Dodaj do ulubionych

Posprzątane

24.02.14, 19:20
Jakub Janiszewski

Jak gej może gejom zrobić coś takiego – połączyć ich, tak po prostu, ze zwykłym, chamskim seksem?

Całkiem niedawno koledzy z redakcji Dziennika Opinii donieśli mi, wyraźnie zaniepokojeni, że znalazłem się w bibliografii zimowego numeru ultrakatolickiego kwartalnika „Fides et Ratio”. A raczej moja książka Kto w Polsce ma HIV?. W zasadzie nie podzielałem ich niepokoju i dalej go nie podzielam, ale rozstrzał interpretacji mojej książki jest tak szeroki, że postanowiłem skorzystać z przychylnych mi łamów i powiedzieć w tej sprawie parę słów. Bo może jednak pora zacząć się bronić.

Zastanawiam się jednak, przed kim konkretnie.

Publicysta „Fides et Ratio”, częstochowski psycholog, a z doskoku autor „Frondy”, napisał kiepski i mocno stronniczy komentarz do skompromitowanych badań prof. Marka Regnerusa o mrocznych konsekwencjach wychowywania dzieci w homorodzinach. Fakt, że badanie nie trzymało się kupy, zostało skwitowane stwierdzeniem, że poniekąd musiało, bo i same związki gejowskie niczego się nie trzymają, ciągle się puszczają, co też opisali Janiszewski w Kto w Polsce ma HIV? i Witkowski w Lubiewie bez cenzury.

Już samo to stwierdzenie (mniejsza o dobór źródeł) jest tak głupie, że nawet nie sposób się porządnie rozzłościć. Tak więc nie, nie umiem się przejąć tym, że z tezami zawartymi w Kto w Polsce ma HIV? tzw. inteligenci katoliccy robią, co chcą. To nie ma żadnego znaczenia. To było do przewidzenia jako folklor lokalny.

Tym samym folklorem były dla mnie enuncjacje Tomasza Terlikowskiego, który pół roku temu, po wywiadzie, jakiego udzieliłem „Dużemu Formatowi”, zadeklarował na portalu Frondy, że będzie się za mnie modlił. To też było komiczne i też pozbawione znaczenia. Tak samo jak pozbawiony znaczenia jest w gruncie rzeczy polski Kościół katolicki – zapaździała instytucja oparta na lęku i śpiewaniu godzinek. Przede wszystkim jednak – niezdolna do myślenia.

Pamiętam, jak w późnych latach osiemdziesiątych robiło oszałamiającą karierę straszliwie licealne hasło „Ludzie – myślcie! To nie boli”. Otóż myślenie, wbrew temu, co zdawało się twórcy tego hasła, boli, i to bardzo. Jeśli naprawdę ma prowadzić do czegoś twórczego, przebiega w konflikcie, także wewnętrznym. Dochodzenie do jakiejkolwiek nowej, prawdziwie oryginalnej myśli nie jest ani proste, ani oczywiste i zawsze sporo kosztuje. Przede wszystkim jednak nigdy nie zasila go żaden dogmat. I to właśnie powód słabości polskiego katolicyzmu. Kościół z dnia na dzień słabnie, bo jest bezmyślny i nietwórczy. Jako taki może już tylko generować pozór refleksji w postaci antygenderowej, antygejowskiej czy anty-animal-science’owej papki. I nic dziwnego, że robi to w coraz bardziej obronny, coraz bardziej agresywny sposób.

Dużo bardziej od samego goniącego własny ogon Kościoła niepokoją mnie ci, którzy nie zauważają upadku tej instytucji, dalej powtarzając, że to najważniejszy w Polsce aktor społeczny. Że bez niego nie wygra się żadnych wyborów.

Tacy, co to lubią sobie wyszukiwać rozmaitych „fajnych księży” i „mądrych duchownych”, trzymać kciuki za Lemańskiego i obkleić sobie drzwi nalepkami w obronie Bonieckiego.

Widzą szaleństwo Terlikowskiego, ale nie zamierzają zauważyć, że dokładnie takie samo szaleństwo kazało urzędnikom Watykanu wyretuszować zdjęcie Konferencji Episkopatu Dominikany z podobizną arcybiskupa Wesołowskiego. Widzą rzeczywitość, ale tylko w tym kawałku, który pozwala zakładać, że szkodliwe instytucje nie psują ludzi. Zupełnie jakby był 1983 rok, a oni powtarzali, że przecież w wojewódzkich komitetach PZPR dalej są także uczciwi i porządni ludzie.

I to właśnie myślenie takiego „zgniłego środka” jest dla mnie prawdziwym problemem, nie Terlikowski i jego Fronda. Bo w gruncie rzeczy panowie z tej ekipy o tyle słusznie odczytują moje przesłanie, że faktycznie, będąc w pełni władz umysłowych uważam, że promiskuityzm jest jedną z podstawowych cech mniejszości gejowskiej. Tyle tylko, że moim zdaniem to nie jest oskarżenie, bo nie da się w żaden jednoznaczy sposób stwierdzić, czy to dobrze, czy źle. Nie wiem, czy wstrzemięźliwość seksualna ludzi ulepsza, chyba raczej niekoniecznie. Ale to, że seks niesie ze sobą cały zestaw rozmaitych ryzk, to też fakt niezaprzeczalny.

Promiskuityzm sam w sobie nie może być, moim zdaniem, żadną podstawą do ograniczania czyichkolwiek praw. Ani małżeńskich, ani adopcyjnych. To, że dana grupa celebruje seks, nie oznacza wcale, że w jej obrębie nie znajdą się tacy, którzy zechcą swoją seksualność zrepresjonować – tak jak wymaga tego wychowywanie dzieci czy wierność partnerowi. W przeciwieństwie do OFE seks z wieloma parterami jest biznesem, z którego zawsze można się wypisać, czasem nawet bez większych strat. I z pewnością są mężczyźni, którzy znajdują w sobie gotowość i motywację, by taką decyzję podjąć i się jej konsekwentnie trzymać. Podobnie jak i tacy, którzy nigdy nawet takiego przygodowego życia nawet nie spróbowali.

To ciekawe, że po publikacji książki, a jeszcze bardziej po wywiadzie w Wyborczej, jeśli z czegoś musiałem się tłumaczyć, to własnie z tego: że nie piszę, że przecież są i tacy, którzy się prowadzą grzecznie. Że ich nie dopieszczam, nie wystawiam za szkło, a nawet gorzej – ukrywam, pomijam, zupełnie jakby ich bohaterska wstrzemięźliwość niczego nie znaczyła i nie stawiała nas wszystkich w lepszym świetle.

To właśnie było tematem dla rozmaitych oburzonych, którzy po premierze książki słali do mnie dramatyczne epistoły. Nie to, że w Polsce problem zakażeń hifem rośnie, a HIV to nie jest lotny wirus. To można powiedzieć nawet tysiąc razy. Ale publicznie stwierdzić, że geje mają „więcej seksu”? Przecież tego słucha ksiądz Rydzyk i Krystyna Pawłowicz, co oni teraz o nas powiedzą! Jak gej może gejom zrobić coś takiego – połączyć ich, tak po prostu, ze zwykłym chamskim, seksem? Tak jakbyśmy byli mniejszością polityczną, etniczną, kulturową – ale nigdy seksualną! Jakby chodziło zawsze o wolność, demokrację, różnorodność, tęczę i same różowe smakołyki. Żadnych śluzowatych okropności, ble!

CDN...
Obserwuj wątek
    • diabollo Re: Posprzątane 24.02.14, 19:21
      Tych listów nie pisali ani czytelnicy Frondy, ani nawet „Tygodnika Powszechnego”, lecz tak zwani liberalni, zaangażowani, działający. Pisywały też siostry feministki. Takie, co wiedzą, jak mówić należy, by nie szerzyć złych stereotypów, i nie mają wątpliwości, że skojarzenia seksualne z pewnością do nich prowadzą. Geje? Toż to norma, jak wujek Mietek i dziadek Janek. Tacy jak wszyscy, ani w lewo, ani w prawo, zawsze w centrum.

      – Jaki jest sens życia mamo? – pyta pokraczna postać na rysunku Pveka. – Ma być posprzątane i nikomu nie może być przykro! – odpowiadała cycata mama. Na tym rysunku jednak nigdy nie ma piwnicy, w której spotykają się wszyscy grzeczni i niegrzeczni chłopcy. Ona jakoś się w tym rodzinnym paradygmacie nie mieści, o piwnicy nie rozmawia się przy stole.

      I to jest właśnie niezwykłe. Choć temat gejowski niewątpliwie splótł się z polskim mainstreamem, to dalej pozostał odłączony od seksu i seksualności.

      Nie walczymy, tak jak to robili geje w Europie Zachodniej i w Stanach, o prawo do ekspresji seksualnej. Walczymy o prawo do ślubnego kobierca. Nie chodzi nam o seks, tylko o rodzinność, i to możliwie tradycyjną. To właśnie czyni nas podobnymi do wielbicieli Lemańskiego i Bonieckiego. Może i marzy nam się lepsza rzeczywistość, bardziej przyjazna i bardziej otwarta na potrzeby ciała, ale póki co wierzymy w istnienie ducha. Ducha, który przyjdzie i zstąpi.

      – Dlaczego tu wszyscy siedzą po domach? – pyta zdumiona Marta Konarzewska fotografki Marty Kochanek, autorki projektu We love we make we exist, portretującej mocno nieciekawe polskie homorodziny, fakt, przeważnie lesbijskie. Niespeszona zaś autorka odpowiada, że własnie o to chodziło, by było jak najnudniej, bo przecież trzeba pokazać, gdzie jest granica „normalności”, gdzie się zaczyna „ta straszna choroba”. I już wiemy, że żadnej choroby nigdy nie było. Wszyscy mają posprzątane i nikomu nigdy nie jest przykro.

      www.krytykapolityczna.pl/artykuly/opinie/20140220/janiszewski-posprzatane
    • diabollo Po co gejom seks? 24.02.14, 20:20
      Katarzyna Bielas

      Jak zacząłem spotykać się z moim pierwszym poważnym chłopakiem, byliśmy tak zakochani, że do głowy nam nie przyszło robienie testów na HIV, mimo że wcześniej mieliśmy partnerów. To jest bardzo częste. Niby jest prewencja, ale nikt nigdy nie powiedział, że jeśli ktoś jest gejem, to musi szczególnie uważać. Z Jakubem Janiszewskim, autorem książki "Kto w Polsce ma HIV?", rozmawia Katarzyna Bielas


      Dostajesz propozycje seksu bez prezerwatywy?

      - Zdarza się. Nawet niedawno jakiś gość wysłał mi na portalu randkowym wiadomość: "Bawię się grupowo, może chcesz dołączyć?". Piszę: "A kto jeszcze jest?". Na to dostałem listę profili ze zdjęciami. Pytam: "A jak jest z gumami?". A on: "Jak chcesz, to używasz". Odpisałem, że jestem bardzo zmęczony, idę spać.

      Geje nie uważają już na HIV?

      - Jak widać, nie zawsze. AIDS można już zaleczyć i to uśpiło czujność, mam wrażenie, że cofnęliśmy się do świadomości sprzed lat 80., kiedy to w Stanach, a potem w Europie, wybuchła panika.

      Twoja książka adresowana jest do gejów?

      - Tak planowałem, bo właśnie gejom książka o HIV bardzo by się przydała, ale kiedy zagłębiłem się w temat, wyszło dużo szerzej.

      Uważam, że w Polsce świadomość w kwestii HIV była i jest mała.

      Przecież od dawna powszechnie wiadomo, co robić, żeby się nie zakazić, można się za darmo anonimowo zbadać...

      - Ja też zawsze umiałem wyrecytować drogi przenoszenia: przez krew, z matki na dziecko i przez seks. Usłyszałem to od pani w telewizorze. Wiedziałem, ale nic mi to nie robiło, to było w jakiejś oddzielnej przegródce i w ogóle mnie nie dotyczyło.

      W Stanach mówienie o epidemii zaczęło się od gejów, w Polsce od narkomanów. A ja z narkomanami kontaktu nie miałem. Mieszkałem sobie w miasteczku Tarnobrzeg i oglądałem subkulturę narkomańską w telewizji. Z mocno wykrzywionych przekazów kulturowych wynikało, że narkomani to ludzie totalnie upadli, poza systemem, dno dna. Jaką mogłem mieć więź z nimi i z problemem HIV?

      Poza tym jeśli identyfikujesz HIV z praktyką tej grupy, czyli z przekłuwaniem skóry, to też cię to nie dotyczy. Każdy z nas, tzw. normalsów, był nakłuwany co najmniej parę razy w życiu przez panie pielęgniarki w sterylnych warunkach. A seks? W domu ani w telewizji na takie tematy się nie dyskutowało.

      Ale nie jesteś plusem.

      - Nie jestem. Ale teraz widzę, że na samym początku życia seksualnego zwyczajnie mi się upiekło. Potem wśród wielu partnerów miałem trzech zakażonych, w tym jednego, który był aktywistą do spraw HIV. To, że jest plusem, powiedział mi dopiero tydzień po tym, gdy byliśmy w łóżku. To nie było fajne doświadczenie, ale paradoksalnie nauczyło mnie, że muszę dbać, by się nie zakazić. Dopiero to. Inicjację gejowską miałem w wieku 24 lat. Późno, ale i tak ostatnią rzeczą, o której bym wtedy myślał, był HIV. To niezła jazda, jak wychowujemy młodych obywateli homoseksualnych, że oni mogą zapomnieć o czymś tak ważnym. Do tej pory mimo publicznego coming outu w Radiu TOK FM żadnemu lekarzowi nie powiedziałem, że jestem gejem. To chyba też o lekarzach coś mówi.

      Jak zacząłem spotykać się z moim pierwszym poważnym chłopakiem, a potem byliśmy parą małżeńską przez cztery lata, to na początku używaliśmy gum, a potem przestaliśmy. Byliśmy tak zakochani i przejęci sobą, że do głowy nam nie przyszło robienie testów, mimo że wcześniej mieliśmy partnerów. To jest bardzo częste.

      Głównie bałem się, że ktoś zorganizuje jakąś nagonkę na gejów, co zresztą za PiS-u się stało. Tym się zajmowałem, a nie własnym zdrowiem. Strasznie mnie denerwuje, że z nami o HIV nikt nawet nie próbuje poważnie rozmawiać. Może ci trzej faceci, których potem spotkałem, nie pozakażaliby się, gdybyśmy wszyscy na sprawę HIV byli bardziej uwrażliwieni?

      Bo niby jest prewencja, ale nikt nigdy nie powiedział, że jeśli ktoś jest gejem, to musi szczególnie uważać.

      Mówisz tak, jakby tylko geje byli zagrożeni.

      - Bo są wyjątkowo zagrożeni. Na większe ryzyko wystawia gejów seks analny, częsta zmiana partnerów, wśród których są też osoby przypadkowe, oraz to, że mogą się zamieniać rolami, z aktywnej na pasywną. Poza tym w przypadku HIV mężczyźnie łatwiej zakazić kilka osób.



      Edukacja społeczeństwa w Polsce szła w tę stronę, żeby nie skupiać się na konkretnych grupach ryzyka, przy okazji je stygmatyzując, tylko uświadamiać, że problem HIV dotyczy każdego.

      - Zgadza się, zuniwersalizowano problem. Wszyscy są równi wobec HIV. Ale to nie jest do końca prawda. Patogen może zakazić tak samo ciebie, jak i mnie, ale ja mam o wiele większą szansę spotkać osobę zakażoną, bo jestem gejem.

      W latach 80., kiedy epidemia dopiero się pojawiła, odkrywano kolejne prawdy na jej temat. Najpierw dostrzegano objawy występujące w jakiejś grupie, więc utożsamiono problem z tą grupą, nazywaną grupą ryzyka, potem grupą szczególną. I tak, po kolei, powstały słynne cztery H: homoseksualiści, heroiniści, Haitańczycy, hemofilitycy. W połowie lat 80. była wielka dyskusja, czy kobiety w ogóle mogą być chore. Okazało się, że mogą. W końcu w laboratorium zobaczono wirusa, zrozumiano, jaki jest mechanizm zakażenia, rozwoju AIDS.

      Trzeba było rozmontować to, co wcześniej nakładziono ludziom do głowy. Pokazać, że jeśli jesteś heteroseksualną kobietą i w życiu nikogo z żadnej z grup H nie spotkałaś, to wcale nie znaczy, że jesteś bezpieczna, bo mógł taką osobę spotkać twój partner, mąż bądź ktoś, kto z nim sypiał.

      To się nazywało przewrót behawioralny, który dokonał się we wczesnych latach 90. w Stanach. Powiedziano wtedy: najważniejsze są nie grupy, nie miejsce, w którym rezydujesz społecznie, tylko to, co robisz, twoje zachowania.

      Ważna zmiana.

      - Tak, bo wyodrębniono i nazwano np. MSM-ów czyli mężczyzn mających seks z mężczyznami.

      Nie chodzi o gejów?

      - Nie, bo ktoś może się nie utożsamiać z gejami i nigdy by siebie tak nie nazwał. Chodzi o samo zachowanie. Np. mężczyzna sprzedaje usługi seksualne innym mężczyznom, ale nie identyfikuje się z ich światem. To jest tylko jego sposób zarobkowania.

      Zdarza się, że młodzi mężczyźni hetero z Polski jeżdżą do Niemiec uprawiać seks za pieniądze z mężczyznami.

      Albo Brazylia czy cały region Ameryki Łacińskiej, gdzie mało mówiło się o homoseksualizmie. Geje słabo się emancypowali, nie awanturowali się o swoje prawa, a ze względu na rodzaj maczystowskiej kultury mało mężczyzn w ogóle się z tym światem, nawet z orientacją homoseksualną, identyfikowało. Ale to nie znaczy, że tam mężczyźni nie sypiali z mężczyznami. Robili to i łapali HIV.

      CDN...
      • diabollo Re: Po co gejom seks? 24.02.14, 20:21
        W praktyce - dlaczego uniwersalizacja to coś złego?

        - Bo gubią się istotne niuanse. Nie jesteśmy tacy sami.

        W Polsce odejście od rozmowy o grupach szczególnych ma gorsze konsekwencje niż np. w Stanach, bo u nas nie było grup, które występowały w obronie swoich interesów. Nie było manifestacji i nacisków takich, jakie robił np. Act Up w Stanach czy we Francji. W Bethesdzie pod Nowym Jorkiem budynki National Institutes of Health obrzucono sztuczną krwią, a na Obelisk Luksorski w Paryżu naciągnięto wielki kondom. Takich akcji nie dało się nie zauważyć. Aktywiści tak się też wściekli, że nie mają wstępu na ekskluzywną konferencję na temat HIV/AIDS, w której uczestnictwo było bardzo drogie, że pozrywali barierki, poodsuwali policjantów i weszli tam całym tłumem. Były z nimi pielęgniarki zaangażowane w sprawę, personel medyczny średniego szczebla.

        Smaczkiem historycznym jest to, że w Polsce jedną z pierwszych prób wymuszenia na władzy reakcji na epidemię był - w latach 80. - list grupy homoseksualistów z Łodzi, którzy chcieli, żeby władza ludowa zainteresowała się HIV. Napisali, że wiedzą, że coś takiego istnieje, pewnie za chwilę dotrze do Polski i będzie im zagrażać.

        Ten list znalazła przypadkowo w Ministerstwie Zdrowia Maria Dziedzic, nowa urzędniczka, która nie bardzo wiedząc, czym ma się zająć, zaczęła grzebać po szafach. Próbowała zająć się sprawą, ale ciężko jej to szło.

        Powiedziała mi, że aby potrząsnąć generałami, podsunęła im lewe wyliczenie, z którego wynikało, że AIDS jest jak bomba atomowa i że jeśli się nic nie zrobi, ludność Polski wyginie w 2003 roku.

        Podziałało? Co zrobiono w sprawie HIV jeszcze za komuny?

        - Dzięki Marii Dziedzic nie mieliśmy ustawy zakazującej wjazdu do Polski osobom zakażonym. Inne demoludy miały takie prawo.

        W 1987 roku udało się też wdrożyć testowanie krwiodawców, tzn. badanie każdej próbki krwi, a nie co piątej, jak to początkowo, z oszczędności, robiono. Dzięki temu nie mieliśmy takiej afery jak we Francji, gdzie z nieprzebadanej krwi wytworzono produkty krwiopochodne, które okazały się zakaźne. Pomogło nam też to, że byliśmy ze wszystkim opóźnieni. U nas nie przetaczało się koncentratu krwiopochodnego wytworzonego z krwi wielu osób, tylko całą krew, a to ograniczało skalę zjawiska.



        Wracając do uniwersalizacji...

        - To, że przez lata tak skupiliśmy się w Polsce na samych ryzykownych zachowaniach, spowodowało, że stały się one dla nas jakimś dziwnym zjawiskiem z zakresu wyboru. Czyli tak jak wybieram proszek do prania, tak samo mogę też ryzykować albo nie. Mogę z kimś się przespać, ale nie muszę. Ale problem polega na tym, że jak masz pewną tożsamość społeczną, to trochę musisz.

        Na przykład?

        - Np. jesteś osobą osadzoną w więzieniu i decydujesz o sobie w ograniczonym stopniu. Więzienie jest potwornym miejscem, gdzie przede wszystkim panuje straszliwa i bardzo stresująca nuda. I jest dużo ludzi dookoła, którzy się nudzą tak jak ty. Żeby zniwelować tę nudę i stres, zrobisz wszystko. Jeśli do takiego więzienia następuje przemyt heroiny i w celi jest jedna strzykawka, to istnieje duże prawdopodobieństwo, że wszystkie będące tam osoby dadzą się zakłuć, bo mają szansę na oszołomienie. HIV mogą złapać od razu, ale pełnoobjawowy AIDS może rozwinąć się dopiero za dziesięć lat, a to termin w tych warunkach tak odległy, że trudny do wyobrażenia. Bardzo trudno jest się zastanawiać nad swoim zdrowiem długofalowo.

        To, że do więzień przenikają narkotyki, potwierdza nawet nasza służba więzienna. Oczywiście polskim więźniom nie dostarcza się czystych strzykawek.

        A geje?

        - Dokładnie tak samo może być w świecie, gdzie murów nie ma. A więc jesteśmy sobie tymi gejami, teoretycznie nie musimy ze sobą sypiać, ale co mamy robić, przecież potrzebujemy seksu, a nie będziemy sypiać z kobietami. Możemy albo wejść na gejowski portal, albo iść do klubu czy jakiejś speluny. Albo liczyć na cud, że spotkamy kogoś fajnego i on akurat okaże się gejem. Wybór jest zawsze ograniczony, jeśli jest się w grupie mniejszościowej, do tego stygmatyzowanej.

        Czyli seks, często przypadkowy.

        - W 2004 roku, kiedy internet nie był jeszcze tak popularny jak dziś, Zbigniew Izdebski zdołał przeprowadzić jedno z pierwszych badań na temat homoseksualizmu mężczyzn. Wyszło, że geje mają, średnio, w życiu o wiele więcej partnerów niż reszta populacji. Teraz o seks jest jeszcze łatwiej, każdy ma pozakładane profile randkowe. Prawie każdy ma kilkudziesięciu partnerów w życiu.

        Słyszałam o setkach.

        - Niektórzy idą w tysiące. Seks dla geja to wręcz instytucja. Seks określa wszystko.

        Każde miejsce, które jest jakoś gejowskie, w mniejszym czy większym stopniu jest podpięte pod seks. Niemal każda knajpa gejowska ma jakiś darkroom, a w ostateczności duży kibel, gdzie można uprawiać seks ze świeżo spotkaną osobą. Są też sauny i inne miejsca.

        Mam specjalną aplikację w telefonie, loguję się, patrzę, kto jest online i po co. Każdy może określić swój status, czego chce. Że np. szuka znajomych albo związku, chce umówić się na randkę, chce sobie tylko popisać albo niczego nie szuka, choć wtedy nie wiadomo, po co tam siedzi. Albo że szuka seksu. I jak zaznaczasz jakąkolwiek opcję poza seksem, pies z kulawą nogą do ciebie nie zajrzy, a jak zaznaczysz seks, to dostajesz masę propozycji.

        Faceci zaznaczają, jeśli są plusami?

        - Czasem tak. Wśród gejów istnieje też tzw. serosorting - znasz swój status serologiczny i sypiasz plus z plusem, minus z minusem.

        Tylko że, jak donoszą badania, do większości zakażeń dochodzi, kiedy o tym nie myślimy.

        Wiemy, ile jest w Polsce osób zakażonych HIV?

        CDN...
        • diabollo Re: Po co gejom seks? 24.02.14, 20:22
          - Właściwie nie wiemy. Od początku mamy wykryte 15 tysięcy przypadków - tysiąc osób zmarło - tzn. tyle zaraportowano do Państwowego Zakładu Higieny. Takie dane, zwłaszcza dotyczące chorób przenoszonych drogą płciową, są zawsze niedoszacowane. I tak dla Europy zakłada się, że niedoszacowanie sięga 20 procent, a dla Polski - 70 procent. Nie wiadomo, jaką drogą ktoś się zaraził, bo opisane są tylko przypadki z punktów diagnostyczno-konsultacyjnych. Ten bałagan sprawił, że Europejskie Centrum ds. Zapobiegania i Kontroli Chorób nie bierze naszych danych pod uwagę przy analizie trendów epidemiologicznych dla kontynentu. Zaciemniamy obraz. Równocześnie nawet na podstawie tych kulawych danych widać, że epidemia rośnie. Najpewniej właśnie wśród MSM-ów.

          Na początku lat 90. był duży wzrost zakażeń wśród użytkowników narkotyków, bo i też masowo ich testowano. Potem testów w tej grupie robiło się coraz mniej, za to coraz więcej zakażeń wykrywano wśród MSM-ów. I ostatecznie geje zdetronizowali narkomanów. W 2006 roku usłyszeliśmy, że zakażenia w grupie tzw. użytkowników iniekcyjnych już nie są problemem. Ale to tylko pozór sukcesu. Po prostu weszła ustawa penalizująca posiadanie narkotyków, przez co ta grupa schowała się pod ziemię i znów o niej niewiele wiemy.



          Ludzie się nie badają?

          - Bardzo mało osób bada się u nas na HIV. Zestawienia europejskie pokazują, że jesteśmy na dole tabeli. Dla porównania liczba wykonanych testów na 100 tysięcy mieszkańców w Czechach wynosi - 33, w Polsce - 5.

          W Polsce przynajmniej raz w życiu zrobiło test 10 procent obywateli, we Francji - 50 procent.

          Moim zdaniem u nas jest tak słabo dlatego, bo stygmat HIV jest tak duży, że lepiej nie wiedzieć.

          Może to zwykły strach. Oglądamy w telewizji kobiety, które nie chcą zrobić darmowej mammografii, cytologii, "żeby się coś złego nie okazało".

          - Z HIV wiąże się więcej kłopotów, np. to, że odsunie się partner, rodzina, że wyrzucą cię z pracy - niedawno wyrzucili za HIV policyjnego technika analityka, zajmowała się tym Helsińska Fundacja Praw Człowieka.

          Dopiero co Krystyna Sokołowska z Fundacji "Mały Książę" zajmującej się dziećmi z HIV, która sama jest plusem, chciała załatwić sobie sanatorium. Od lekarki usłyszała: "Ależ proszę pani, tam są wspólne kubki, talerze!". Taki jest stan świadomości nawet w służbie zdrowia.

          Mimo tej złej sytuacji trup nie ściele się gęsto.

          - Tego do końca nie wiemy, bo trup nie musi wyglądać jak trup AIDS, tylko jak zwykły trup. Opisuję w książce przypadek dziewczyny, którą odsyłano od lekarza do lekarza i nikt nie wpadł na to, że umiera na AIDS. A przecież są typowe objawy - np. toksoplazmoza, przewlekłe owrzodzenia skóry.

          Człowiek może umrzeć na zapalenie płuc albo na gruźlicę piorunującą i nigdy nie dowiemy się, co było przyczyną pierwotną. Nasza służba zdrowia jest niedociekliwa, a nie mamy zaszczepionej kulturowo instytucji osobistego lekarza, który prowadzi cię przez całe życie. Lekarze pierwszego kontaktu, a nawet specjaliści, nie namawiają do robienia testów.

          Jeśli masz AIDS, drogie leki antyretrowirusowe są refundowane.

          - To prawda. Tylko że prawie całe pieniądze idą właśnie na leczenie, a tylko minimalna ich część na prewencję. A zwalczanie HIV, jak każdej choroby, to obie te sprawy.

          Refundowanie leków wywalczył m.in. ks. Arkadiusz Nowak, który pracuje w Krajowym Centrum ds. AIDS i jest naszą supergwiazdą HIV-ową. Z pewnością można mu dziękować, ale musimy pamiętać, że ks. Nowak jest sługą dwóch panów, a wszystkie środki prewencji zostały potępione przez Kościół katolicki. Nie ma się co czarować - rozdawanie igieł i strzykawek, terapia substytucyjna, czyli zastępowanie narkotyków metadonem, prezerwatywy, to wszystko jest krytykowane przez Watykan, to jest cywilizacja śmierci. Nie mamy ułatwiać ludziom grzesznych praktyk, ludzie mają się zmienić.

          W związku z tym z prewencją jest źle. To, że Arkadiusz Nowak jest księdzem, bardzo się do tego przyczyniło.

          W Polsce nie ma otwartości na środowiska i grupy zagrożone, a jednocześnie najbardziej przez Kościół napiętnowane. Dopiero w 2010 roku, po 30 latach epidemii, Krajowe Centrum ds. AIDS wystosowało pierwszą, zresztą beznadziejną kampanię skierowaną do MSM-ów - "Prezerwatywa przedłuża przyjemność". I jeszcze opatrzyło to klauzulą, że wchodzisz na tę stronę na własną odpowiedzialność, jesteś dorosły, akceptujesz to. Tak jakbyś pornosy miała tam oglądać. A są tam tylko zdjęcia umięśnionych facetów rozebranych do pasa i hasła, że prezerwatywa jest fajna.

          Krajowe Centrum ds. AIDS latami przedstawiało problem jako epidemię hetero, bo to bliższe normie. Jest też bardziej prawdopodobne, że decydenci przejmą się tematem i będzie łatwiej o pieniądze.

          To jak powinna wyglądać prewencja? Piszesz, że ta propagandowo-ulotkowa jest nudna i mało skuteczna.

          - Ulotka może pełnić funkcję wspomagającą. Najważniejsze rzeczy rozgrywają się jednak w kontaktach międzyludzkich, w tzw. edukacji peer to peer.

          Prewencja powinna włączyć osoby zakażone, chorujące.



          W innych krajach są ludzie, którzy mówią o tym, że mają HIV. W Wielkiej Brytanii był np. głośny coming out ministra kultury w rządzie Tony'ego Blaira. W Polsce wyoutował się tylko Karol El-Kashif w książce Piotra Pacewicza "Pociąg osobowy". Za to jedna z bohaterek mojej książki, która w latach 90. miała odwagę, jako zakażona, wystąpić w telewizji, dziś w książce na ten sam temat ukrywa imię i nazwisko.

          CDN...
          • diabollo Re: Po co gejom seks? 24.02.14, 20:23
            Powiedziałeś, że nikt z tobą nie rozmawiał o HIV. Ale jednak znałeś drogi przenoszenia i to, że istnieją prezerwatywy. Dlaczego trzeba się tak bardzo starać, żeby do kogoś dotrzeć? Może człowiek powinien sam coś zrobić?

            - Mówię o ludziach młodych, którzy nie słuchają. Trzeba znaleźć do nich drogę. Mnie zabrakło, żeby ktoś mi powiedział, że ludzie tacy jak ja też mogą łapać HIV, i dzieje się to w sytuacjach często niewinnych, jak sypianie ze swoim chłopakiem bez gumy.

            Młodym ludziom daje się też często komunikat jednoznaczny, że HIV równa się choroba i śmierć. Oni się na to zamykają, a na dodatek to nieprawda. Niedawno chodził w telewizji taki kawałek - najpierw jest scena namiętnego seksu, która płynnie przechodzi w obraz zwłok na stole prosektoryjnym i lekarza mówiącego z wyraźną niechęcią: "Kochasz życie? Kochaj się z prezerwatywą".

            Takie przekazy tylko zniechęcają do jakiegokolwiek myślenia o HIV.

            Ekstremalnym przykładem jest subkultura barebackingu, czyli świadomego podejmowania ryzykownych - w świetle wiedzy o HIV/AIDS - zachowań seksualnych, przede wszystkim seksu bez prezerwatywy.

            - Opisał to profesor uniwersytetu w Buffalo Tim Dean, który sam jest barebackerem, lubi to i nie uważa, żeby to była gra w rosyjską ruletkę i poszukiwanie śmierci. Wręcz przeciwnie, jego zdaniem jest to stawianie na życie i cieszenie się seksem w sytuacji, kiedy wszyscy dookoła cię straszą.

            Ja nie kupuję tej gadki, ale cieszę, że Dean o tym pisze, bo w ten sposób oświetla ciemny pokój, do którego nie chcemy zajrzeć. Pokazuje, że życie nie jest takie proste, a także czym się kończy proste potępianie, któremu ludzie nie chcą się podporządkować. Na dodatek geje, grupa stygmatyzowana, łatwo postrzegają wszystkich, którzy im czegoś zakazują, jako opresyjny heteromatrix, który mówi ci, że możesz mieć seks tylko w gumie i pod kontrolą lekarza.

            Guma jest rzeczywiście frustrującą metodą zapobiegania HIV, bo jeżeli naprawdę ma działać, to trzeba jej używać wszędzie i po wsze czasy.

            Barebacking służy też jako afrodyzjak.

            - Bo eros nie chce być tam, gdzie wszystko jest podporządkowane, wysprzątane i sztywne. Eros chce być nieokiełznany.

            Tim Dean bardzo dobrze opisuje tę męską fantazję, która zasila nasz świat. Pokazuje ją jako wręcz klanową potrzebę bycia razem. W kulturach pierwotnych wymieniało się krew, a tutaj nasienie.

            Oczywiście, barebacking by się tak nie rozwinął, gdyby nie świadomość, że jednak są już leki, które mogą zaleczyć chorobę.

            W Polsce są barebackerzy?

            - Chyba tak. Dostaję propozycje typu "jebbanie". To podwójne b robi tu za sugestię. Jak się zbytnio zdziwię, przychodzi wyjaśnienie, że to literówka.

            Powiedziałeś, że seks dla gejów to instytucja. Nie jest po prostu realizacją silnego libido?


            Historia Timothy'ego Browna: ''Wyleczyć się z HIV?''

            - Zapamiętałem czyjeś zdanie: "Kiedyś patrzyłem na pornografię, żeby przyniosła mi ulgę, teraz patrzę po to, żeby się podniecić".

            To nie jest tak, że faceci mają tyle seksu, bo tak strasznie tego potrzebują, tylko dlatego, że szukają tego, stawiają na to, idą w to.

            CDN...
            • diabollo Re: Po co gejom seks? 24.02.14, 20:25
              To sprawa grupowej tożsamości?

              - To ogólna hipoteza, sam chciałbym wiedzieć, dlaczego to jest takie ważne. Czym byłoby życie bez seksu i czy gej, który nie sypia z facetami, jest jeszcze gejem. Co się wtedy dzieje? Czy to jakaś potworna samotność, poczucie skrajnego wyłączenia?

              Może tak być, że bycie osobą homo bez seksu wiąże się z jakaś utratą. Jakby seks to była forma gratyfikacji, skoro już jesteśmy tą wywaloną na margines grupą, to przynajmniej będziemy mieli dużo funu.

              Seks dla nas to skrzyżowanie wielu rzeczy, jedne są OK, a inne nie. Np. w seksie jest wiele buntu albo złości, nie wiem, czy u heteryków seks też wiąże się z agresją.

              Że za pomocą seksu ją rozładowujesz?

              - Że seks jest jej wyrazem.

              Buntu przeciw czemu?

              - Na przykład temu, że seks ma się wiązać z uczuciami. Wszystkim nam się to kładzie do głowy, a geje - mam wrażenie - jakoś inaczej na to reagują. W ogóle inaczej reagują na aspekt więzi uczuciowych. A może właśnie seks ma się nie wiązać z uczuciami, może ma być czystą zabawą albo sportem?

              Może... trochę boję się, że to zabrzmi homofobicznie... Może jesteśmy dużo gorsi w budowaniu stałych więzi i może seks jest dla nas zastępczą metodą ich budowania?

              A co z wieloletnimi parami gejowskimi?

              - Nie wiem. Dopuszczam taką hipotezę. Może jest tak, że budowanie więzi wymaga wsparcia całego otoczenia? W świecie hetero na ogół jest tak, że mama, tata, dziadkowie, wszyscy chcą, żebyś miała męża, dzieci i żebyście tę komórkę społeczną stworzyli, cały świat tego oczekuje, wymaga i klaszcze, jak ci się udaje.

              U nas nie ma takiej opowieści. Może formą najbardziej dostępną dla gejów nie jest tworzenie związku, który wszyscy dookoła wspierają, tylko samo pieprzenie się?

              Mam czasem wrażenie, że seks w środowisku gejowskim zastępuje podanie ręki. Nie twierdzę oczywiście, że tak jest z każdym i zawsze, ale jak spotykasz geja, to zawsze jest opcja pójścia do łóżka.

              Mnóstwo facetów, z którymi rozmawiałem, mówi: "To jest mój kumpel, kiedyś ze sobą sypialiśmy, jak to zwykle". W świecie hetero nie słyszę ciągle opowieści, że jak się ktoś z kimś zaczyna przyjaźnić, to idzie z nim do łóżka. Nie wiem, może to u nas wyraz potrzeby bazowej akceptacji? Z drugiej strony w seksie jest też wiele rywalizacji, nieprzyjemnych rzeczy.

              Czyli?


              Boję się, że to zabrzmi homofobicznie... Może jesteśmy dużo gorsi w budowaniu stałych więzi i seks jest dla nas zastępczą metodą ich budowania?

              - Mam wrażenie, że między gejami jest strasznie gęsto od emocji, zachowań z różnych porządków - homo, hetero, porządku liberalnego, który mówi: możemy sypiać ze sobą we wszystkich konfiguracjach i to jest OK, i porządku konserwatywnego, który potrafi postawić komuś zarzut, że się puszcza.

              Bycie puszczalską, dziwką, a właściwie dziwkiem, nie jest więc zarezerwowane dla kobiet.

              - Oczywiście, że nie. Często słyszę, jak ktoś mówi z dezaprobatą o kimś, że się puszcza, albo postrzega wszystko przez pryzmat seksu. To hipokryzja. Wszyscy to robimy.

              Wracając do HIV, nie boisz się, że łącząc tak wyraźnie gejów z HIV, przywracasz stygmat?

              - Boję się, ale to jest jeden z problemów tej grupy i nie możemy przestać o nim mówić ze strachu, że źle wypadniemy w mediach.

              Dlaczego geje w Polsce nie stworzyli w sprawie HIV grupy nacisku?

              - Bo się tego boimy, jesteśmy zawstydzeni. HIV nie jest fajny i może jest właśnie tym, czym różnimy się od heteryków.


              A geje chcą być fajni, zajebiści i to jest ponad wszystko. Nie chcą być ludźmi, którzy mają problemy fizyczne, zdrowotne. To jest grupa, która stawia na młodość, fun, seks, czerpanie z życia garściami, w swoim wizerunku oczywiście. Zabiegają, żeby być kupionymi jako mili, zacni, porządni obywatele. To taka mieszczańska wizja raju klasy średniej. Do tego aspirujemy, żeby tam się znaleźć jako Tomek i Piotrek, którzy są ze sobą od wielu lat, mają fajnego psa i za chwilę adoptują czarnoskórą dziewczynkę z Afryki.

              Adoptować to raczej nie mogą, nie ma nawet ustawy o związkach partnerskich.

              - A może to nie jest najważniejsze? Dlaczego tak walczymy o związki partnerskie, a nie walczymy o lepsze regulacje w sprawie życia seksualnego w ogóle, o edukację, co przydałoby się wszystkim w Polsce?

              Czy HIV w Polsce jest ważniejszy niż inne choroby?

              - Po napisaniu książki już tak nie uważam, ale ponieważ ta choroba wydarzyła się współcześ-nie, można wiele rzeczy na jej przykładzie prześledzić. Jest ona dobrym modelem do oglądania spraw takich jak seksualność, tożsamość, system służby zdrowia.

              W książce krytykujesz prasę, która, cytując ekspertów, odtrąbiła sukces w walce z epidemią. Specjaliści kłamią?

              - Oni nie kłamią, oni pamiętają lata 80. i 90., kiedy nie było nic, więc to, że są dostępne leki, to dla nich wystarczająca zmiana, sukces. Albo wiedzą, jaki bałagan panuje w służbie zdrowia, więc mówią, że na polu HIV jest względny porządek. Albo jak powiem, że HIV się szerzy, to mnie wyrzucą, powiedzą: siedzisz w Krajowym Centrum do spraw AIDS i co tam robisz?

              Inspirowały cię m.in. słynne eseje Susan Sontag "Choroba jako metafora. AIDS i jego metafory". U Sontag AIDS ma metafory militarne albo jest plagą. To teraz w Polsce jest aktualne?

              - Moim zdaniem w Polsce wciąż funkcjonuje metafora, może nie zawsze wypowiedziana, że HIV i AIDS to śmierć, ale nie fizyczna, tylko społeczna. Masz HIV, czyli cię nie ma, koniec życia, wypadasz z gry.

              *Jakub Janiszewski, ur. 1977, dziennikarz Radia TOK FM, prowadzi program "Powiększenie"

              wyborcza.pl/duzyformat/1,133130,14211328,Po_co_gejom_seks_.html

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka