Cezary Michalski
„Wojna nadchodzi!”, jak to z satysfakcją powtarza znany fan „Gry o Tron” Saakaszwili. Czy na wojnie warto prowadzić ćwiczenia z bezstronności? Nie chodzi o to, że się zostanie nazwanym „agentem” przez tych, którzy takich ćwiczeń nie próbują prowadzić nawet w czasach pokoju. Ale czy rzeczywiście warto, czy ma to jakikolwiek wpływ na rzeczywistość? George Orwell uznał, że warto; Simone Weil uznała, że warto. Dla mnie to wystarczy (to nie jest argument z autorytetu, ale przywołanie ludzi, którzy na autorytet zasłużyli dzięki argumentom).
Taki, Panie Dziejaszku, Orwell, choć nie czuł żadnej sympatii do Adolfa Hitlera, wpadł jednak na pomysł napisania powieści „1984” wcale nie wówczas, kiedy słuchał hitlerowskiego Radia Berlin czy stalinowskiego Radia Moskwa. Pierwsza mroczna wizja przyszła mu do głowy, kiedy słuchał informacji „naszego” BBC z frontów drugiej wojny światowej. Słyszał, rozumiał, czuł – że to także są kłamstwa, propaganda, zagrzewanie do boju, krycie trwającego w najlepsze handlu małymi krajami pozbawionymi znaczenia. Miał ochotę odpowiedzieć na słynne „London Calling” raczej tekstem Clashu, niż bezrefleksyjnym entuzjazmem polskich cichociemnych. I właśnie dlatego, kiedy słuchał BBC, objawiły mu się trzy walczące ze sobą imperia (Oceania, Eurazja i Wschódazja), które nie tylko trwonią w wojnie całe bogactwo wyprodukowane przez proletów i mieszczaństwo zorganizowane w Partii Zewnętrznej, ale dodatkowo poddają swoich obywateli poniżającej emocjonalnej obróbce.
Zatem zastanówmy się przez chwilę nad sobą, nad błędami „naszych”. Nad obróbką emocjonalną, której sami się poddajemy, a która utrudnia nam zrozumienie świata, a więc także rozwiązanie jego problemów. Jacek Saryusz-Wolski, nasz człowiek w Brukseli, i to naprawdę wcale nie najgorszy (bardzo dawno temu, kiedy polska polityka sama nie przeszła jeszcze procesu durnej „renacjonalizacji” przekonywał, zwykle bez efektu, że Polacy powinni się orientować na wzmacnianie instytucji unijnych, a nie na tego czy innego – amerykańskiego, angielskiego czy niemieckiego – patrona w UE lub w globalizacji), powiedział właśnie publicznie, że rządzący Bułgarią socjaliści ułatwiają budowę South Streamu, „bo są rosyjskimi agentami”. Sylogizm sformułowany przez niego brzmi następująco: skoro robisz z Rosjanami biznesy opłacalne dla ciebie finansowo lub politycznie, łamiąc solidarność unijną, to musisz być rosyjskim agentem, bo przecież nie możesz tego robić z „małego realizmu”, z nacjonalistycznego egoizmu, z fundamentalnej dla kapitalizmu żądzy maksymalizacji krótkoterminowego zysku, itp. Ten sylogizm jest do niczego. Jego prostota upodabnia go do słynnej platońskiej definicji człowieka – „istota żywa, dwunożna, nieopierzona” – którą pięknie sfalsyfikował Diogenes kynik rzucając na stół Likejonu oskubanego koguta z tryumfalnym okrzykiem: „oto człowiek Platona!”. Najsmutniejsze jednak jest to, że Saryusz-Wolski stosuje ten i tak już kiepski sylogizm wyłącznie wobec słabych, a nie wobec silnych. Wie doskonale, że gdyby powiedział, iż „niemieccy chadecy i socjaldemokraci zgodzili się na budowę North Streamu, a teraz zgadzają się na budowę jego drugiej nitki, bo są rosyjskimi agentami”, wyleciałby z list PO do europarlamentu szybciej niż Protasiewicz. Z kolei, gdyby powiedział, że Cameron i Hague realizują w rzeczywistości doktrynę City: zero sankcji istotnych, a Orban jest zwolennikiem (bardzo praktycznym) South Streamu, „bo wszyscy oni są rosyjskimi agentami”, przestałaby na niego głosować cała PO-PiS-owa prawica, na której głosy liczy i się nie przeliczy.
Łatwość prawicowego gadania o rosyjskich agentach odrzuca mnie u Kaczyńskiego i Macierewicza. Wraz ze skrętem Platformy na prawo, zaczyna się ta łatwość szerzyć także w szeregach PO.
I tam też mnie odrzuca. Piętnujmy kapitalizm za jego patologie mając nadzieję, że nie tylko do nich się kapitalizm sprowadza, ale nie nazywajmy patologii kapitalizmu „socjalizmem” (jak to robią Janusz Korwin-Mikke i Rafał Ziemkiewicz), bo nic nie zrozumiemy. Piętnujmy narodowe egoizmy – bułgarski, polski, ukraiński, niemiecki, rosyjski, węgierski... – za ich krótkowzroczność, za to, że grożą Europie zniszczeniem i uniemożliwiają jej skuteczną obronę. Ale nie nazywajmy krótkowzroczności europejskich nacjonalizmów wynikiem działania „rosyjskich agentów”, bo nic nie zrozumiemy, niczego się nie nauczymy. A jeśli sami coś rozumiemy, a tego języka używamy wyłącznie po to, by „urabiać lud, skoro nadchodzi wojna”, popełniamy największą historyczną zbrodnię polegającą na czynieniu ludu jeszcze mniej rozumnym niż był, kiedy dostawaliśmy go w swoje łapy.
I jeszcze jedno. Skoro wojna nadchodzi, to teraz wszyscy będziemy musieli zachowywać się grzeczniej wobec o. Rydzyka, abp. Hosera, abp. Gądeckiego, ks. Oko... Już nie z chęci dialogu, nie z szacunku dla chrześcijaństwa (z szacunku dla chrześcijaństwa nie powinniśmy akurat nigdy tym panom odpuścić), ale ze zwyczajnego strachu, bo inaczej... przejdą na stronę Putina. W końcu on robi to, co oni głoszą. Żadnych praw dla gejów, żadnej „propagandy zboczeń”, żadnego świeckiego państwa i prawa, używanie Cerkwi (czyli Kościoła) do namaszczania najdzikszego oligarchicznego kapitalizmu połączonego z nacjonalizmem mającym zasłaniać chciwość oligarchów i patologie zacofanych gospodarek, „konkurencyjnych” dzięki surowcom (Rosja) albo taniej pracy (Polska). Zatem mniej więcej to, co mają w głowach nasi biskupi i wspierający ich „thatcheryści”, „narodowcy”, „smoleńszczacy” oraz ich koktajlowe mieszanki na całej polskiej prawicy. Oczywiście tylko mniejsza część parareligijnej polskiej prawicy jawnie się do inspiracji Putinem przyznaje („narodowcy”

. Inna część („patrioci”

udaje, że jej regresywna wizja człowieka, gospodarki i państwa jest przeciwieństwem wizji Putina, „bo nasza jest polska, a tamta jest ruska” (tyle by było całej refleksji).
Zatem zimna wojna, jeśli istotnie nadchodzi, zmusi nas – a jeszcze bardziej nasz rząd, a nawet nasz „rząd dusz”, obojętnie, kto by się na te rządy nie składał, jacy politycy i jakie media – do kapitulacji przed abp. Hoserem i abp. Gądeckim (ciszej już nad tą trumną ks. Lemańskiego!). Nie z szacunku dla chrześcijaństwa, nie z chęci dialogu. Teraz naprawdę przyszedł moment, kiedy Gądeckiego i Hosera musimy zacząć się bać. I wyłącznie na strachu przed ziemską siłą polskiego Kościoła i przed tym, co taka siła mogłaby polskiemu świeckiemu państwo zrobić, gdyby została podrażniona, będzie ten realizm Polaków wobec Kościoła zbudowany. Hoser, Oko, Rydzyk, Gądecki... mogliby otwarcie przejść na stronę Putina, ale jeśli będziemy miękcy, jeśli sami wycofamy się z oburzających – szczególnie w Polsce, „kraju katolickim” – roszczeń do posiadania tu świeckiego państwa, świeckiego prawa, praw kobiet, związków partnerskich, liberalizacji (albo choćby nie przeciwstawiania się dalszemu utwardzaniu) prawa antyaborcyjnego; jeśli z 0.5 procenta podatku kościelnego nie zrobimy 1.5 procenta, w dodatku buforowanego dotacjami państwa jak wierni okażą zbyt mało entuzjazmu, to „konserwatywni ludzie Kościoła” przejdą na stronę Putina, który już zaprosił ich do tego 12 grudnia 2013 w swoich słynnym orędziu przedstawiającym Moskwę jako Trzeci Rzym, konserwatywny biegun prawa naturalnego przeciwstawiony liberalnemu 'pomieszaniu Dobra i Zła'”.
CDN...