Dodaj do ulubionych

Interesujący problem etyczny...

29.01.10, 17:27
I jak zawsze strzeżcie się porządnickich moralistów święcie oburzonych
niemoralnością innych.

Kłaniam się nisko.

www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/1,53664,1459469.html
Obserwuj wątek
    • grzespelc Re: Interesujący problem etyczny... 30.01.10, 11:25
      Gdybym wiedział, że chce wiedzieć - powiedziłbym. Gdybym wiedział, żę nie -
      chyba nie. W pozostłych przypadkach strałbym się, żeby osoba się jakoś
      dowiedziała. Warto dać człowiekowi szansę na podjęcie decyzji. Niech zdradzający
      nie decyduje.
      • grgkh Re: Interesujący problem etyczny... 30.01.10, 13:06
        Podoba mi się podejście autorki felietonu - nie ma uniwersalnej recepty na
        rozwiązanie tego problemu. Wszystko jest względne. Nasze, indywidualne zasady
        moralne także. Nie chodzi tu o donosiciela, ale tych, których to dotyczy. To oni
        są najważniejsi i trzeba sobie zdawać sprawę, że w takim momencie to my możemy
        zadecydować o ich życiu. To duża odpowiedzialność.
    • maika7 Re: Interesujący problem etyczny... 30.01.10, 18:10
      Podpisuje sie pod zdaniem p. Dodziuk z lekkim faforyzowaniem postawy "nie
      mieszać się - to sprawa pary". Wśród znajommych mam kilka przypadków zdrad.
      Jeszcze nigdy nie informowałam w żaden sposob - jawny czy niejawny zdradzanego
      współpartnera. Czas i zainteresowani porozwiazywali to po swojemu.
      • diabollo Re: Interesujący problem etyczny... 30.01.10, 20:45
        maika7 napisała:

        > Podpisuje sie pod zdaniem p. Dodziuk z lekkim faforyzowaniem postawy "nie
        > mieszać się - to sprawa pary". Wśród znajommych mam kilka przypadków zdrad.
        > Jeszcze nigdy nie informowałam w żaden sposob - jawny czy niejawny zdradzanego
        > współpartnera. Czas i zainteresowani porozwiazywali to po swojemu.

        Pozwolę sobie dołączyć się do opinii czcigodnej Maiki.

        Kłaniam się nisko.
    • agnen Re: Interesujący problem etyczny... 31.01.10, 06:56
      Ja bym się raczej nie odzywała w temacie.
      Tak sobie myślę...Jeśli to są jacyś dobrzy znajomi, to może porozmawiać ze... zdradzającym. Powiedzieć mu że jestem świadoma tej sytuacji i że źle się czuję obarczona taką tajemnicą i miłoby było żeby sobie pogadali o tym co się dzieje w małżeństwie (oczywiście jeśli to prowda że tak się czuję).
    • gaika Re: Interesujący problem etyczny... 31.01.10, 12:25
      W tym wszystkim brakuje mi problemu postawienia osoby trzeciej w
      sytuacji klinczowej. Różne rzeczy dzieją się w związkach, ale
      przesuwanie tego „dziania się” na swoich przyjaciół uważam za
      szczególną perfidię.

      W niektórych przypadkach dopuszczam taką możliwość, że to nie-wprost
      informowanie znajomych jest próbą wymuszania ingerencji np. z braku
      odwagi wobec otwartej konfrontacji z partnerem, ale to trochę się
      robi podwójna zdrada.
      • maika7 Re: Interesujący problem etyczny... 31.01.10, 12:50
        gaika napisała:

        > W tym wszystkim brakuje mi problemu postawienia osoby trzeciej w
        > sytuacji klinczowej. Różne rzeczy dzieją się w związkach, ale
        > przesuwanie tego „dziania się” na swoich przyjaciół uważam za
        > szczególną perfidię.

        Bohater felietonu, jak rozumiem, o nic nie był proszony,
        tylko "widząc romans zaczął mieć dylemat, czy opowiedzieć o tym
        romansie żonie romansującego". Taki wewnętrzny przymus... no
        właśnie... nie wiem czego.

        Troche inaczej jest, jak np. zdradzając przyjaciółka opowiada o
        swoich emocjach (i nie tylko) z zastrzeżeniem "ale nie mów mojemu
        meżowi". Mamy wtedy nieco większy orzech do zgryzienia. Emocje
        rozwalają Romansujaca i chce się wygadac,, jesteśmy odbiornikiem
        tych emocji z zastzrżeniem "ale nic nie wiesz w razie co".

        W takich sytuacjach przyjęłam postawę "ok, nie gadam. A jesli
        Zdradzany zapyta mnie czy cos wiem - odeslę go do żony, jako źródła
        informacji." Natomiast w sytuacji opisywanej, kiedy tylko widzę i
        nikt ani mi się nie zwierza, ani nic ode mnie nie chce, to uznaję,
        że to kompletnie nie moja sprawa.
        • gaika Re: Interesujący problem etyczny... 31.01.10, 13:31
          maika7 napisała:

          >
          > Bohater felietonu, jak rozumiem, o nic nie był proszony,
          > tylko "widząc romans zaczął mieć dylemat, czy opowiedzieć o tym
          > romansie żonie romansującego". Taki wewnętrzny przymus... no
          > właśnie... nie wiem czego.
          >
          To się wyraziłam nieprecyzyjnie. Chodziło mi o sytuację, w której
          przyjaciel rodziny jest mimowolnym świadkiem "dziania się" romansu-
          nikt go o nic nie prosi, ale jest, chcąc nie chcąc, uwikłany w tę
          zdradę(jak w opisie). Czyli taka jakby dodatkowa nielojalność wobec
          przyjaciela/przyjaciółki w sensie postawienia w
          niezręcznej/trudnej/zawikłanej emocjonalnie sytuacji. Nie tyle
          przymus gadania, co "przymusowe" włączenie w rozgrywkę, która ze
          względu na układ(bliskość wzajemnych relacji) jest dla tej trzeciej
          osoby wyjątkowo niekomfortowa.
          • maika7 Re: Interesujący problem etyczny... 31.01.10, 14:30
            gaika napisała:

            > To się wyraziłam nieprecyzyjnie. Chodziło mi o sytuację, w której
            > przyjaciel rodziny jest mimowolnym świadkiem "dziania się" romansu-
            > nikt go o nic nie prosi, ale jest, chcąc nie chcąc, uwikłany w tę
            > zdradę(jak w opisie). Czyli taka jakby dodatkowa nielojalność
            wobec
            > przyjaciela/przyjaciółki w sensie postawienia w
            > niezręcznej/trudnej/zawikłanej emocjonalnie sytuacji. Nie tyle
            > przymus gadania, co "przymusowe" włączenie w rozgrywkę, która ze
            > względu na układ(bliskość wzajemnych relacji) jest dla tej
            trzeciej
            > osoby wyjątkowo niekomfortowa.


            Nie wiem, czy dobrze Cie rozumiem. Piszesz, ze zdradzający
            popełniajac zdradę jest podwójnie nielojany? wobec partnera
            i np. wobec mnie jako bliskiej przyjaciółki rodziny?

            Czyli, ze zdradzając dotykamy nie tylko partera (i ew. potomstwo),
            ale i "całą okolicę" związaną z nami emocjonalnie?

            M.
            • gaika Re: Interesujący problem etyczny... 02.02.10, 00:28
              maika7 napisała:

              >
              > Nie wiem, czy dobrze Cie rozumiem. Piszesz, ze zdradzający
              > popełniajac zdradę jest podwójnie nielojany? wobec partnera
              > i np. wobec mnie jako bliskiej przyjaciółki rodziny?
              >
              > Czyli, ze zdradzając dotykamy nie tylko partera (i ew. potomstwo),
              > ale i "całą okolicę" związaną z nami emocjonalnie?

              Niezupełnie. Podwójna nielojalność oznaczałaby, że sama
              zdrada "krzywdzi" tak samo partnera jak i przyjaciela. Ja mówię
              jednak o nieco innej kategorii, sam fakt zdrady nie jest tu istotą
              rzeczy.

              Z jednej strony nawet jeśli różne bliskie osoby (dzieci, rodzice
              rodziców, przyjaciele) są "emocjonalnie dotknięci", wynika to z
              rozwoju sytuacji- np. rozpadu związku lub kryzysu, którego ci bliscy
              są świadkami lub też uczestnikami(radzą, wspierają, mediuja,
              pozostają z boku). Jest to sytuacja dla wielu osób potencjalnie
              bolesna, ale powiedziałabym, że klarowna i otwarta.

              Z drugiej strony jeżeli ktoś chce fakt zdrady ukrywać, przychodząc
              do przyjaciółki/przyjaciela musi być pewien, że jego przekonania
              pozwolą przyjąć tę tajemnicę-dzielić ją i jej dochować. Lub
              odwrotnie-korzysta z zaufanej osoby jako transmitera informacji np.
              Czyli-ta osoba się na to godzi= reguły panujące w relacji są
              szanowane.

              Natomiast mam na myśli sytuację, w której ktoś nie daje wyboru,
              wikła mimo woli, stawia w sytuacji przymusowej, niejako z
              zaskoczenia. "Włączenie do rozgrywki" w taki sposób, uważam za
              rodzaj manipulacji.
              • maika7 Re: Interesujący problem etyczny... 02.02.10, 07:20
                gaika napisała:

                > Natomiast mam na myśli sytuację, w której ktoś nie daje wyboru,
                > wikła mimo woli, stawia w sytuacji przymusowej, niejako z
                > zaskoczenia. "Włączenie do rozgrywki" w taki sposób, uważam za
                > rodzaj manipulacji.

                Mam w sobie jakąś zgodę na to, że Przyjaciele nas zaskakują. Zgodę, jesli nie
                rządają od nas grania - uczestniczenia w np. kłamstwach, "krycia" nieobecnosci
                itd... Natomiast, jeśli w momencie "ciśnienia emocji" wyrzucą je z siebie -
                jestem "panią z pociągu", która wysiada za kilka stacji - przyjmie emocje, powie
                swoje i zapomni.

                Natomiast własnie bardzo źle bym sie czuła będąc uwikłana w gre prowadzoną
                pomiędzy partnerami.
                • uffo Re: Interesujący problem etyczny... 02.02.10, 19:23
                  wedlug mnie, tak idealnie to by bylo gdyby wszystkie takie
                  pozamalzenskie uklady dzialy sie otwarcie, a wiec swiadomie dla
                  wszystkich zainteresowanych stron. Oczywiscie moga byc dzieci,
                  zwiazek ktory uwaza sie za macierzysty, a reszta to chwilowe
                  odskoki, ale jednak jest to wykorzystywanie drugiej strony. Poza tym
                  to ze zmysly nie widza, nie slysza, czlowiek nie zdaje sobie sprawy
                  co sie dzieje, to pestka, kiedy jednoczesnie cala taka postawa.
                  utajonych romansow przenika jakosc zwiazku, nieswiadoma postawe wbec
                  dzieci, no i dziala stopniowo jako zwiekszanie napiec, frustracji, i
                  innych negatywnych odreagowan, ktorym brakuje prawdziwego sensu, bo
                  ktos go skrzetnie ukryl, nawet jesli tymczasowo moze wydawac sie ze
                  taka postawa dziala odswiezajaco na zwiazek. Takie konekwencje
                  narastaja dlugo, zanim objawia sie jakims wybuchem czy wypaleniem,
                  ale predzej czy pozniej, jak mi sie zdaje, do tego dochodzi.
                  Osobiscie jestem zatem zolennikiem szanowania woli drugiej strony,
                  czyli dawania jej mozliwosci wyboru. Nie mozna decydowac za kogos,
                  tym bardziej kiedy wie sie ze na miejscu tej osoby samemu nie
                  przyzwoliloby sie na takie wyskoki. Takie dzialanie w ukryciu to
                  jednak dzialanie z pozycji posiadania i kontrolowania drugich, a nie
                  z milosci partnerskiej. Ale to bylby ideal, zycie jest bardziej
                  skomplikowane, a zatem kazda indywidualna sytuacja ma swoje okresy
                  dojrzewania do pewnych decyzji. Np. kiedys moj najlepszy przyjciel
                  zaczal nieswiadomie rozbijac wlasne malzenstwo, czego bylem
                  mimoowolnym swiadkiem, a w koncu i uczestnikiem, bo szukal on u mnie
                  wsparcia w takim negowaniu wlasnej zony, by usprawiedliwic swoje
                  postepowanie bez narazenia sie na doswiadczanie poczucia winy. Oj
                  rozne sa meandry ludzkich argumentow, kiedy chce sie za wszelka cene
                  usprawiedliwic wlasne postepowanie. W takiej sytuacji mozg dziala na
                  uslugach woli i koniec, zupelnie jak u alkoholika ktory nagle
                  dostaje cugu i cala argumentacja milosci blizniego wysiada w jednej
                  sekundzie. Zona mojego przyjaciela tez zaczela mi sie zwierzac z
                  roznych swoich doswiadczen. I tak przez jakis czas bylem miedzy
                  mlotem a kowadlem. Koniec koncow mialo to moze jakies terapeutyczne
                  konsekwencje, bo utrzymywalo zwiazek w jakiejs wzglednej otwartosci.
                  Zachowywalem ogolna szczerosc czy tez sugestywnosc wzgledem
                  wszystkich tych wynurzen, tlumaczac kazdej stronie iz szczegoly
                  powinni zalatwiac miedzy soba prywatnie, a ja musze zachowywac w
                  takiej sytuacji neutralnosc, bo zalezy mi na pozytywnej relacji
                  zarowna z nim jak i z nia. Oboje wyrazali zrozumienie dla mojej
                  wstrzemiezliwosci, choc jednoczesnie oboje ciagle atakowali mnie bym
                  opowiedzial sie po ktorejs ze stron, ale i tak sie rozpadli. A nasza
                  przyjazn z czasem tez zwiedla. Niemniej to fakt iz
                  sytuacja ta byla bardzo nieprzyjemna, tym bardziej ze moi
                  przyjaciele mieli male
                  niemowle. Nie ma tu chyba takiego madrego ktoryby dal jakas zlota
                  recepte, jak postepowac w takich sytuacjach.
                  • diabollo Re: Interesujący problem etyczny... 02.02.10, 23:25
                    Czcigodny Uffo, bardzo interesująca wypowiedź.

                    Kłaniam się nisko.
    • fnoll każdy ma inaczej 04.02.10, 05:03
      osobiście jestem moralistą radykalnym, w znaczeniu "prawda was wyzwoli", lub co
      najmniej dostarczy interesujących przeżyć

      stąd też uważam, że przepływ wszelkich informacji powinien być swobodny

      zdaję sobie jednak sprawę, że wielu ludzi radzi sobie tylko dzięki temu, że mogą
      ukrywać fakt, iż pewnych informacji nie są w stanie sobie przyswoić

      oblanie ich "prawdą" byłoby jak ściągnięcie im majtek, na siłę
      • diabollo Re: każdy ma inaczej 04.02.10, 20:42
        fnoll napisał:

        > osobiście jestem moralistą radykalnym, w znaczeniu "prawda was wyzwoli", lub co
        > najmniej dostarczy interesujących przeżyć
        >
        > stąd też uważam, że przepływ wszelkich informacji powinien być swobodny


        Czcigodny Fnollu, przerażasz mnie...
        Znaczy przeraża mnie Twój "radykalizm moralny".

        Moim zdaniem z tym "Prawda was wyzwoli" to jedno z najgłupszych zdań jakie
        stworzyła kultura człowieka.
        Jej mega-głupota bierze się z tego, że brzmi i wygląda jakby była wielką
        mądrością. Nota bene, w oryginale ta "Prawda" to sam "Jezus Chrystus" (czyli
        jeszcze głupiej niż potocznie).

        Cały problem nie polega tylko na tym, że <<oblanie ich (pewnych ludzi) "prawdą"
        byłoby jak ściągnięcie im majtek, na siłę>>.
        Choć tutaj czcigodny Fnoll napewno ma sporo racji.

        Problem jest głębszy, mianowicie taki, że "Prawda" nie istnieje. To znaczy
        istnieje (chyba) obiektywne, choć dla postrzegania człowieka jest wszak
        nieosiągalna.

        Przyrodnicy pewnie w lot złapią mi chodzi i napewno słyszeli ową metaforę, że
        nawet taką "prawdę" jak pomiar temperatury dostajemy zakłamaną, bo wprowadzając
        termometr w celu pomiaru do jakiegoś układu już pobieramy lub oddajemy ciepło
        termometra zakłócając tym samym sytuację i "prawdziwą" temperaturę czyli stan
        układu.

        Wracając do socjologii, to sytuacja jest jeszcze bardziej skomplikowana. Nawet
        najbardziej "porażające" fakty są przecież tylko wycinkiem rzeczywistości i
        "Prawdy" w cale nie pokazują, mogą nawet od "Prawdy" oddalać.

        Oczywiście nie znaczy to, że jestem zwolennikiem blokowania dostępu do
        informacji. Nie.
        Jakaś najbardziej prywatna prywatność człowieka niekoniecznie jest najlepszym
        sposobem na uzyskanie wiarygodnego obrazu tego człowieka.

        Na przykład informacja taka (bądź co bądź ciekawa) jakim fantazjom erotycznym
        poddawała się nasza własna mama czy nasz własny tata podczas auto-masturbacji
        przecież nie powie nam jakimi ludźmi byli (są) nasi rodzice...

        Kłaniam się nisko.
        • uffo Re: każdy ma inaczej 05.02.10, 19:34
          byc moze istnieje w tej kwestii zachodniej seksualnosci jakas
          ewolucja, albo cyklicznosc: Od swobodnej seksualnosci proto-
          komunistycznej, wspolnotowej, matriarchalnej kultury poprzez
          patriarchalna poligamie, nastepnie kapitalistyczno-patriarchalna
          monogamie do powrotu albo moze wiekszej harmonii, gdzie zarowno tzw.
          malzenstwa otwarte czy polyamory beda na rowni akceptowane wraz z
          monogamia (co do poligamii to mam niejakie watpliwosci). W
          zaleznosci od indywidualnych potrzeb rozwojowych. Ale wydaje mi sie
          ze seksualnosc zachodnia, chrzecijanska (w interpretacji koscielnej,
          ortodoksyjnej, a nie w swojej tresci), monogamiczna, a w niektorych
          kulturach poligamiczna, nieodlacznie uwarunkowana jest miloscia
          posiadajaca, zwrocona glownie na zapewnienie posiadania przedmiotu
          milosci, i zobowiazaniu do zapewnienia takiego posiadania poprzez
          samo-tresure instynktow, namietnosci. Ciekawie prezentuje sie ten
          problem w kontekscie np. filmow Kieslowskiego, zdominowanych
          calkowicie przez jakis metafizyczny fatalmizm czy determinizm
          moralny i filmow Woody Allena, szczegolnie Vicky, Barcelona... gdzie
          spelnienie milosci doswiadczane zostaje dopiero w trojkacie, jak tez
          w prezentowaniu niemoralnych czynow jako niekoniecznie prowadzacych
          do negatywnych konsekwencji.... Jesli samo zycie bazuje na pewnym
          stopniu tzw. naturalnej niemoralnosci, to pewne czyny, czy tez
          zachowania wynikajace z naturalnych impulsow wcale nie musza
          podlegac zadnemu moralnemu zadoscuczynieniu? Zreszta nie byloby
          wybaczania bez niemoralnych zachowan? Co oczywiscie nie zanczy ze
          trzeba gloryfikowac niemoralne zachowanie. Niemniej wspolczucie,
          wspolodczuwanie, milosc sama bazuja chyba na wypelnianiu tych
          brakow, czy tez niedoskonalosci (moralnych)?

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka