diabollo
19.02.14, 07:44
Magdalena Środa
Dlaczego prezes Kaczyński nie ma dzieci? Bo ma inny plan swojego życia. I nawet gdyby mu rząd Tuska dał duże becikowe, obiecał darmowy podręcznik, zbudował zimowy orlik i jeszcze dorzucił 500 zł za każde kolejne dziecko, to zapewne i tak nie założyłby rodziny i nie poświęcił się wychowaniu dzieci.
Dlaczego więc prezesowi Kaczyńskiemu wydaje się, że z kobietami jest inaczej? Że powołaniem i marzeniem kobiet jest dużo rodzić i tylko zła polityka Tuska stoi na przeszkodzie, by te marzenia stały się rzeczywistością? A staną się - obiecuje prezes - jak tylko PiS dojdzie do władzy.
Jarosław Kaczyński nie może zrozumieć, że tak jak jemu polityka wypełnia całe życie i nie ma w nim miejsca na rodzinę, tak dzisiejszym kobietom życie wypełnia nie tylko macierzyństwo i rodzina. I te 500 zł naprawdę niewiele zmieni. Naiwność (ignorancja?) Kaczyńskiego jest tu podobna do naiwności Tuska i wielu innych polityków, którzy traktują kobiety jak psy Pawłowa, licząc na to, że zmienią współczynniki demograficzne, gdy sypną nieco (ale tylko nieco!) groszem. Politycy nie rozumieją, że nie da się zbudować nowoczesnego państwa bez nowoczesnego społeczeństwa, i nie rozumieją, że nie da się wymusić płodności kobiet bez należytego szacunku dla ich praw i autonomii.
Nie wiem, ile lat jeszcze będę musiała czekać, by rządzący panowie zrozumieli, że w kwestiach demografii mają trzy drogi. I tylko trzy: jedna to porządna polityka socjalna. Porządna, a nie oparta na "datkach". Potrzeba nam żłobków, przedszkoli, zmian na rynku pracy (jego feminizacji, to znaczy dostosowania warunków pracy do potrzeb wychowawczych), zmian w mentalności. Potrzeba nam pieniędzy, które "idą" za dzieckiem, a nie za rodziną, efektywnego wspierania osób wychowujących dzieci niepełnosprawne, pełnej ściągalności alimentów lub państwowego funduszu alimentacyjnego, no bo skoro w Polsce jest tak wielkie przyzwolenie na porzucanie kobiet i wymigiwanie się mężczyzn od odpowiedzialności za pozostawione dzieci, to państwo, które nie próbuje nawet tego zmienić (na przykład przez równościową edukację już od przedszkola czy eliminacje stereotypów w podręcznikach), powinno płacić.
Druga droga polega na uznaniu praw kobiet, przede wszystkim prawa do decydowania o własnym macierzyństwie. Prawa tego każdy kolejny rząd kobietom odmawia, traktując je jak dzieci, nad którymi trzeba sprawować ojcowską, surową kontrolę (rolę tę w rządzie Tuska chętnie na siebie bierze katolickie Ministerstwo Sprawiedliwości oraz prof. Zoll). Tymczasem przykład Wielkiej Brytanii (gdzie Polki rodzą na potęgę) pokazuje, że tylko tam, gdzie kobiety czują się wolne, a rząd zapewnia im bezpieczeństwo, a nie przymus (!) rodzenia, rośnie dzietność.
No i trzecia droga: otworzyć granice. Na świecie są miliony ludzi, którzy chcieliby pracować, modlić się i mnożyć w takim kraju jak Polska. Wystarczy im to umożliwić.
Każda z tych dróg wymaga jednak spełnienia pewnych warunków wstępnych. Droga pierwsza wymaga rzeczywistej woli politycznej i środków finansowych niezbędnych do realizacji prokobiecej (a nie tylko prorodzinnej) polityki socjalnej. Droga druga: uznania praw kobiet, czyli faktu, że kobieta też jest człowiekiem, a nie maszynką do rodzenia. Droga trzecia: przezwyciężenia narodowej ksenofobii.
Nie widzę polityka, a na pewno nie jest nim Kaczyński, który mógłby spełnić te warunki. Lecz może wystarczy - panie prezesie - się zastanowić, dlaczego nie ma pan dzieci.
wyborcza.pl/1,75968,15484552,Prezes_i_problem_dzieci.html