diabollo
28.01.11, 17:34
... i prof. ekonomii jest takim tępakiem jak pan prof. Balczerowicz, niektórzy potrafią utrzymać kontakt z rzeczywistością i korygować poglądy ekonomiczne wraz ze zmieniającymi się warunkami otoczenia.
Okazuje się, że wśród wykształciuchów głupota pana Balcerowicza w cale nie jest taka oczywista.
Miłej lektury:
www.polityka.pl/kraj/rozmowy/1512298,1,rozmowa-z-doradca-prezydenta-prof-jerzym-osiatynskim.read
Lepsze kawałki:
"To oznacza wzrost udziału podatków w dochodzie narodowym. A wciąż słyszymy, że im wyższe podatki, tym wolniejszy rozwój gospodarczy.
Są kraje, które w długich okresach szybko się rozwijają mając wysokie podatki. Na przykład Skandynawia czy Daleki Wschód. Niemcy szybko się rozwijały mając wysokie podatki, a mając niższe, rozwijają się wolniej. Są też kraje, gdzie podatki są wysokie, a wzrost bardzo niski – na przykład Japonia. I są takie, gdzie jest niski wzrost przy niskich podatkach. Zwłaszcza w Trzecim Świecie. Teza, że niskie podatki dają szybki wzrost, nie znajduje jednoznacznego potwierdzenia w ekonomicznej empirii. Ale wzrost wydatków na leczenie nie musi oznaczać podnoszenia podatków.
Nie musi?
Jeżeli dzięki opiece zdrowotnej więcej osób dłużej i efektywniej pracuje, to zwiększa się dochód narodowy i wpływy z podatków rosną bez podwyższania stopy opodatkowania. Gdybyśmy mieli taki współczynnik aktywności zawodowej, jaki średnio ma Unia Europejska – czyli o 8 punktów procentowych wyższy – trzy czwarte tegorocznego deficytu by znikło.
Kiedy pan słyszy „reforma finansów publicznych”, zapala się panu lampka „poziom zatrudnienia”?
Jak słyszę „reforma finansów publicznych”, to myślę: znów będą tylko pomysły na cięcia. Bez namysłu, ile ma być państwa w państwie. I dlaczego. O to zawsze będzie polityczny spór. Podobnie jak będziemy się spierali, ile ma być państwa w gospodarce.
Kto w tej sprawie ma rację: Bielecki czy Balcerowicz?
Jestem bliżej Bieleckiego.
Mogą na polskim gruncie istnieć dobre państwowe przedsiębiorstwa?
PKO BP od wielu lat osiąga najlepsze wyniki w całym sektorze bankowym, a nadal państwo w nim dominuje, kontrolując firmy z dominującą własnością Skarbu Państwa, które mają akcje PKO BP. Jednak dla wyników firmy państwowej istotna jest nie tylko formalna struktura właścicielska, ale też jej kultura korporacyjna i także kultura ministerstwa, które je nadzoruje w imieniu Skarbu Państwa. Żeby przedsiębiorstwo mogło się zachowywać zgodnie z regułami rynku.
W sektorze bankowym to łatwe, bo regulacje są bardzo restrykcyjne. Da się wprowadzić równie wysokie standardy w mniej regulowanych branżach?
W Niemczech, Francji, Skandynawii się daje. Nie mam powodu sądzić, że polscy menedżerowie mają genetyczną skazę, uniemożliwiającą dobre kierowanie państwowymi firmami. Zresztą w bankach też można mniej lub bardziej pilnować kosztów.
To dlaczego w Niemczech kolej działa, a w Polsce nie?
Bo u nas – inaczej niż w Niemczech czy Francji – zwyciężył pogląd, że ważny jest tylko transport samochodowy. Nie inwestowaliśmy w kolej. I trudno było nam przyjąć do wiadomości, że kolej może zarabiać na frachcie, ale do regionalnych przewozów osobowych na ogół się dopłaca, traktując to jako inwestycję w rynek pracy i jego elastyczność.
Znów zbyt optymistycznie uwierzyliśmy w pararynek państwowych spółek kolejowych?
Podobnie jak w energetyce. Przez 20 lat niemal zamroziliśmy inwestycje w sieci energetyczne, nie mówiąc o budowie nowych bloków."
"A w OFE co zawiodło?
Trochę to samo. Ale też rodzi się nas mniej i żyjemy dłużej. To silnie wpływa na wysokość emerytur. Bez względu na to, czy jest pan w systemie solidarnościowym, czyli w ZUS, gdzie dzieci płacą na rodziców, czy w kapitałowym, czyli OFE, gdzie pan oszczędza na swoją emeryturę i od tych oszczędności narastają odsetki. Bo tak czy inaczej wypłaty emerytur muszą płynąć z bieżącego PKB. Mieliśmy nadzieję, że system kapitałowy zachęci ludzi, żeby pracowali dłużej, i że praca dla nich będzie, więc większy będzie PKB. Ale to samo można osiągnąć przez wprowadzenie indywidualnych rachunków emerytalnych i przejście od systemu zdefiniowanej wielkości emerytury do systemu zdefiniowanej składki w samym systemie ZUS. OFE nie są do tego potrzebne. I zresztą nie widać, żeby zachęciły ludzi do dłuższej pracy. Więc garnek z pieniędzmi się dzięki tej reformie nie zwiększył. A jakkolwiek byśmy liczyli, w skali państwa wydatki na powszechny system emerytalny muszą się równać liczbie pracujących razy średnia płaca razy procentowa składka emerytalna. Cudów nie ma.
To po co nam były OFE?
Żeby rozwiązać problem niekontrolowanego wzrostu udziału wydatków na emerytury w PKB. Bo kiedy silnie i trwale zwiększa się liczba emerytów w stosunku do liczby pracujących, utrzymanie równowagi między wypłatami emerytur a zgromadzonymi składkami wymaga zmniejszenia proporcji emerytury do ostatniej płacy albo zwiększenia składki, albo jakiejś kombinacji jednego i drugiego. Oczywiście trzeba tę tendencję hamować, m.in. podnosząc wiek emerytalny, ale po pierwsze, trzeba mieć dla ludzi pracę, a po drugie, nie można tego wieku podnosić bez końca. Więc – z OFE czy bez OFE – system staje się niestabilny.
To po co w 1999 r. głosował pan za stworzeniem OFE?
Bo w systemie solidarnościowym decyzję o obniżeniu stopy zastąpienia lub podniesienia składki musi podjąć rząd. Politycy muszą zdecydować, że średnia emerytura nie będzie wynosiła, jak dotąd, powiedzmy 65, ale 50 proc. ostatniej płacy. Niech mi pan pokaże rząd, który to zrobi.
A emerytów przybywa i ich siła polityczna rośnie.
W systemie kapitałowym to nie ma znaczenia. Decyzję podejmie rynek. Jego niewidzialna ręka. W odniesieniu do części składki inwestowanej na giełdzie to rynek wyceni środki na pana koncie emerytalnym. Demografia wskaże, ile życia ma pan statystycznie przed sobą. Komputer wyliczy, ile pan dostanie co miesiąc. Tu już żadnej polityki nie trzeba.
Czyli przyczyna była polityczna, nie ekonomiczna?
Wiedzieliśmy, że stopa zastąpienia musi być obniżona o jakieś 7–8 punktów procentowych. Z 67–68 do mniej więcej 60 proc. Ale nie docenialiśmy tempa niekorzystnych zmian demograficznych. Dziś wiele wskazuje, że średnia emerytura może wynosić mniej niż połowę średniej płacy.
Kto zarabia trzy tysiące miesięcznie, ten dostanie półtora?
Mówimy o przeciętnej. To znaczy, że wiele osób dostanie jeszcze mniej.
OFE nie pomogą?
Jak mogą pomóc, skoro źródłem problemu nie jest sposób wyjmowania pieniędzy z PKB, ale demografia, na którą OFE nie mają wpływu? Zmiany demograficzne stanowią wyzwanie, którego rozwiązanie wymaga zawarcia nowej umowy społecznej."