24.10.10, 01:32

z naciskiem na ostatni akapit.

Marcin Wojciechowski: Czy zabójstwo w Łodzi oznacza apogeum wojny polsko-polskiej, czy też nastroje mogą stać się jeszcze bardziej gorące?

Prof. Bogdan Wojciszke: Jesteśmy zbyt stabilnym i zamożnym krajem, by sobie wyobrazić wybuch rewolucji. W krajach o rocznym dochodzie na głowę powyżej 3 tysięcy dolarów rewolucje nie wybuchają.

Morderstwo działacza PiS jest raczej wyjątkiem. Rozgrywa się w atmosferze reality show, w którym emocje są sztucznie podgrzewane. W takim świecie żyją nasi politycy, a częściowo także inni Polacy.

Czy wszyscy żyjemy na potrzeby rzeczywistości kształtowanej na szklanym ekranie?

- Niektóre emocje są autentyczne, ale nie doprowadzą one do zasadniczych zmian, bo nie ma ku temu powodów. Emocje będą się pienić przez jakiś czas na ekranie telewizorów i w sercach wielu ludzi, ale nic z tego nie wyniknie. Eskalacja emocji nastąpi najwyżej wśród polityków, bo w gruncie rzeczy konflikt jest dla nich korzystny. I wcale nie jestem pewien, czy rzeczywiście chcą go zażegnać, jak deklarują.

Konflikt daje obu stronom politycznego sporu w Polsce tożsamość, choć merytorycznie niewiele się one od siebie różnią. Mogłyby dogadać się programowo, ale tego nie chcą, bo odnoszą z konfliktu spore korzyści. Może są one nienamacalne, ale jednak istotne. Przy dokładnej analizie o dwóch głównych partiach można powiedzieć, że są przeciwko sobie. Reszta w zasadzie sprowadza się do wspólnego mianownika.


Czy w takim razie polska polityka zaszła w ślepą uliczkę? Stała się światem niezwracającym uwagi na rzeczywistość, ludzkie sprawy, wyzwania modernizacyjne?

- Dla polityków liczy się walka o władzę, ale nie bardzo zdają sobie oni sprawę, czemu ta władza miałaby służyć. Dotyczy to zarówno tych, którzy władzę mają, jak i tych, którzy próbują ją zdobyć. Nie prowadzi się dyskusji, czemu ma służyć władza, jaka powinna być oraz po co jej używać. To prędzej czy później zużyje obie główne siły polityczne i doprowadzi do pojawienia się tej trzeciej.

Coraz mniej dyskutuje się o gospodarce, konkretnych rozwiązaniach politycznych. Debata publiczna skupia się na tym, kto nie powinien mieć władzy, a kto powinien ją mieć. Ale nie mówi się po co. Przeciętny zjadacz chleba jest zdezorientowany. Mniej interesuje go, czy będzie rządził Jacek, czy Wacek, a bardziej to, co każdy z nich zrobi. Ale o tym się u nas nie mówi, a w każdym razie nie jest to główny temat debaty toczonej np. w mediach.

Platforma wyciąga rękę do zgody. Premier i prezydent zapraszają Jarosława Kaczyńskiego do dialogu, wręcz pojednania. Czy to gra, bo wiadomo, że prezes PiS odrzuci ofertę, czy to dobry sposób na zmniejszenie napięcia?

- Jedynym sposobem rozwiązania konfliktu jest sytuacja, gdy jedna ze stron nie odpowie agresją na agresję, ale wstrzyma się i nie odda ciosu. Jeśli druga wtedy też się powstrzyma, to wtedy konflikt zostanie zażegnany. Problem w tym, że Platformie jest dzisiaj łatwiej zachować spokój, bo jest w lepszej sytuacji. Platforma może sobie pozwolić na przytomne i rozsądne zachowanie. Ale to nie jest główny problem.

A gdzie jest główny problem?

- Nie mówi się o kwestiach merytorycznych. Gdyby zamiast obrzucać się obelgami, zaczęto rozmawiać, jak powinien wyglądać ład w kraju, to wtedy byłaby szansa na kompromis w konkretnych kwestiach. Wzajemne ustępstwa są bardzo korzystną metodą rozwiązywania konfliktów, ale można to robić, tylko dyskutując o konkretach, a nie na poziomie emocji i obrzucania się oskarżeniami.

Słychać głosy, że odpowiedzialny za śmierć człowieka jest język części polityków, ale i mediów, które dają im trybunę, a czasem same biorą udział w sporze. To prawda?

- Język ma wielki wpływ na emocje społeczne. Wyśmiewana w Polsce idea poprawności politycznej ma sens właśnie dlatego, że łagodzi emocje w przestrzeni publicznej. Emocje mają to do siebie, że one same eskalują. Jest złudzenie, że jeśli coś wykrzyczę, to poczuję ulgę. Ale to mit.

Krzyk jeszcze bardziej nakręci moje emocje, agresję. Agresja grozi agresją. Samozarażamy się nią. Tym bardziej że nasi politycy - w odróżnieniu od większości ludzi - najpierw mówią, a potem myślą, co powiedzieli. Powinno być odwrotnie.

Pod wpływem emocji politycy tracą jednak zdrowy rozsądek i mówią nawet zupełnie co innego, niż myślą. W końcu zostają zakładnikami swoich wcześniejszych wypowiedzi.

Czy jedna ze stron może wyciszyć spór, jeśli druga nie będzie tym zainteresowana?

- Druga strona będzie walić w mur, aż sobie rozbije głowę. PiS zapędził się w kozi róg. Zrezygnował z walki programowej i zapędził w pułapkę licytacji emocjonalnej, eskalacji. To droga donikąd. PiS zachowuje się tak, jakby nie chciał mieć władzy, ale lubił się kiwać. Są tacy piłkarze, którzy czerpią przyjemność z kiwania się, ale nie prowadzi to do gola czy choćby sytuacji podbramkowej. PiS jest właśnie takim zawodnikiem, który uwielbia się kiwać.

Co robić w tej sytuacji? Zachować spokój i czekać, aż się zakiwają?

- Tak. Im chodzi o to, żeby się kiwać, czyli walczyć o władzę. A gdy już ją mieli, to nie bardzo wiedzieli, co z nią zrobić. Starali się ją powiększyć, ale sami nie bardzo wiedzieli po co. Teraz też nie wiedzą. Zakiwają się na śmierć. Przepraszam - po prostu się zakiwają.


wyborcza.pl/1,75515,8546244,Samozarazamy_sie_agresja.html
Obserwuj wątek
    • diabollo Re: Diagnoza 24.10.10, 10:22
      Szczerze mówiąc to ja w ogóle nie rozumiem o co ta cała PISS-da histeria.
      Wariaci się zdarzają.

      Kiedyś w Japonii jeden wariat porwał samolot (B747) linii krajowej lecący do Tokio. To było niedługo przed słynnymi zamachami w NY. Wariat sterroryzował nożem pilotów, bo chciał zasiąść za sterami tego jumbo i przelecieć się nad tokijskim Rainbow Bridge. Piloci, rozsądni ludzie, potraktowali wariata jak wariata, więc powiedzieli: "doozoo, proszę bardzo", posadzili go przed sterami i pokazali jak się lata, przelecieli się nad tym mostem. Kiedy syutacja wydawała się już opanowana, samolot bezpiecznie wylądował na lotnisku Haneda, wariat ni stąd ni z owąt uderzył kapitana samolotu nożem w klatkę piersiową z natychmiastowym skutkiem śmiertelnym.

      Ten tragiczny zamach w Łodzi należy postrzegać raczej w kategoriach tego porywacza Boeinga z Tokio, niż np. zabójstwo prezydenta Narutowicza przez fanatycznego endeka.

      Pan PISS-da Prezes strzela sobie do własnej bramki wywołując histerię, a nawet wątki humorystyczne (postulaty ścigania ABW krytykujących PISSdę internautów, bo oni stoją za tym mordem politycznym).

      Polacy nie są tacy głupi na jakich wyglądają. Doskonale rozumieją istotę całego zamachu łódzkiego, pan prezes się tylko kompromituje.

      Politycy wywołują złe emocje w społeczeństwie, wielu obywateli ma mordercze fantazje na temat drastycznego odwetu na politykach. Niestety czasami osoby, które tracą stabilność psychiczną przestają rozróżniać fantazje od rzeczywistości i wtedy mamy taką tragedię jak w Łodzi.

      Historia powtarza się jako farsa, z tego morderstwa w Łodzi nie da się zrobić ogólnonarodowej histerii jak po wypadku lotniczym w Smoleńsku.

      Kłaniam się nisko.
      • gaika Re: Diagnoza 24.10.10, 19:31
        diabollo napisał:

        > Szczerze mówiąc to ja w ogóle nie rozumiem o co ta cała PISS-da histeria.
        > Wariaci się zdarzają.

        Absolutna zgoda. Zatrważający jest jednak dość masowy obłęd (z powodu obłędu jednego człowieka), któremu poddają się nawet ci rozsądniejsi politycy. (Kalisz z trybuny sejmowej się kajał.) Czy naprawdę nie dociera do naszych kochanych reprezentantów, że paranoje należy wyciszać, i sprowadzić do marginalnego poziomu, zamiast nakręcać i wzmagać?

        Niech mi ktoś pokaże taki drugi kraj, w którego parlamencie dyskutuje się poważnie na temat sztucznej mgły, winy polityków i dziennikarzy za chorobę jednego z Polaków oraz ubiera badania naukowe w kontekst biblijny. Masakra.


        Ostatni akapit z rozmowy z prof. Wojciszke zawieszę sobie w polu widzenia

        - Tak. Im chodzi o to, żeby się kiwać, czyli walczyć o władzę. A gdy już ją mieli, to nie bardzo wiedzieli, co z nią zrobić. Starali się ją powiększyć, ale sami nie bardzo wiedzieli po co. Teraz też nie wiedzą. Zakiwają się na śmierć. Przepraszam - po prostu się zakiwają.

        A pod Palikotem oburącz:

        - Kicz w polskiej polityce bije rekordy. Trzech najważniejszych polityków w państwie jedzie do Łodzi na skutek tego, że szalony człowiek , który chciał zabić kogoś ważnego, zabił pracowników biura PIS-u, bo nie mógł zabić nikogo ważniejszego! (...) Jesteśmy śmiesznym i infantylnym tworem jako politycy w Polsce! Stany psychologiczne bierzemy za fakty polityczne - piekli się Palikot.
    • diabollo "Jak za Narutowicza", czyli pan Orliński 24.10.10, 10:28
      Jak za Narutowicza

      Jeśli ktoś naprawdę chciałby sobie przypomnieć, jak dokładnie wygląda odpowiedzialność endecji za śmierć Narutowicza, proponuję zwiedzenie wnętrza zabytkowej apteki z placu Trzech Krzyży. W niej 11 grudnia 1922 roku schronili się parlamentarzyści PPS - wśród nich wielcy polscy patrioci Ignacy Daszyński i Bolesław Limanowski - przed chcącym ich zlinczować tłumem endeków.
      Narodowcy zgromadzili się na placu Trzech Krzyży chcąc uniemożliwić posłom lewicy dotarcie do parlamentu na ceremonię zaprzysiężenia nowowybranego prezydenta. Skoro prawicowy kandydat Maurycy hrabia Zamoyski przepadł w wyborach, endecy chcieli fizycznie uniemożliwić lewicowemu pełnienie funkcji.
      Na odsiecz uwięzionym w aptece parlamentarzystom z Alei Jerozolimskich wyruszyła grupa zwolenników PPS. Jej uczestnik Jerzy Cesarski, na podstawie wspomnień którego to opisuję, szacował jej liczebność na 300-400 osób.
      Na placu przywitał ich tłum endeków („korporacyjni studenci i dewotki, sfanatyzowane stare baby” - wspomina Cesarski), skupiony wokół kościoła św. Aleksandra. Obie grupy śpiewały: pepeesowcy „Gdy naród do boju wystąpił z orężem”, a endecy „Rotę”. Pisze Cesarski:
      W momencie, kiedy skończyły się pieśni, padły salwy rewolwerowe. Tłum się rozpierzchł. I wtedy było widać leżących kilku rannych na ulicy, a po drugiej stronie leżał ranny Kałuszeski ze złamanym drzewcem sztandaru. Trwało to tylko moment (...) postrzępiony sztandar znów został podniesiony”.
      Jak pisze dalej Cesarski, śródmiejski okręg PPS wkrótce po tych wydarzeniach zastąpił postrzępiony sztandar nowym, który z jednej strony miał napis „Niesie on zemsty grom, ludu gniew”, a z drugiej „Dzielnica Śródmieście PPS”.
      Jak widzę, są publicyści, którym obecna sytuacja skojarzyła się z tamtą. No faktycznie, bojówki redaktorów TVN i GW usiłowały w 2005 nie dopuścić do zaprzysiężenia Kaczyńskiego. Nigdy nie zapomnę jak Lis z Kolendą strzelali z okien Sheratona do posłów prawicy zmierzających na Zgromadzenie Narodowe.
      Każdy ma swoją teorię o tym, co doprowadziło do łódzkiej tragedii. Moja jest taka, że właśnie takie polityczne hiperbole, jakimi teraz posłużyli się Migalski z Ziemkiewiczem.
      Nasza publicystyka cechuje się skłonnością do absurdalnego patosu i przesady. Dla biskupów próba rozliczenia komisji majątkowej to już jest powrót do stalinizmu, no bo przecież mieć kontrolę skarbową to zupełnie jak mieć wyrywane paznokcie. Ograniczanie prawicowej publicystyki w TVP jest jak okupacja - rzeczywiście, telewizja publiczna w Generalnym Gubernatorstwie cienko przędła.
      Ubocznym skutkiem tego stylu publicystyki są wariaci przekonani, że naprawdę muszą walczyć ze stalinowskim terrorem albo z nazistowskimi marszami z pochodniami. Że to już nie jest normalna demokratyczna przepychanka - jak zwykle w demokracji, pełna niesmacznych chwytów - tylko nadeszły Czasy Ostateczne.
      Analogia z zabójstem Narutowicza nasunęła się Migalskiemu i Ziemkiewiczowi - zakładając ich dobrą wolę - po prostu jak zwykle z nieuctwa. Nie wiedzą, jakimi dokładnie środkami endecja usiłowała uniemożliwić pierwszemu prezydentowi w dziejach RP objęcie i sprawowanie urzędu. Wydaje im się, że to wszystko sprowadzało się do satyry i publicystyki, jak teraz.
      W krótkotrwałej IV RP nie mieliśmy poważnej publicystyki odmawiającej Kaczyńskim prawa do sprawowania urzędów. Ubolewaliśmy nad tym, jak je sprawują. Ubolewaliśmy nad tym, że je sprawują. Ale nie kwestionowaliśmy legalności demokratycznego wyboru, nawet nie mówiliśmy, że dokonano go „przez nieporozumienie”.
      Nie mówiliśmy „ich prezydent”. Mówiliśmy: nasz, oczywiście dodając „niestety”, dodając „nieudolny”, odliczając dni do końca kadencji. To nasze demokratyczne prawo, takie same jak Wasze do podobnej krytyki Tuska czy Komorowskiego.
      Jeśli jednak komuś się wydaje, że do tego sprowadzała się ówczesna publicystyka endecka, to przydałaby mu się jakaś lektura. Mogę coś pożyczyć, drogi Rafale, szanowny panie doktorze niehab.
      Byłoby dobrze, żeby każdy publicysta, któremu nasunie się skojarzenie typu „to jak w PRL, to jak za okupacji, to jak w II RP”, najpierw wziął sobie jakąś książkę i zajrzał, żeby zobaczyć, jak wtedy naprawdę było. A jak ma tak książkowstręt, jak prawicowi publicyści, to niech się nią chociaż palnie w łeb.

      wo.blox.pl/2010/10/Jak-za-Narutowicza.html
      pl.wikipedia.org/wiki/Zamach_na_Gabriela_Narutowicza
    • diabollo Re: Diagnoza 24.10.10, 11:22
      Zgodnie okazać współczucie

      Bartosz T. Wieliński 2010-10-21

      Dokładnie dwie dekady temu Niemcami wstrząsnął zamach na ministra spraw wewnętrznych Wolfganga Schäublego. Politycy nie odważyli się wówczas podkręcać emocji
      12 października 1990 r. Schäuble, najbliższy współpracownik kanclerza Helmuta Kohla i architekt właśnie przeprowadzonego zjednoczenia Niemiec, opuszcza gospodę w Oppenau, miasteczku w Szwarcwaldzie. Do otoczonego przez ochroniarzy ministra podchodzi Dieter Kaufmann. W dłoni trzyma rewolwer, strzela trzy razy. Jedna kula rani ochroniarza, dwie Schaüblego, uszkadzając kręgosłup. Minister jest w ciężkim stanie. Lekarzom udaje się go uratować, Schäuble po kilku miesiącach wraca nawet do pracy. Tyle że będzie poruszać się na wózku inwalidzkim.

      Niecałe pół roku wcześniej, 25 kwietna 1990 r., celem zamachu był Oskar Lafontaine, ówczesny przewodniczący opozycyjnej SPD. Na wiecu wyborczym w Kolonii zaatakowała go nożem Adelheid Streidel. Nóż minął jego tętnicę szyjną dosłownie o milimetry.

      W zamachach na Schäublego i Lafontaine'a oraz w morderstwie popełnionym w biurze poselskim PiS w Łodzi można doszukać się kilku podobieństw. Po pierwsze, na życie polityków targnęli się szarzy obywatele, którzy w ten sposób chcieli wyrównać z państwem swoje rachunki. Streidel i Kaufmann byli chorzy psychicznie. Lekarze dopiero orzekną, czy tak było w przypadku Ryszarda C. Zamachy przygotowali w burzliwym czasie. Ryszard C. zabił w atmosferze panującej w Polsce po katastrofie smoleńskiej. Streidel i Kaufmann atakowali w gorącym okresie jednoczenia się Niemiec. Wrogość SPD i CDU trudno porównywać z ideologiczną przepaścią, która dzieli dziś PO i PiS. Ale faktem jest, że obydwie partie różnie patrzyły na zjednoczenie, a Lafontaine się nawet mu sprzeciwiał. Chadecy i socjaldemokraci ostro ścierali się w parlamencie i w mediach. Po zamachu na Schäublego Niemcy, tak jak teraz Polacy, z niepokojem pytali, czy żyją w pełni demokratycznym kraju.

      Nikt jednak nie zaryzykował tezy, że Lafontaine, notabene jeden z najbardziej kontrowersyjnych polityków Niemiec, padł ofiarą zamachu przez nagonkę chadeków. W zamachu na Schäublego, którego do dziś szczerze nie cierpi niemiecka lewica, nikt nie doszukiwał się politycznych pobudek. Jeden z polityków CDU opowiadał mi, że byłoby to szaleństwem, które obróciłoby się przeciwko partii. Za zamachami stali chorzy psychicznie ludzie, bez związków z jakąkolwiek siłą polityczną.

      Co więcej, przez chwilę chadecy i socjaldemokraci zapomnieli o podziałach i zgodnie okazali ofiarom współczucie. Gdy o życie walczył Wolfgang Schäuble, jego stanem zdrowia interesował się nie tylko Kohl, ale czołowi politycy SPD Willi Brandt i Helmut Schmidt. A gdy Schäuble poczuł się lepiej, w szpitalu odwiedził go sam Lafontaine. Po latach wspominał, że miał wyrzuty sumienia, bo on z zamachu wyszedł obronna ręką, a Schäuble nie.

      wyborcza.pl/1,75968,8543588,Zgodnie_okazac_wspolczucie.html
      • gaika Re: Diagnoza 24.10.10, 19:35
        diabollo napisał:

        > wyborcza.pl/1,75968,8543588,Zgodnie_okazac_wspolczucie.html

        I to najlepszy dowód, że jednak jesteśmy...ponadstandardowi (ulubione słowo- wytrych pewnego prominentnego polityka).
    • diabollo Niebezpieczna choroba przepraszania 24.10.10, 20:50
      Niebezpieczna choroba przepraszania

      Marek Beylin

      W ten tragiczny wtorek państwo, jego elity, duża część mediów dały się zaszantażować. Uległy przekonaniu, że morderstwo w Łodzi obciąża demokrację i debatę.
      Znów polityka zawłaszczyła śmierć. Jeszcze we wtorek, zaraz po zabójstwie w siedzibie PiS w Łodzi, zaczęliśmy się dowiadywać, kto naprawdę jest winny tej zbrodni. I jaka to zbrodnia. Czyn samego zabójcy zszedł na dalszy plan, zaś Jarosław Kaczyński, niektórzy politycy jego partii i część komentatorów ujawnili nam prawdziwych sprawców tej śmierci.

      Donald Tusk, Janusz Palikot i cała PO, media nieprzychylne PiS-owi, w tym "Szkło kontaktowe" z TVN 24. Szef "Rzeczpospolitej" Paweł Lisicki odpowiedzialność za zabójstwo przypisał też Andrzejowi Wajdzie i Adamowi Michnikowi, postaciom symbolicznym w polskiej kulturze i polityce. Na ławie oskarżonych posadzono więc sporą część Polski wraz z elitami. "Głównymi podżegaczami", wzywającymi do nienawiści wobec Jarosława Kaczyńskiego, a to jest przyczyna zbrodni, są intelektualiści - wywodzi Lisicki ("Rzeczpospolita" z 20 października). Galerię poszerza Bronisław Wildstein; jak pisze, już ostrzegał przed agresywnymi radykałami europejskiej subwersji oraz emancypacji, i, proszę, stało się ("Rzeczpospolita" z 21 października). Odpowiedzialność ponoszą więc także środowiska gejowskie i feministyczne.

      Wygląda to tak, jakby każdy dobierał sobie takich współsprawców tego zabójstwa, jacy szczególnie uwierają mu w życiu publicznym. A najbardziej uwiera system, bo to on jest głównym oskarżonym.

      Najdobitniej wyraził to w czwartek Jarosław Kaczyński: zbrodnia zaczęła się od walki politycznej z PiS i prezydentem Lechem Kaczyńskim oraz od protestów przeciw obecności krzyża przed Pałacem Prezydenckim. Trzeba tylko dopowiedzieć: winna jest wolność opinii i krytyki.

      Daleko zaszło to myślenie wyprowadzane od czynu człowieka zaburzonego, niezwiązanego z polityką ani życiem publicznym, człowieka, o którym nie wiadomo nawet, czy ma poglądy polityczne, czy tylko agresywne instynkty.

      ***

      Bo nie zabójstwo Marka Rosiaka jest głównym tematem tych roztrząsań. Gdyby tak było, obserwowalibyśmy inne reakcje. Takie, jakie opisał w czwartkowej "Gazecie" Bartosz T. Wieliński: Gdy w Niemczech szaleniec postrzelił ministra spraw wewnętrznych, dla wszystkich sił politycznych była to tragedia człowieka, a nie sprawa partyjna. Takie zachowanie wynikało z jasnej świadomości, że szaleńcy są na usługach choroby, a nie przekonań, oraz ujawniało ważną zasadę: Należy "wyprowadzić" zbrodnię z systemu politycznego po to, by dać wyraz fundamentalnemu przekonaniu, iż nawet agresywna walka polityczna jest całkowitym przeciwieństwem strzelania do przeciwników.

      W niemieckich reakcjach doszła więc do głosu lojalność wobec własnej demokracji. Podobnie reagują inne społeczeństwa. W USA, gdzie spory polityczne bywają bardziej brutalne niż w Polsce, gdy ktoś szalony chce zabić polityka, partyjne otoczenie nie oskarża konkurencji o odpowiedzialność za zamachowca. Świadomość, że wolność debaty redukuje dowolność przemocy, to elementarz współczesnych demokracji.

      U nas inaczej.

      PiS oraz całkiem liczni komentatorzy "wprowadzili" zabójstwo w Łodzi do systemu, uczynili tę zbrodnię logicznym rezultatem polskiej demokracji. Ba, jak wyjawił prezes PiS, strzały do Rosiaka to "atak na wielką część społeczeństwa, to jest atak na ludzi, którym się w gruncie rzeczy odmawia praw obywatelskich". Atak na lud wykluczony z systemu.

      Dochodzimy do sedna tych zabiegów. Mogłoby się zdawać, że PiS-owi i zwolennikom tej formacji chodzi o odzyskanie władzy. Nie sądzę, by tak było. Nawet w PiS-ie wiedzą, że władza jest coraz dalej. Nie zwróci jej przekonywanie, zwłaszcza w kampanii samorządowej, o zbrodniczości systemu. Chodzi o zamysł skromniejszy i defensywny: o uzyskanie przewagi moralnej. Tyle że - to największe wyznanie klęski - poza systemem i obok większości społeczeństwa.

      Łatwo zauważyć, jak zmienia się PiS czy raczej, jaką nową formę nadaje partii Kaczyński. Wyparowuje z niej wszystko, co można by nazwać programem i rozeznaniem interesów różnych grup społecznych. PiS przestał interesować się społeczeństwem, analizować je i zabiegać o nie. Jest coraz bardziej partią na wychodźstwie ze świata społecznego.

      Organizując się wokół katastrofy smoleńskiej, a teraz wokół zabójstwa w Łodzi, przeistacza się z partii w pseudomistyczny ruch społeczny, w którym nastrój i jednolita tożsamość są ważniejsze niż działania polityczne. Ten ruch nie ma żadnej konkretnej sprawy do załatwienia poza demaskacją systemu. Tyle że sama demaskacja nie porusza rzeczywistości; żeby ją zmienić, trzeba zaproponować coś nowego, choćby pozór odnowy.

      W PiS nie ma nawet pozoru. Natomiast, owszem, są przesłania.

      Claude Lefort, francuski filozof, napisał trafnie o współczesnej demokracji, że to system, w którym miejsce władzy pozostaje puste, bo odzwierciedla się tam zmienność rządów i opinii. Władza jest więc nie mniej migotliwa niż społeczeństwo.

      Jarosław Kaczyński nigdy nie uwierzył, że miejsce władzy jest puste. Wciąż pojmuje je jako fabrykę rozkazów, hierarchii i norm oraz źródło zbiorowej tożsamości. To zresztą przyciąga do jego formacji wielu konserwatystów zagubionych w świecie autonomicznych jednostek. I wciąż przybliża ludzi, którzy nie mogą ogarnąć współczesności, nie odnajdują się w jej nieprzejrzystych mechanizmach, więc wybierają bezpieczną tożsamość zbiorową. Tyle że te przekonania skazują Kaczyńskiego na marginalność - polskie społeczeństwo coraz śmielej wędruje gdzie indziej.

      Ale problem jest. Konflikt między PiS i PO polegający na ustawicznych wzajemnych demaskacjach przynosi jedynie zastój demokracji. Rządzącym grozi, że odwrócą się od realnego świata i, co więcej, że w obliczu politycznej pustki zechcą przekształcić się w rodzaj wszechpartii obejmującej wszystkie ideologie i wszystkie interesy społeczne. Byłaby to niebezpieczna choroba.

      Dlatego nie zgadzam się z propozycjami, by Jarosława Kaczyńskiego otoczyć "koalicją ciszy". Przeciwnie, trzeba ukazywać jego poczynania, pamiętając, rzecz jasna, że coraz słabiej wpływa on na bieg polskich spraw. Bo szefa PiS i jego partię może zwalczać tylko jedyna prawdziwa władza - władza opinii.

      ***

      W ten tragiczny wtorek państwo, jego elity, duża część mediów dały się zaszantażować. Uległy przekonaniu, że morderstwo w Łodzi obciąża demokrację i debatę. A przecież nikt w Polsce nie wzywa do uśmiercania polityków PiS, knajackie czy chamskie metafory to nie apele o zabójstwo.

      Zachowywaliśmy się zbiorowo tak, jakbyśmy przyznawali - za Kaczyńskim - że granica między demokracją a krwawą przemocą jest płynna i krucha. Ba, że taka przemoc leży w naturze demokracji, na ogół niezbyt eleganckiej i estetycznej.

      Otóż nie leży.

      Fundamentem władzy w demokracji jest opinia ludzi równych w wolności, a nie terror. Powinni o tym pamiętać politycy przepraszający dziś za ekscesy słowne przy okazji morderstwa, bowiem stają się bezwiednymi wspólnikami Jarosława Kaczyńskiego i jego myślenia o demokracji.

      Zamiast więc brnąć w nonsensy o śmiercionośnym systemie, należałoby raczej zastanawiać się, jak sprawić, by coraz więcej ludzi czuło się równymi w wolności.

      wyborcza.pl/1,76498,8555711,Niebezpieczna_choroba_przepraszania.html
      • gaika Re: Niebezpieczna choroba przepraszania 24.10.10, 23:49
        Świetny tekst Beylina.

        ***

        Coraz więcej polityków obejmowanych jest ochroną BOR-u. To ponoć ci, którzy znaleźli się na liście, bądź w kręgach zainteresowania, siedzącego teraz w ciupie łódzkiego zabójcy.
        Mam nieśmiałe pytanie: przed kim są chronieni ?


        Pytany o to, ile jest takich osób, Miller powiedział: "kilka, kilkanaście". - To są różne nazwiska, nie tylko z listu, który sprawca miał przy sobie, ale również z jego poszukiwań miejsc, gdzie mógłby spróbować przemocy wobec polityków - powiedział szef MSWiA.

        wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80271,8561042,Minister_ujawnia__ochrone_BOR_zaproponowano_kilkunastu.html

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka