Wspólnota dotkniętych
Cezary Michalski
Jak zrobić „materiał” telewizyjny pokazujący narodową jedność („tę, która istniała, kiedy papież umierał, kiedy wydarzył się Smoleńsk, ale potem… została zniszczona…”

? Trzeba wziąć migawki z czyjegoś pogrzebu, najlepiej z jak największą grupą ludzi, zdjąć z nich wszelkie kolory, położyć filtr w sepii, a potem zilustrować to wszystko muzycznie za pomocą najbardziej badziewiarskiego hipermarketowego muzaka, najlepiej na pianinie i oczywiście w tonacji mol przebijanej czasami jakimś zniewalającym akordem septymowym wyrażającym nadzieję wyglądającą zza obłoków smutku (trzeba przyznać, że Jaruzelski robił takie rzeczy wyłącznie przy użyciu Chopina). To wiedzą wszyscy, od Telewizji Trwam po TVN24, nawet jeśli publiczna nadal w tym celuje.
Jak zniszczyć polskie państwo i polską politykę zagraniczną za pomocą raportu MAK? - to też wiedzą wszyscy, znaczna część polskich polityków, a nawet znaczna część polskich dziennikarzy. I nawet robią, co wiedzą. Jak jednak polskie państwo i polską politykę zagraniczną przed raportem MAK uratować? - to wydaje się obchodzić niewielu polskich polityków, a nawet dziennikarzy. Nie do tego w końcu służą, żeby ratować, ale żeby dać świadectwo. No więc dają. Próbując zepchnąć Tuska do narożnika, nawet jeśli wiedzą doskonale, że rozgrywającym jest Putin.
Oczywiście względny konsensus w polskiej polityce zagranicznej nie został zerwany dzisiaj, ale gdzieś tak w początkach 2006 roku, kiedy dwie prawice konsumowały swoje podwójne zwycięstwo, a robiły to w jedyny znany sobie sposób, żrąc się nawzajem. W tle Macierewicz wyzywał publicznie Geremka od sowieckich agentów, Geremek zwoływał konferencje prasowe w europarlamencie, żeby tam ostrzegać przed „prawie Putinem”, a wszyscy, prawie wszyscy, kibicowali jednej albo drugiej stronie. I wszyscy, prawie wszyscy, świetnie się bawili. Ostatecznie stanęło na tym, że Tusk będzie próbował rządzić Polską całkiem sam (to więcej niż trudne), a Kaczyński nie pozwoli rządzić Polską nikomu, skoro jemu nie pozwolono. Wszystko to było przykre do oglądania, ale pozornie wciąż jeszcze nie niebezpieczne.
Dopiero dzisiaj „tryumf republikańskiej polityczności” w obszarze polskiej myśli państwowej i polskiej polityki zagranicznej wydaje swoje najbardziej zatrute owoce. Zamiast wspólnie radzić sobie z raportem Anodiny, z jego piarowymi nadwyżkami i niedopowiedzeniami, Tusk nadal próbuje rządzić sam, a inni (politycy i dziennikarze) starają się mu udowodnić, że rządzić Polską w ogóle się nie da. Wkrótce wszyscy pójdziemy na Moskwę (oczywiście już na wysokości Wołomina przewracając się o własne sznurowadła), żeby znaleźć tam zamachowców i ich srogo ukarać. No chyba, że zadowolimy się ukaraniem Komorowskiego i Tuska, których Kaczyński szparko obsadzi w smoleńskej wieży kontrolnej, podobnie jak wcześniej bez żadnych problemów obsadzał Niesiołowskiego w roli mega komucha, a Edwarda Gierka w roli ostatniego przedstawiciela polskiej myśli mocarstwowej.
Jak już będziemy na tę Moskwę maszerować, bezprzedmiotowe staną się logiczne wątpliwości (zasada wyłączonego środka, w dużym przybliżeniu), że Rosja albo jest imperium zła, albo normalnym państwem, które do gry z Zachodem potrzebuje w miarę normalnych stosunków z Polską (nawet jeśli, jako „rozgrabione imperium”, cyt. za Włodzimierz Marciniak, buduje te normalne stosunki z subtelnością słonia w składzie porcelany). Jeśli dzisiejsza Rosja jest imperium zła, nie należy jej pomagać w tym, żeby rozchwiewała polską politykę zagraniczną i wewnętrzną w wybranym przez siebie rytmie i metodami dla siebie nad wyraz tanimi. Nawet najbardziej sarmaccy patrioci nie powinni tego robić, no chyba że są w istocie najlepiej zainstalowanymi agentami imperium zła. Jeśli natomiast dzisiejsza Rosja jest normalnym państwem (ach, jakież te normalne państwa są wredne), które pragmatyczno-cynicznie potrzebuje w miarę poprawnych stosunków z Polską w momencie budowania w miarę poprawnych stosunków z całym Zachodem, to nawet próbując wykończyć Komorowskiego i Tuska na własnym podwórku nie wolno - z uwagi na sterowność i przewidywalność polskiej polityki zagranicznej - bredzić o zamachu i szantażować Tuska, że jak nie pomaszeruje na Moskwę, żeby sprawców zamachu ujawinić, a potem ukarać, to… „powinien natychmiast podać się do dymisji” (cyt. tym razem za Markiem Jurkiem, szlachetnym wyznawcą bardzo silnych wartości, który wygrzebał się z otchłani jednoprocentowego poparcia, żeby się włączyć do ogólnej młócki, bo może Król-Tusk padnie i będzie można skubnąć jakiś klejnot z jego bogatej politycznej szaty). Wszyscy pomału zapominają, że nie należy składać całej polskiej polityki zagranicznej na smoleńskim stosie, bo przecież w tym samym czasie gramy o naszą pozycję w Unii, gramy o Białoruś…
Jednak zamiast choćby prób racjonalnego zachowania, w polskiej polityce (i mediach) prowadzona jest brawurowa licytacja na „bycie oplutym”. Licytację odpalił Kłopotek, któremu już wcześniej durne odzywki zapewniły pozycję złotych ust PSL-u (politycy innych partii uczcie się i naśladujcie, a na pewno traficie do Rymanowskiego). Powiedział, że czuje się jakby ktoś „napluł mu w twarz”. Jest to oczywiście plagiat z zapomnianego już nieco hymnu „Samoobrony” („ten kraj jest nasz i wasz, nie damy bić się w twarz”

, ale w końcu „Samoobrona” była najpoważniejszym konkurentem PSL-u, który walczył z nią i wygrał kopiując co bardziej efektywne chwyty. Kłopotka (i hymn „Samoobrony”

szybko przelicytowała Anna Fotyga twierdząc, że nie w twarz, ale „w pysk nam napluto”. Teraz po szerokim trakcie podążają (skaczą w workach z jajkiem na łyżce trzymanej w zaciśniętych zębach) na wyścigi Czarnecki, Sakiewicz, Krasnodębski, Kępa…
Po wiekach ucisku wciąż popularna jest w Polsce odmiana patriotyzmu wyrażająca się wyłącznie w przeżywaniu upokorzenia. Nie ujawnia się w chwilach zwycięstw (było ich za mało), nie wyraża w pracy, ale jak tylko poczuje okazję do masochistycznego tarzania się w błocie… wówczas mamy święto, rozpalamy grilla albo stosy, zresztą wszystko jedno, przy stosie tak jak przy grillu można się pożywić.
Patrioci tego typu wydają się cierpieć na psychozę maniakalno-depresyjną, nazywaną też „chorobą afektywną dwubiegunową”. W późnym wieku cierpiał na to Herbert (cyt. za Tomasz Jastrun i Jacek Żakowski, zatem mam chyba prawo cytować), a więc nieprzypadkiem to jego użyto (użyliśmy?) jako sztandar wspólnoty dotkniętych. Patrioci tego typu oscylują pomiędzy poczuciem absolutnego upokorzenia, a snem o potędze; pomiędzy „jagiellońską polityką zagraniczną”, a „dziadowskim państwem”. Moje pokolenie jest tym syndromem szczególnie dotknięte. Ukształtowaliśmy się przecież pomiędzy „Posłaniem do Robotników Europy Wschodniej”, a upokorzeniem Stanu Wojennego (nadzwyczaj łatwym spacyfikowaniem naszej wyobrażonej republikańskiej potęgi, nawet bez przywoływania na odsiecz „Europy Wschodniej”

. Po okrągłym stole też nie wiedzieliśmy - karmieni mitami przez wrogów i przyjaciół - czy to w końcu my obaliliśmy komunizm od Berlina po Władywostok (dopiero pieprzeni Chińczycy zatrzymali nas na placu Tiananmen, ale na nasze usprawiedliwienie trzeba przypomnieć, że jest ich półtora miliarda), czy też przeciwnie, zostaliśmy znów wycyckani przez „postkomuchów” i „ruskich”, zatem pozostaje nam tylko nasze zwyczajowe „wybili, panie, wybili”. Człowiek ukształtowany w takiej oscylacji nie hartuje się, ale wariuje, bo nie każdy jest przecież „człowiekiem z żelaza” (cyt. za Andrzej Wajda).
CDN...