diabollo
04.01.11, 19:49
Prowizja od dzieci
Jacek Żakowski
Od kiedy po władzę ruszył obóz IV RP, a zwłaszcza odkąd rządzi Donald Tusk, wciąż słychać narastające wezwania do wielkich reform i do cięcia rozdętych wydatków. A szczególnie do "reformy finansów publicznych"
Ideałem mającym w polskiej debacie najwięcej zwolenników są zaś reformy twarde, bolesne i zwłaszcza niepopularne. Takie, których wprowadzenie boli i rodzi sprzeciw, wymaga więc przełamania zmasowanego oporu. A rząd musi być gotowy zapłacić za nie bezpowrotnym pożegnaniem się z władzą.
Wzorem niedościgłym zdaje się rząd Buzka i Balcerowicza. Bo na śmierć skazał on obie tworzące go partie (AWS i UW), gdy pokonując zmasowany opór, nie ulegając protestom ani ostrzeżeniom, odważnie i bezkompromisowo wprowadził cztery wielkie, kosztowne i nieudane reformy.
Nauczony tym doświadczeniem rząd Tuska przez trzy lata wolał reformy małe i sensowne od dużych i bezsensownych. Nawet kiedy robił dość grube reformy, przedstawiał je jako w istocie drobne i bezbolesne. Tak było z zastąpieniem emerytur wcześniejszych pomostowymi czy z wydłużeniem czasu pracy nauczycieli. Teraz, na przekór sceptykom twierdzącym, że w roku wyborczym nic dobrego się już nie wydarzy, rząd zdecydował się na wielką, radykalną, bolesną i budzącą zmasowany opór reformę.
Zwolennicy reform wielkich, odważnych i twardych powinni być wniebowzięci. Bo reformując OFE, rząd tnie rozdęte wydatki socjalne, potania działanie państwa i stabilizuje finanse publiczne w sposób prawdziwie bolesny dla bardzo silnej grupy. W imię reformy finansów demonstruje gotowość zmierzenia się z potężnym sprzeciwem.
Zachwytów jednak nie słychać. Bo pierwszy raz od dawna reforma jest bolesna nie dla tych co zwykle i ogranicza nie te "rozdęte" wydatki co zazwyczaj.
Zamiast emerytom rząd zabrał publiczne pieniądze tym, którzy na emerytach (przyszłych) od dziesięciu lat robili łatwe i pewne kokosy. Tym razem nie bary mleczne tracą i nie samotne matki (jak za Leszka Millera), lecz OFE i ich potężne spółki-matki. Muszą się pożegnać z wynoszącą jakieś 400-500 mln zł rocznie prowizją za przechowywanie części publicznego długu. Za tę samą usługę ZUS weźmie kilkadziesiąt milionów. A gdyby nie ubiegłoroczna obniżka prowizji, OFE brałyby za to z grubsza biorąc miliard. Takich zysków nikt bez walki nie oddaje.
Każdy, komu by odebrano kilkusetmilionowy prezent od budżetu, miałby prawo szczerze się oburzyć, wznosić okrzyki o rozmontowywaniu reformy, straszyć nędzą przyszłych emerytów i przerzucaniem kosztów na dzieci oraz wnuki. Trudno się więc temu wiejącemu z mediów oburzeniu dziwić, a tym bardziej mieć o nie do kogoś pretensje. Ale ulegać mu raczej nie warto, dopóki rząd nie przedstawi solidnych projekcji przyszłych emerytur, a jego krytycy ich równie solidnie nie obalą albo nie polegną na próbach ich obalenia.
Tymczasem zaś warto wrócić do tego, co tak czy inaczej jest konieczne i oczywiście dobre nie tylko dla tegorocznego budżetu, ale też dla naszej przyszłości. Czyli do podniesienia wieku emerytalnego, do zrównania emerytalnych praw mężczyzn i kobiet, a zwłaszcza do tworzenia spójnego rządowego programu pronatalistycznego. Bo bez efektywnej narodowej strategii demograficznej żadne reformatorskie cuda nie pomogą i nie będziemy mieli sensownych emerytur.
W cuda wierzyć nie warto. Nawet cud procentu składanego nas nie uratuje, jeśli w Polsce nie zaczną rodzić się dzieci, które kiedyś zarobią na nasze emerytury. Sęk w tym, że nikt jeszcze nie wymyślił prowizji od dzieci, więc żadna potężna grupa nie ma interesu, żeby się rodziły.
wyborcza.pl/1,90914,8894642,Prowizja_od_dzieci.html