Dodaj do ulubionych

JA jestem najważniejsza - list tygodnia

03.05.09, 09:52
"JA jestem najważniejsza", "rozpieszczać SIEBIE i być dla SIEBIE
dobra, a wtedy moje WŁASNE zadowolenie spowoduje, że ludziom będzie
ze mną dobrze"
Spotkałem się z takim myleniem wiele razy i wyjść z zdumnienia nie
mogę jak można wierzyć w takie idiotyzmy. Przecież to zaprzeczenie
tego co nazywa się związkiem, anyt-miłość, lub to co w różnych
religiach określane jest "złem".
Wolność i związek, przecież już same słowa do siebie nie pasują.
Związek oparty na wolności jednostki, jest jak przyjemny poród i
wychowanie lalek zamiast dzieci.
Można mieć kolegów na tej samej zasadzie, przyjdą złe czasy kolegów
się traci, przyjaciele zostają. To nie są związki, to nie
są partnerzy, jest na to inne odkreślenie "f... budy".
Wśród moich znajomych egoistów hedonistów przyjęła się inna
filozofia, że to za drogo. Dom publiczny jest tańszy, wchodzisz,
rzędem staje 100 bogiń piękności gotowe zaspokoić każdą seksualną
żądzę, a ty wybierasz jak w salonie z garniturami. I to jest lepsze
niż związek oparty na wolności jednostki, w b... panie widzą po co
przyszedłem i co oferuje i ja wiem to samo. Szczera prawda, nikt nie
kłamie, nikt nie czuje się oszukany, każdy jest zadowolony. Jest
taniej, nie zawiodę się na "partnerze", urozmaicenie, niema bólu
głowy, miesiączek i innych wymówek. W b... "partnerki" są zawsze
miłe, można mieć kilka na raz i nie będą zazdrosne.
W związku opartym na wolności, wyjdę obdarty z pieniędzy, obdarty z
godności, obdarty z intymności. Pani lekkich obyczajów jest jak
ksiądz, mam do takich osób większy szacunek niż do "wyzwolonych
partnerek".
Ktoś mi powie, że to niebezpieczne, choroby weneryczne itd. Ale
wyzwolony partner, któremu coś do głowy strzeli (bo przecież
szczęście osobiste jest najważniejsze) to większy stopień ryzyka.
Nie tylko może przywlec chorobę weneryczną ale zajść w ciążę dla
alimentów i to nie koniecznie zemną.

Kto i kiedy takie myślenie rozpowszechnił nie mam pojęcia. Ludzie
zapominają, że człowiek wykształcony wcale nie musi być inteligenty,
a człowiek inteligenty mądry.
Nauka staje się coraz bardziej rzemiosłem który potrzebuje
marketingu, ten zaś bazuje na sensacji, szoku, skandalu...
Konsekwencje tego co piszą tacy "specjaliści", "eksperci", "osoby
wykształcone" to tragedia wielu pokoleń.
Przykładem jest odkrycie mechanizm dziedziczenia kiedy postanowiono
to wprowadzić "w życie" i skończyło się największą rzezią w
dziejach ludzkości. Zapomniano, że ten mechanizm jest
troszkę bardziej skomplikowany, że to co niedoskonałe może
być twórcze, defekty mogą wzbogacać, kłopoty wzmacniać i
udoskonalać. Na tym bazuje przyjaźń i miłość.
Przed moim mieszkaniem rosną kwiaty, wynik napromieniowania ciężkimi
jonami, kwitną dłużej niż inne i o wiele ładniej. Na tabliczce
autorzy twierdzą, że w ten sposób udało im
się przyśpieszyć ewolucje.

Prawdziwy związek musi być odporny na kłopoty, a jak się trafią to
będą działać budująco. W przypadku partnerki która chce
się czuć wyzwolona, to już wolę panie z b... Ja nie potrzebuję czuć
się "wolny", chcę mieć jakieś zobowiązania, cele, chcę żeby na mnie
można było polegać i chcę polegać na innych.
Obserwuj wątek
    • kapitan.kirk Re: JA jestem najważniejsza - list tygodnia 03.05.09, 10:14
      Wzdychanie do czasów, "kiedy ważna była wspólnota ludzi, człowiek
      nie istniał sam i uznawał dobra wspólne" to typowe zauroczenie tzw.
      starymi, dobrymi czasami, które obiektywnie wcale nie musiały być
      takie dobre. Pięknie ukazał to m.in. Reymont w "Chłopach", wplatając
      w akcję postać staruszki wzdychającej szczerze, że "za pańszczyzny"
      to dopiero było życie, nie to co teraz ;-)

      Czasy, w których - parafrazując Majakowskiego - jednostka była
      niczym, naprawdę ważna była natomiast plemię, rodzina, masa, klasa,
      naród, rasa etc., nie są wcale aż tak w czasie odległe. Wynikiem
      takiego myślenia były m.in. dwie najkrwawsze w dziejach ludzkości
      wojny i dwa najstraszliwsze kolektywistyczne totalitaryzmy - i o tym
      też warto pamiętać, jako o tej gorszej stronie "starych dobrych
      czasów". Opisywany w liście człowiek nastawiony egoistycznie na
      zaspokajanie tylko własnych potrzeb, jest może i moralnie
      nieciekawy, ale przynajmniej nie zamierza na siłę uszczęśliwiać
      innych; a to już coś ;-)

      Pozdrawiam
      • pokrecony_oliver Re: JA jestem najważniejsza - list tygodnia 03.05.09, 13:11
        Straciliśmy coś co było w dawnych czasach przez łatwy dostęp do
        wszelakich dóbr, straciliśmy więzi międzyludzkie.

        Co ma rodzina do pańszczyzny?
        Ludzie stanowią rodziny, narody, kultury, kluby, kółka
        zainteresowań... i to się nie zmieni. Łączymy się w grupy i z nimi
        się
        utożsamiamy, tak było zawsze. W grupie ludzie się wspierają, razem
        bawią i razem smucą. To, że kiedyś próbowano zniszczyć pojęcie
        jednostki to zupełnie inna sprawa i wcale nie neguje wartości grupy.
        Chodziło o dyktaturę i władzę, obecnie mamy kult demokracji. Jest
        ona
        popularna w rodzinach, kółkach zainteresowań, klubach, partiach, i
        niektórych narodach.



        • sir.vimes Może TY straciłeś. 03.05.09, 23:17
          > Straciliśmy coś co było w dawnych czasach przez łatwy dostęp do
          > wszelakich dóbr, straciliśmy więzi międzyludzkie.

          Głupkowate generalizowanie.
          • pokrecony_oliver do sIR.vIMESa 04.05.09, 07:02
            Potrafisz rozwinąć swoją myśl, czy stać cIĘ tylko na szczekanie?
            • sir.vimes Re: do sIR.vIMESa 05.05.09, 22:52
              Co tu rozwijać? Generalizujesz. Po prostu.

              "Straciliśmy coś co było w dawnych czasach przez łatwy dostęp do
              wszelakich dóbr, straciliśmy więzi międzyludzkie."

              Nie "straciliśmy". Myślę, że niektórzy zyskali. Np. - 100 lat temu wyjazd
              dziecka do innego kraju oznaczał prawie zawsze dla rodziny całkowity brak
              kontaktu + opcjonalny list raz na dekadę. Dziś - można kontaktować się z taką
              osobą codziennie, rozmawiać o codziennych sprawach, być na bieżąco.

              To, ze niektórzy ludzie nie mają kontaktu z rodziną, nie mają przyjaciół,
              znajomych - nie oznacza, ze 100 lat temu by mieli.

              Demonizowanie "dzisiejszych czasów" niezmiernie mnie bawi.

              A tak BTW - nie używaj więcej pokemoniastegopisma.

              • pokrecony_oliver Wyzwalacze 06.05.09, 08:43
                Chyba nie zauważyłeś, że to nie o technikę chodzi a o mentalność ludzką.
                Kiedyś całe rodziny razem żyły, tera w Polsce to naprawdę rzadkość. W Chinach tak jeszcze żyją, całe pokolenia mieszkają razem. Dzieci
                wyjeżdżają ale wracają mieszkać z rodzicami kiedy zdobędą
                wykształcenie. Tam się jeszcze dba o rodzinę.

                Chodzi generalnie o pęd ku karierze, o rozpychanie własnego ego do
                niewyobrażalnych rozmiarów, zaspokajanie ludzkich potrzeb
                substytutami...
                Ludziom się wydaje, że tak jak w technice nowe oznacza lepsze, tak w mentalności, kulturze musi być tak samo.
                Wyzwolono czarnych, następnie kobiety, młodzież zrobiła rewolucję
                kulturową, na koniec gejów i lesbijki, a po tym już stracono pomysły
                ale pęd do wyzwalania został.
                Więc natrętni wyzwalacze w poszukiwaniu kogo by tu wyzwolić i dać przy
                tym upust własnym żądzom, frustracji i chęci dowartościowania się,
                wyzwalają wszystko i wszystkich od wszystkiego. Przy tym rozwala
                się rodziny, rozwala się związki, rozwala się dzieciństwo dzieciom,...
                "bo JA mam prawo..., bo MNIE się też od życia coś należy...).
                Ja chcę być wolny od ludzi którzy chcą mnie od czegoś wyzwolić i wolny
                od związku z ludzi którzy chcą siebie od czegoś wyzwolić.
                • sir.vimes Re: Wyzwalacze 06.05.09, 15:48
                  > Kiedyś całe rodziny razem żyły

                  Nie wszystkie rodziny "kiedyś" (kiedy?) żyły razem.

                  > Chodzi generalnie o pęd ku karierze, o rozpychanie własnego ego do
                  > niewyobrażalnych rozmiarów, zaspokajanie ludzkich potrzeb
                  > substytutami...

                  Teraz przynajmniej są substytuty ;P - pionek w korpo wracając po 11 h do domu i
                  dzieci dzięki tym substytutom czuje się nieco lepiej niż chłop wracający z 11 h
                  pańszczyzny, nie sądzisz?

                  Równie dobrze można zatem wnioskować, że "kiedyś" było gorsze niż teraz.
                  • pokrecony_oliver Re: Wyzwalacze 07.05.09, 03:31
                    > Nie wszystkie rodziny "kiedyś" (kiedy?) żyły razem.

                    Wystarczy przyjąć, że zdecydowana większość. Przecież to oczywiste, że
                    zdarzają się odstępstwa.

                    > Teraz przynajmniej są substytuty ;P - pionek w korpo wracając po 11
                    h do domu i
                    > dzieci dzięki tym substytutom czuje się nieco lepiej niż chłop
                    wracający z 11 h
                    > pańszczyzny, nie sądzisz?

                    Chłop wracał do chaty gdzie czekała na niego rodzina, jedli później
                    razem kolacje z jednej miski. Pańszczyźniany chłop nie zawsze miał złe
                    życie.
                    Pionek często wraca do pustego mieszkania lub wkurzonej
                    żony/partnerki/przyjaciółki która uważa, że marnuje z nim czas.

                    > Równie dobrze można zatem wnioskować, że "kiedyś" było gorsze niż
                    teraz.

                    Kiedyś, były wartości rodzinne które obecnie zanikają, wnikały one z
                    poczucia zagrożenia, trudnych warunków życiowych, które rozwiązywano
                    po przez wzajemne wsparcie. Chyba tego nie załapałeś.
                    Dzisiaj się pluje na takie wartości w imię "wolności",
                    "samospełnienia" i "nowoczesności".
                    • panismok Re: Wyzwalacze 07.05.09, 11:06
                      Dlaczego generalizujesz?
                      Nie wszyscy pracują w korporacjach i nie każdy spędza w pracy 11
                      godzin - a nawet nie większość (w Polsce w ogóle pracuje niecąłe 50%
                      osób "w wieku produkcyjnym").

                      Związki małżeńskie i konkubenckie bywają również szczęśliwe, a żony,
                      mężowie i partnerzy niekoniecznie "marnują czas" z drugą połówką.

                      Dla znakomitej większości osób, które znam, praca i pieniądze nie są
                      najważniejsze. Ci ludzie mają dzieci, mają przyjaciół.
                      Owszem, z reguły nie mieszkają z rodzicami. Ale to chyba nie
                      obowiązek?

                      Dorosły człowiek może chyba być samodzielny, a nie ciągle pod okiem
                      taty i mamy. To jest też część tego "zgubnego" Twoim zdaniem dążenia
                      do wolności. Wg mnie ma ono swoje plusy - decydujemy i odpowiadamy
                      za siebie sami. Nie musimy ulegać naciskom wspólnoty(np.
                      wielopokoleniowej rodziny) w kwestii np. wyboru zawodu, partnera,
                      religii.
                      W tak chwalonych przez Ciebie "dawnych czasach" syn kupca był
                      kupcem, a syn chłopa pańszczyźnianego chłopem. Dzisiaj mamy dużo
                      większe szanse rozwijać własne pasje i talenty - czy to źle?

                      Dawniej człowiek czuł się bezpieczniej w stabilnym systemie
                      społecznym, zajmował "swoje miejsce". Dzisiaj mamy wolność kosztem
                      bezpieczeństwa.
                      Za to np. samotna kobieta z dzieckiem nie jest "wyklęta", nikogo nie
                      pali się na stosie i - o zgrozo - można być ateistą, gejem, rozwieść
                      się z agresywnym czy uzależnionym mężem (kiedyś niemożliwe). Co nie
                      znaczy, ze wszyscy nagle przestali wierzyć w Boga i zmienili
                      orientację - po prostu wybór się poszerzył, i niektórzy korzystają.

                      Polecam "Ucieczkę od wolności" E. Fromma, może zobaczysz to wszystko
                      bardziej wielowymiarowo.

                      Pozdrawiam
                      • pokrecony_oliver Re: Wyzwalacze 07.05.09, 14:17
                        To nie ja wprowadziłem przykład pionka czy pańszczyzny. Porostu dalsza dyskusja sprowadziła się do tych przykładów.
                        Co ciekawe też nie zaatakowałem związków konkubenckich na korzyść
                        małżeństwa. Nie obchodzi mnie to czy związek ma akceptację biurokracji
                        czy społeczeństwa. To co staram się poruszyć to tylko problem uczucia
                        między dwojgiem ludzi będącym w związku.

                        > Dla znakomitej większości osób, które znam...

                        No właśnie, statystyka z własnego punktu widzenia. Wystarczy jednak
                        spojrzeć na przyrost naturalny w Europie, liczby rozwodów,...

                        > Dorosły człowiek może chyba być samodzielny...

                        Naprawdę nie wiem o co chodzi, pewno, że człowiek dorosły ma
                        być samodzielny i wolny. Kiedy jednak decyduje się na związek to
                        wymaga to poświęcenia części wolności, tym bardziej jak pojawią
                        się dzieci.

                        > W tak chwalonych przez Ciebie "dawnych czasach" syn kupca był
                        > kupcem, a syn chłopa pańszczyźnianego chłopem. Dzisiaj mamy dużo
                        > większe szanse rozwijać własne pasje i talenty - czy to źle?

                        Ja tylko pochwaliłem w tamtych czasach siłę związków międzyludzkich,
                        nic więcej. Pewno, że można się rozwijać ale jak przyjdą dzieci,
                        obydwoje będą chcieli zarabiać a np. jej zachcę się wziąć intensywny
                        kurs gry na fortepianie i dla niego zrezygnuje z rodziny?
                        Decyduje się ktoś na związek to jednak wymaga od życia
                        jakiegoś poświęcenia, jest masę alternatyw ale nie zawsze. Znam
                        przypadki gdzie związek rozpadał się bo ktoś nie chciał w niczym
                        ustąpić i wolność była nadrzędną wartością.

                        > Polecam "Ucieczkę od wolności" E. Fromma, może zobaczysz to wszystko
                        > bardziej wielowymiarowo.

                        Dziękuje ale nie mam możliwości zakupu. Nie mam też problemów z
                        wielowymiarowością świata i to nawet w sensie dosłownym. Mam porostu
                        myśl przewodnią którą której bronie bo wierzę, że stanowi podstawowy
                        budulec związków międzyludzkich.
                        • panismok Re: Wyzwalacze 08.05.09, 15:38
                          Piszesz, że "doceniasz siłę związków międzyludzkich" w dawniejszych
                          czasach.

                          Ja też się zgadzam, że więzi stanowe, klasowe, rodzinne były wówczas
                          silniejsze, ale z tego wynikały również ograniczenia, które pokrótce
                          opisałam (niemożność samodzielnego wybrania partnera, zawodu, drogi
                          życiowej).

                          Co do hipotetycznej utraty zainteresowania rodziną na rzecz gry na
                          fortepianie - myślę, że ludzie w większości nie mają prawdziwych
                          pasji i jeśli zaniedbują rodzinę, to częściej z lenistwa.
                          Rzadziej dlatego, że np. kochają malować...
                          A to, jakie ludzie mają życiowe priorytety (np czy chcą mieć dzieci)
                          najlepiej uzgodnić przed zawarciem stałego związku, żeby potem
                          płaczu nie było.

                          Jeśli chodzi o poświęcenie - unikam go. Czasem - nawet często -
                          decyduję się podjąć wysiłek, pracować, o coś się starać - ale się
                          nie poświęcam. Czyli nie rezygnuję z rzeczy i wartości dla mnie
                          ważnych. Jestem gotowa np. przeznaczyć na coś czas (nie "poświęcić",
                          bo ten czas nie przepada, służy jakiemuś ważnemu celowi), jesli mi
                          na tym zależy.

                          Ale np. nie zrezygnuję z pracy zawodowej i własnych pieniędzy, ani
                          nie będę "dla dobrego samopoczucia partnera" udawać głupiej gęsi.
                          Podobnie nie "poświęcę" dla nikogo swojego sumienia i nie będę np.
                          kłamać, żeby kogoś kryć. Są sprawy, które uważam za ważne i "swoje" -
                          i żadna wspólnota, rodzina czy ktokolwiek nie zmusi mnie do
                          rezygnacji z nich.

                          Część mojej rodziny i nie tylko uważa, że to źle - bo nie mogą mnie
                          w żaden sposób kontrolować, bo nie staram się spełniać ich wprost
                          czy nie wprost wyrażonych oczekiwań. Właściwie, dlaczego spełnianie
                          oczekwiań innych miałoby być lepsze od spełniania własnych?
                          • pokrecony_oliver Re: Wyzwalacze 09.05.09, 13:56
                            Mam wrażenie, że słowo "poświęcenie" mylone jest ze pojęciem
                            "zdominowania" i "zniewolenia". Bo to właśnie wtedy trzeba udawać
                            "głupią gęś" i kłamać żeby kogoś kryć.

                            Co myślisz o kobietach które zostają z mężem który np. w wypadku stał
                            się kaleką i wymaga opieki do końca życia?

        • baba67 Re: JA jestem najważniejsza - list tygodnia 07.05.09, 16:18
          Ty Oliver, wcale nie jestes taki pokrecony.Ja tez uwazam ze uklady w burdelu sa
          uczciwsze, choc oczywiscie uwazam te te przybytki za zlo konieczne tak jak
          Tomasz z Akwinu zreszta.
    • sir.vimes Pani za a nawet przeciw 03.05.09, 23:15
      cóż, nie wiem czemu to "list tygodnia".
      • gondra Re: Pani za a nawet przeciw 04.05.09, 11:06
        Też nie wiem, w sumie tylko ostatni akapit jest dobry, imo. Śmieszy
        mnie to ubolewanie nad "dzisiejszymi czasami" i wszechobecnym
        egoizmem. Zdrowy egoizm - taki gdzie nie krzywdzi sie drugiej osoby -
        nie jest zły. Ale zyjemy w kraju, który potępia ndywidualizm i
        dążenie do zaspokojenia swoich potrzeb, a na pytanie "jak leci"
        każdy odpowiada "beznadziejnie". I nie wiem co jest złego w "JA
        jestem najważniejsza, MOJE potrzeby sa istotne, JA powinnam być
        zadowolona ze swoich wyborów, MOJE życie jest wartością najwyższą,
        mam sprawiać SOBIE przyjemności, rozpieszczać SIEBIE i być dla
        SIEBIE dobra, a wtedy moje WŁASNE zadowolenie spowoduje, że ludziom
        będzie ze mną dobrze" - przecież to prawda, dopóki nie jest sie
        szczęśliwym samemu ze soba, to nie będzie sie szczęśliwym z innymi
        ludźmi, przyjaciółmi czy w związku. Trzeba najpierw nauczyć się
        radzić sobie samemu ze sobą, ze swoim życiem, a nie liczyc na to, że
        ktos inny zrobi to za nas. I pozwolic sobie na myślenie również
        tylko o sobie.

        A ja na list tygodnia mianowałabym ten:
        kobieta.gazeta.pl/wysokie-obcasy/1,96856,6536239,Seks_i_szacunek.html
        • pokrecony_oliver Zdrowy egoizm 04.05.09, 12:37
          "Będziesz miłował Pana, Boga swego,... a swego bliźniego jak siebie
          samego." - tekst z NT który naucza, że trzeba siebie miłować żeby
          móc
          kochać innych. Dbanie o siebie to nic nowego i niema w tym nic
          złego.
          Niema czegoś takiego jak egoizm który nie jest zły. W obliczu
          sytuacji
          kryzysowej takt osoba zachowa się krzywdząco.

          Mam wrażenie, że wplątujesz w to wszystko zniewolenie umysłowe po
          przez wywoływanie poczucia winy. To jest bardzo często stosowane w
          polskich domach, najpierw dom, dzieci, mąż, później ja. Albo
          przykład
          matki która w ten sposób wyręcza się córką (najpierw posprzątaj,
          zajmij się dziećmi..., później ty). Ale tak działa właśnie egoizm,
          egoista mąż, egoistyczna matka... Po przez wywołanie poczucia winy
          przerzuca ciężar swoich obowiązków na kogoś innego. To samo stosuje
          się w pracy.

          Czy to na tej zasadzie ma działać ten "zdrowy egoizm", że stając
          się egoistą pozbywam się poczucia winy wywołanego przez innego
          egoistę?
          • gondra Re: Zdrowy egoizm 04.05.09, 13:43
            > Mam wrażenie, że wplątujesz w to wszystko zniewolenie umysłowe po
            > przez wywoływanie poczucia winy. To jest bardzo często stosowane w
            > polskich domach, najpierw dom, dzieci, mąż, później ja. Albo
            > przykład
            > matki która w ten sposób wyręcza się córką (najpierw posprzątaj,
            > zajmij się dziećmi..., później ty). Ale tak działa właśnie egoizm,
            > egoista mąż, egoistyczna matka... Po przez wywołanie poczucia winy
            > przerzuca ciężar swoich obowiązków na kogoś innego. To samo
            stosuje
            > się w pracy.

            No i oto mi chodzi - żeby nie dawać robić z siebie ofiary,
            niewolnika bo ludzie tego od Ciebie oczekują i żeby myśleć o sobie,
            swoich przyjemnosciach lubic siebie i przyznawać się od tego - a to
            ostatnie to w naszym społeczeństwie straszna zbrodnia.:) To jest
            moje rozumienie pojęcia "zdrowy egoizm", tylko czy to na pewno jest
            egoizm, czy po prostu zdrowy rozsądek i poczucie własnej wartosci?

            > Czy to na tej zasadzie ma działać ten "zdrowy egoizm", że stając
            > się egoistą pozbywam się poczucia winy wywołanego przez innego
            > egoistę?

            Zarzucasz mi cos odwrotnego do tego co myslę.
            • pokrecony_oliver Re: Zdrowy egoizm 04.05.09, 14:12
              Tak to odczytałem. Ale widzę, że piszemy o tym samym.
              Pozdrawiam.
            • baba67 Re: Zdrowy egoizm 07.05.09, 16:50
              Oczekiwanie, ze dzieci beda mi pomagac to jest wlasnie zdrowy egoizm-znakomita
              odtrutka na postawe Matki Polki Meczennicy. Bo z MPM wyrasta na ogol koszmarna
              tesciowa z dowcipow. Bo taka MPM nie dba ani o siebie(nie pisze tu o pindzeniu
              sie tylko o czas dla swego zdrowia i ogolnego samopoczucia) ani nie rozwija
              swoich zainteresowan, ani nie pracuje nad swoim malzenstwem. Efekt
              piecdziesiatka z nadwaga, niegustowna fryzura w ciuchach z najtanszego lumpeksu,
              z mezem -meblem uciekajacym z domu kiedy moze, zyjaca zyciem doroslych dzieci i
              ich rodzin, bo innego zycia nie zna.
              Koszmarna tesciowa to bylam MPM 20 lat pozniej. Zdrowy egoizm to dawac tyle ile
              sie moze bez szkody dla siebie, co nie wyklucza pewnych poswiecen.
    • bursztynowe Kocham cie, bo cie potrzebuje 04.05.09, 18:01
      Z tego wynika, że forma bycia ze sobą (małżeństwo-konkubinat-FWB) są jednakowo
      "skuteczne" i efektywne. Tudzież nieefektywne.
      Wniosek: należy tylko odnaleźć swoją formę relacji z drugą osobą?


      Moim zdaniem, niektórzy ludzie nie są w stanie zbudować żadnej głębszej
      relacji, niezależnie od formy i zakresu bliskości. Co więcej, konsumpcjonizm w
      odniesieniu również do relacji międzyludzkich powoduje, że są one bardzo
      płytkie: "jestem z tobą (toleruje cię) dopóki dajesz mi to co chcę, nie dasz -
      zmienię cię na nowszy model". Tylko, że zmiana jest pozorna, bo na to samo
      tylko w innym opakowaniu. Brak jest chęci pracy nad sobą, nad swoimi wadami,
      schizami itp

      A tak na marginesie, to podkreślanie przez psychologię wolności jednostki i
      prawa do realizacji własnych potrzeb nie oznacza nierespektowania praw i
      potrzeb innych ludzi.
      "Twoja wolność kończy się tam gdzie zaczyna się wolność drugiego człowieka".
      Zachowanie tej równowagi z jednej strony daje możliwość życia w zgodzie ze
      sobą (empirycznie stwierdzam, że to rzadkość), a jednocześnie nie powoduje
      rozrostu ego ponad dopuszczalne granice.
      • pokrecony_oliver Re: Kocham cie, bo cie potrzebuje 05.05.09, 15:28
        "...niektórzy ludzie nie są w stanie zbudować żadnej głębszej
        relacji..."
        To ciekawe zdanie, czy to efekt genów, efekt wychowania czy efekt
        genów i wychowania. W końcu są ludzie z różnym IQ i jest coś takiego
        jak inteligencją emocjonalną EQ.

        "Twoja wolność kończy się tam gdzie zaczyna się wolność drugiego
        człowieka"
        Niby uniwersalna prawda, ale jak dla mnie nie kompletna. Co z
        obszarem
        nie zajętym? Można przecież zawsze rozszerzyć swoją wolność na
        obszar
        który komuś stanie się bardzo potrzebny do życia w przyszłości. Może
        być tak, że ktoś pojawi się w naszym zarezerwowanym obszarze.
        Przykład:
        Małżeństwo któremu na świat przychodzi dziecko.


    • gb.2 JA jestem najważniejsza - list tygodnia 05.05.09, 13:58
      "Nic dodać, nic ująć"
      Pięć lat tkwiłem w związku z facetem starannie realizującym ów nowoczesny
      model związku opartego na owej wolności...ponoć geje też kochają. I to jak,
      przekonałem się o tym dobitnie. Na pożegnanie w imię wolności zabrano mi
      godność - złamano nos, podbito oko i odbito nerkę, a na usprawiedliwienie tego
      wszystkiego zaserwowano: "mam prawo reagować emocjonalnie, jestem wolnym
      człowiekiem, przecież to tylko incydent, nie mogę się ograniczać, a Twoje
      zasady oparte na szczerości, zaufaniu i lojalności to skansen". Nie miałem
      siły nawet wezwać policji...
      • pokrecony_oliver Re: JA jestem najważniejsza - list tygodnia 05.05.09, 15:43
        Czytałem jakiś czas temu artykuł o kobiecej i męskiej agresji. W
        męskiej wersji jest więcej przemocy fizycznej, a w kobiecej
        psychicznego znęcania się i zaszczucia z wykorzystaniem osób postronnych. Chociaż miałem znajomego któremu dziewczyna przy
        rozstaniu zostawiła szramę na twarzy od paznokci. Wyglądał jakby go
        niedźwiedź pazurami zdzielił (to był bardzo drobny człowiek i miał
        tęgą babę).
        Współczuje dramatu, mnie się oberwało w wersji kobiecej. Tekst na
        rozstanie w podobnym stylu.
        • gb.2 Re: JA jestem najważniejsza - list tygodnia 05.05.09, 22:24
          Cóż - najgorsza jest psychiczna pustynia...pustka, w sumie wszystko mi już
          jedno, jak będzie i co będzie. Zaczynam się przyzwyczajać, że zasady są zbędnym
          balastem w życiu nowoczesnych i wyzwolonych ludzi. Niewątpliwie geje takimi są.
      • aldryg Re: JA jestem najważniejsza - list tygodnia 11.05.09, 09:53
        Nie rozumiem, co z tą sytuacja maja wspólnego geje.
    • awroble Cel nadrzędny 06.05.09, 16:23
      Prawdą głęboką jest to, co piszecie, że tylko czowiek szczęśliwy
      sam ze sobą, lubiący i akceptujący siebie może z drugiem
      człowiekowiekiem stworzyć prawdziwie szczęśliwy związek.

      Nie zgadzam się jednak z główną tezą artykułu, bo uważam, że to
      jest dopiero przygrywka, wprawka, bo po co wchodzę w związek? Nie,
      nie po to, albo nie głównie po to, aby mi było dobrze, ale też i
      przede wszystkim też po to, aby dobrze było partnerowi.

      I to jest cudowne w prawdziwej Miłości, że moim pragnieniem jest
      to, aby tej najbliższej osobie było dobrze. Jeśli druga strona jest
      szczęśliwa, to to jest jednocześnie moim szczęściem i mi jest z tym
      dobrze. Tu nad moim "JA" góruje nasze "MY". I wiecie co? Te słowa
      są idealne, ale to naprawdę istnieje i warto tego szukać.
    • dorota.boguta JA jestem najważniejsza - list tygodnia 06.05.09, 16:50
      Wolnosc nie znaczy ''szmacic sie''.
      (apropos posta od pokrecony_oliver)
      Nie rozumiem czemu jednoznacznie traktuje sie te dwa pojecia. Byc
      wolnym, samorealizowac sie, kochac i miec ogniste interkursy mozna-
      bez wzgledu na tzw. status spoleczny. Czemu tak rzadko slyszy sie,
      ze malzenstwo=milosc?Zamiast tego- malzenstwo= uklad,wygoda,spokojna
      starosc. Czyli ni mniej, ni wiecej=wyrachowanie.
      Coz. Obawiam sie, ze to sami ''malzonkowie'' okreslaja w powyzszy
      sposob swoje zwiazki.
      Natura ludzka czesto jest przekorna. Jakiekowiek nalozone na siebie
      okowy, wiezy, zobowiazania- w pierwszym(naturalnym) odruchu- odrzuca.
      Dopiero pozniej przychodzi opamietanie i odpowiedzialnosc. Nie
      wszyscy zreszta pozwalaja im dojsc do glosu.
      A przeciez malzenstwo nie znaczy niewola. Nie oznacza braku
      mozliwosci do samospelnienia. Kochajac kogos - daje sie mu siebie.
      Niczego nie tracac. Jesli to dojrzala milosc-niczego tez nie
      ryzykujac. Mozna byc wolnym i miec zasady. Mozna miec meza, ktory
      jest tez przyjacielem. Mozna wreszcie zyc w zwiazku/malzenstwie
      dbajac o samozadowolenie.
      Nie widze powodu do tworzenia sztucznych podzialow na:malzenstwa,
      FWB, kocia lape. Jak zwal tak zwal, a jedno- nie wyklucza drugiego,
      tzn. zwiazek nie wyklucza wolnosci. Kwestia tylko tego- na ile
      cenimy swoja wolnosc zeby byc zdolnym szanowac wolnosc drugiego
      czlowieka.
      ps.
      FWB- tkwiacy w takim ukladzie niech sie nie ludza, ze wszystko jest
      lekkie proste i przyjemne.
      Predzej czy pozniej albo 'friend' zakocha sie w tobie.Albo ty
      we 'friendzie'. Wtedy traci sie wszystko- i frienda i wolnosc i seks
      i nawet wlasne czyste sumienie.
      Sterowac to sobie mozna- klonami, a nie ludzkimi emocjami.


      • pokrecony_oliver Re: JA jestem najważniejsza - list tygodnia 07.05.09, 03:13
        Oczywiście można pisać o związkach gdzie wolność jest zachowana i
        wszystko jest bardzo pięknie,ale w życiu prędzej czy później będzie
        trzeba dokonać wyboru, albo wolność albo związek.
        Przykład:
        Małżeństwo gdzie on jest biologiem a ona menadżerem. On dostaje
        grant na 10 lat żeby badać pingwiny a ona zostaje przeniesiona do
        Hongkongu. Żeby związek przetrwał ktoś z czegoś będzie musiał
        zrezygnować. Ale zdarzają się też takie sytuacje gdzie on/ona jest
        gotów poświęcić karierę dla niej. Jednak ona/on i tak rozwala
        związek argumentując to tym, że później będzie obwiniana/ny o to, że
        się poświęcił/ła.

        > A przeciez malzenstwo nie znaczy niewola.

        Nie znaczy, ale wymaga bycia gotowym na poświęcenie.

        > Nie oznacza braku
        > mozliwosci do samospelnienia.

        Nie oznacza, ale czasami może się okazać, że z czegoś trzeba
        zrezygnować.

        > Kochajac kogos - daje sie mu siebie.
        > Niczego nie tracac. Jesli to dojrzala milosc-niczego tez nie
        > ryzykujac.

        Cóż za gest, to tak jak dać komuś niepotrzebny rupieć. Tak
        się pertraktuję w biznesie. To nie jest miłość, zwykłe porządnie z
        nastawieniem na to, że jak przejdzie to mam drogę ucieczki otwartą.
        Tak postępują wyrachowane osoby, egoiści/tki, osoby kompletnie nie
        nadające się do związku. Serwują tego typu filozofię na
        samousprawiedliwienie.

        > Mozna miec meza, ktory
        > jest tez przyjacielem. Mozna wreszcie zyc w zwiazku/malzenstwie
        > dbajac o samozadowolenie.

        Można, można, to oczywiste.

        > Sterowac to sobie mozna- klonami, a nie ludzkimi emocjami.

        Tak, niech emocje nami sterują. Później na ulicach
        pokazuję się plakaty w stylu "Bo zupa była za słona". Ci którymi
        sterują emocje to słabi ludzie, niewolnicy swoich "emocji".


        • dorota.boguta Re: JA jestem najważniejsza - list tygodnia 07.05.09, 11:07
          pokrecony_oliver napisał:

          > Oczywiście można pisać o związkach gdzie wolność jest zachowana i
          > wszystko jest bardzo pięknie,ale w życiu prędzej czy później
          będzie
          > trzeba dokonać wyboru, albo wolność albo związek.
          > Przykład:
          > Małżeństwo gdzie on jest biologiem a ona menadżerem. On dostaje
          > grant na 10 lat żeby badać pingwiny a ona zostaje przeniesiona do
          > Hongkongu. Żeby związek przetrwał ktoś z czegoś będzie musiał
          > zrezygnować. Ale zdarzają się też takie sytuacje gdzie on/ona jest
          > gotów poświęcić karierę dla niej. Jednak ona/on i tak rozwala
          > związek argumentując to tym, że później będzie obwiniana/ny o to,
          że
          > się poświęcił/ła.
          >
          Myslisz? A dlaczego nie ma w Twoim scenariuszu, obrazu :
          Dostaja tak intratne propozycje(kasa lub bilety za free), ze moga
          odwiedzac sie co np. tydzien. Albo- decyduja sie wybrac lepsza
          (chicby finansowo) oferte, po czym ta osoba,ktora poswiecila kariere
          znajduje podobna prace.
          Albo - rezygnuja oboje, decydujac sie na zycie w odosobnieniu jako
          pustelnicy lub Robin Hood z Marianna? :P
          Nikt nie mowi, ze bedzie prosto. Ale przeciez zycie to sztuka
          wyborow, a zwiazek- kompromisow. Co wcale nie musi pomniejszac
          wolnosci.

          >
          > Nie znaczy, ale wymaga bycia gotowym na poświęcenie.
          >
          Wszystko w zyciu, tak naprawde, wymaga poswiecen. Bedac samym
          poswiecasz szczescie(jakas tam jego postac- np. macierzynstwo,
          rodzine, mniejsze podatki, itp). Takze. Wybiera sie chyba
          to ''wieksze'' dla siebie szczescie.

          > Nie oznacza, ale czasami może się okazać, że z czegoś trzeba
          > zrezygnować.
          >
          Nie od dzis wiadomo, ze nie da sie miec wszystkiego.


          > Cóż za gest, to tak jak dać komuś niepotrzebny rupieć. Tak
          > się pertraktuję w biznesie. To nie jest miłość, zwykłe porządnie z
          > nastawieniem na to, że jak przejdzie to mam drogę ucieczki
          otwartą.
          > Tak postępują wyrachowane osoby, egoiści/tki, osoby kompletnie nie
          > nadające się do związku. Serwują tego typu filozofię na
          > samousprawiedliwienie.
          >
          Nieprawda. Nie jest sie rupieciem dla kogos, kto Ciebie/mnie chce.
          Wtedy jest sie skarbem.
          Zawsze masz droge ucieczki otwarta. Nawet jesli masz mase
          zoobowiazan.Nawet jesli jestes odpowiedzialny nie tylko za
          siebie.Zawsze mozesz uciec. Kwestia tylko tego czy i jak to
          usprawiedliwisz.
          A egoista- coz, czasem trzeba byc. Nie bedac szczesliwym , nie da
          sie szczescia nikomu.Wiem, pisales , ze to forma ''wymowki''.Ale ,do
          jasnej, wytlumacz-jak wyobrazasz sobie zycie z kims, kto siebie
          nienawidzi i np. chce umrzec. Wtedy niepotrzebny jest zwiazek-tylko
          leczenie.

          >
          > Tak, niech emocje nami sterują. Później na ulicach
          > pokazuję się plakaty w stylu "Bo zupa była za słona". Ci którymi
          > sterują emocje to słabi ludzie, niewolnicy swoich "emocji".
          >
          Myslisz? Przeciez mozna miec emocje i nimi sie kierowac bez
          popadania w skrajnosci. Albo jesc na miescie :P
          Myslisz, ze mozna byc niewolnikiem swoich emocji? Ja nazwalabym to
          zgoda ze soba.
          Zreszta, ktos, kto emocje chowa do kieszeni i kieruje sie
          konwenansami, zasadami, prawem, narzuconymi wzorami zachowan - moze
          byc nazwany niewolnikiem wyzej wymienionych.
          • pokrecony_oliver Wolność 07.05.09, 15:02
            > Myslisz? A dlaczego nie ma w Twoim scenariuszu, obrazu :

            To dość typowy scenariusz, czasami nawet nie wymaga aż takich ofert
            pracy. Latać samolotem nie będą co tydzień bo kochają ekologię.
            Twój drugi scenariusz to ostry zwrot, czyli jednak rezygnują z
            wielkiego świata kariery na rzecz związku. Z mojego punktu widzenia
            poświęcają swoją wolność do samorealizacji gdyż miała ona mniejsze
            znaczenie niż miłość. Ta właśnie wolność do samorealizacji jest
            obecnie dość poważnym problemem.

            > Nikt nie mowi, ze bedzie prosto. Ale przeciez zycie to sztuka
            > wyborow, a zwiazek- kompromisow. Co wcale nie musi pomniejszac
            > wolnosci.

            Kiedy idzie się na kompromis to rozumiem, że dla Cienie tylko na
            równych zasadach. Ona rezygnuje z Hongkongu a on ze studiowania
            pingwinów? Co z sytuacją kiedy ona jedzie z nim jako żona i zajmuje
            się domem, albo kiedy on rezygnuje z pracy naukowej i zatrudnia
            się w Macdonaldzie Hongkongu?
            Zapewne ona może sobie na pustkowiu znaleźć dodatkowe hobby jak
            pisanie książek, a one pewno jakby się postarał mógłby badać np.
            szczury w zatoce, co w związku ze strachem przed epidemią dało by
            duże dotacje. Ale czy to kompromis czy poświęcenie?

            > Myslisz? Przeciez mozna miec emocje i nimi sie kierowac bez...

            Miałem kiedyś szefa co nie panował nad sobą, żal mi go było.
            Największym wyzwaniem dla człowieka to dojść do porozumienia z samym
            sobą. Jak ktoś popadnie w taki konflikt to lepiej żeby go emocje nie
            kontrolowały.
            Sformułowanie żeby kierować się emocjami i nazywać to życiem w
            zgodzie z samym sobą, będzie miało jedynie sens jeśli się odnosi do
            człowieka oświeconego. To jednak niemizernie rzadki fenomen.
            Panowanie nad samym sobą odróżnia niewolników od panów.

            Wolność to rzecz względna, tak samo jak bogactwo. Jeśli wolno mi
            tyle samo lub więcej to wolno mi przyjąć, że jestem wolny, jeśli mam
            więcej niż inni to wolno mi przyjąć, że jestem bogaty. Z jednym i
            drugim ludzie mają kłopot.
            Co jeśli jako wolny człowiek z własnej nieprzymuszonej woli stanę
            się niewolnikiem. Czy dalej mam prawo uważać się za wolnego
            człowieka? Czy dopiero w momencie kiedy uznam to za błąd?

            Podobnie jest ze związkami.
            • dorota.boguta Re: Wolność 07.05.09, 22:31
              >Twój drugi scenariusz to ostry zwrot, czyli jednak rezygnują z
              > wielkiego świata kariery na rzecz związku. Z mojego punktu widzenia
              > poświęcają swoją wolność do samorealizacji gdyż miała ona mniejsze
              > znaczenie niż miłość. Ta właśnie wolność do samorealizacji jest
              > obecnie dość poważnym problemem.
              >
              Zatem jestesmy podobnego zdania.Milosc wymaga wyborow.Czasem nazywa sie te wybory poswieceniem. Zaleznie od tego czy daje ten wybor szczescie -bedzie on nazwany samorealizacja albo wyrzeczeniem sie siebie i swoich potrzeb.
              Byc moze- tylko jednostki odwazne, majace sile przyznac sie, ze cenia milosc wyzej niz kariere/kase dostaja w nagrode wspaniale zwiazki. Ja tego nie wiem.
              Ale wiem, ze jesli stajac kiedys przed takim wyborem (tzn. milosc czy kariera)wybiore milosc- to bedzie to moj wybor, moja decyzja, dajaca mi szczescie wiec i wolnosc od obawy przed ocena bliznich. Jesli nawet moj wybor okaze sie blednym- to wciaz bede wolna bo niezalezna od naciskow spoleczenstwa.
              Niestety tu juz -trzeba by okreslic co daje mi to ''spelnienie'',czego potrzebuje i co czyni mnie szczesliwa.A to juz ruchome piaski na ktore w danej chwili wlazic nie powinnam :D

              >
              Sformułowanie żeby kierować się emocjami i nazywać to życiem w
              > zgodzie z samym sobą, będzie miało jedynie sens jeśli się odnosi do
              > człowieka oświeconego. To jednak niemizernie rzadki fenomen.
              > Panowanie nad samym sobą odróżnia niewolników od panów.
              >
              Czy ja wiem... Chyba jednak wierze w rodzaj ludzki, bo nie wydaje mi sie zeby panowanie nad soba (co w kontekscie za slonej zupy znaczy - nie krzywdzic innych)wymagalo bog wie jakiego ''oswiecenia''.
              Moze wystarczy kierowac sie prosta zasada ''nie rob nikomu , co tobie niemile'', co oswieceniem ma malo wspolnego.Oczywiscie nie mowimy tu o sado-macho. W tej kwestii bol bylyby zbyt plynna definicja, ponownie-ruchomym piaskiem. Mozliwym do przebycia jedynie tym o podobnych preferencjach :)

              >
              > Co jeśli jako wolny człowiek z własnej nieprzymuszonej woli stanę
              > się niewolnikiem. Czy dalej mam prawo uważać się za wolnego
              > człowieka? Czy dopiero w momencie kiedy uznam to za błąd?
              >
              > Podobnie jest ze związkami.

              Czytales wywiad z Irena Kwiatkowska. Wspaniala kobieta, mimo ze slucha radia maryja.
              Mowi ona o decyzjach.O ich podejmowaniu i kosztach, jakie sie za nie ponosi. Kazda decyzja/wybor wymaga i powoduje utrate ''czegos niewybranego''. Wystarczy byc pewnym swojego wyboru, wiedziec, ze siegnelam po cos w tej chwili dla mnie najbardziej odpowiedniego zatem akceptuje skutki - nawet jesli mam przez nie gryzc beton do piatego pokolenia.
              Trzeba sobie ufac. I wierzyc chyba- ze sie przetrwa.
              • titta Re: Wolność 07.05.09, 23:32
                Zauwazenie, ze poswiecenie, rezygnacja z czegos dla kogos, a moze
                byc to codzienny drobizg typu zrezygnuje ze swojego odpoczynku, zeby
                zjaca sie dzieckiem, lub powazna sprawa jak kariera, tez moze
                przyniesc szczescie i spelnienie jest cenne. Niestety nie wszyscy do
                takiej refleksji sa zdolni.
                Niektorzy zdolnasc ta utracili na skutek zlych doswiadczen,
                niektorzy nigdy nie miali.
    • titta Re: JA jestem najważniejsza - list tygodnia 07.05.09, 23:00
      Tak dlugo jak ludzie myslec beda, ze "milosc" to stan ktory sie
      zdaza, to bedzie sie "zdazal" ja wygrana w kartach. Bo milosc to tak
      naprawde oddanie drugiej osobie, dbanie o czyjes dobro, o czyjes
      samopoczucie itd. Jesli taka postawa jest obopulna to wlasnie mamy
      prawdziwa milosc, a nie mityczne "motylki".
      • igge Re: JA jestem najważniejsza - list tygodnia 10.05.09, 12:08
        mój mąż prezentuje chyba taką właśnie postawę. Od lat jesteśmy w
        super szczęśliwym małżeństwie, na pewno postawiliśmy na miłość a nie
        karierę, duuuuużo czasu dla siebie, od kilku lat dołączyły dzieciaki
        i znowu jeszcze więcej czasu lubimy spędzać razem, wspólnie. Nadal
        zakochani i choć nie brakuje kłopotów jakoś nie rozdzielają nas , a
        raczej jeszcze umacniają uczucie. Niedawno zdałam sobie sprawę, że
        mąż od zawsze dawał mi właśnie mnóstwo wolności, tyle, że aż trudno
        było ją czasem unieść - ale chyba dzięki temu mogę być w tak długim
        związku aż tak szczęśliwa i od nowa zakochana. Potrzebuję wolności
        bardziej niż powietrza, jeśli musiałabym się zmuszać do czegokolwiek
        zdusiłoby to radość życia. Jestem raczej jak ktoś to ujął
        niewolnikiem emocji ale te emocje nie pozwalają zapomnieć się w
        nawale obowiązków i popaść w monotonię, rutynę. Mąż, wydaje mi się,
        że samorealizuje się też w pełni ale wiem, że w każdej chwili dla
        mojego szczęścia gotów jest całą tą samorealizację rzucić w diabły.
        Byłby mniej szczęśliwy, trudno byłoby mu żyć bez pracy, którą kocha -
        więc staram się tego nie żądać, pracuję nad sobą i swoimi
        oczekiwaniami choć nadal mam wysokie. Z tego co piszecie chyba jakoś
        niechcący udał nam się idealny związek mimo życiowych kłopotów i
        zawirowań. Tylko, że nie robiliśmy nic na siłę, specjalnie, z
        premedytacją i raczej intuicyjnie najbardziej zawsze zależało nam na
        sobie nawzajem niż na najważniejszych nawet oddzielnych własnych
        pasjach, którymi zresztą "zarażamy się" z czasem mimo woli. Jedyne
        czego żałuję to tego, że nie zdecydowaliśmy się wcześniej na więcej
        dzieci, chyba za dobrze nam było samym i nie zdawaliśmy sobie
        sprawy, że dzieciaki to taka frajda. Szkoda, bo jesteśmy od 18 roku
        życia razem i dwójka szkrabów to ciut jak dla mnie za mało. Wydaje
        mi się, że można mieć obie rzeczy: "ja jestem najważniejsza" i
        szczęśliwy trwały szalony związek tyle, że z właściwą osobą, na
        którą warto poczekać zamiast decydować się na kogoś z kim nie do
        końca czujemy, że to jest to.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka