niewielkiej uliczce.Urodziłam sie tutaj.Sąsiadka odbierała poród
razem z połozną. Wszyscy się znamy.Kiedy moja mama zlamała sobie nogę to
mialam w domu istny pochód z pierogami,rosołem,ciastem ... mimo tego że sama
jestem już "bardzo dużą dziewczynką" i mam prawie dorosłe dzieci. Jeszcze
kilka lat temu w noc sylwestrową stanął na środku ulicy spontanicznie i nagle
stół wyniesiony z domu, do którego wszyscy się dosiadali i przynosili co
mogli. Siedzieliśmy tak w plaszczach ze trzy godziny i oczywiście
pamietaliśmy, aby wyciągnąc z domów wszystkich samotnych. Wśród sąsiadów mamy
kilka osob samotnych i są to tylko wdowy, nie mamy ani jednego pana.
Te "samotne" panie tak naprawde mają oczywiście dzieci i wnuki, ale na
codzień - wiadomo. I powiem Pani, Pani Joasiu że one codziennie spotykają sie
na kawie. Najczęściej właśnie w naszym domu, zawsze ok.12-tej schodzą się
wszystkie babcie, często o kulach,laskach. Wszystkie te, które chcą spotykać
się z ludzmi i robiły to przez całe zycie. Zawsze były życzliwe, ruchliwe,
pogodne, ciekawe ... Ale są też i dwie, może trzy, których wołami nie
wyciągniesz. Wielokrotnie zapraszane, naciagane, namawiane. Bez powodzenia.Bo
one z kolei żyły odwrotnie, zawsze zamknięte w czterech ścianach,
sklep,dom,dzieci.Nie wyciągały ręki z pomocą, nie zagadywały na ulicy,nie
zamieniały się sadzonkami kwiatów ... Kiedy któraś z nich zachoruje, te
nieraz od nich starsze o kulach, laskach idą powolutku po chleb,do
apteki,poczekaja u nich,w tym nieznanym domu, na córkę, aż z pracy
przyjedzie, herbate do łózka podadzą. Po chorobie sytuacja powraca do normy -
tamte zamknięte w domach, zza firanek obserwują jak drugie suną z pączkami na
kawę ... :)