Dodaj do ulubionych

Bunga bunga przed trybunałem

17.02.11, 22:18
Bunga bunga przed trybunałem
Michał Sutowski

„Niech żyje Italia, co wciąż chce wierzyć w ten sen. Jesteśmy z Tobą, premierze. Dzięki Bogu, że mamy Silvio” – słowa wyborczego hymnu włoskiej partii Lud Wolności dobrze oddają sens polityki we Włoszech. Niezatapialnego premiera Włoch czeka jednak w kwietniu proces z poważnymi zarzutami. Płatny seks z nieletnią i nadużycie stanowiska dla prywatnych celów – łącznie do 12 lat więzienia. Proces nie pierwszy i pewnie nie ostatni. Być może jednak przełomowy – „jeśli nie teraz, to kiedy?” pytało prawie milion protestujących w ostatni weekend.

Przełom nie polega na tym, że Silvio Berlusconi jakimś konkretnym czynem „przebrał miarę”. Bo czegóż nowego się Włosi dowiedzieli? Że premier „sponsoruje” o pół wieku młodsze dziewczyny? (choćby nieletnie, któż by im tam w legitymacje szkolne zaglądał…wink? Że w imię własnego widzimisię wystawia kochanki do europarlamentu? Że urządza „dyplomatyczne” orgie w swych po bizantyjsku urządzonych rezydencjach? Że korumpuje wszystkich naokoło w parlamencie przepycha „pod siebie” kolejne ustawy, abolicje i immunitety?
Blisko siebie nawarstwiło się jednak kilka czynników. Zachwiała się – po sporze z Gianfranco Finim, wiernym dotychczas sojusznikiem – twarda większość we włoskim parlamencie. Wielu Włochów – tych „zwykłych”, często niezamożnych, zniesmaczyła historia zniszczonego w 2009 roku trzęsieniem ziemi miasteczka L’Aquila, którego odbudowa właściwie nie postępuje – pomimo szumnych zapowiedzi premiera. I wreszcie – coś pękło w samym społeczeństwie, które od bardzo dawna nie wyszło tak licznie na ulicę. Protesty (głównie kobiet) w 30 miastach Włoch pokazują, że pewien wzorzec kulturowy przestaje być oczywisty – ten sam, który w dużej mierze odpowiada za dotychczasowe sukcesy polityczne Berlusconiego. Bo choć Berlusconi lewicy nie znosi (wszystkich przeciwników wyzywa od komunistów), choć intelektualista z niego raczej średni – to lekcję włoskiego marksisty Gramsciego przyswoił świetnie. Lekcję, która mówi, że kluczem do politycznego panowania jest hegemonia w kulturze.

A kulturę masową we Włoszech Berlusconi nie tyle opanował, co po prostu stworzył. Od ponad trzech dziesięcioleci uprawia coś, co jego przeciwnicy nazywają „powszechną lobotomią narodu” – należąca do niego niemal cała włoska telewizja zalicza się do najbardziej odmóżdżających na świecie. Dominacja jednego podmiotu na rynku telewizyjnym i wydawniczym nie tylko utrudnia polityczną krytykę rządu – przede wszystkim kształtuje obraz świata, w którym podstarzały, rubaszny satyr z nastoletnim haremem dookoła może być obiektem powszechnego podziwu. Nie każdego włoskiego mężczyznę stać wprawdzie na seraj kochanek, ale każdy może sobie pooglądać podlewane konewką (!) modelki, wcześniej obejrzawszy – jakkolwiek często „ustawiony” – mecz. To po stronie przyjemności – bo są i zagrożenia. Przede wszystkim imigranci (choć wielu z nich pracuje na czarno, na czarno też wynajmuje mieszkania, ku ogólnemu zadowoleniu wielu Włochów); część można zamknąć w obozie (Lampedusa); reszta stanowi wygodny obiekt dla „patroli obywatelskich”, które zamiast policji oczyszczają ulice z tzw. elementu (cudzoziemcy, bezdomni…wink. Krótko mówiąc: wulgarny wariant kultury zdziecinniałego macho, kochającego mamę (u której mieszka nieraz do czterdziestki) i tradycyjny porządek (przeciw aborcji i eutanazji) z kobietą jako obiektem: łowów, westchnień, adoracji. Idealnie to wszystko współgra z wizerunkiem „chorego na kobiety” premiera, który ucieleśnia włoskie marzenia o osobistym sukcesie.

„Nie sąd, lecz naród rozstrzygnie o losie swego premiera” – to jego własne słowa. Gdy sędziowie Falcone i Borsellino walczyli o oczyszczenie włoskiego życia publicznego, stanęła za nimi duża część społeczeństwa i ważny, mentalny przełom. Choć zginęli obaj, zabici przez mafię w 1992, przynajmniej część ich dzieła udało się dokończyć – walka z korupcją wywróciła do góry nogami scenę polityczną kraju.

Odejście „berlusconizmu” (systemu, nie tylko premiera) wymagałoby przede wszystkim powszechnej (!) rewolucji kulturowej. W kategoriach Kulturkampfu (radośni, zmysłowi „wolnościowcy” kontra sojusz lewaków, feministek i nudnych purytanów) definiuje ataki na siebie on sam. Milion kobiet na ulicach włoskich miast w ostatni weekend dało jednak wyraźnie do zrozumienia, że takie postawienie sprawy im nie odpowiada.

Jak pisze włoska publicystka Anna Masera, „dość gorzko przyznać, że w roku 2011 włoskie kobiety wychodzą na ulice tylko po to, by przypomnieć, że poza ciałem mają jeszcze umysł, podczas gdy w bardziej cywilizowanych krajach walczą o urlopy ojcowskie, lepszą opiekę przedszkolną i progresywne prawo adopcyjne”. Być może właśnie to banalne, acz głośne zawołanie, że kobieta też ma mózg – dla czarującego Silvio rzecz mocno nieoczywista – może okazać się dla niego ciosem o największej sile rażenia. Skądinąd sądzić go będą… trzy kobiety. Urok satyra może już nie wystarczyć.

www.krytykapolityczna.pl/MichalSutowski/Bungabungaprzedtrybunalem/menuid-295.html
Obserwuj wątek
    • diabollo Jeszcze fragment starego felietonu pana Piątka: 17.02.11, 22:29

      (...) Bo ja to już wszystko widziałem albo o tym słyszałem, albo o tym czytałem - we Włoszech. We Włoszech aż do końca lat 60. było mniej więcej tak, jak u nas. Kato-Kościół jako jedna z najpotężniejszych mafii, łapczywie broniąca swojej władzy nad włoskim ludem, włoskim parlamentem i włoskim prawem. Złość wobec tej mafii narastała, ale masońscy demokraci laiccy starej daty już dogadali się z kato i umywali ręce. Niechęć do kato została więc pozostawiona komunistom i napiętnowana jako komunistyczna, posłana do kąta, który jest czerwonym kącikiem. Wiadomo było, że komuniści, choćby nie wiem jak euro, nie będą rządzić w kraju NATO, więc musi rządzić kato. I nagle - zaczęła się seria prowokacji. Rolę Palikota odgrywał w nich szef Partii Radykalnej, Marco Pannella. Żaden komunista ani masoński dziadunio, tylko młodzieńczy (wówczas) happener ultraliberalny. Okazało się, że niechęć do kato nie musi być czerwona. Okazało się, że nie musi być bezsilna. Okazało się, że może być cool. Kato zrobiło się coraz bardziej disprezzato, katolicyzm stał się obciachem dla klasy średniej, biskupi więc stracili kontrolę nad tą częścią społeczeństwa, która w kapitalistycznej demokracji jest kluczowa. I po dziesięciu-piętnastu latach aborcja stała się legalna, a po dwudziestu kato-chadecja nie tylko przestała rządzić, ale została zmiażdżona. Żeby znowu dorwać się do koryta, musiała błagać o pomoc kogo? Tych złych komunistów.

      Ale w ostatecznym rozrachunku kto wygrał? Nie komuniści, neokomuniści, ani postkomuniści sprzymierzeni z postchadecją. Wygrał plastik czyli Berlusconi. A Marco Pannella okazał się wielkim przyjacielem Berlusconiego.

      Pisałem kiedyś, że plastikowa-pseudomodernizacja nie musi oznaczać dekatolicyzacji Polski. Teraz widzę, że jednak musi. Nawet pod tym względem Polska nie okaże się oryginalna. Podążamy śladem bratniego katolickiego narodu włoskiego. U nas też zaczęła się plastikowa dekatolicyzacja. Krzyż z puszek po piwie, bilbordy napędzające sprzedaż drwiną z Zimnego Lecha - wszystko to jest odpowiednikiem plakatu Toscaniego reklamującego dżinsy Jesus (tyłek kobiety w dżinsowych szortach i hasło a la biblijne: „Kto mnie kocha, podąża za mną”wink. O tym plakacie pisał z gniewem Pasolini, komunista, ateista i homoseksualista, prawdziwy obrońca Krzyża.

      Co nam niesie ten przypływ plastiku? Tusk pewnie się za jakiś czas skończy, bo ma krótką datę przydatności do medialnego spożycia. Dzidzia-piernik, próbująca nas zauroczyć wdziękiem coraz starszego wiecznego chłopca - ile można na to patrzeć? A kiedy ten pierniczek stanie się już zbyt twardy, wtedy przyjdzie Berluskoński. Nasz polski. Kim on będzie? Gdzie się kryje? Nie wiem.

      Wtedy kato-Kościół będzie już tylko instytucją geriatryczną, trzęsącą się podwójnie - bo ze starości i nad swoim stanem posiadania. Nowe plastikowe bóstwa tak powiedzą biskupom: „Róbcie, co każemy i ani mru-mru. Nawet jeśli każemy prymasowi wystąpić w Go-Go Club Reality Show. Nawet jeśli każemy wam ogłosić, że koprofagia to najlepszy sposób na integrację pracowników z menedżmentem. Macie nas popierać bez zastrzeżeń. Resztki waszych wiernych mają głosować na nas i kupować nasze towary. Bo jak będziecie niegrzeczni, to przyjdzie lewica. I zabierze wam jedyną rzecz, która została nietknięta z waszego zdezelowanego imperium. Majątek”. I kato-Kościół, po raz kolejny w historii, sprzeda Jezusa za trzydzieści miliardów srebrników.

      www.krytykapolityczna.pl/TomaszPiatek/Katosiedoigralo/menuid-215.html
    • gaika Re: Bunga bunga przed trybunałem 17.02.11, 23:04
      diabollo napisał:


      > że kobieta też ma mózg
      >  – dla czarującego Silvio rzecz mocno nieoczywista 

      I taka mi się paralela nawinęła -od korzeni główka gnije.


      Tam abp Życińskiego żegnali domownicy: osobisty sekretarz ks. Tomasz Adamczyk i siostry zakonne, które posługiwały w pałacu arcybiskupim.


      Skąd miałby plastikowy wiedzieć, że kobita nie tylko służyć może. Wzorce, wzorce, żeby nie powiedzieć matryca.
      • diabollo Re: Bunga bunga przed trybunałem 18.02.11, 07:45
        gaika napisała:

        > > że kobieta też ma mózg
        > >  – dla czarującego Silvio rzecz mocno nieoczywista̴
        > 1;
        >
        > I taka mi się paralela nawinęła -od korzeni główka gnije.
        >
        >
        > Tam abp Życińskiego żegnali domownicy: osobisty sekretarz ks. Tomasz Adamczy
        > k i siostry zakonne, które posługiwały w pałacu arcybiskupim.

        >
        >
        > Skąd miałby plastikowy wiedzieć, że kobita nie tylko służyć może. Wzorce
        > , wzorce, żeby nie powiedzieć matryca.

        Tak mi się też pociągnęło... wartości... chrześcijańskie...

        Kłaniam się nisko.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka