Gość: adolf
IP: *.dip.t-dialin.net
24.12.03, 16:55
W każdym kraju można spotkać polonofilów. W czasach komunizmu w krajach
zwanych wtedy "demoludami" sporo ich było wśród krytycznie nastawionych
intelektualistów i dysydentów. Uczono się polskiego, bo zapewniał dostęp do
świata, do informacji. Język polski i polska kultura były rozsadnikiem idei
wolności. Społeczeństwa nie zawsze akceptowały oficjalnie zarządzoną
przyjaźń. Po 1989 r. stosunki z Czechami czy Węgrami nie poprawiły się tak
bardzo, jak można by się spodziewać. Zapanowała dziwna konkurencja, kto jest
bardziej "zachodni", kto najszybciej wyrwie się ze Wschodu. Dla naszych
wschodnich sąsiadów - Litwinów, Ukraińców i Białorusinów - jesteśmy już
Zachodem. Tu sympatia wzrosła, pozytywnie patrzy się na wspólne dziedzictwo
Rzeczypospolitej.
Zdecydowanych polonofobów spotyka się rzadko. Na zachodzie Europy wśród
postaw nieprzyjaznych przeważają raczej hamowane poprawością polityczną
uprzedzenie i skrywane lekceważenie. Wydaje mi się, że największymi
polonofobami są sami Polacy. Pełni kompleksów, zarazem żądni sukcesów,
rzadko szanują się nawzajem. Raczej wstydzą się swego kraju, niż go kochają.
Oczywiście, w żadnym kraju nie brak sceptyków i krytyków. W Polsce jednak
ten sceptycyzm i niewiara obejmuje także klasy, które gdzie indziej są
nośnikiem spontanicznego patriotyzmu. Amerykanie z niższych warstw i z
małych miast są żarliwymi patriotami. To oni walczyli w Wietnamie, gdy
dzieci z klas wyższych na uniwersytetach protestowały przeciw tej wojnie.
Niemcy z warstw niższych, mimo lat publicznego samobiczowania się za
nazistowską przeszłość przez lewicowych polityków i intelektualistów, są
przekonani, że są najbardziej pracowici, efektywni, najlepiej zorganizowani
(choć to już dawno przestało być prawdą), po prostu - lepsi. A ich kraj jest
najlepszym miejscem pod słońcem. Natomiast Polacy często mają negatywny
autostereotyp i zdecydowanie zaniżone oceny swego kraju.
A przecież, mimo wszystkich trudności i negatywnych zjawisk, od 1989 r.
dokonuje się awans Polski i Polaków. Zmienia się nasze miejsce na owej
wyimaginowanej mapie sentymentu i prestiżu. Coraz bardziej przesuwamy się w
stronę ciepłą, kultywowaną, normalną, dodatnio ocenianą. Jeszcze parę
miesięcy temu szokiem kulturowym dla wielu Europejczyków była wiadomość, że
Polacy mają zarządzać jedną ze stref w Iraku, a potem, że Hiszpanie mają się
znaleźć pod polskim dowództwem. Teraz jednym tchem mówi się o Polsce i
Hiszpanii. Mówi się krytycznie, ale fakt, że postrzegani jesteśmy w jednej
kategorii z Hiszpanią, sam w sobie jest wielką europejską rewolucją
świadomościową. Przecież jeszcze na początku lat 90. na konferencjach
naukowych przyjmowano z niedowierzaniem wiadomość, że Polska chciałaby
zostać członkiem NATO.
Powoli wracamy na miejsce nam należne. I jest to powód do dumy. Tym bardziej
że nikt niczego nie dał nam za darmo. Demokracji nie przynieśli nam Niemcy,
wolności - Francuzi, a poprawy sytuacji materialnej - Unia Europejska.
Polska, mierzona normalnymi miarami, a nie utopijnymi wyobrażeniami o
Europie czy Ameryce, jest krajem, który może przysparzać radości, prestiżu,
zasługiwać na ciepłe uczucia. Mamy Kraków - miasto kultowe na europejską
skalę. Warszawa tętni życiem. Odbudowaliśmy Wrocław i Gdańsk. Cudzoziemcy,
którzy przełamali barierę języka, wiedzą, jak żywe jest polskie życie
intelektualne. Mamy niezwykle inteligentnych młodych ludzi, często bijących
na głowę studentów niemieckich czy nawet amerykańskich. Zasługują oni na
znacznie lepsze uniwersytety. Wszyscy zasługujemy na znacznie lepsze państwo
i znacznie sprawniejszą gospodarkę. Lecz jeśli chcemy zmian, polubmy,
doceńmy i szanujmy siebie. Doceńmy Polskę. Pielęgnujmy nasze cnoty i zalety.
A innych lubmy bez przymilania się, bez niewolniczej imitacji i wymachiwania
białą flagą. Wtedy i oni nas bardziej polubią.