sss9
22.02.06, 08:52
Rozmowa z MICHAŁEM ROSĄ, reżyserem, prodziekanem Wydziału Radia i Telewizji
Uniwersytetu Śląskiego
Wtorek, 21 lutego 2006r.
DZIENNIK ZACHODNI,/b>: Coraz częściej słyszy się opinie, że w polskim filmie
nastała moda na pokazywanie Śląska. Nie jest to w tej chwili przypadkiem
koniunkturalne?
MICHAŁ ROSA: Scenariusz filmu, który zrobiliśmy latem ("Co słonko widziało" -
przyp. red.) był napisany cztery lata temu, a miał być zrealizowany przed
dwoma laty. Być może moi koledzy są w podobnej sytuacji - to znaczy też
napisali kiedyś scenariusze i nagle okazało się, że dopiero teraz mogą te
projekty powstać. Natomiast niezależnie od wszystkiego, to nie jest fortunna
sytuacja, jeżeli w jednym niewielkim regionie powstaje kilka filmów
fabularnych. Nie jest to dobre - i dla regionu, i dla tych filmów.
DZ: Jaki więc jest film śląski?
MR: To co się dotychczas działo na Śląsku, to epoka Kutza, który zrobił dwa,
trzy filmy zupełnie niebywałe. Ja kocham jego "Zawróconego" - to jest moim
zdaniem najpoważniejsze kino zrobione w Polsce o latach osiemdziesiątych.
Oczywiście nie ze wszystkim się z Mistrzem zgadzam - szczególnie z pewną
mitologizacją tego świata. Ja tego nie widzę. Może dlatego, że mieszkam na
Śląsku, a nie jak Kutz, który tylko tu przyjeżdża, a kiedyś się urodził i
pewnie naturalnie mitologizuje dzieciństwo.
DZ: Czy desant śląskich reżyserów ma szansę zaistnieć na arenie krajowej, a
może nawet europejskiej?
MR: Życzmy sobie tego. Bardzo byśmy chcieli. A desant związany jest z tym, że
dosyć prężnie od wielu lat działa tu szkoła, z której wychodzi co rok sześciu,
siedmiu absolwentów. Zdarzają się wśród nich świetni reżyserzy. Szczególnie
ostatnie roczniki są znakomite.
DZ: Co chciałby pan zatem przekazywać swoim studentom? Co jest najważniejsze?
MR: Dwie rzeczy wynosi się ze szkoły. Jedna to rzemiosło, którego trzeba się
nauczyć, pilnie chodząc na zajęcia. Często to powtarzam. Później ci ludzie
wejdą już w kierat i nie będzie możliwości, żeby zabawiać się filmem. Druga to
kontakty z kimś, kogo ja kiedyś nazwałem swoim mistrzem. Ja takiego swojego
mistrza miałem. Pana Edwarda Żebrowskiego spotkałem raptem kilka razy w życiu,
ale każde spotkanie było dla mnie niebywałe. Mam nadzieję, że każdy sobie
znajduje takich mistrzów. Na wydziale u nas jest kilku doskonałych pedagogów -
ludzi filmu. Są przecież Stuhr, Bajon, Fidyk - ludzie, którzy zrobili naprawdę
poważne rzeczy w swoim życiu i przez to można im zaufać.
Paweł Gregorczyk - Dziennik Zachodni
gliwice.naszemiasto.pl/wydarzenia/571468.html