Gość: gość
IP: *.org
01.08.04, 19:35
Gangsterskie życie gliwickich biznesmenów
W Gliwicach toczy się proces Antoniego L. i Zbigniewa S. – dwóch szanowanych
obywateli miasta, biznesmenów. Ale zarzuty są mało biznesowe: bicie i
zastraszanie. Kariera obu oskarżonych to nieznana część historii polskiej
mafii. Tej nowej, w białych kołnierzykach.
PIOTR PYTLAKOWSKI
Prokurator postawił Antoniemu L. cztery zarzuty. Trzy z nich
dotyczą „doprowadzania innych osób za pomocą szantażu i bicia do
niekorzystnego rozporządzenia swoim mieniem”, czwarty – stosowania gróźb
karalnych. Zbigniew S. miał być współsprawcą trzech pierwszych czynów z tej
listy.
Linia obrony głosi: to powszechnie szanowani i wyjątkowo uczciwi biznesmeni,
właściciele lokali gastronomicznych, hoteli, sieci kantorów i lombardów.
Współtworzyli Gliwickie Centrum Handlowe i Gliwickie Centrum Kapitałowe.
Przez pewien czas władali radiem Flash. Pomagali fundacji Urba Secura, czyli
Bezpieczne Miasto, która sponsorowała miejscową komendę policji.
W Gliwicach przez ostatnich kilkanaście lat uchodzili za dzieci szczęścia –
czego nie dotknęli, zamieniało się w złoto. Uważano ich za świetnie
ustosunkowanych, najbardziej wpływowych obywateli miasta. Ich dzieje to
opowieść o tym, jak łatwo przekroczyć granicę prawa, kiedy wszyscy dookoła
albo się boją, albo życzliwie uśmiechają, często ze strachu.
Zbigniew S., 56 lat, pochodzi ze Słupska. Wykształcenie średnie, ale podaje,
że był nauczycielem fizyki w technikum. Zapewne epizod pedagogiczny to jakaś
odległa przeszłość, bo od początku lat 90. w Gliwicach Zbyszek, jak go
nazywano, stał już wiernie przy boku Antoniego L., razem firmowali większość
przedsięwzięć biznesowych. Na użytek sądu podał ostatnie miejsce pracy –
biuro podróży Mercedes w Gliwicach, z miesięcznym dochodem 1400 zł. To biuro
należy do jego konkubiny, która nie opuszcza żadnej rozprawy.
Antoni L. urodził się 53 lata temu w ukraińskim obecnie Samborze i zawiłą
drogą dotarł do Gliwic. Tu skończył Wydział Budownictwa na Politechnice
Śląskiej, został inżynierem. Podczas studiów wyczynowo trenował judo, był
znany z wielkiej siły.
To właśnie spośród judoków dobrał sobie grono pierwszych przyjaciół. W latach
70. często wyjeżdżał do RFN. Lata 80. to biała plama. Lata 90. – rozkwit
interesów: kantory, lombard, firma leasingowa i pożyczkowa, restauracje,
dyskoteki. Oficjalnie jako miejsce pracy podaje własną firmę Kooperator
(handel nieruchomościami i udzielanie pożyczek) z dochodem ok. 5 tys. zł.
Niekarany. Kochający mąż i ojciec dwóch synów.
Zbigniew S., chociaż dowożony z aresztu, na ławie oskarżonych zasiada w
garniturze. Antoni L. w pomarańczowym uniformie przysługującym aresztantom o
statusie „N” – niebezpieczny. Ma dłonie i nogi skute kajdankami połączonymi
łańcuchem.
To L. jest głównym oskarżonym, to on miał planować i popełniać przestępstwa.
S. był zawsze w tle, brał udział, pomagał, wykonywał.
Lichwa daje żyć
Drugą twarz Antoniego L. ujawniają zeznania świadków oskarżenia. Gangsterski
pseudonim: Don Antonio, albo bardziej swojsko: Antek.
W latach 80. Antek wypuszcza w miasto cinkciarzy – oni szepczą przed
Peweksami swoje: „kupię, sprzedam”, ale bank trzyma on. Bezkarność ma mu
zapewniać parasol Służby Bezpieczeństwa.
Pieniądze na handel walutami Antoni L. miał zdobyć biorąc udział w latach 80.
w grupie rabującej tzw. bambrów – jak nazywano bogatych właścicieli willi.
Jeden ze świadków opowiada: „Napadów tych dokonywali wspólnie L., Sandokan i
Jagoda. Pamiętam opowieść o jednym z tych napadów na terenie dawnego woj.
kieleckiego. Pojechali tam w czterech czy pięciu. Posiadali obrzyna i garść
amunicji. Strzelbę trzymał Sandokan i w pewnym momencie wystrzelił z niej, o
co L. miał do niego pretensje. Skradli tam gotówkę. Nigdy nie interesowały
ich tzw. fanty, zawsze zabierali pieniądze. Z tego, co mi opowiadał L.,
oceniam, że osobiście brał on udział w ok. dziesięciu napadach. On to robił
planowo, miał zaplanowane, ile potrzebuje pieniędzy. I kiedy już zgromadził
odpowiednią sumę, to przestał brać udział w napadach. Jego celem było
stworzenie własnego interesu”.
Tym pierwszym własnym interesem była sieć kantorów L&S. Antek otworzył je już
w 1989 r. Wspólnikiem był Zbigniew S. Świadkowie twierdzą, że obaj panowie
zmonopolizowali rynek kantorowy w Gliwicach. Konkurencję bezwzględnie
niszczyli. Używali metod prostych – zastraszali, tłukli szyby, podkładali
ładunki wybuchowe. Niektórym proponowali przejęcie kantoru przez sieć L&S. W
zamian dotychczasowy właściciel nadal oficjalnie prowadziłby swój interes,
ale miałby obowiązek odprowadzania na rzecz Antka i Zbyszka swoistego
podatku. Kilka osób zgodziło się na ten układ. Niektórzy do dzisiaj płacą.
Prawdziwą złotą żyłą była dla Don Antonia działalność pożyczkowa. Kredytów
udzielał za pośrednictwem spółki cywilnej Lombard (potem Kooperatywa).
Domagał się szczególnie wysokich odsetek – od 20 do 50 proc. za miesiąc. Jego
dłużnicy wpadali w pętlę. Chociaż zwracali swoje długi, dowiadywali się, że
one wciąż narastają. Opornych Antoni L. zapraszał do swojego biura. Tam, jak
twierdzą poszkodowani, zdejmował nobliwe okulary, kładł je na stole i walił
nieszczęśników po gębie. Budził strach, tym bardziej że obiecywał, iż to
dopiero próbka, jeżeli dłużnik nie będzie płacił w terminie, to zajmą się nim
inni, a ci już litości nie znają. Jednym z tych „innych” był wspomniany wyżej
Zygmunt L. ps. Sandokan.
Członek rodziny Krakowiaka
Sandokana uważano za czołową postać śląskiego świata przestępczego. Powiązany
z bandą Janusza T. ps. Krakowiak i z grupą pruszkowską współpracował też ze
słynnym katowickim Simonem. Te pseudonimy to sam szczyt gangsterskiej
hierarchii w Polsce.
Według jednego ze świadków koronnych, zeznającego w procesie bandy
Krakowiaka, Sandokana stworzył Antoni L. Najpierw używał go jako ochroniarza,
potem jako cichego wspólnika w swoich interesach. To gangsterski autorytet
Sandokana przełamywał opór dłużników Antka.
Inny świadek wspomina powrót Sandokana z więzienia. Pod bramą kryminału
czekał komitet powitalny złożony z czołowych śląskich bandytów. Cytowany
świadek pojechał tam na polecenie Krakowiaka, który sam nie mógł w
uroczystości uczestniczyć. Wieczorem wszyscy spotkali się w dyskotece Bravo w
Gliwicach. Tam Sandokan opowiadał, że „to wszystko jest nasze”. Mówił o
dyskotece, ale też o gliwickich agencjach towarzyskich, restauracjach, o
Gliwickim Banku Handlowym. Mówiąc „nasze”, miał na myśli siebie i Antoniego
L. Sandokan przy świadkach nazwał wtedy Don Antonia swoim wspólnikiem.
Kolejny świadek koronny Wiesław Cz. ps. Kastor twierdzi, że sam Krakowiak
traktował Antka jak równego sobie. Kastor zaproponował kiedyś Krakowiakowi,
aby porwać Antka i wymusić od niego okup, bo to bogaty człowiek, ale szef się
zdenerwował. „Antek jest z rodziny, a w rodzinie się nie porywamy” – wyjaśnił.
Świadek Krzysztof P. ps. Loczek, inny koronny w sprawie Krakowiaka, opowiada
o imprezie sylwestrowej 1996/97 w gliwickim Bravo. Był tam Antek i, według
Loczka, składał innym życzenia w kolejności świadczącej o obowiązującej
hierarchii. Najpierw uściskał Sandokana, potem Azję, następnie Alladyna,
Pikola, Kastora, a dopiero potem pozostałych. Wymieniony Alladyn to Władysław
L., bandyta narodowości cygańskiej. Według Loczka, Antoni L. używał Alladyna
do specjalnych zadań. Ten opowiadał kiedyś Loczkowi, że na polecenie
Antka „zakopał” pewnego człowieka. W bandyckim slangu „zakopanie” oznacza
zabójstwo.
Loczek dwukrotnie był świadkiem, jak Don Antonio wydawał Sandokanowi rozkazy,
które tamten wykonywał bez szemrania. Raz było to zlecenie odebrania długu od
właściciela a