gaika
24.10.10, 01:32
z naciskiem na ostatni akapit.
Marcin Wojciechowski: Czy zabójstwo w Łodzi oznacza apogeum wojny polsko-polskiej, czy też nastroje mogą stać się jeszcze bardziej gorące?
Prof. Bogdan Wojciszke: Jesteśmy zbyt stabilnym i zamożnym krajem, by sobie wyobrazić wybuch rewolucji. W krajach o rocznym dochodzie na głowę powyżej 3 tysięcy dolarów rewolucje nie wybuchają.
Morderstwo działacza PiS jest raczej wyjątkiem. Rozgrywa się w atmosferze reality show, w którym emocje są sztucznie podgrzewane. W takim świecie żyją nasi politycy, a częściowo także inni Polacy.
Czy wszyscy żyjemy na potrzeby rzeczywistości kształtowanej na szklanym ekranie?
- Niektóre emocje są autentyczne, ale nie doprowadzą one do zasadniczych zmian, bo nie ma ku temu powodów. Emocje będą się pienić przez jakiś czas na ekranie telewizorów i w sercach wielu ludzi, ale nic z tego nie wyniknie. Eskalacja emocji nastąpi najwyżej wśród polityków, bo w gruncie rzeczy konflikt jest dla nich korzystny. I wcale nie jestem pewien, czy rzeczywiście chcą go zażegnać, jak deklarują.
Konflikt daje obu stronom politycznego sporu w Polsce tożsamość, choć merytorycznie niewiele się one od siebie różnią. Mogłyby dogadać się programowo, ale tego nie chcą, bo odnoszą z konfliktu spore korzyści. Może są one nienamacalne, ale jednak istotne. Przy dokładnej analizie o dwóch głównych partiach można powiedzieć, że są przeciwko sobie. Reszta w zasadzie sprowadza się do wspólnego mianownika.
Czy w takim razie polska polityka zaszła w ślepą uliczkę? Stała się światem niezwracającym uwagi na rzeczywistość, ludzkie sprawy, wyzwania modernizacyjne?
- Dla polityków liczy się walka o władzę, ale nie bardzo zdają sobie oni sprawę, czemu ta władza miałaby służyć. Dotyczy to zarówno tych, którzy władzę mają, jak i tych, którzy próbują ją zdobyć. Nie prowadzi się dyskusji, czemu ma służyć władza, jaka powinna być oraz po co jej używać. To prędzej czy później zużyje obie główne siły polityczne i doprowadzi do pojawienia się tej trzeciej.
Coraz mniej dyskutuje się o gospodarce, konkretnych rozwiązaniach politycznych. Debata publiczna skupia się na tym, kto nie powinien mieć władzy, a kto powinien ją mieć. Ale nie mówi się po co. Przeciętny zjadacz chleba jest zdezorientowany. Mniej interesuje go, czy będzie rządził Jacek, czy Wacek, a bardziej to, co każdy z nich zrobi. Ale o tym się u nas nie mówi, a w każdym razie nie jest to główny temat debaty toczonej np. w mediach.
Platforma wyciąga rękę do zgody. Premier i prezydent zapraszają Jarosława Kaczyńskiego do dialogu, wręcz pojednania. Czy to gra, bo wiadomo, że prezes PiS odrzuci ofertę, czy to dobry sposób na zmniejszenie napięcia?
- Jedynym sposobem rozwiązania konfliktu jest sytuacja, gdy jedna ze stron nie odpowie agresją na agresję, ale wstrzyma się i nie odda ciosu. Jeśli druga wtedy też się powstrzyma, to wtedy konflikt zostanie zażegnany. Problem w tym, że Platformie jest dzisiaj łatwiej zachować spokój, bo jest w lepszej sytuacji. Platforma może sobie pozwolić na przytomne i rozsądne zachowanie. Ale to nie jest główny problem.
A gdzie jest główny problem?
- Nie mówi się o kwestiach merytorycznych. Gdyby zamiast obrzucać się obelgami, zaczęto rozmawiać, jak powinien wyglądać ład w kraju, to wtedy byłaby szansa na kompromis w konkretnych kwestiach. Wzajemne ustępstwa są bardzo korzystną metodą rozwiązywania konfliktów, ale można to robić, tylko dyskutując o konkretach, a nie na poziomie emocji i obrzucania się oskarżeniami.
Słychać głosy, że odpowiedzialny za śmierć człowieka jest język części polityków, ale i mediów, które dają im trybunę, a czasem same biorą udział w sporze. To prawda?
- Język ma wielki wpływ na emocje społeczne. Wyśmiewana w Polsce idea poprawności politycznej ma sens właśnie dlatego, że łagodzi emocje w przestrzeni publicznej. Emocje mają to do siebie, że one same eskalują. Jest złudzenie, że jeśli coś wykrzyczę, to poczuję ulgę. Ale to mit.
Krzyk jeszcze bardziej nakręci moje emocje, agresję. Agresja grozi agresją. Samozarażamy się nią. Tym bardziej że nasi politycy - w odróżnieniu od większości ludzi - najpierw mówią, a potem myślą, co powiedzieli. Powinno być odwrotnie.
Pod wpływem emocji politycy tracą jednak zdrowy rozsądek i mówią nawet zupełnie co innego, niż myślą. W końcu zostają zakładnikami swoich wcześniejszych wypowiedzi.
Czy jedna ze stron może wyciszyć spór, jeśli druga nie będzie tym zainteresowana?
- Druga strona będzie walić w mur, aż sobie rozbije głowę. PiS zapędził się w kozi róg. Zrezygnował z walki programowej i zapędził w pułapkę licytacji emocjonalnej, eskalacji. To droga donikąd. PiS zachowuje się tak, jakby nie chciał mieć władzy, ale lubił się kiwać. Są tacy piłkarze, którzy czerpią przyjemność z kiwania się, ale nie prowadzi to do gola czy choćby sytuacji podbramkowej. PiS jest właśnie takim zawodnikiem, który uwielbia się kiwać.
Co robić w tej sytuacji? Zachować spokój i czekać, aż się zakiwają?
- Tak. Im chodzi o to, żeby się kiwać, czyli walczyć o władzę. A gdy już ją mieli, to nie bardzo wiedzieli, co z nią zrobić. Starali się ją powiększyć, ale sami nie bardzo wiedzieli po co. Teraz też nie wiedzą. Zakiwają się na śmierć. Przepraszam - po prostu się zakiwają.
wyborcza.pl/1,75515,8546244,Samozarazamy_sie_agresja.html